W górę i w dół



Chcę się śmiać. Chcę odnajdywać w każdej chwili nową iskierkę radości, nowe gramy szczęścia, które do tej pory życie odmierzało mi wyjątkowo skromnie. Biegać po ścianach bez konkretnego celu, kierunku, potrzeby. Tak zwyczajnie-niezwyczajnie, niby tytuł jakiś. Chcę to robić sam, z całym światem, najmniejszą jednostką i największym z monumentów. Chcę…

Dokładnie sześć dni temu na wewnętrznej stronie mojej dłoni linię życia przecięła jeszcze jedna kreska. Zrazu niepozorna, po krótkim czasie zaczęła się rozrastać i pulsować. Kwestią czterdziestu ośmiu godzin pozostawało to, aż z niezauważalnej praktycznie skazy stała się dorodnym pociągnięciem najważniejszego artysty.

Dajmy spokój metaforom. Jestem szczęśliwy, cholernie szczęśliwy. Pomimo tego, iż wiem, że znowu wpakowałem się w pieprzoną platoniczność bez przyszłości. Wpakowałem? Gadam zupełnie tak, jakby to zależało ode mnie. A przecież mój mózg nie jest zdolny do niczego, nie pracuje, nie wydala, nie przetrawia, nic. Parę lat temu odłączył się od reszty organizmu i żyje swoim życiem - spokojnym, dumnym, wytrwałym w swoim uporze.

A ja? Cóż, w międzyczasie dostałem zupełnie nowy - nie powiem: lepszy - model. Miał mi on zastąpić dotychczasowy, miał mieć dodatkowe funkcje i - tak na wszelki wypadek - wspomaganie. Na czym to wspomaganie miałoby polegać? W instrukcji pisali coś o blokadzie antystresowej, nakładce na naiwność i zapadce samobójczej. Nie wiem, może wszystkie te bajery faktycznie mam, szkoda tylko, że czasem trudno je uruchomić. A czy nie powinno być tak, że update jest samoczynny?

Słucham ja sobie różnych bodźców dźwiękowych, opowiadam ludziom, jak mi jest fajnie, chociaż z każdego mojego słowa sączy się powolutku kłamstwo. Tym trudniejsze do zidentyfikowania, że już sam prawie w nie uwierzyłem. Receptory dotyku i smaku już zupełnie przestały mi być potrzebne, obecnie posługuję się już tylko wzrokiem i słuchem, czasami także węchem. Przestałem rozróżniać kolory, wszystko stało się szare w czasie zwyczajnego życia i liliowe w momentach przecinania się linii życia z tą szczególną, wyjątkową w swoim rodzaju kreseczką.

Kończą mi się pomysły, co zresztą dało się pewnie zauważyć. Po kilka razy siadam do jednego tekstu, kasując zwykle całą jego zawartość. Szybko uświadamiam sobie, że nie jestem już zdolny do opisywania moich uczuć, przeżyć, impresji. Przekonuję się, że w zestawieniu z naprawdę silnymi bodźcami emocjonalnymi coś takiego jak napisanie tekstu po prostu przestaje się liczyć. Ludzie, którzy naprawdę odnaleźli swoją drogę, spróbowali najprawdziwszego w świecie szczęścia, ludzi ci nie potrzebują dzielić się tym z osobami trzecimi; chcą po prostu żyć tym, co dał im los. Albo co sobie sami wytężoną pracą wykuli. Dalej mamy tych, co to nie potrafią się cieszyć swoim „mieniem”, albo są blisko swojego celu, ale mają świadomość, że mogą go nigdy nie osiągnąć. Tu mały bonus, bo w takim wypadku znajdują się jednak momenty, w których jest źle, przygnębiająco i ogólnie paździerz. Bonus dlatego, że macie dzięki temu możliwość przeczytania kolejnych bazgroł wyrośniętego dzieciaka, który zamiast do mamusi leci ze swoimi zawodami do komputera i wstukuje wszystkie żale do Worda.

Pierdolę awangardę i nienawidzę takich, jak ja. Mocne, nie?



Tuxedo

www.suchegnaty.prv.pl