Przejdź do spisu treści...

GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE... 2 Cz.2

GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE...(2)
Część 2: Bez zmian
- Niech będzie pochwalony.... - drzwi uchyliły się powoli, do środka wszedł gość ubrany w coś na kształt habitu, ale dozbrojonego komórką i grubym portfelem w kieszeni. Wyglądał na przestraszonego. SZEF siedzący w ciemnej części pomieszczenia zaprosił go gestem do zajęcia miejsca na fotelu przed biurkiem. Gdzieś z cienia dochodziło mruczenie kota. Dym z cygara kłębił się w świetle lampy.
- Na wieki wieków amen. Zapewne orientujecie się bracie Marianie w sprawach... - przemówił SZEF chrapliwym, godnym bossa sycylijskiej mafii głosem.
W chwili grobowej ciszy, jaka zapadła, słychać było tylko odgłosy kota.
- Magnificencjo, wiem jak postąpić, ale to naginanie przepisów. - podjął w końcu brat Marian - GÓRA może się przyczepić.
- Ich biorę na siebie... rób co do ciebie należy. Pamiętaj, cel uświęca środki. Musimy szukać nowych rynków zbytu dla naszej wiary, odbierać wyznawców tej nowej sekcie. To kwestia przetrwania. Wstyd przyznać, ale mamy tu wspólne interesy z tymi z piekła. - SZEF przerwał nagle. Nie przywykł do tak długich dyskusji - A teraz idź w pokoju..... .
Kot nagle przestał mruczeć. Brat Marian nadal dość przestraszony opuścił biuro. Przesrane, pomyślał... brudna robota, ale ktoś to musi zrobić.
Nagle doznał olśnienia. Miał władzę. Małą, ale wystarczającą. I znajomości w wydziale celowych przypadków losowych. Tak, to był sposób. Przecież cel uświęca środki.... .

* * *
Listopadowa noc była ciemna, nie ulegało to wątpliwości. Czarny, dwudziestoletni Mercedes zasuwał w stronę Zakrzowa płosząc z przydrożnych krzaków koty. Siedzący za kierownicą Andrzej Chrąchol, biznesmen zakrzowski i właściciel skupu złomu wracał z konferencji złomiarzy w Pasikurowicach. Omawiane tam intensywnie sprawy krążyły mu w krwioobiegu w ilości kilku promili, więc kierowanie pojazdem nie było łatwe, ale zdał się na instynkt.
Niestety ów instynkt nie przewidział, że na drodze znajdzie się ktoś jeszcze. A zwłaszcza amator sportu, który opisowo można nazwać: jazda po zmroku, ruchliwą szosą, po pijaku, na starym składaku, bez oświetlenia i hamulców. Zajęcie to iście ekstremalne, bo nigdy nie wiadomo kiedy nadjedzie samochód, a niemal pewne jest że kierowca, zauważywszy rowerzystę w ostatniej chwili nie zdąży zahamować.
Tak więc... wspomniany sport, choć nieświadomie, uprawiał właśnie Tadeusz Kieszkowski, menel zakrzowski, wracający z delegacji na konferencję zbieraczy złomu w Pasikurowicach. On również kierował się instynktem, bo całą resztę miał zalaną spirytusem. Nic więc dziwnego ze nie zauważył jak z ciemności wyłonił się nieoświetlony Mercedes i potrącił jego nieoświetlony rower.
Biznesmen nawet nie zauważył zderzenia i pomknął dalej. Tymczasem nad leżącą w rowie plątaniną żelastwa i ludzkich zwłok unosił się byt Tadeusza w stanie czystym. Tuż obok niego stał chudy typ w białym płaszczu.
- To fajnie mnie załatwiłeś.... - mruknął - Rok przed emeryturą restrukturyzacja. I gdzie ja teraz robotę znajdę? Za stary do pracy, za młody na.... .
Zniknął nagle. Tadek dopiero długo później domyślił się, że był to jego anioł stróż.
Tymczasem w jego miejscu pojawił się ktoś inny. Łysawy typ o trzech podbródkach, w czymś na kształt habitu, o charakterystycznym nawiedzonym wyrazie twarzy. Menel rozpoznał w nim brata Mariana z telewizji Wytrwam. Widział go chyba w telewizji u babki Kudłatego, nawiedzonej w tej kwestii.
- Witaj bracie. - zagaił brat Marian - Zostałeś wybrany.
- Nie pierwszy, k***a raz... , a do czego teraz? - odrzekł Tadek choć nie posiadał narządów
wymowy. I podrapał się z zafrasowaniem po głowie, też nieobecnej.
- Musicie uratować Prawdziwych Polaków przed działaniami masonów, żydów, liberałów mającymi na celu zachwianie moralnych autorytetów i hedonizację.......
Cholera, pomyślał Tadek, to chyba zaraźliwe. Czyżby to te same mendy, które składały podobne propozycje Kudłatemu..? Jeśli tak... trzeba skorzystać.. w końcu Kudłaty nie narzeka teraz na brak forsy... .
- Ta... ale co ja będę z tego miał? - spytał chytrze.
- Jak Szef pozwoli, może nawet wrócicie do życia.... . - zadeklarował brat Marian.
Cos tu śmierdziało. Ale Tadek nie zastanawiał się. Ostatnio jego egzystencja była tak nudna, że przydałoby się coś, co by ja urozmaiciło.
- Dobra, czemu nie... - Tadek przystał na dość mętną propozycję, bo w sumie jakie miał wyjście...
Brat Marian wyszczerzył zęby i wyjąwszy komórkę, zadzwonił gdzieś. Po chwili z ciemności wyłonił się czarny Mercedes. Tadek wsiadł mimo, że nie mając ciała, nie musiał. Wnętrze było przestronne, gdzieś z kąta dobiegała wieczorna litania w Radiu Maryjan. Za zmarłych chyba...

* * *

Podobno piekielne tunele komunikacyjne słyną z dobrej jakości i ilości połączeń, a tymczasem lecieliśmy już dobre pół godziny tunelem, który z zasady miał przemieszczać materię w zerowym czasie. Z nadmiaru czasu konieczne było znalezienie jakiegoś zajęcia. Kolega Mieczysław patrzył nieskładnie w okno, mnie zaś zainteresowała wystająca ze schowka pod siedzeniem flaszka. Pociągnąłem solidny łyk.
- Wiesz co jest najważniejsze w tej robocie? - zagaiłem do towarzysza zagryzając kabanosem.
- Nie mam pojęcia. - odparł diabeł nadal zagapiony w szybę.
- Powiem tyle... mocna głowa i zdrowa wątroba. Chlapniesz sobie? Tam, gdzie lecimy, mają tylko nędzne substytuty z produktów burakopodobnych.
- Nie, dzięki. Nie piję. - uciął gadkę.
No to mi się trafił... abstynent cholerny! Trzeba będzie go nawrócić. Z takim nie da się żadnej akcji przeprowadzić.. . Chyba juz nawet wiem jak...
Spojrzałem na towarzysza. Ciemność, próżnia i brak materii wokół sprawiły, że nikt nie słyszał jego wrzasków.

* * *

Dzikie wieprzki taplały się w bajorze opodal lasu. Zajęte swymi świńskimi sprawami nie zauważyły, jak kilkadziesiąt metrów nad nimi zmaterializowała się polarowska lodówka. Pojawiła się i po krótkim locie pionowo w dól zaryła w bajoro, płosząc jego dotychczasowych użytkowników. Wyskoczyło z niej dwóch obdartych i ufajdanych typów, którzy z przekleństwem na ustach wyciągnęli swój pojazd z błota.
- Jesteś pewien, że to Hogwart? - spytał Juzef, ufajdany po kolana w błocie. - Dziwnie swojsko wygląda.. .
- To nie Hogwart, ale powinien być w pobliżu. . - odrzekł Kapitan rozglądając się po okolicy. - Jednak nim tam pójdziemy, dobrze byłoby się ogarnąć.. .
Juzef był przeciw. Nie chciał upodabniać się do pedalskiego czarodzieja, ale sytuacja to na nim wymusiła. Odyniec zamachnął obgryzioną różdżką, którą zwinął Harry'emu wydając przy tym dziwne dźwięki na granicy słyszalności. Rzeczywistość tąpnęła, jakby nie zgadzając się na obejście praw fizyki, i dwaj menele przeobrazili się w nastolatków odzianych w tandetne czarne płaszcze. Juzef z przerażeniem zauważył, że jest rudy.
- Nie narzekaj. Mogło być gorzej... - uspokoił go towarzysz. - Chyba że wolisz być Hermioną...?
- E... trudno. Niech będzie... - Menel uspokoił się gdy wymacał w kieszeniach kilka dodatkowych flaszek. - Więc którędy do tej ich meliny?
- Spokojnie.... nie będziemy trepów zdzierać.. - Kapitan wywinął dziwnie różdżką. Na niebie pojawił się niewyraźny kształt, który lądując przy bajorze okazał się mocno zużytym pojazdem. Ale i tak wyglądał lepiej od juzefowej Nysy.
Menele wsiedli i wzbili się w powietrze. Juzef wciąż bał się swego odbicia w lustrze. Odyniec zdawał się nie przejmować wyglądem, nieźle przypominającym Harry'ego Pottera. Kilka minut później ujrzeli obleśną budowlę na wzgórzu. Wyglądała na postawioną krzywo z wielkiej płyty przez ślepego architekta, choć poprawiono ją zaklęciami i dorównywała teraz urodą omszonej hałdzie gruzu.
Lot trwał chwilę, więc trzeba było się czymś zająć. Juzef wygrzebał w schowku paczkę fasolek jakiegoś kolesia o podejrzanej ksywie. Słyszał coś o ich dziwnych smakach, ale trafiwszy na okaz o smaku krowich ekskrementów, ostatecznie się zniechęcił i wywalił resztę opakowania za okno. Była jeszcze czekoladowa żaba, ale menel zdecydowanie wolałby naturalnego kota.
Samochód w końcu podszedł do lądowania. Zatrzymał się przy głównym wejściu. "Czarodzieje" wysiedli i zapukali do ogromnych wrót. Za nimi cos przyczłapało i po oględzinach wpuściło ich. Weszli po wydeptanych schodach do hallu. Śmierdziało śledziem i czymś starym. Było dziwnie pusto.... .
Długie dni siedzenia na skupie makulatury i czytania książek o małym czarodzieju pozwoliło Kapitanowi orientować się nieco w topografii Hogwartu. Szybko znaleźli drogę do właściwego pokoju. Choć nie od razu.... .

* * *

Harry czuł się dziwnie. Nie od tego zwisania w szafie głową w dół od tygodnia. To akurat nie stanowiło problemu. Nawet bez różdżki mógłby się uwolnić kiedy chciał, ale akurat nie miał nic lepszego do roboty. Dziwność jego bytu była spowodowana czym innym. Po raz kolejny okazało się ze bezpieczniej nie pić niczego z bezpańskich flaszek, zwłaszcza tych z żółtą i dziwnie pachnącą zawartością. Możliwe że ktoś już wcześniej to wypił, potem zwrócił i zapakował z powrotem.... .
Czarodziej, odziany w przypadkowe znalezione w szafie drelichy, zaszedł w okolice szkoły, gdyż nauczono go ze w przybytku wiedzy w razie czego może szukać pomocy. Niestety, w realiach, w jakie trafił, było to najgorsze z możliwych posunięć.
Trwała przerwa. Banda młodzieży, przyszłość narodu, stała za winklem obskurnego budynku szkoły kurząc tanie fajki. Zewsząd, nawet od strony podstawówki, dolatywały niewyszukane bluzgi, o jakie można by posądzić nałogowego alkoholika, ale nie dziesięciolatka. Harry najwyraźniej nie rozumiejąc powagi sytuacji podszedł do bandy dresiarzy stojących pod murem szkoły. Zaczepił ich standardowo jak to się robi w jego ojczyźnie, ale to była Polska.... .
Kilkanaście par oczu o wyrazie inteligencji krowy, nie ubliżając przy tym zwierzęciu, wpatrzyło się w niego z nienawiścią. Szczęknęła wyciągana odruchowo broń. W czarodzieju obudził się nikły instynkt samozachowawczy, ale było już za późno.... .

* * *

Diabeł Marian wierzgał i chciał ratować się ucieczką za okno, ale przydusiłem go kaloszem i zaaplikowałem lewatywę ze spirytusu. Gdy zadziałała, młody radykalnie zmienił swoje nastawienie do alkoholu na skrajnie entuzjastyczne, ale najwyraźniej nie szło to w parze z odpornością, bo dawka zmogła go po paru sekundach. Cóż, przynajmniej miałem spokój.
Wreszcie podróż dobiegła kresu. Pojawiliśmy się z dziwnym odgłosem materii, która nagle zaczyna istnieć. Gdy minęły zaburzenia postrzegania, zobaczyłem że stoimy na środku drogi, najpewniej prowadzącej w stronę Zakrzowa. Za nami kończył się Las Zakrzowski, miejsce zamieszkania licznych dziwnych stworów: od nieco tylko zmutowanych zwierząt po latające płyty chodnikowe i ludożercze sedesy, oraz małp. Te ostatnie, nawiasem mówiąc, były to dziwne stwory. Przypominały ludzi, gdyż posiadały elementarnie rozwiniętą cywilizację i własne miasto w Lesie, ale jednocześnie brak im było inteligencji. Bardziej uczłowieczoną rasą małp byli mieszkańcy Pawłowic. Toczyli oni nieustanne wojny z Zakrzowem, zazdroszcząc mu jego potęgi. Ale to inna sprawa... .
Ten odcinek drogi na Zakrzów był najniebezpieczniejszy. Wiódł po granicy Wielkiej Wsi i Pawłowic, gdzie dochodziło do ciągłych walk. Dzicy atakowali wroga i wszystkich przejeżdżających drogą. Nie było jednak wyboru. Brak alternatywnej drogi, a na przełaj przez las mogło być tylko gorzej. Wcisnąłem gaz do dechy licząc na trochę szczęścia.
Mniej więcej połowę trasy przejechałem w spokoju. Problemy zaczęły się na wysokości Morza Pawłowickiego. Na wzgórzu tuż przy drodze zaczęły pojawiać się niskie sylwetki w szarym, podobnym do dresu odzieniu. Co gorsza nie miały one jak dawniej tylko siekier czy grabi. Teraz wytoczyli na wzgórze wyrzutnie rakiet, kilku targało panzerfausty a każdy po kałasznikowie. Podczas gdy ja niemal robiłem już w gacie, Marian chrapał spokojnie pod fotelem.
Kilkaset metrów dalej małpy budowały barykadę na drodze ze spróchniałych drzew. Jej obstawa ostrzeliwała mnie z kałaszy. Co prawda nic mi w ten sposób nie mogli zrobić, ale wkurzyli mnie, zarysowali lakier... . Zmiotłem całą tę szopkę z drogi jedną rakietą z pokładowej wyrzutni. Tylko pofajdałem sobie karoserię krwią.. . Na widok klęski ziomków uaktywniła się ekipa na wzgórzu. Szybką serią z rakietnicy przeorali mi drogę z przodu, z tyłu i pole wokół szosy. Klika pocisków trafiło w tył pojazdu, właściwie przez chwile jechałem na dwóch kołach. Na szczęście funkcja autoregeneracji zadziałała i urwany fragment odrósł w kilka sekund.
Nagle małpy zaprzestały ataku i wycofały się. Dziwne, bo do końca granicznej szosy był jeszcze kawałek. Sprawa niebawem się wyjaśniła, był to manewr taktyczny. Można powiedzieć że mendy zaszły mnie od dołu. Na drodze przede mną pojawiła się nagle dziura. Nie zdążyłem zahamować i wjechałem do niej. Droga schodziła łagodnie w dół. Klapa zamknęła się za mną i zapadła ciemność. Po chwili pojawił się smród i było to ostatnie co zapamiętałem.

* * *

Dresiarze otoczyli Harry'ego zwartym kręgiem. W ręce dzierżyli bejzbole, noże i potłuczone butelki. Czarodziej poczuł jak jego spodnie stają się ciężkie, pewno coś w nich przybyło. Jeden z dresów dał znak i cała grupa rzuciła się do ataku. Ich nieartykułowane dźwięki mieszały się z wrzawą zebranego tłumu. Harry oberwał po głowie i padł w błoto. Spodziewał się że zaczną go wdeptywać w ziemię, ale atak nieoczekiwanie ustał. Podniósł się i przez ufajdane okulary dojrzał jak tłum rozstępuje się i przez szpaler wjeżdża czarna Wołga. Zatrzymała się tuż przy nim. Wysiadły z niej dwie babcie "przy kości", w moherowych beretach. Chwyciły czarodzieja za fraki i nie zważając na protesty, zapakowały go do bagażnika. Kierowca włączył radio na południową litanię i samochód ruszył z piskiem opon.

* * *

Wpatrzony w lusterko Kapitan zajął się malowaniem blizny na czole. Juzef, któremu nowy wygląd nijak nie pasował, stwierdził nagle, że cos żyje w jego kieszeni. Pogmerał w niej i wydobył białego szczura.
- Cholera, nie gustuję w gryzoniach. - mruknął i wyrzucił bestię za okno.
- To był szczur Rona. Schrzaniłeś kawałek fabuły. - zauważył Kapitan.
- Eee tam... . - menel przysiadł na łóżku i zajął się przedmiotami z odkrytego pod poduszką schowka. Wygrzebał butelkę kremowego piwa i wychłeptał połowę. Równie szybko ją zwrócił.
- Cholerny sikacz... . - ocenił rzetelnie.
Butelka z piwem powędrowała śladem szczura, podobnie jak fasolki, do których menel zdążył się już zrazić. Była jeszcze ropucha, tym razem żywa. Juzef cisnął ja za siebie. Trafiła w szafę, z której zaczęły dochodzić jakieś postękiwania.
- Cholernie żywotny ten szczyl.... - zaklął Kapitan.
Oderwał się od swej roboty i zajrzał do szafy.
- Kogoś tam schował? - spytał Juzef.
- Prawdziwego Rona. Nie patrz tak, coś musiałem z nim zrobić... .
Ukryty w szafie rudy chłopak związany prześcieradłem stękał niezrozumiale. Odyniec wepchnął mu przez wszystkie możliwe otwory opakowanie starych czopków i tabletek uspokajających, i zalał deszczówką odstaną w rynnie za oknem. Pomogło, ale dla pewności zabił drzwi szafy gwoździami... .
Pod wieczór do pokoju wpadła przez okno sowa. Odyniec zdążył wytłumaczyć kumplowi, że jest ona lokalnym przekaźnikiem informacji, i że nie należy jej póki co zjadać. Potem przeczytał list, który przywiązano do jej nogi.
- Stary menel Hagrid zaprasza nas na flaszkę po znajomości. - oznajmił.
- Aż tak dalekie masz znajomości?
- Bez przesady... koleś jeszcze niedawno robił za bramkarza w zakrzowskiej knajpie, dwa lata temu wyemigrował i widać się załapał na fuchę.
- No ale... skoro zaprasza, to powinniśmy pójść... .
Kapitan sądził podobnie. Ubrali pelerynę-niewidkę i wyszli.
Kot woźnego Filcha miał nieszczęście spotkać ich przy wyjściu. Juzef nie dał sobie wyjaśnić, że to część personelu. W powietrzu świsnął kabel od żelazka i po małej szamotaninie kot dyndał przewieszony przez plecy menela.
Powoli zapadał zmierzch. Zagłębili się w Zakazany Las ciągle niewidzialni. Trafili w końcu na polanę, na której stała chyląca się ku ziemii drewniana chałupina. Już z daleka poczuli znajomy zapach zacieru z kartofli. Zapukali do drzwi, a gdy nikt nie odpowiadał, weszli do środka. W głównej izbie znaleźli rozbudowaną aparaturę destylacyjną chodzącą na pełnych obrotach. Przy końcu linii produkcyjnej znaleźli nieprzytomnego Hagrida.
- Cholera, zaczął bez nas... - wściekł się Juzef.
Odyniec odciągnął gospodarza w kąt, co nie było łatwe. Zajrzał do kadzi z zacierem. Pod ścianą stały jeszcze dwa wory kartofli.
- Dla nas jeszcze starczy... - ocenił.
- Dobra. To rozpal ognisko a ja wypatroszę kota... .

* * *

Babsztyle obsiadły Harry'ego z obu stron na tylnej kanapie, więc w zasadzie nie mógł się ruszyć. Zajęły się odmawianiem różańca, a jego potraktowały jako wieszak na moherowe berety. W pojeździe panowała dosyć dziwna mieszanina zapachów. Od obstawy zajeżdżało naftaliną, kierowca zaś kopcił tanie papierosy niczym kotłownia, co bynajmniej nie zamaskowało woni przemysławki potrójnej i alkoholu. Czarodziej nie łudził się, że zdoła uciec. Nie miał umiejętności by się teleportować, a innej możliwości nie było.
Samochód wyjechał na główną ulicę Zakrzowa, wprost w potężny korek spowodowany remontem jednego pasa jezdni. Drugi blokowała zepsuta Nysa, więc ruch zamarł. Kierowca zaklął pod nosem i pojechał objazdem przez ogródki działkowe. Gdy przejeżdżali przez mostek nad rowem melioracyjnym, nagła eksplozja poderwała pojazd w powietrze i wyrzuciła do rowu. Harry nie wiedział jak długo był nieprzytomny. Nieźle go poobijało, w dodatku przygniotła go jedna z członkiń kółka różańcowego. Półprzytomnym wzrokiem zauważył zbliżających się dwóch osobników. Jeden miał mlecznobiałe włosy, drugi wyglądał jak pasiony na ruskich sterydach.
- Mam nadzieje że to ten o którego chodzi... - zagaił ten siwy przybysz.
Harry pomyślał że lepiej udawać nieprzytomnego. Goście zbliżyli się do pojazdu. Wtedy babsztyle nagle zaczęły odzyskiwać przytomność i nader szybko pokapowały się w sytuacji. Mimo że nie były zbyt uzbrojone, sama ich masa i rozpęd wywoływało respekt. Na szczęście nie zdążyły wygrzebać się z Wołgi, zanim jasnowłosy wrzucił do środka granat gazowy. Jest to główna przyczyna dla której Harry nie poznał dalszych wydarzeń i obudzi się dopiero w worku po kartoflach w jednej z zakrzowskich piwnic... .

Ciąg dalszy Kiedyś Nastąpi...


JUZEF
[ juzefwt@gmail.com ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści