Właśnie coś się skończyło.
Film. Oglądałem go przez ponad 112 minut. Gdzieś tak w połowie dotarło do
mnie, że nie chcę końca; nie chcę, by film ten się skończył. Wydawał się
taki mi bliski, w jakiś przemiły sposób – wpasowywał się w mój wizerunek
świata.
Więc nie chciałem, by się kończył.
Grałem w coś... nie. Jakaś
chwila; jakakolwiek ważna. I też nie chcę, by się kończyła. Takie uczucie,
gdy jesteś pewien, że dana rzecz drugi raz się nie zdarzy – i pragniesz jej
jeszcze więcej.
To trochę jak z orgazmem. Jak
kurczy się czas do Twojej postaci, a przyjemność przymyka powieki. Też nie
chcę, by się kończył. Dużo jest przyjemności, które powinny w mniemaniu
człowieka trwać. I swą naturą są nietrwałe. Może właśnie dlatego.
Rzecz prosta i rzecz pewna, iż coś,
co trwa – upośledziłoby się, stając się powszechne – przemykałoby w gąszczu
chwil i odczuć. A może nie. W końcu – szczur (czy była to mysz?...), mając
do wyboru dźwignię jedzenia i przyjemności seksualnej – umarł z głodu, bo
bez przerwy naciskał tę drugą. Nie mam w sobie tyle pychy, by twierdzić, że
człowiek postąpiłby inaczej.
Dziś wreszcie zakończyłem
opowiadanie. Błagałem się o to przez dobre pięć dni, w tej małej kapliczce
czterech ścian. I byłem szczęśliwy mogąc wreszcie to zakończyć, zapisać
ramy czasowe tworzenia. Jak małe dziecko potrafiłem się cieszyć końcem.
A tamten film, gdy się skończył?
Ekhm, skończył się kiepsko.
Szkoda. Mimo to – jest w panteonie moich ulubionych. Bo są w nim chwile, które
takie mi bliskie. Uśmiechałem się do monitora.
...a to, że coś się skończyło,
choć trwało?
Może się okazać, że jest bardzo
ważne. Albo, że nie będzie znaczyło nic.
Ja akurat chyba mam w sobie trochę
sympatii dla niektórych chwil.
tetradon wątków Kota z Cheshire