Katolik - obywatel drugiej kategorii

"To jest właśnie typowa ofiara Kościoła" - taka opinia o mojej skromnej osobie padła z ust jednego z moich kolegów, kiedy publicznie, w obecności kilku osób, przedstawiłem swoje zdanie na temat bodaj współżycia przed ślubem. Owo druzgocące stwierdzenie było wynikiem tego, że moje stanowisko w powyższej sprawie było tożsame ze stanowiskiem Kościoła Katolickiego. Pozostali członkowie dyskusji po opinii kolegi spojrzeli na mnie jakoś tak ze smutkiem w oczach. Czułem, że z jednej strony mają mnie za kogoś gorszego (mocno zacofanego, z archaicznymi poglądami), z drugiej natomiast autentycznie mi współczuli (w końcu to moi dobrzy kumple). I wtedy zrobiło mi się siebie żal. No bo wszyscy mi tak współczuli, solidaryzowali się ze mną, zupełnie jakby mi się telewizor zepsuł tuż przed finałem Mistrzostw Świata. Chociaż ja tam się źle jako ofiara Kościoła nie czułem. No ale może jestem aż tak wielką ofiarą, że ze swojej tragicznej sytuacji nie zdaję sobie w ogóle sprawy...

A może oni jednak mieli rację? Nie wiem jak Wy, ale jeżeli mi zdarzyło się pójść na Mszę świętą w dzień powszedni i po drodze spotkać na przykład kolegę z klasy, to gdy ten rzucił zwyczajowe "Skąd wracasz?", jakoś nie mogło mi przejść przez usta: "Z kościoła. Byłem na mszy". No bo co on sobie pomyśli?! Że jakiś nawiedzony jestem! Logika podpowiadała: "Byłeś na spotkaniu z Panem, umocniłeś swoją z Nim więź. Powinieneś się tym chlubić, mówić o tym z dumą." Ale z drugiej strony... Kościół? Tak bez okazji? Żeby to chociaż jakaś Wielkanoc była. Tak bez większego święta to babcie w moherowych beretach na Mszę pomykają. Jeszcze się w szkole rozniesie, że do kościoła regularnie uczęszczam i zniszczę sobie reputację.

Skoro zatem ja, katolik, nie chlubiłem się swoją przyjaźnią z Bogiem (a wręcz przeciwnie), to nic dziwnego, że ludzie nie czujący się częścią Kościoła nie bardzo wiarę poważają. Bo istnieje taka powszechna opinia, niekoniecznie jedynie wśród ludzi Kościołowi nieprzychylnych: "Niech sobie odprawiają te swoje modły, niech sobie żyją tak jak im ten ich Bóg przykazał. Jeżeli chcą dziękować Mu za to, że im wszystkiego zakazuje, to droga wolna. Ale niech nie robią przy tym takiego szumu. No, ewentualnie mogą raz do roku wyjść na procesję Bożego Ciała. Ale żeby jakieś festiwale muzyki chrześcijańskiej, programy religijne w telewizji?"

Wielu postrzega wiarę jako zbiór zakazów i nakazów, których należy przestrzegać pod groźbą surowych kar. I tyle. Nic więcej. O zbawieniu, miłości Bożej, przebaczeniu cicho sza. A zakazy i nakazy ograniczają przecież wolność. A skoro wiara ogranicza się tylko do zakazów i nakazów to ludzie ją wyznający są zniewoleni. Idąc takim tokiem myślenia bez trudu możemy wyciągnąć następujące, nielogiczne wręcz, wnioski: zniewolony jest człowiek w imię wiary odmawiający sobie alkoholu, wolny i wyzwolony jest natomiast podstarzały facet w przydługich włosach, biegający z imprezy na imprezę, nie mogący przeżyć doby bez wlania w siebie paru browarów i czegoś mocniejszego.

Tak, tak. Wielu postrzega katolików jako jednostki skrajnie zniewolone. Z pewnością jest to opinia krzywdząca. Ale nie zmieni się ona dopóki my, katolicy, sami nie uznamy, że naszym największym szczęściem, największym sukcesem, jest wiara w Boga. Nie wstydź się zatem tego w co wierzysz, nie czuj się gorszy z powodu swojej przyjaźni z Bogiem. Bądź dumny ze swojej wiary! Ona jest wspaniała, ona daje Ci siłę, ona czyni Cię o wiele lepszym człowiekiem! Takie stwierdzenia to nie żadna pycha. To wyraz tego, że znam swoją wartość! A w zasadzie nie do końca swoją. Wiem, kto jest ze mną, kto za mną stoi. To Jezus, mój Zbawiciel! To on głosił Ewangelię miłości. To On poprzez swoją śmierć podarował mi życie wieczne. Jezus, królów Król. Wstyd byłoby się Go wypierać po tym co dla mnie zrobił i co ma mi do zaofiarowania.

Jacek Stojanowski

PS1: Zapraszam na moją stronkę:www.siewy.prv.pl
PS2: Zapraszam do mailowania:stoja@wp.pl