|
Koncerty to mój żywioł. Imprezy tego typu są jednym z niewielu
składników mojego własnego, osobistego Matrixa. I like it! Jestem świeżo
po koszalińskiej imprezie rockowej o kryptonimie GeneRacja, gdzie
urządzono konkurs młodych talentów, a zakończono go najpierw występem
formacji Rzepczyno, a potem znanej i lubianej Comy. Jestem zmęczony,
poobijany i trochę jeszcze pod wpływem alkoholu, ale pisanie relacji w
takim stanie - gdy emocje jeszcze odbijają się echem w głowie - podobno
daje najlepsze efekty. Cóż, sprawdźmy…
Z mojego rodzinnego Sianowa
wyruszyłem po 16.00. Wcześniej uzbroiłem się w niezbędny ekwipunek, jakim
był przyjaciel (tzw. Damnian, sztuk jeden) i pieniądze (niecałe pięć
dych). W Koszalinie wylądowaliśmy po siedemnastej, a w amfiteatrze, gdzie
rzeczona impreza już była w toku, koło osiemnastej, albowiem nie można się
bawić o pustym żołądku. Dworzec posiadał bar mleczny, więc tam się
udaliśmy. Kolega nawet się najadł zupą i pierogami, ale ja nie potrafię
zaspokoić głodu kilkoma frytkami wielkości zapałek. Nic to. Niecałą
godzinę później byliśmy pod amfiteatrem. Okupowali go - i jego peryferie -
głównie ludzie, których bardzo często posądza się o nielegalne kontakty z
szatanem i jego poplecznikami. Chcąc kupić bilet doznałem kolizji z
brutalnym faktem: bilety są po 5 złotych. Pięć! Rok temu było dwa
pięćdziesiąt (nie mylić z czypięćdziesiąt). Co za zdzierstwo! Komercja!
Toż to jedno piffko w plecy. Z bólem w serduszku na ramieniu kupiłem bilet
(papierowa pseudo-bransoletka) i spotkałem też dawnego kolegę, którego
pamiętam bardzo dokładnie, gdyż odbił mi dziewczynę. Chwilę zastanawiałem
się, czy nie odegrać się teraz kilkoma cynicznymi komentarzami na jego
temat, zwłaszcza, że wygląd jego fryzury bardzo mi to ułatwiał, ale w
międzyczasie dowiedziałem się, iż pracuje tu jako ochroniarz. Postanowiłem
poprzestać na zwykłym na razie. Zainstalowałem bransoletkę na lewym
nadgarstku i wszedłem na GeneRację...
Jak na jedną z niewielu
wartych uwagi rockowych zadym w tym punkcie na mapie, osób było niewiele,
ale rok temu było ich jeszcze mniej. Właśnie jakiś nieciekawy konferansjer
omawiał wzniośle ideę tego koncertu. Usiedliśmy na szczycie trybun i
czekaliśmy na akcję. Po chwili formacja zwana Red Bridge (mogłem spaprać
pisownię...) zaczęła wydawać z siebie dźwięki. Riffy pierwszego kawałka
zapewne inspirowane były Kornem. Ekipa grała dość ładnie, znośnie i
fajnie. Najsilniejszym ich punktem był cover Michaela Jacksona. Gdy jakaś
niemiecka banda zaczęła rozkładać na scenie swoje zabawki, wpadłem na
hiper-pomysł. - Co powiesz na piwo? - Wiesz, Michał, uważam twój
pomysł za bardzo wybitny. - Teraz zagrają Niemcy, ciekawe, co za
ekipa? - Może Tokio Hotel... W sklepie okazało się, że Żubry są
niedostępne, więc zadowoliliśmy się Żywcami. Usiedliśmy na parkowych
ławkach, tuż przy monumencie pana Norwida. I nie tylko my, bo byli tam też
inni zainteresowani koncertem Comy, a że ten miał wystartować po 21.00, to
tym czasem trzeba było się jakoś zadowolić czym innym. Piwem na przykład,
nie? Więc tak sobie siedzieliśmy, piliśmy, aż położyłem się plecami na
ławce. - Damian, jestem Bogiem! Czuję w sobie nieprawdopodobną moc,
dzięki której mogę kontaktować się z każdą żywą cząsteczką na tej
planecie. Czy ty czujesz to?! On, prawdę mówiąc, czuł tylko efekt
spożycia alkoholu. Poszliśmy zatem na GeneRację w celu zintegrowania się z
jakąś znajomą grupą. Takowej nie znaleźliśmy, ale Angela, koleżanka,
chodzący pozytyw o słodkim głosie, znalazła mnie. Dowiedziałem się od
niej, że pizza, którą dzień wcześniej jedliśmy, narozrabiała w jej
żołądku, tak jak i w moim. Zgadaliśmy się na Comę i udaliśmy w swoje
strony. Przesłuchania niszowych grup dobiegły końca, więc poszliśmy w
stronę najbliższego marketu. Zgłodniałem. Damnian spytał się mnie, czy
pamiętam, jak rok temu liczyłem w tamtym markecie pieniądze. Na podłodze.
Nie pamiętałem. Wyszliśmy z marketu uśmiechnięci i zadowoleni. Kasjerka
nawet dowodu nie chciała, wow! Osiem puszek, sześć bułek i dwa duże
jogurty. Rozmawiając o niczym spałaszowaliśmy bułki z jogurcikami.
Mniam! Pozostały cztery piwa na głowę, aczkolwiek planowaliśmy reaktywować
mój zeszłoroczny plan. Mianowicie, pijemy po dwa, a resztę chowamy w
zacisznym miejscu (krzaki), byśmy mogli później, w trakcie koncertu,
wyślizgnąć się i ekspresem rozprawić się z pozostałymi. Plan wziął w łeb,
bo oto nieopodal krzaczka... nie, nie mieszkała Kaczka Dziwaczka...
nieopodal krzaczka siedziała Angela, wspomagała ją trójka dziewczynek.
Podzieliliśmy się z koleżankami tym, co mieliśmy sobie zakonspirować.
Okazało się, iż ta po lewej Angeli, a mojej prawej, nazywała się Kasia. Ta
po lewej Kasi dzierżyła imię Monika. Po lewej Moniki siedziała... eee...
Marta (?). Prawdopodobnie Marta… Wymieniłem kilka zdań ze wszystkimi i
usiadłem nieco z boku, czyli tam, gdzie bunkrował się Damnian. Lecz oto
dosiadła się Monika i zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o kondycji Comy. Lecz
ja Comę znam tylko z recenzji w "Przekroju" i "Machinie" (plus kilka odbić
o ucho ich nowej płyty), więc żeby nie wyjść na matołka udawałem, że znam
ją dobrze (szermierka pozorami). Daruj, jeśli to czytasz, ale za fajnie
się gadało, aby przerwać to przez moją niewiedzę. Potem trochę o wspólnej
szkole, znajomych i szczypta filozofii na koniec - miłość. Najprostsze,
najbardziej prymitywne uczucie ludzkie - oto końcowy wniosek. Ponadto
dowiedziałem się, że dla tych dziewczyn pogo to barbarzyństwo (Angela
dokładnie użyła słowa barbarzyństwo!) i że nigdy się w to nie
bawiły. Wciągnę was w ten wir siłą, to będzie wasze dziewicze pogo,
zapowiedziałem, co one skwitowały śmiechem i zabroniły mi tego próbować.
Tymczasem Damnian, cichy i tajemniczy, zaalarmował brak benzyny piwnej.
Podjęliśmy rozpaczliwą próbę zlokalizowania otwartego
sklepu.
JEEST! Czynny, biedny mały sklepik. Biedny, bo
oblężony przez hordy ludzi z GeneRacji. Wspomagany przez siłę wyższą
wbiłem się do sklepu. Było tam kilku wysoookich Niemców. W pewnym momencie
pracownica wpadła na pomysł, by nikogo nie wpuszczać do sklepu, bo i tak
robią już nadgodziny, a i prowiant - jak się za chwilę miało okazać - jest
na wyczerpaniu. Dlatego zamknęła drzwi na kluczyk. Wysoooki Niemiec z
plakietką "GeneRacja - Gość" omiótł wzrokiem dłuugą kolejkę,
spojrzał się na mnie i oznajmił: - Its fuckin boring... - Saint
truth - popisałem się. Wymieniłem z nim kilka zdań, to pamiętam,
ale niestety już nie za bardzo pamiętam, jak one brzmiały. Niemiec
postanowił zdezerterować, toteż zagadał do kasjerki ken ju łopen de
dor, plis?. Kobieta rozglądnęła się po skrzynkach z piwem i kiwając
głową na boki zaczęła go zapewniać, że nie ma, skończyło się, przykro
mi. Ruszyłem z odsieczą, powiedziałem jej, żeby go wypuściła. Sam
wyszedłem ze sklepiku zaopatrzony w to, po co tu
przyszedłem.
Doszliśmy w końcu do punktu zero - koncertu Rzepczyno
i Coma. Pierwsza grupa wystartowała z obowiązkowym poślizgiem ponad
dwudziestu minut, lecz chwilę później ta zwłoka została zrekompensowana.
Smaczne dla ucha dźwięki (i dla oka, ale to za sprawą aparycji wokalistki)
zaczęły siać spustoszenie wśród publiki pod sceną. Zaczęło się. Ciągnąc
Damniana za sweterek skoczyłem w wir...
Ludzie się popychali,
szarpali, wywracali, podnosili i dalej popychali i szarpali. Latałem jak
napompowany adrenaliną. Zaliczyłem kilka gleb, ale wtedy kilka par rąk
natychmiastowo podnosiły mnie w górę i dalej szalałem jak jaskiniowiec.
Damnian wymiękł w momencie, gdy ja dopiero się rozkręcałem. Migały mi
dziesiątki twarzy. Jakaś dziewczyna powoli i ostrożnie wycofała się z
tłumu trzymając nos (albo przytrzymując - wersja drastyczniejsza). Ups.
Uważam, że pogo to barbarzyństwo!. Kilka szczęśliwych osób niesione
były przez tłum wzdłuż sceny. Ktoś znowu zaliczył bliski kontakt z
podłogą. Rzucałem się plecami na ludzi, krzyczałem, popychałem wszystkich
wkoł... ŁUP! Dostałem, prawdopodobnie z łokcia, prosto w dolną szufladę
(szczękę, jeśli ktoś by nie skumał), co wpłynęło na nią dość
niekorzystnie. Nie mogłem jakoś jej maksymalnie otworzyć. I właśnie w tym
momencie przestało mnie to bawić, ale proszę, ruszyłem nią na boki i sama
się naprawiła!
Rzepczyno ustąpiło miejsca Comie. Muzycznie było
rzeczywiście, jak mówiono w Przekroju, bez fajerwerków. Ot, zwyczajny
romantyczny rock przeplatany przeciętnie średnią liryką. Ale krytykę
zostawiłem w domu, bo tutaj przyszedłem z zamiarem rozerwania się niczym
granat bojowy F1.
A zatem, jedziemy dalej z tym koksem, przedtem
jednak spróbowałem wepchnąć w zadymę Damniana, jednak on miał definitywnie
dość. Wróciłem więc sam. Pod samą sceną, przy murku, stały sobie Monika i
Angela. Mam was, pomyślałem, złapałem obydwie i ciągnąłem za sobą ile sił,
a zostało mi ich niewiele. One chichocząc się wycofały, natomiast ja nie
byłem uprawniony do stosowania środków przymusu bezpośredniego, czego
żałowałem. Skok w tłum. Pchnięcie. Pchnięcie. Potem znowu popchnięcie i
znowu skok. W tłumie znalazł się hardcoreowiec, który zapomniał chyba o
emocjonalnych hamulcach, ponieważ zaczął wkoło kopać wszystko, co się
poruszało, a poruszało się wszystko. Używał swoich wypolerowanych glanów w
celach destrukcyjnych. Ludzie wyciągali ręce w górę, bawili się, tańczyli.
Kilka par stało na skraju tłumu, tańczyli, tulili się i wylizywali sobie
gardła. Wyglądały jak krzyżówka duetów Barbie i Ken z Billym Armstrongiem
(z Greenday) i Avril Lavigne (z... Kanady). Znalazłem na trybunach Monikę.
Powiedziała, że Angela już pojechała do domu, że jest fajnie itp. O dziwo,
mocno się nie sprzeciwiała, gdy pchałem ją w stronę zdziczałego tłumu.
Potem posiedzieliśmy chwilę, delikatnie skontrolowałem sprawność dolnej
szufladki i poszedłem - już nie miałem siły biec - w tłum. Dałem sobą
chwilę pomiatać jak szmacianą lalką, nie miałem siły odpierać ataków.
Zlokalizowałem Damniana, rycząc sobie w uszy ustaliliśmy, kiedy wracamy.
Teraz. Już. Przebiliśmy się przez ścianę ludzi, pomachaliśmy sobie z
Moniką na pa-pa, i tym sposobem, wśród dźwięków Comy, opuściliśmy
GeneRację 2006 w Koszalinie. Do następnego roku.
Rzeczywistość
wróciła do nas z impetem rozwścieczonego tsunami. Wszystko za sprawą
odległości, jaką musieliśmy przebyć. Skromne ponad dziesięć kilosów. Phew,
pryszcz, powiedziałbym w normalnych okolicznościach, aczkolwiek
arcy-zmęczenie, ból szczęki i generalnie ból wszystkiego znacznie odbiega
od normalnych okoliczności. Ciężko było ustać, a co dopiero iść - i to
taki odcinek! Czułem się, jak gdyby mnie ktoś przeżuwał pół godziny,
połknął i wysrał, a Damnian wyglądał gorzej ode mnie, biedaczek. Jakimś
nieznanym mi sposobem wyszliśmy z Koszalina i przeszliśmy dokładnie
półtora kilometra na oko. Kilka samochodów jadących w naszym kierunku było
właścicielami wyjątkowo bezdusznych istot ludzkich. Nikt nie pomyślał
sobie a co mi tam, zabiorę ich, tylko pstrykali długimi światłami
po oczach i odjeżdżali w gęstniejącą ciemność. - Taksówka! -
rzucił Damnian. Siłą rzeczy, aby dostać się do taksówki należało
zawrócić do Koszalina i tam jakąś upolować. Wróciliśmy, złapaliśmy jedną,
ona szybko i sprawnie przetransportowała nas pod dom Damniana, a że on był
pomysłodawcą użycia taksówki, to płacił z własnej kieszonki. 50 zł.
Taksówkarz życzył nam miłego odpoczynku i pojechał sobie. Udałem się do
domu i pokazałem matuli, że żyję. Potem tylko sprawdziłem, czy wszystkie
kości są na swoim miejscu, czy nie brakuje mi jakiegoś palca albo oka.
Następnie rozpaćkałem się na łóżku i przeniosłem swój umysł w stan
nieważkości.
Muzyka łączy - zajebiste hasło. To bardzo lepka
i szybkoschnąca maź stosunków międzyludzkich, przy jej pomocy bardzo łatwo
można nawiązać kontakt z innymi, otworzyć się na innych ludzi. To
odrdzewiacz zardzewiałych uczuć ludzkich, jakie ostatnio tracą wartość -
zrozumienie, przyjaźń, miłość. To tlen chorych na życie. Ja żyję muzyką i
ona jest moim respiratorem. Nigdy nie zapomnę, jak Damnian przypadkowo
wleciał na chłopaka, który z kolei brutalnie poleciał na dziewczynę.
Odwrócił się do niego, podał z uśmiechem rękę i zrobili niedźwiedzia. Inne
okoliczności mogłyby być decydujące dla alternatywnej wersji tego
zdarzenia - ręczne rozwiązanie problemu. Muzyka łączy, ludzie.
Pamiętajcie, że przeróżne treści, jakie ze sobą niesie, są jej pobocznym
zastosowaniem. Zadanie numer jeden to łączyć. I jeśli jej pozwolicie,
zrobi to.
17/09/2006 |