BEZ TYTUŁU O WYBRYKU CD-ACTIONA

 

 

Lubimy narzekać. Jak Doorshlaq. Miło jest usiąść w kręgu słuchaczy i spokojnie, bez zacinania i wstydu poinformować o naszych rozterkach. Jak Doorshlaq to robi. Bywa że człek w zakresie słownictwa nie jest jakoś specjalnie wyszkolony, więc jego mowa zamiast przyciągać uwagę, odpycha ją, muli i tępi. Ale, choć Doorshlaq literackim komandosem nie jest, jego teksty to miła i przyjemna rozrywka, zwłaszcza dla tego, kogo fale nadają na bliskiej jego częstotliwości. Jego myśli względem pewnej rzeczy są bliźniaczo podobne do moich, są ewidentną kserokopią moich rozważań - i vice-versa - na pewien temat, którym zaraz wstrząsnę. Zupełnie jak zapuszkowanym Żubrem tuż przed podaniem go koledze.

Długo przed opublikowaniem Bez tytułu wspomnianego już wystarczająco dużo autora ględziłem ludziom, że to, co się dzieje w AM, to jego ostatnie oddechy. Wspomagane respiratorem. Że AM już się w pewnym sensie zużył, skończył. Głosiłem to smsami, kiedy zapuszczałem korzenie na koi na okręcie 631 "Gardno" (port wojenny 3854 w Świnoujściu - gdyby ktoś poczuł potrzebę odwiedzenia mnie), i mówię wam, iż nic tak dawno nie ucieszyło mnie, jak tekst pana D. Śmiech przez łzy, co prawda, ale śmiech, radość z racji. Bo skoro nie tylko ja, ale i Doorshlaq zarejestrował spadek poziomu jakości tego magazynu, to coś znaczy. Mianowicie, znaczy to, iż mogę powiedzieć teraz a nie mówiłem!? i szczerzyć przy tym zębiska.

Nie znam Maćka K. osobiście, lecz jestem pewien, i on się zapewne zgodzi, że to krótkie spięcie w jego mózgu, które poruszyło kwestię stworzenia niewielkiego bonusa do Cd-Actiona w postaci sklepiska amatorskich tekstów, zadecydowało w dużym stopniu o jego przyszłości. Jego cyfrowy bobas zaczął się rozwijać i doszedł do pewnej formy. Przypominała ona coraz bardziej porcelanową miskę z łzami dziesiątek osób, które uroniły je przez dający im popalić świat. Ludzie siadali wtedy przed klawiaturą nie dlatego, że chcieli zaistnieć jako fajni tekściarze, ale mieli coś do powiedzenia. O sobie. I swoich własnych problemach. Głęboko w dupach mieli Kaczyńskich, ben Ladenów, Bushów i Giertychów. Afrykański głód nie dotyczył ich rozterek. Pisanie było dla nich jedyną luką w duszy, przez którą mogły swobodnie wypływać przemyślenia. Pierdolić techniczną jakość, tekst szczery miał być i jest! To postawa godna owacji na stojąco. Tak się tworzyło Magazyn Dla Ludzi. To czyniło AM tak wyjątkowym, wsród całego internetowego ścieku pomniejszych zinów o grach, muzyce, filmach i książkach.

Dziś Action-mag jest dojrzałym i autonomicznym magazynem. Teraz przepływają przez niego ładne stylistycznie i technicznie prace, ale żałosne jakościowo. Bez przekazu i polotu. To już nie scena, ale kłejkowa Arena, gdzie toczy się nieformalna walka o dominację, kto wydali z siebie najczęściej komentowanego słownego pawia. Liczy się rzetelny artykuł i broń boże nie szczerze o kłopotach swojego autorstwa, bo Pewien Gość jebnie ci jeden z dwóch tysięcy trzydziestu siedmiu wystudiowanych komentarzy. To ma być o... czymś innym, nie wiem, o czym, to twoja brocha. Wysil się. I wysiłek transformuje się w błazeństwo (czasami, co gorsza, zamierzone). Najlepiej, gdyby jeszcze było śmieszne i nie ocierało się o zbyt skomplikowane sformułowania. Najbardziej trafnym przykładem takiego tekstowego pajacykarstwa jestem ja. Tak, ja. Z numeru na numer śmiało wyginałem ciało kombinując, jak katapultować się na okładkę. A potem ku emocjonalnej erekcji doszukać się komentarzy głównie o moim tekście. Mało przyjemności biję tę, jaką daje informacja, że Amfabet stoi na podium komentarzy aktualnego numeru. Cha, cha! - prosto w oczy innym. Ale w dalszym ciągu to malutki i kosmaty pikuś w porównaniu z uczuciem towarzyszącym przy czytaniu maila od chłopaka, który ma przyjemność obcować z identycznym problemem i pisze, żeby tylko podtrzymać na duchu.

Maglowana przeze mnie zmiana wizerunku AM dzierży także pewne pozytywy. Popyt rośnie, ilość teoretycznie lepszych pisarzy również. Teren krążenia AM poszerza się. Dochodzą inni. Ja na to zapytam: i jaki chuj z tego mamy? Starsza elita pamięta zapewne te dziesiątki e-maili tygodniowo na we własnej skrzynce. Ich tematyka dotyczyła jednego tylko tekstu, a przecież były i inne, i one lada chwila też uruchomią taki odzew. Taki odzew, prosto do autora - nie na forum, to jak Mobil Łan dla Formuły, również Łan. I wszyscy otrzymujący niegdyś te kilobajty pochwał dobrze o tym wiedzą. A teraz, kiedy AM jest taki dojrzały, wspaniały i profesjonalny, czytelnicy nie zawracają sobie głowy pisaniem listów. Bo problemy i sprawy teraz przerabiane są oczywiste i dotyczą ogółu społeczeństwa. Ktoś przeczyta mądry i dobry tekst o 11. września, kiwnie aprobująco główką i - jeśli wena dopisze - co nieco z niego zapamięta. A gdyby facet/facetka odkrył, iż Twój problem jest Jego problemem, to naturalnym odruchem byłoby włączenie Outlooka, w celu wymianki przemyśleń, nie? Oczekując na komentarz na forum zawsze spodziewam się tych znanych autorów, z głównej puli. I dobre chociaż tyle, mimo że wolałbym pięć podsumowań od nieznanych mi ludzi, niż jeden od, przykładowo, Ceeebuli. To byłoby świadectwo faktycznego czytania tego zinu przez nie tylko stałych tutejszych tekściarzy, gdyż, nawiasem mówiąc, wydaje mi się, iż właśnie to się tutaj uskutecznia...

A wiem, co mówię, bo początki mojej grafomanii sięgają czasów wyżej wspomnianych. Kiedy lubiło się autora za szczerość. Pamiętam dokładnie te mroźne dni. Chodziłem po dworze z walkmanem nie zwracając uwagi na zniechęcający jesienno-zimowy wiatr. Uwielbiałem te samotne chody ze słuchawkami w uszach, idąc i nie troszcząc się o konkretny kierunek. Wracałem do domu, robiłem sobie kawę lub herbatę i pisałem, bo chciałem, żeby ktoś mi coś napisał, że też tak czasami ma, żebym się nie przejmował itp. Analnie pieprzyłem wtedy technikę pisania. Potem przy bibliotecznym komputerze przecierałem oczy z niedowierzania - dwadzieścia parę listów w ciągu tygodnia. Wszystko przez Moją szkołę. Chciałbym nawet teraz czerpać taką przyjemność z tworzenia grafomańskich tekstów, ale się zmieniłem. A właśnie, gwoli zmian...

Doorshlaq dissuje obecną postawę AM i ja mu w tym towarzyszę. Zauważyć należy jednak maciupeńki szczegół. Z wiekiem ludzie zazwyczaj się zmieniają. Problemy też pod to podpadają. Mnie nie dziwi, że mając dwadzieścia lat komplikacje autora X mają inny kształt i wydźwięk, niż w wieku lat piętnastu. A autorzy AM również - niebywałe! - dorastają = zmieniają priorytety. Taka kolej rzeczy, natury i losu. A naturze, losowi i kolejności można nieco pomóc. Propozycja Remiqa wydaje mi się rozsądna i warta wprowadzenia w życie. To na początek. Utworzyć z Action-maga inny magazyn - o popkulturze, sporcie, komputerach, jedzeniu, i z felietonami. A rozdział, za którym tęskni D., zamknąć, oczywiście mentalnie. Było minęło (chyba że nastąpi jego samodzielne, naturalne zmartwychwstanie). Być może czas rozglądnąć się za innym tytułem? Może. Nie namawiam nikogo do odwrócenia się do AM plecami, ale do rozważenia tego problemu pod tym kątem, bo wprowadzenie tego romantyczno-nostalgicznego trendu na siłę, upychając go nogami, nie wyjdzie na zdrowie nAszemu Magazynowi.

I ja już się w tej sprawie zamykam. W ogóle to, przypominając sobie moją pewną deklarację, nie powinno mnie tu być.

11/09/2006

Deep Dish - Say hello
Bob Sinclair - World hold on
 

Michał Chmielewski
tu powinny być dane kontaktowe, ale od dawna czytelnicy AM mają tekściarzy wciśniętych w poślady, więc nie będę marnował tych cennych kilobajtów