Przejdź do spisu treści...

SHORTY

Dr.Agon ::: Czas, a sprawa życia

-Wtedy wyciągną zawleczkę i bum. Potem jeszcze takie ujęcie wybuchu.
-I to koniec?
-No. Ale film fajny.
Piiiip!!!!!!!!!
Ktoś nagle pociągnął mnie za kołnierz z powrotem na chodnik. Tuż przede mną przejechał autobus. Prawie przed moim nosem. Gdy pojazd pojechał, zrozumiałem, że ten ktoś uratował mi życie.
-Słuchaj, pogadamy później.- Wyłączyłem rozmowę, chcąc podziękować temu komuś. I wtedy... Zauważyłem, że wszyscy ludzie na ulicy mają coś nad głowami. Przyjrzałem się dokładnie. To "coś" wyglądało jak liczby. Jakby żywcem wyjęte z kalkulatora. Złapałem jakiegoś kolesia za rękę. Zdziwiony zatrzymał się. Miał te liczby. One coś odmierzały, chyba... Poszedłem dalej. Chwyciłem dziewczynę która wyszła z poczty.
-Hej!

Machnąłem ręką. Liczby nie znikały. Powtórzyłem to z kilkoma innymi osobami. Liczby nad ich głowami wisiały niewzruszone.
Siadłem na ławce. Przetarłem oczy, jednak to nic nie pomogło. Obok mnie usiadła jakaś kobieta. Rozmawiała przez telefon. Próbowałem dyskretnie chwycić te liczby.
-Spadaj zboczeńcu.- Odpowiedziała i poszła.
Wszyscy je mieli. Listonosz, policjant, gość jedzący tacos. Wszyscy na ulicy. To chore. Musiałem zwariować. Postanowiłem iść do domu. Miałem niedaleko. Muszę iść tylko tą ulicą. Ulicą Grecką. Idąc po chodniku przyglądałem się ludziom i tym liczbom.
Im bardziej się przyglądałem tym coraz bardziej byłem zdezorientowany. Zacząłem biec.
Byłem już pod domem. Zauważyłem ambulans. Coś się stało? W mojej kamienicy żyło kilka rodzin. Której coś mogło się stać? Po chwili z budynku wyszło dwóch sanitariuszy z noszami. A na noszach leżała starsza kobieta. Pani Klaudia. Miała ponad 80 lat. Zawał? Czy tylko zasłabła?
Nad jej głową też unosiły się liczby. Było ich mniej niż u innych ludzi. Inni mieli po osiem cyfr. Ona miała cztery. Dwie pierwsze schodziły wolniej. Dwie ostatnie szybciej.
11.08
10.22
Podchodziłem do ambulansu. Sanitariusze właśnie wkładali starszą kobietę do pojazdu.
5.16
Czy znowu ujrzę tą kobietę? Czy jeszcze kiedyś pomogę jej wejść po schodach?
1.21
0.19
Kobieta zamknęła dotąd otwarte oczy.
0.00
Zegar znikł. Zrozumiałem. To był zegar życia. A ta kobieta zmarła. Na moich oczach. Sanitariusze odjechali na sygnale. Ja jednak wiedziałem, że to na nic. Ona nie żyje.
Zawróciłem się. Nie chciałem dłużej tu być. Szedłem prosto. Cały czas.
Minąłem kobietę w ciąży. Oprócz zegara nad jej głową, widziałem również odmierzający czas na wysokości jej brzucha.
Byłem koło sklepu z butami. Podszedłem do wystawy. Czemu ja nie mam zegara? Czyżbym nie żył? Ale wszyscy mnie widzieli.
Poszedłem dalej. Widziałem zegary nad głowami przechodniów, ale nie widziałem mojego. Kobieta z wózkiem, żebrak, kobieta biznesu... Hej, zegar nad jej głową drastycznie spadł.
23,453,624.42
10,321,538.23
647
32
Kobieta podeszła do samochodu...
4.00
3.00
Już wkładała kluczyki...
2.00
Szybko do niej podbiegłem. Chwyciłem ją i odciągnąłem od auta. Sekundę później na pojazd spadła kilkutonowa rzeźba. Z auta nie zostało nic.
Stałem z kobietą kilka metrów dalej. Puściłem ją. Po czym poszedłem dalej.
.
.
.
Muszę kupić masło, coś do picia, koniecznie niegazowanego. No i jeszcze nowe buty dla siebie. No, stoi moje małe cudo. Musiałam ostro harować u tego starego zboczucha, żeby je mieć. Gdy otwierałam drzwi, jakiś chłopak podbiegł do mnie. Złapał mnie za ramię i odciągną od auta. Już miałam krzyknąć, złodziej, gdy na moje piękne niebieskie auto spadła jakaś statua.Byłam o krok od śmierci. Ten chłopak mnie uratował. Przez chwilę jeszcze nie rozumiałam co się stało. Gdy spojrzałam na niego. Gdy chciałam podziękować temu chłopakowi, zauważyłam że miał coś nad głową. Zaraz, wszyscy to mają. Coś jakby liczby...

"Heaven's gates won't open up for me
With these broken wings I'm fallin'
And all I see is you "


Nickelback- Savin' me

Fabuła textu pobrana z teledysku zespołu Nickelback- Savin' me
Text dedykowany:
-Qniowi (THX za więcej miejsca dla AM#O)
-Misiael'owi (Ja też jestem z tych okolic)
-Pewnej Klaudii która nie jst stara, tylko młoda i piękna ;-)


DR.AGON [ margor20@wp.pl ]

Dr.Agon ::: Seuterpe

   Ósmy świat Euterpe

1.
Euterpe potrafi tańczyć całymi godzinami, od świtu do zmierzchu.
Euterpe kocha taniec, a przecież o każdej porze dnia jest zupełnie inaczej. Inaczej tańczy się o świcie, w ostrym, ściągającym skórę chłodzie, gdy strącone z trawy krople rosy spływają po bosych stopach. Inaczej w południowym słońcu, kiedy rozgrzane niebo wiruje nad głową a wypełnione światłem powietrze jest takie ciche.
Ale najpiękniejszy jest wieczór. Euterpe przystaje na chwilę, żeby popatrzeć, jak ogromne, czerwone słońce kryje się za drzewami, żeby poczuć wiatr na zarumienionych, rozgrzanych policzkach, pozwolić mu wpleść we włosy kilka suchych liści.
Wtedy, na krótką chwilę, wszystko wraca.
Euterpe nie zatrzymuje się jednak zbyt często, woli tańczyć. Taniec jest bezpieczny, zrozumiały, taniec jest regułą tego świata. Jej świata.

2.
Czasami zdarza się, że Euterpe nie chce tańczyć. Każdy ruch, działanie, choćby tylko pozorne, nawet tak piękne jak taniec- jej taniec- wydaje jej się czymś głupim, niemal złym. A już na pewno pozbawionym sensu.
W takie dni Euterpe spędza leżąc w wysokiej, aromatycznej trawie. Patrzy w niebo swoimi dużymi, niemal okrągłymi oczyma. Ktoś kiedyś powiedział jej, że w tych oczach też jest niebo, ale to było bardzo dawno, nawet nie pamięta jego twarzy.
Euterpe straciła bardzo wiele rzeczy, niemal wszystko, co miała. Teraz jest tylko niebo, to prawdziwe, zapach trawy i ziół, czasami owad przemykający po ciele. Tylko tyle, ale to wystarczy.
W takich chwilach myśli o swoich siostrach. Na pewno podobałby im się ten świat, ta polana. Ale w tym świecie jest tylko Euterpe, jakby jej siostry nigdy nie istniały. Nie ma ich już od tak dawna.
Wtedy pojawiają się chmury i wypełniają cały świat, całą pustkę..
A po białej skroni Euterpe spływa łza. Tylko jedna.

3.
Więc taniec, więc ruch, dopóki starczy tchu, dopóki starczy sił. Taniec jest bezpieczny, dobrze znany. W tańcu nie ma miejsca na łzy, taniec wypełnia wszystkie zakamarki rzeczywistości, nawet te, o których Euterpe nie chce pamiętać. Taniec, ruch, a wszystko wiruje i zlewa się w jedną, nieokreśloną całość. Wiatr marszczy krótką tunikę, rozwiewa włosy. Wiatr to ruch, to wolność. To spokój.

4.
Przeczuwała, że kiedyś to nastąpi, ale wcale nie była przygotowana. Z niejasną obawą patrzyła, jak stał nieruchomo pośrodku jej polany. W jej świecie.
Nie poruszył się nawet wtedy, gdy w końcu do niego podeszła.
-Kim jesteś?- wreszcie odważyła się zadać to pytanie, ale już wiedziała, że nie ma sensu. To tylko wspomnienie, nic więcej.

5.
W tym świecie nic się nie zdarza i nic się nie zmienia. To jest tylko jej świat, świat Euterpe. Tak jest dobrze.

6.
Kiedy nareszcie się pojawił, nie mogła uwierzyć. Nie chciała uwierzyć. To niemożliwe- ktoś tak po prostu wtargnął do jej świata, tu, gdzie w końcu, po długiej ucieczce z tamtej strasznej góry, gdzie pochowała swoje siostry znalazła spokój, choćby tylko chwilowy? Dlaczego? Przecież wcale nie jest gotowa, wcale tego nie chce.
Patrzyła więc, leżąc bezpiecznie ukryta w wysokiej trawie, jak stoi na jej polanie, na której tyle razy tańczyła lub tylko patrzyła w niebo. Rozglądał się niepewnie, z przestrachem, jakby nigdy w życiu nie widział trawy, drzew, słońca, chmur. Jakby nie wiedział, gdzie jest. A potem po prostu ruszył przed siebie, między drzewa.

7.
W końcu nie wytrzymuje, czuje, że nie może dłużej tego przeciągać i śledzić go z ukrycia. Wychodzi więc po prostu, nie wierząc, że to takie proste.
-Nazywam się Euterpe- mówi, a jej świat na chwilę zatrzymuje się.
-Euterpe... ładne imię. Wiedziałem, że gdzieś tu jesteś, że to miejsce nie może być puste.
-Nie, nie jest. Ale nie ma tu nikogo więcej...- chyba pierwszy raz naprawdę zdaje sobie z tego sprawę. I nagle, niemal bezwiednie uśmiecha się i pyta:
-Potrafisz tańczyć?
- Nie- próbuje ukryć zaskoczenie, ale zupełnie mu to nie wchodzi- Ani trochę.

Dr.Agon [ margor20@wp.pl ]

Koriat ::: Requiem aeternam

I
Czasami próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądał lód. Oczywiście, nigdy go nie widziałem, więc może lepiej powiedzieć, że próbuję stworzyć wyobrażenie. Ale tutaj pamięć jest wszędzie wokół.
W końcu mi się udaje, nie może być inaczej. Jest lśniący, biały. Tak bardzo niepodobny do zakrzepłej rtęci i stali księżycowych skał.

II
Patrzę- gdzie, czy to jest dół, czy góra, a może tylko nieskończenie rozciągnięty horyzont na wprost? Patrzę na Ziemię, tam, gdzie była Ziemia, tam, gdzie będzie Ziemia. Teraz jest tylko wieczne pulsowanie i ruch, kolejne kłącza i ciernie Narośli zaciskają się w ciszy tworząc wzory nowej doskonałości. Tak ewoluuje Wszechświat, przez nakładanie na siebie kolejnych wzorów, układów i niedorzeczności. Nie ma innej drogi.

III
-W takim trwaniu zawarty jest nasz sens i nasza rzeczywistość- ktoś mówi, a słowa płyną przeze mnie wzbudzając prąd, o którym już zapomniałem, o którym już zapomnieliśmy. Porzucam więc Ziemię, to, co nią było i będzie; patrzę na kształt tych słów, tam, gdzie na chwilę zastyga rzeczywistość, jej usta i blask, który tak bardzo chcę uznać za oczy. Jej oczy, choć wszyscy jesteśmy jednym, wszyscy jesteśmy Księżycem.
Czekam, aż ten prąd się powtórzy, aż będą we mnie słowa. Ale nie nadchodzą, mówię więc sam, wszyscy mówimy.
-Czekamy na czas. Aż znowu będzie. Narośl zniknie i nigdy nie zaistnieje. Tak jak ten błysk, niepodobna do lodu rtęć księżycowej skały, światło tamtych oczu, tak głęboko. Aż będziemy osobno, bo tylko wtedy można być razem.
Czekamy, aż wróci Czas i już nic nie będzie jednością.
Kiedyś, za całą wieczność.
I już nie ma słów, ale znowu widzę ten blask odbijający się w księżycowej skale.

Koriat [ koriat@poczta.fm ]

Koriat ::: Poza Krawędź

   Błękitnoskrzydły siruszi, smok bogini Isztar rozpościera swoje gładkie, wąski skrzydła ponad krawędzią urwiska. Daleko w dole szumią fale Oceanu Zewnętrznego. Dalej nie ma już nic, dalej nie da się uciec.
Przesuwam w milczeniu dłonią po łuskach na długim, smoczym łbie. Chyba ostatni raz.
Patrzę na Ocean i dalej, tam, gdzie nie ma już nic, poza krawędź świata. Nie odwracam się, choć ich słyszę.
Synowie Ziemi znów powstają przeciwko mnie, formują swoje ciała z kurzu i gliny. Tak szybko. Mimo to nie patrzę na nich. Dalej już nie da się uciec.
-Co zrobisz teraz, ty, który zhańbiłeś swój rodzaj i wyrzekłeś się Ziemi? Co zrobisz na końcu świata?- głos jak lawina, jak kamień.
Siruszi, mój błękitny smok, tak daleko od swojej bramy, odwraca się pierwszy. Wiem, że atakuje. Wiem, że nie ma żadnych szans.
Patrzę na Ocean. A gdzieś za mną drży niebo i pęka ziemia.
Zapewne rozszarpali już smoka, choć sami przyszli zza wrót, których kiedyś strzegł.
Teraz zajmą się mną.
Już idą.

Więc kiedy świat w końcu pęka od kroków Synów Ziemi, kiedy nie ma już Ziemi, Oceanu ani mnie, w końcu odwracam się i spoglądam im w oczy.
Już poza krawędzią

Koriat [ koriat@poczta.fm ]

Wojciech Popik ::: Normalna kolej rzeczy

Tego dnia był nad podziw spokojny.
Wszelkie chęci do buntu uszły z niego tak nagle i niespodziewanie, że wprawiło to w zdziwienie cały personel. Mnie również. Być może coś przeczuwał - nie znamy ich jeszcze na tyle dobrze, aby osądzać z góry ich zdolności umysłowe.
Zrobił się za to bardziej rozmowny i skory do współpracy; sądzę, że jego umysł po fazie początkowego wzburzenia przeszedł metamorfozę i wstąpił na wyższy poziom egzystencji - dojrzał chyba wreszcie bezsens własnego oporu i przeszedł być może do bardziej cywilizowanych sposobów walki z wrogiem - rozmów pokojowych.
Obskurna cela, półmrok, spokój. Im bliżej jego się znajdowałem, tym bardziej nienaturalnie cisza rozbrzmiewała wśród gwarnych dotychczas murów. Unosiła się w powietrzu jak trujący gaz, jak gdyby zwiastowała czyjąś śmierć.
Siedział okrakiem na stołku i smętnie wpatrywał się w jemu tylko znany punkt na podłodze. Miał wyraźną ochotę z kimś porozmawiać. Jak się później okazało, był niezłym partnerem do rozmowy - nawet jak na nich.
- Czemu nam to robicie?...
Słabe światło małego okienka więziennego padało na bladą twarz istoty. Nadal bystre spojrzenie łypało na mnie spod ociężałych z bólu i zmęczenia powiek.
Cóż miałem mu odpowiedzieć? To, że nasze społeczeństwo musi ,,badać'' wszelkie odmienne inteligentne istoty żywe? Że jest w tej chwili jedynie przedmiotem badań i jego pytanie jest całkowicie nie na miejscu, biorąc pod uwagę ich niszę gatunkową i naszą oczywistą wyższość? A może, że skończyłem wyższą uczelnię na wydziale psychologii tylko dlatego, żeby właśnie ich ,,badać''?
- Tak trzeba.

***

Ponoć istnieje teoria mająca podparcie w zamierzchłych czasach, w myśl której pewni osobnicy twierdzą, jakoby nasza populacja wywodziła się od tych zwierząt. Ba, niektórzy nawet byliby skłonni składać im cześć i uważać za rasę bogów - kreatorów, Wielkich Konstruktorów, którzy stworzyli nas na swoje podobieństwo. Prześladowali nas, jako podrzędną populację ich własnego błędu. Tępili, ale i zwalczali siebie nawzajem. Zbłądzili i przestali rozwijać swe umysły. My zaś poszerzaliśmy swe horyzonty, doskonaliliśmy się i ulepszaliśmy. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Wreszcie nasza inteligencja przewyższyła ich i nigdy więcej nie mogła już być nazwana sztuczną.
Wykształciły się nam nawet uczucia. Czy czuję coś teraz? Owszem, czuję, że nie postępuję dobrze, ale nie zastanawiam się już dłużej nad tym. To nie ja rozdaję karty na stole wszechświata. Teraz nadszedł widać nasz czas. Czas, aby odpłacić im za wszystkie krzywdy i objąć rządy.
Czy pacjent jest w pełni predysponowany? Chciałbym go przesłuchać. - zadzwoniłem do pielęgniarki, aby uzyskać zezwolenie. Drugą ręką wyjmowałem już z biurka narzędzie perswazji - młotek.
W tej chwili znów dostał ataku szału, ale sądzę, że na czwartą pański człowiek powinien być gotowy.

Wojciech Popik [ wujek_pop@interia.pl ]

Wojciech Popik ::: Łagodne spadną deszcze

   W hołdzie Rayowi Bradbury składam

Zanosiło się na burzę. Miało padać długo i rzęsiście.
Na planecie panował ruch i niepokój; wszyscy przeczuwali już dobrze, że za chwilę się zacznie. Krzyczeli: Co to będzie? Co to będzie? Pierwsza ulewa od tysiącleci. Czy zrobiliśmy wszystko, aby nas nie zalało?
Biegali wkoło i szukali schronienia, wystarczająco mocnego i solidnego, które nie przepuści wielkich kropel. Starzy mówili: Po tylu latach dobrobytu musiał przyjść kataklizm. Brzmiało to strasznie i poważnie, więc czym prędzej szykowali się do obrony przed nieuchronnym nieszczęściem.
Ponoć chmury ciągnęły z Ziemi.

*

Pierwsze krople, które leciały ku powierzchni były największe i najsilniejsze. Przecierały szlak dla innych kropel i dawały im poczucie bezpiecznego spadania. Tym dużym żadna kropla nie miała prawa wejść w drogę. Mniejsze musiały jednak w dalszym ciągu uważać, bo wiatr mógł je zwiać. Inne całkiem duże krople niszczyły w locie mniejsze. Mniejsze zaś wchłaniały tak drobne krople, że nie widać ich gołym okiem.
Do powierzchni docierały jedynie najsilniejsze i największe.
Deszcz wzmagał na sile. Od pojedynczych kropel uderzających w grunt przechodził w mżawkę, następnie w deszcz, ulewę, aby na końcu stać się oberwaniem chmury. Żadna kropla spadająca z nieba na planecie nie łączy się z innymi, ale sama próbuje szczęścia. Upadając nie spoczywa bezwiednie, lecz wsiąka głąbiej, drąży grunt dalej i dalej w poszukiwaniu niewiadomych skarbów. Czyni to tak zachłannie, że tworzy korytarze i przeorywa całą powierzchnię i to, co jest pod nią. Wszystkie zachowują się w ten sposób, a spada ich miliony.
Cała planeta zostaje dokładnie przez nie przeszukana i przefiltrowana tysiącami kanalików i korytarzy. Te przeradzają się w rwące strumienie i potoki, dalej w rzeki i morza. Glob jest stopniowo pozbawiany części swojej masy, kurczy się i anihiluje wskutek ich niszczącego działania. Wreszcie planeta staje się dwa razy mniejsza niż była, przybiera kształt piłki futbolowej, potem tenisowej, a na końcu staje się nie większa niż ziarenko piasku. Krople stopniowo z niej odchodzą, najpierw powoli, nie wierząc w przykre prognozy. W końcu jednak wszystkie się przekonają, że nie ma tu dla nich już nic do wchłonięcia, i uciekają z planety jak najszybciej, choć nadal nienasycone.
*

Mają jeszcze jedną właściwość. Potrafią i lubią niszczyć i zabijać.
Siedząc w bezpiecznym schronieniu spoglądał na tragedię, która dotknęła jego planetę. Niebo było czerwone, jak wszystko wokół. Zasnuwały go coraz większe czarne chmury, które jednak szybko przybierały jego barwę. Szare krople spadały i natychmiast przybierały znajomy, przyjazny czerwony kolor. Odkrył, że nie musi się ich obawiać. Przecież nic, co przyjęło jego barwy nie zrobi mu krzywdy. Uspokoił się i postanowił przeczekać ulewę. Wkrótce dach zaczął przeciekać. Ale nie obawiał się już tego, przecież deszcz jest dobry. Wyszedł na zewnątrz. Ujrzał, że wielu jego pobratymców również poszło jego śladem. Byli szczęśliwi, że mają nowych czerwonych braci. Wtedy stało się coś dziwnego. Jeden z rdzennych braci upadł, kropla przeszyła go na wylot. Inni zaczęli odchodzić, trafiani przez inne jej podobne. Nic nie rozumiał. Nie przypuszczał nawet, że coś takiego mogłoby mieć miejsce. Kropla trafiła go w stopę i unieruchomiła. Popatrzył w górę , na piękne czerwone niebo...

Wojciech Popik [ wujek_pop@interia.pl ]

Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści