PIWKO

 

 

Gatunkowy braciszek byka znad Wisły. Tym według mojej gmatwaniny skojarzeń jest żubr. Ma rogi, kopytka, czasami sobie pyrchnie i takie tam. Jednakże żubr jest tylko zwierzem. Wielkim, niebezpiecznym dla człowieka bydlęciem, co w trawie puszczy. Poza tymi cechami ma jeszcze jedną, symboliczną, nazywaną Żubrem.

Piwo, jakie jest, każdy widzi. Złociste, gazowane i z pianą na dwa paluchy. Napój dla dorosłej dziatwy, co przestrzega tylko teoria. Piją je wielcy i mali, grubi i chudzi, kobiety i mężczyźni (ci pomiędzy zresztą też), dorośli i dzie... Tylko dorośli.

Doskonale pamiętam pierwszy łyk piwa. Wielkie rozczarowanie. Gorzkie, bleee. To przełomowe zdarzenie rozegrało się między nieotynkowanymi ścianami budowy małego domku, tuż za moim domem. Starszy kolega z niewiadomego źródła przetransportował butelkę piwka i doszedł do jakże słusznego wniosku, by to mnie, nie kogo innego, wziąć ze sobą i golnąć sobie co nieco. Jak pomyślał, tak zrobił. Sprawnie - musiał to praktykować już wcześniej - uwolnił butelkę od ścisku metalowego kapsla i pociągnął sobie. Aach... I teraz, jak Neo w Matrixie, powoli, wykorzystując efekt focus, podał mi butelkę. Wziąłem ją pewnie w niedoświadczone łapki (konkretnie, to prawą łapkę) i przyłożyłem tzw. gwint do ust. Złociutki płyn wlał się do mojego gardła, siejąc spustoszenie wśród kubków smakowych (tych wyczuwających słodycz). Zaciągnąłem się, połknąłem i
- Pfeeeee!
Kolega uśmiechnął się znacząco - wiedział, że to mój dziewiczy łyk i właśnie takiej reakcji oczekiwał - zachęcił do kontynuowania, ale ja podziękowałem (ale gówno niedobre) i zwróciłem butelkę. On oczywiście wydudnił wszystko z uśmiechem, roztrzaskał puste szkło o ścianę i w ten sposób obwieścił powrót to codziennych czynności.

Mając lat piętnaście udawałem, że piwo mi smakuje. Picie go było wewnętrznymi katuszami i zewnętrzną dumą. Bo jeśli komuś w tym wieku, jakże dojrzałym, piwko nie wchodziło, wtedy był mięczakiem, dziwakiem i brakowało mu pewnych akcesoriów między kroczem, a jeśli wchodziło, był swój chłop. Więc piłem, kiedy dawali, a dawali dość często. Każdy rok przyzwyczajał mnie do smaku piwa. Piło mi się je z coraz mniejszym bólem, aż w końcu zaczęło mi - taadaam! - smakować. Piłem tu i tam, z różnymi ludźmi - z tymi sympatycznymi, mniej sympatycznymi i o_wiele_mniej_sympatycznymi także. Los pchał mnie w doświadczenia, których doznanie kończyłem przemyśleniami. Wtedy szedłem po aktualnego najbliższego przyjaciela, pełnoletni już braciszek kupował nam dwa piwa i we dwójkę szliśmy sobie pogadać i popić. A alkohol bardzo często znajduje swoje zastosowanie w polepszaniu kontaktów międzyludzkich. Działa na szczęki jak olej na zawiasy. Łatwiej wydusić z siebie potok zwierzeń, kiedy przerywa się go łykami gorzkiego napoju. Z czasem puszka i jej zawartość stały się dla mnie osobistym symbolem. Ale nie symbolem zataczającego się menela z trzema zębami, przeterminowanymi ciuchami i smugą smrodu. Symbolem dobrego porozumienia. Picie piwa z jakimś łebkiem przykleja mu - w moich oczkach - etykietkę fajnego kolesia. Gęsto też wykonuję dużo siedzących czynności przy komputerze wspomagając się piwem. Pisanie, przeglądanie, granie, oglądanie czy czytanie - wszystkiemu temu przewodzi dźwięk psstryk!, czyli otwarcie ponętnej i pociągającej dla pragnienia puszeczki.

Zupełnie jak wiele osobistości lubię nowy smak, dlatego wchodząc do spożywczaka rozglądam się po plejadzie puszek i butelek w poszukiwaniu nowej nazwy. Jeśli takowa zostanie zlokalizowana, to biorę. I zupełnie jak Ania z Zielonego Wzgórza nigdy nie popełniam pod tym względem identycznego błędu - jeżeli smak nowego piwka mnie rozczaruje, ma gwarancję, że nigdy ponownie nie sięgnę po nie ponownie.

Czym jest piwo? Napojem. Furtką, frontowymi drzwiami do alkoholizmu. To gładki i bezbolesny wślizg w cholernie bolesną chorobę psychologiczno-społeczną - alkoholizm właśnie. Ludzie traktują piwo i alkohol w ogóle jak skroploną Ebolę. Przestrzegają przed nim dzieci, dorosłych, niepijących i nawet tych rozpitych, jak gdyby jego zażycie definitywnie przekreślało radosny żywot na Ziemi. Ci śmieszni ludzie próbują w ten sposób heroicznie ratować miliony, a sami niechcący zapominają, że kopcą po dwie paczki papierosów dziennie. Tworzą teorie, że wymówki inni piją więcej /  kontroluje swoje picie / nie piłem pół roku, więc nie jestem uzależniony i temu pochodne są standardowymi wymówkami alkoholików, więc każdy mówiący te słowa jest nowym wśród nich. Że nie ma wyleczonych uzależnionych AA, tylko są uzależnieni AA, którzy potrafią zapanować nad nałogiem, co skręca mi kichy ze śmiechu, bo "uzależniony" oznacza właśnie kompletny brak kontroli. Ja dzisiaj, o godzinie 23:15, jestem po pięciu piwach. Obok monitora stoją trzy puste puszki, wszystkie z wczoraj. Jutro planuję wypić sobie co najmniej jedno przed pewną ważną rozmową - dla rozluźnienia - i jedno wieczorem - dla zamglenia bolesnego wspomnienia po tej rozmowie, bo takiego się spodziewam. A może jeszcze wcześniej ze dwa z przyjacielem? Prawdopodobnie. I pijąc to ostatnie, wieczorne piwko, przypomnę sobie o tym tekście (m.in. że wymaga poprawek). Wspomnę tych bezinteresownych duszpasterzy młodych alkoholików, którzy delikatnie i ostrożnie wyciągają ręce, by odebrać otwartą puszkę i zapewniać słodkim głosem, że to dla naszego dobra. Uśmiechnę się wtedy szczerze i pociągnę kolejnego łyczka.

Lubię piwko. Tak zwyczajnie, i już. Wy nie musicie, nikogo - uchroń mnie, boże - nie namawiam. Jednak ci, którzy siedzieli w gronie fajnych ludzi, przy ognisku, smażąc kiełbaski, śmiejąc się, gadając, śpiewając i pijąc przy tym piwo, przytakną mi, kiedy powiem, że wy, abstynenci, wiele tracicie. Piwo nie jest szatańskim odpowiednikiem święconej wody. Po prostu jak wszystko wymaga kontroli. Jeśli ją kiedyś stracę, wezmę pomoc. Sam. Wtedy przyznam rację waszemu a nie mówiliśmy?!. Póki co, idę na piwo. Heja!

14/09/2006

Red Hot Chili Pepers - Stadium Arcadium (Jupiter cd)
 

Michał Chmielewski
tu powinny być dane kontaktowe, ale od dawna czytelnicy AM mają tekściarzy wciśniętych w poślady, więc nie będę marnował tych cennych kilobajtów