|
Epizod 5: Tajemniczy Quest Tajemnicy Tajemniczych Lochów
Narrator: No dobra, znajdujcie się w cukierni. Siedzicie przy stoliku jedząc swoje ulubione ciastka. Wtedy do lokalu wchodzi mroczna, zakapturzona postać. Rozgląda się, po czym dosiada do was.
Marian: No to ja... zabijam!
Narrator: Spoglądasz w niebo i widzisz czarny punkcik...
Marian: Zabijam wszystkich w cukierni i zjadam wszystkie ciastka!
Narrator: "Oto wielki Smok barwy ognia, mający siedem głów i dziesięć rogów - a na głowach jego siedem diademów..."
Zbyszek: Ja cię... Marian, mógłbyś łaskawie nie psuć sesji?! W ogóle czytałeś Podręcznik Gracza?
Marian: Próbowałem, ale jakoś mnie nie wciągnęło. "Dzieci z Bullerbyn" były lepsze.
Zbyszek: Argh! Więc zapamiętaj sobie chociaż tą zasadę: mówisz co CHCESZ, żeby twoja postać zrobiła, a nie co robi! To od Mistrza Gry zależy, co się stanie! I w ogóle... jeśli wpadniesz na jakiś pomysł, to najpierw się zastanów, czy na pewno jest mądry. Jeśli dojdziesz do wniosku, że jest, to zastanów się jeszcze raz. Jeśli dalej wydaje ci się sensowny - spytaj kogoś innego, czy masz rację. Jeśli ta osoba ci ją przyzna... to i tak sobie odpuść, bo to musiałby być twój klon.
Marian: Dooobra już! Będę się starał.
Narrator: Skończyliście? Niech więc będzie - w momencie, gdy dziewięciogłowy smok zaczyna was spożywać, pojawia się Książę Persil i z pomocą Piasków Czasu cofa was do momentu, gdy spokojnie jedliście ciastka, a tajemniczy jegomość przysuwał sobie krzesełko do waszego stolika.
Marian: Moja postać je ciastko. Próbuje, bo to od Mistrza Gry zależy, czy mu się uda.
Narrator: Nie, nie udaje mu się, wsadza sobie ciastko w oko. Mroczny mężczyzna zajmuje krzesełko przy waszym stoliku. Chwilę przygląda się Marianowi z okiem umazanym kremem, po czym mówi: "Witajcie, Sailor Men. Mam dla was zadanie".
Zbyszek: Moja postać zastanawia się, skąd on może wiedzieć.
Marian: To moja też się zastanawia.
Narrator: Mówi dalej: "Pewnie zastanawiacie się, skąd mogę wiedzieć. Cóż, szefostwo informuje mnie o wielu rzeczach". Zdejmuje kaptur, ukazując koloratkę.
Zbyszek: Ha! Moja postać zwęszyła podstęp. Mówi do gościa: "Nie ze mną te numery, znam takich jak ty! Małe kotki w piwnicy, co? Więcej nie dam się na to nabrać!"
Narrator: "To nieporozumienie. Chciałem jedynie zlecić wam, bohaterom, zadanie do wykonania. Czy je przyjmiecie, czy też nie - kwestia waszej decyzji. Pójdźcie ze mną, a wszystko wyjaśnię. Dodam, że nagroda będzie hojna".
Zbyszek: Moja postać zastanawia się, co on knuje.
Narrator: "Pewnie zastanawiasz się, co ja knuję. Otóż nic, potrzebujemy kogoś odważnego i dysponującego niezwykłą mocą, by pomógł nam rozwiązać nietypowy problem. Chodźcie za mną".
Marian: O, przypomniał mi się kawał.
Zbyszek: Nie wiem czy zauważyłeś, ale jesteśmy w trakcie gry. GRAMY!
Marian: To ja w grze opowiadam. To fajny, o Czaku Norisie.
Zbyszek: Dobra, niech ci będzie...
Marian: To moja postać opowiada kawał: "Wiecie, jakim samochodem jeździ Czak Noris? Żadnym. Bo on bardzo szybko biega..."
Zbyszek: Zaśmiałbym się, żeby cię nie zniechęcać, ale nie zrobię tego, bo tym razem bardzo mi zależy, żebyś się zniechęcił. Może wrócimy już do gry, tak? Do normalnej, ok? Marianku?
Narrator: Zatem decydujcie - co robicie?
Zbyszek: Jak znam życie, to Mistrz Gry i tak nie wymyślił alternatywnego questa, więc pewnie większego wyboru nie mamy. Musimy jednak zachować ostrożność... Szczególną ostrożność... Moja postać mówi, że się zgadza, pyta Mariana, czy też idzie.
Marian: No, chyba. Ja idę, to moja pyta pewnie też.
Narrator: Dobrze więc. Kończycie posiłek - Marian ma ostatecznie umazaną całą twarz. Wychodzicie. Duchowny prowadzi was przez miasto, aż na jego skraj. W okolicy uroczej, zielonej polany widzicie ogromną, gotycką budowlę... dajmy na to, że to coś w stylu katedry Notre Van Damme.
Zbyszek: Fajnie, mieszkam w Zwyklakowie od urodzenia, a jakoś nigdy nie zauważyłem, że tuż obok stoi ogromna, gotycka budowla.
Narrator: Nie ciskaj się, ja tu jestem Mistrzem Gry i jeśli powiem, że ma się pojawić statek kosmiczny, to będzie! A teraz mówię, że jest ogromna, gotycka budowla! Ksiądz zatrzymuje się i mówi: "Oto seminarium duchowne imienia św. Lucyfera. Tu właśnie czeka na was zadanie do wykonania. Pamiętajcie, że wciąż możecie zrezygnować. Jeśli jednak jesteście zainteresowani - zapraszam was do środka, gdzie przybliżę wam szczegóły."
Zbyszek (do siebie): Nic mnie tak w sesjach nie wkurza, jak zleceniodawca, który nie chce wprost powiedzieć, co jest do roboty.
Narrator: Zachowaj uwagi dla siebie!
Zbyszek: Właśnie do siebie mówiłem. A ty podsłuchałeś!
Narrator: Skończysz wreszcie?! Czekam na odpowiedź: zgadzacie się, czy nie?
Zbyszek: Narada w drużynie! A ty się schowaj, podsłuchuju!
Zbyszek (do Mariana): Wiesz, co to jest seminarium duchowne?
Marian (do Zbyszka): Wieeem, mówiłeś mi kiedyś! To taka grupa ludzi, co grają razem w Countera. Trenują, spotykają się na turniejach, mają swoją stronkę i takie tam.
Zbyszek (do Mariana): Nie, tępaku! To jest klan CS!
Marian (do Zbyszka): A to co innego?
Zbyszek (do Mariana): Żebyś wiedział! Seminarium to taka szkoła dla księży.
Marian (do Zbyszka): Przerąbane.
Zbyszek (do Mariana): Wyobrażasz to sobie? Kilka tysięcy młodych kandydatów na duchownych, a żaden z nich od lat nie widział kobiety!
Marian (do Zbyszka): A mamy jakąś ze sobą?
Zbyszek (do Mariana): Nie, ale można się domyślać, co zechcą zrobić z takimi młodymi, przystojnymi chłopcami jak my.
Marian (do Zbyszka): Co?
Zbyszek (do Mariana): No wiesz, częstowanie cukierkami, sadzanie na kolana, te rzeczy. Znam to z doświadczenia.
Marian (do Zbyszka): Ja tam miałbym ochotę na cukierka.
Zbyszek (do Mariana): Odradzam. Te od nich mają... inny smak. Przyjmijmy to zadanie, bo głupi MG pewnie i tak niczego lepszego nie wymyślił, ale miejmy oczy szeroko otwarte i uważajmy na zboczeńców.
Marian (do Zbyszka): Ja tam nie wiem, ale chyba nie każdy ksiądz to zboczeniec.
Zbyszek (do Mariana): Nie polemizuj ze mną! Rób jak mówię: oczy otwarte, pośladki zaciśnięte i możemy się za to brać.
Zbyszek: Skończyliśmy. Mówię do księdza: "Wspólnie ustaliliśmy, że jesteśmy zainteresowani zadaniem. Wypadałoby jednak, żebyś powiedział nam coś więcej. Zwłaszcza o nagrodzie".
Narrator: Ksiądz odpowiada: "Wszystko w swoim czasie. Wejdźmy do środka, tam opowiem wam o szczegółach". Prowadzi was w stronę wejścia do ogromnej, gotyckiej budowli.
Zbyszek: To idziemy za nim.
Narrator: Ksiądz idzie szybkim krokiem, wy zostajecie pewną odległość w tyle. Wtedy z trawy wyskakuje kilkanaście krasnali ogrodowych. Jesteście otoczeni!
Zbyszek: No i...?
Narrator: Nic, rzućcie na inicjatywę.
Zbyszek: A co mogą nam zrobić krasnale ogrodowe?
Narrator: Nie wiem, ale w ich spojrzeniach daje się wyczuć przeokropne ZŁO!
Zbyszek: Nie możemy zwyczajnie ich ominąć?
Narrator: Myślę, że to by się im niezbyt spodobało...
Zbyszek: Moja postać omija krasnale.
Narrator: Mariana rozbolał brzuch.
Marian: Boli mnie brzuch.
Zbyszek: To co! Idę w stronę wejścia.
Narrator: Marian skulił się na trawie i puścił bąka.
Marian: Eee... Prrr?
Zbyszek: Dobra, już dobra. Zmieniam się w Sailor Mana i rozwalam wszystkie krasnale!
Narrator: Nooo... Cholera, udaje ci się. Marian czuje się już dobrze.
Marian: No to fajnie. Też się zmieniam w Sailor Mana i leję Zbyszka, za to, że chciał mnie zostawić!
Narrator: W porządku. By jednak nie przedłużać: podchodzicie do czekającego przy wejściu księdza. Jesteście zdenerwowani - myślicie, że chciał, by krasnale was zgładziły, ale on z uśmiechem tłumaczy: "Przepraszam was, przyjaciele! To była tylko mała próba. Chciałem się upewnić, czy podołacie czekającym na was przeciwnościom. Teraz jednak zapraszam do mojego gabinetu, gdzie zapoznam was z detalami zadania. Jak widzę, zdążyliście zmienić się w Sailor Men. To bardzo dobrze - radzę, byście nie wracali do swej prawdziwej postaci. Nie chcemy przecież, by ktoś poza naszą trójką poznał wasz sekret."
Zbyszek: Prowadź, kurde. Coraz bardziej mnie to wszystko wkurza.
Narrator: Ksiądz wprowadza was do wnętrza budowli. Nie będę się rozwodził na temat jego wyglądu - bo to sobie każdy może wyobrazić we własnym zakresie. Oczywiście całość jest utrzymana w mrocznej, gotyckiej stylistyce - tyle mogę podpowiedzieć. W drodze do gabinetu waszego przewodnika mijacie całą masę pobożnych młodzieńców oraz wielu starszych księży, najwyraźniej profesorów. Ostatecznie trafiacie do niewielkiego pomieszczenia z biurkiem, szafą, telewizorem, fotelem i jakimś tam dywanem. Ksiądz rozsiada się w fotelu, włącza funkcję masażu i zaczyna rozmowę na temat zadania.
Zbyszek: Nie wierzę, w końcu powie, o co biega! To zbyt piękne, by było prawdziwe!
Narrator: Nie denerwuj Mistrza Gry! Dobrze więc, zatem ksiądz opowiada: "Nastały mroczne czasy w historii naszego seminarium. Od lat żyliśmy w przeświadczeniu, że szkoła ta stanowi ostoję dobra i pokoju na ziemskim padole. Niestety jednak - Zło przekroczyło nasze mury. Potworna bestia z piekła rodem nawiedziła piwnice seminarium i zakłóca sen wszystkim przebywającym w tym świętym miejscu! Istnieją przypuszczenia, że to Szatan. Waszym zadaniem jest zgładzić potwora raz na zawsze!"
Zbyszek: No to ja mówię: "Super! Zawsze chciałem zabić Szatana. Wolę jednak wpierw dowiedzieć się ile za tą przysługę dostaniemy".
Narrator: "Powiedzmy... 2000 sztuk złota?".
Zbyszek: "Sztuk złota?! A widział ty kiedyś jakiś sklep, gdzie za zakupy płaci się SZTUKAMI ZŁOTA?!"
Marian: Ja tam nie wiem, ale może na Allegro za to kupują?
Zbyszek: Ja się coraz bardziej wściekam. "Coś mi się widzi, że ksiądz ma nas za idiotów i chce nam wcisnąć trefną walutę. Chcemy... iPoda!"
Narrator: Ksiądz po chwili namysłu zgadza się na iPoda...
Zbyszek: Po jednym dla każdego z nas!
Narrator: Niech będzie. Zgadza się.
Marian: A może ja też się wypowiem, co! Nie będziesz za mnie decydował, konusie!
Zbyszek: Spoko, wypowiedz się...
Marian: Mnie to leży, ale ściągniesz mi Smerfne Hity.
Zbyszek: Dobra. Spoko. Zamknijmy ten temat. Naprawdę. Tego nie powinno się komentować. Do księdza mówię: "Wszystko OK, ale powiedz nam gdzie te piwnice i jak rozprawić się z Szatanem. Za godzinę dostaniesz jego zad na srebrnej tacy. O ile Szatan ma coś takiego jak zad."
Narrator: Odpowiada: "Niestety, ale niczego więcej powiedzieć wam nie mogę. Za chwilę zaczyna się Plebania - nie mogę przegapić tego odcinka! Z tego względu dalej musicie radzić sobie sami. Porozmawiajcie z klerykami i profesorami, a z pewnością się czegoś dowiecie". W wyraźnym pośpiechu duchowny wypycha was za drzwi. Co robicie?
Zbyszek: Ja to bym dziada najchętniej wytrzaskał moją pałą, ale jeszcze by mu się spodobało. Rozglądam się więc dookoła i zaczepiam pierwszego z brzegu młodzika.
Narrator: Trafiasz na pulchnego chłopaka w pasiastym sweterku i okularach. Ledwo na niego spojrzeliście, a on zagaduje: "Ach, witajcie, przyjaciele! Jesteście nowi? Nie... Chyba ciut zbyt młodzi... Chłopcy z gimnazjum, prawda? Śmieszne macie mundurki! U mnie w gimnazjum były tylko szare kamizelki... nigdy nie lubiłem tego nosić... Tak, tak, w moim gimnazjum ojciec dyrektor był bardzo surowy! Ale o czym to ja... Pewnie wiążecie swoją przyszłość ze zgłębianiem Pana i jesteście ciekawi życia w naszym seminarium! Tak, przyjaciele, to niezwykłe miejsce. Prawdziwa enklawa Boskiego Królestwa na Ziemi. Owszem... ostatnio nie wszystko układa się jak dawniej, ale jestem przekonany, że problemy znikną już niebawem. Zresztą, gdzie moje maniery, nie będę odpowiadał na wątpliwości młodzieży każąc wam stać w korytarzu! Chodźcie za mną, do mojego pokoju. Poczęstuję was ciasteczkami i zaspokoję waszą ciekawość Seminarium..."
Zbyszek: Nieeee!!! Już dłużej nie zdzierżę zboczyla! Już ja go zaspokoję, kurna! Uciekam!!!
Marian: A ja zostaję i przepraszam kolesia za tego debila. "No, już dobrze, stary" - tak do niego mówię - "Mój kumpel to idiota. Nie wiem, coś, że jak był mały, to wpadł do kotła z magicznym napojem..." Dobrze odgrywam swoją rolę? "Ja tam nie wiem, ale chyba nie każdy w seminarium musi być zboczylem, czy czymś takim. A tak w ogóle, to co tu jest nie tak - coś mówiłeś ostatnio?"
Narrator: "Ah, to nic takiego! Ot, trapią mnie dziwne koszmary. Od niektórych kolegów słyszałem, że mają podobny kłopot. Pojawiają się też nietypowe plotki... Rozumiesz, przyjacielu - ludzie mówią... Ale nie będę cię tym zanudzał..."
Marian: "No i dobrze! Zjadłbym ciacho, ale sorry, robota czeka. Może se jeszcze kiedyś pogadamy. No, a teraz cześć". No i idę Zbyszka szukać.
Narrator: Znajdujesz go leżącego w kałuży krwi przy ścianie nieopodal.
Zbyszek: A to niby co?!
Narrator: Jak to co? Pobiegłeś przed siebie, zostawiwszy Mistrza Gry w tyle, więc nie mogłeś wiedzieć o ścianie przed tobą. Minus 10 do HP.
Zbyszek: Jak cię pier...!
Narrator: Minus 15?
Zbyszek: Dobra, kurde, już dobra! Ja naprawdę bardzo się staram, by nie stracić ochoty na granie. Pytam Mariana, czy się czegoś nie dowiedział.
Marian: Przecież cały czas jesteś obok, głupku.
Zbyszek: Wiem przecież, realizmu chciałem dodać! Mam już dość tej głupiej sesji. Chodźmy do piwnicy, zabijmy Szatana, weźmy expa i iPody, a potem koniec.
Narrator: Coś ci jednakże wewnątrz podpowiada, że wciąż nie wiecie gdzie znajdują się piwnice.
Zbyszek: Dobra, pytam najbliższego dowolnego gostka, gdzie te piwnice. Jak dobrze pójdzie, to go nie zabiję.
Narrator: Spytałeś księdza siedzącego na ławce obok. Duchowny przeciągnął się z lubieżnym uśmiechem i po chwili powiedział: "Ahh, piwnice? Śniły mi się dziś piwnice. Jaki to był piękny sen..."
Zbyszek: "Do rzeczy, gdzie piwnice?!"
Marian: Weź Zbychu spadaj, ty się wcale nie znasz na inflacji! Ja będę z gościem gadał. "Czy mógłby nam wielewny ojciec powiedzieć, jak dojść do piwnic seminarium. Bo się nam... tego... się nam chce pozwiedzać"
Narrator: "No jasne, pączusiu. Wciąż jestem pod wrażeniem tego pięknego snu... ahh! Ale dobrze...". Tutaj ksiądz się zacina, a ja myślę.
Zbyszek: O czym, do jasnej ciasnej, myślisz?! Miałeś się przygotować, a nie, kurde, jak teraz!
Narrator: Dobra, już dobra. "Na dół po schodach i po prawej za kiblem".
Zbyszek: No to idziemy.
Narrator: Idziecie w dół długimi, krętymi schodami. W miarę schodzenia robi się coraz ciemniej, zimniej i bardziej pusto. W końcu, na samym dole, trafiacie do miejsca, gdzie po prawej widzicie jedną toaletę dla panów w spodniach oraz drugą dla panów w spódnicach. Dalej skręcacie i stajecie przed wrotami z napisem "PIWNICE".
Zbyszek: Otwieramy.
Narrator: Ciągniesz za klamkę, a drzwi powoli i z piskiem się uchylają... Nagle!!!
Marian: O Jezu!
Zbyszek: Aaa!
Narrator: Nagle z ciemności wychodzi mężczyzna pejczujący się po odsłoniętym torsie.
Zbyszek: To Szatan!
Marian: Zabijam!
Narrator: Mężczyzna powstrzymuje was przed atakiem: "Stójcie, nie zrobię wam krzywdy. Jestem tylko smutnym pokutnikiem, który tkwi w tych ciemnych zakamarkach, by skruszyć się za popełnione grzechy!"
Zbyszek: Za jakie grzechy...
Narrator: "Za sny nieczyste nawiązujące do okropnej cielesności..."
Zbyszek: O nic gościa nie pytałem, zastanawiałem się tylko, za jakie grzechy muszę brać udział w takim dupnym scenariuszu.
Narrator: Ja ciebie już nie chcę słuchać! Nie podoba mi się twoje podejście! Ciągle tylko marudzisz, narzekasz! Wcale cię nikt do grania nie zmusza! W ogóle to zamierzam kontynuować sesję bez zwracania uwagi na twoje głupie uwagi! O! A facet mówi jeszcze: "Pozwólcie proszę, iż opuszczę was w tym właśnie momencie, jako że dalsza część mej pokuty obejmuje przyciśnięcie własnej głowy klapą toalety i dokonanie wielokrotnego aktu spuszczenia wody"
Zbyszek: Ale pierdoły...
Narrator: Nic nie słyszę.
Zbyszek: Boś głuchy. I głupi.
Marian: Ja tam nie wiem, ale takie kłótnie są chyba bez sensu. W ogóle to opowiem wam kawał. Chcecie, chłopaki? To słuchajcie: co najbardziej lubi jeść Czak Noris? Wiecie? Nie? To słuchajcie. Nic! Bo nie musi. Nie musi jeść, znaczy...
Zbyszek: ...
Narrator: ...
Marian: Bo wy nie rozumiecie! On jest po prostu taki mocny, że nie musi nic jeść. Pewnie sam jakoś to jedzenie w sobie wytwarza... Ja tam nie wiem zresztą...
Zbyszek: Narrator! Kocham cię! Jesteś mniej głupi od Mariana.
W tym momencie pozwolimy sobie pominąć dalszy ciąg opisu aktu pojednania, w celu nadania bloku reklamowego. Ten zostanie jednak zastąpiony niniejszym tekstem z powodu przyjazdu do Polski papieża Benedykta XviD, który nie życzyłby sobie oglądania reklam produktów w jakikolwiek sposób związanych z intymną sferą życia. Jak doniósł nasz wywiad - emisja reklam, które miała mieć w tej chwili miejsce, musi zostać całkowicie odwołana, ponieważ (co też agenci udowodnili przy współpracy ze sztabem naukowców i etyków):
- W pralce Mastercock wyprać można biustonosz, który zakłada się na ***
- Baton marS po spożyciu, w końcowej fazie trawienia, musi zostać wydalony, przechodząc przez ***
- Po parkietach firmy Parkier chodzić można przy użyciu nóg, które mają w ciele bezpośrednią styczność z *** oraz - w zależności od płci - *** lub ***
- W sieci restauracji Mc Tusk's znajdują się toalety, w których możliwe jest dokonanie wielu gorszących czynności
Dalszą część bloku reklamowego zastąpi więc następująca informacja: otóż Ojciec Święty odprawi mszę, jak tylko wyjdzie z łazienki, co zrobi, gdy znajdzie sposób na obejście potrzeby użycia papieru toaletowego, który, by nie obrazić Jego uczuć i poglądów, został z papieskiej toalety zarekwirowany.
Narrator: Weszliście do ciemnej, gotyckiej piwnicy. Składa się ona z długiego pomieszczenia, najwidoczniej szerszego, niż na pierwszy rzut oka się wydaje, czego nie dostrzegacie, ponieważ - poza niewielkim przejściem po środku - całość wypełniona jest beczkami zawierającymi różnego rodzaju wino mszalne. Na końcu znajdują się niewielkie drewniane drzwi.
Zbyszek: Skąd to wiemy?
Narrator: Widzicie.
Zbyszek: Jak? W gotyckiej piwnicy zamontowano lampy? A może mamy noktowizory?
Narrator: Są pochodnie!
Zbyszek: Na ścianach? Przecież po obu stronach mamy tylko beczki.
Narrator: Ja naprawdę, NAPRAWDĘ bardzo nie chcę się denerwować... ALE CHYBA BĘDĘ MUSIAŁ, BO TWOJA UPIERDLIWOŚĆ DOPROWADZA MNIE DO PASJI!
Zbyszek: Pasja to taki film był. Miałeś nie zwracać uwagi na moje... uwagi? Prawda?
Narrator: I nie zwracam. Dalej prowadzę sesję. Co robicie?
Marian: Pijemy?
Zbyszek: Nie masz osiemnastu lat, pamiętasz?
Marian: Dobra dobra, ale mniej mi niż tobie brakuje. To chyba przez drzwi przełazimy, co?
Zbyszek: No, chyba. Pewnie są zamknięte i musimy najpierw poszukać klucza. Jak ja znam schematyczność tej sesji.
Narrator: Właśnie, że NIE są zamknięte! Na złość tobie nie są! Przechodzicie bez trudu, mijając karton z małymi kotkami, i trafiacie do dalszej, sekretnej części piwnic. Jest to długi, wąski korytarz. Ściany składają się z gołej cegły, są wilgotne i usiane pajęczynami. Podłoga jest zaś lepka, błotnista, z leżącymi co krok szkieletami. Panuje ogólny mrok, rozpraszany jedynie przez przymocowane tu i ówdzie pochodnie. Jesteście w stanie zobaczyć, że korytarz jest dość długi, ale nie potraficie określić jak bardzo, ponieważ od pewnego miejsca coraz bardziej ginie w ciemności.
Zbyszek: Suuuuper. No to idziemy.
Narrator: Idziecie pewien czas. Idziecie, idziecie. Idziecie! Rozdeptujecie pająki. Idziecie. Nagle natykacie się na wroga!
Zbyszek: Hura. Akcja.
Narrator: Oto z ciemności wylatuje na was dorosły latający turbokrowoszczur.
Zbyszek: A to ci dopiero. Masz arta?
Narrator: Nie mam. Będzie, jak zrobią wersję komiksową. Musicie użyć wyobraźni. To co? Inicjatywka?
Marian: Ja tam nie wiem, ale przypomniał mi się kawał.
Zbyszek: Marian. Jesteśmy w środku walki, wiesz? W środku walki, a ty chcesz opowiadać kawały?
Marian: Oj tam - tak tylko, dla rozluźnienia atmosfery!
Zbyszek: Rozluźniaj to sobie zwieracze na kibelku. Podczas walki nie potrzebujemy rozluźniać atmosfery. W ogóle nasza sesja byłaby tylko beznadziejna, zamiast żałośnie żenująca, gdyby nie twoje kawały.
Marian: Ja tam nie wiem, ale tym razem będziesz się śmiał, obiecuję.
Zbyszek: Marian...
Marian: Kurdeee! Bo potem zapomnę. Już powoli zapominam.
Zbyszek: Masz ostatnią szansę. Ale tym razem mam się śmiać.
Marian: Dobra. To tym razem o Czaku Norisie. To idzie jakoś tak: przychodzi Czak Noris do... Nie, sorry, to był inny... Zaraz... Kurde... Idzie sobie Czak Noris... Do sklepu pewnie... I tak... ten... Czekaj, czekaj... O! Wiecie jak ma na imię, znaczy - jak się wabi - pies Czaka Norisa? No? No? Wiecie? Nie? To on się... No... Się nazywaaaa... Farfocelek.
Narrator: Zbyszku, muszę ci szczerze wyznać, że jednak wspaniale mi się z tobą współpracuje.
Zbyszek: Tja. Nie rozumiem tylko, dlaczego się nie śmieję.
Marian: Bo pewnie chcesz wpierdol. Śmiej się, bo po łbie!
Zbyszek: Dobra, już dobra, poddaję się! Ha. Ha. Ha.
Marian: Widzisz - tak jak obiecywałem. Śmieszne.
Narrator: OK, chyba nie chcecie rzucać na inicjatywę. Zaczyna więc krowoszczur. Atakuje was z powietrza, spryskując śmierdząco-swędząco-piekącym kwasomlekiem ze swoich wymion. Minusy do HP.
Zbyszek: Dobra, Marian, ja straciłem wszystkie siły rozbrojony przez twój genialny kawał. Ty rzucaj kością.
Marian: No tooo... Podnoszę z ziemi tą kość - bo mówiłeś coś o jakichś szkieletorach, nie? - no i rzucam w tego tubroszura, czy jak mu tam!
Narrator: Aaaa! Masz rzucić tą tutaj kostką, na trafienie!
Marian: Ja tam nic z tego nie rozumiem.
Zbyszek: Rzucanie kostkami go chyba przerasta, panie Narratorze. Zrób to za niego, oszczędzimy parę godzin.
Narrator: Dobra... Dobra... Wychodzi, tak: zamachnąłeś się na tyle bezmyślnie, że trafiłeś się między oczy, a po drodze Zbyszka w jajka. Tracicie HP.
Zbyszek: Ja cię pier... Rzucam kostką... O! I zobacz! O! I jak teraz miewa się twój krowoszczurek?
Narrator: No, niech będzie. Wykonujesz efektowną akcję z odbiciem się od ściany, podwójnym saltem i oblewaniem okolicy potem spod pach. Całość kończy się niezwykle dramatycznym zdzieleniem krowoszczura w część lędźwiową kręgosłupa, co zabiera mu połowę życia. Potwór ma jednak na tyle animuszu, by wziąć brutalny odwet. Rozpędza się do prędkości nadświetlnej, emitując takie ilości energii, że obaj zostajecie złowrogo przyciśnięci do ścian. Ostatecznie zwierzę rozpada się w otoczeniu licznych różnokolorowych iskier i rozbłysków, które parzą wasze twarze. Wyglądacie jak górnicy. Tracicie też większą część HP.
Zbyszek: I to ci niby wyszło z rzutów?
Narrator: Tak, dokładnie to. Nawet nie wiesz jak szczegółowy jest ten system i jakie detale potrafi opisywać z pomocą samych tylko rzutów kością. Nie to co lamerski, za przeproszeniem, Wórchamer.
Zbyszek: OK, wspaniale. Ile expa?
Narrator: Expa by się chciało? Za co? Szczur zabił się sam!
Marian: No! To chyba on powinien dostać expa.
Zbyszek: A ty jakiś mózg. Jakikolwiek.
Marian: Ta! Twoja stara!
Zbyszek: Tak, tak. Przeszukuję resztki potwora, panie Mistrzu Gry.
Narrator: Znajdujesz łapkę, jelitko, kawałek serduszka i oczko. Lewe. Z kawałkiem nerwu wzrokowego.
Zbyszek: Bez jaj!
Narrator: Niestety bez. Czego się spodziewałeś? Pieniędzy? Miecza? Bazooki? Pendrive'a? Zegarka? To był potwór żyjący w piwnicach, co miałby mieć przy sobie?
Zbyszek: Argh! Kończ waść, wstydu oszczędź. Włazimy dalej.
Narrator: Posuwacie się kilkanaście metrów w głąb. Korytarz zwęża się tak bardzo, że z pomocą włosów i uniformów zbieracie grzyb ze ścian i sufitu. Wyglądacie jak stare bułki. Wtedy napotykacie...
Zbyszek: Litości...
Narrator: Dobrze już, znaj łaskę Mistrza Gry. Wchodzicie więc do przestronnej komnaty, wyłożonej lśniącym marmurem i drogimi kamieniami. Pośrodku stoi coś w rodzaju ołtarza. Dostrzegacie na nim śpiącą postać. Gdy podchodzicie bliżej i rozwiewa się aura tajemniczości, dostrzegacie, że jest to nagi mężczyzna.
Zbyszek: Bardzo w twoim stylu.
Marian: A może to Szatan?
Zbyszek: A może to biskup? Opisz nam tego kolesia.
Narrator: Prawdę powiedziawszy, to niezbyt mi się chce.
Zbyszek: To skąd mamy niby wiedzieć, co to za koleś?
Narrator: Echh... Niech będzie - jest to inkubus.
Marian: To coś jak takie coś, kolorowe, co się tak śmiesznie obraca?
Zbyszek: Nieee - to jest GLOBUS, Marianku. Inkubus, albo inkub to taki demon, który nawiedza we śnie dziewczyny i odbywa z nimi stosunek płciowy!
Marian: Fu.
Zbyszek: Mój przenikliwy umysł superbohatera, a przede wszystkim znajomość skłonności Mistrza Gry, podpowiada mi też, że mamy do czynienia ze specjalnym rodzajem inkuba, który jest kochającym facetów gejem!
Marian: Ej, chłystku! Nie mów tak o gejach! Trzeba być tolerującym!
Zbyszek: TOLERANCYJNYM. Nikogo nie obrażam, na tym polega bycie gejem...
Marian: Chyba twój stary! Że ktoś jest gejem, nie znaczy, że od razu kocha facetów!
Zbyszek: Dobra, dobra, niech będzie, że to ja jestem pragnienie. Ten inkub jest zatem szczególnym inkubem, który jest gejem. I to szczególnym gejem, który - co dla gejów nietypowe - woli chłopców! Zwłaszcza takich, co chcą zostać duchownymi. Albo już nimi zostali.
Marian: A to intryga grubymi nićmi popieprzona...
Zbyszek: Liczyłem na Szatana, ale niech będzie, takiego też możemy załatwić. Krzyczę na głos: "Pobudka, zboczeńcu, mamy do pogadania!".
Narrator: Słyszycie pozaziemski głos: "Któż śmie zakłócać odpoczynek wielkiego Yee'banhusa?!".
Zbyszek: Ja. I on. Znaczy Marian.
Narrator: "Odważyliście się przerwać regenerację sił potrzebnych przed nadejściem nocy. Za to czeka was kara!"
Zbyszek: Nie ma sił na bara-bara, będzie za to kara, co? Zresztą - mówię mu to głośno w pysk. Marian, będę ci tłumaczył odzywki tego idioty, hehe.
Narrator: "Wkrótce odczujecie skutki swego lekceważenia"
Zbyszek: "Wkrótce wymasuję sutki księdza Gienia"
Narrator: "Zamilcz, śmiertelniku! Zapłacisz za znieważanie Wielkiego Yee'banhusa"
Zbyszek: "Ojejciu, niedługo dostanę okres! Jestem taki rozwścieczony, że chyba was podrapię!". Hehe, taka sesja to se może nawet być.
Marian: Cicho, teraz moja kolej! "Coś jeszcze powiedz, demonku" - tak mu mówię, nie?
Narrator: "Oto podnoszę swe potężne ciało z czarciego ołtarza! Zgładzę was, nędzne, ignoranckie robaki!"
Marian: Eeee... Hmmm... "Jestem taki głupi, Czak Noris jest ode mnie dużo lepszy. Bleee!"
Narrator: Demon staje na ołtarzu, rozprostowując blisko dwumetrową sylwetkę. Jego ciało pokryte jest lśniącymi, czerwonymi łuskami, czarne oczy spozierają nieopisanym mrokiem, a z czoła sterczą niewielkie rogi. Świątynia drży przeszyta rykiem, jakiego nigdy nie słyszeliście i nigdy nie potrafilibyście sobie wyobrazić. Napięte ramiona demona otacza nasilająca się, żółta aura. Dookoła pojawiają się drobne wyładowania elektryczne.
Zbyszek: Widzisz, jak go rozjuszyłeś swoją obelgą!
Marian: Może go już załatwimy?
Zbyszek: Nie widzę przeszkód. To rzucamy się na niego z pałami.
Narrator: Biegniecie z bojowym okrzykiem na ustach. Nagle... znikają wasze uniformy. Na demona rzucacie się jako dwa, głupkowato wyglądające golasy.
Zbyszek: A to z jakiego, niby, powodu?!
Narrator: Jak to z jakiego? Nie pamiętasz słów Dziadzia? Powiadał on, iż w chwili wyczerpania całości mocy Waszych pałek, wszelkie skutki ich interwencji zwyczajnie znikną. Tak też się stało z waszymi ciuchami. Wątpię też, byście w tym momencie mieli jakiekolwiek szanse w starciu z demonem.
Zbyszek: Zatem ja używam wulgaryzmu i mówię wam wszystkim, jak głęboko mam was... W DUPIE! Od początku ta twoja sesja mnie denerwuje. Idę sobie, papa...
Marian: A zaczynało się robić ciekawie.
Zbyszek: Jak dla kogo, zboczeńcu. Nie mam zamiaru latać z pyrdkiem przed jakimś homo-inkubem. Dość mam! Rozumiecie?!
Narrator: Poczekaj, poczekaj! Nie chcesz znać dalszego rozwoju wypadków? Nie jesteście bez szans, zawsze istnieje nadzieja na niespodziewane zwroty akcji.
Zbyszek: Taaa, rozpędzi nas Młodzież Wszechpolska.
Narrator: Właśnie w momencie, gdy oczekiwaliście, skuleni na marmurowej posadzce, wyroku ze strony rozzłoszczonego inkuba, usłyszeliście znajomy głos. "No cześć, przyjaciele!" - powiedział ktoś przy wejściu. Odwróciliście się i ujrzeliście Karola.
Zbyszek: No nie, chyba nie Karola Krasnolickiego?!
Marian: Tego z klasy E? Tego co jego stary... te takie... wiesz?
Zbyszek: Te takie wiem, konewki jakieś niby rewolucyjne robi. Rozpuszczony dzieciak bogacza.
Narrator: Tak wy, jak i inkubus, jesteście zaskoczeni nagłą wizytą. Obserwujecie oniemiali, jak spokojnym, eleganckim krokiem zbliża się do was wysoki, szczupły chłopak w golfie i obcisłych jeansach, z długimi, ciemnymi włosami opadającymi na ramiona. Mówi do was: "Ojejciu, widzę, że kroi się tu coś w rodzaju przyjęcia. Pidżama-party, tak to się chyba nazywa. Zaprosiliście nawet przebranego modela! Czarownie! Nie wiedziałem, że wy dwaj... Zresztą, tak zawsze razem... A o koledze, który postawił wam gumę-kulkę w sklepiku, to nie pamiętaliście! Wstydzilibyście się, wstręciuchy!"
Zbyszek: Parodiuję tego głupka: "Ojejciu, to raczej coś w rodzaju walki ze złem, a nie przyjęcia, przyjacielu! Wstydzimy się - o, jak bardzo się wstydzimy! - że nie pamiętaliśmy o koledze, który był tak dobroduszny, że raczył poczęstować nas gumą kulką. Jedną. Na spółę. I co w ogóle kolega tutaj robi? Czyżby coś w rodzaju szpiegowania?"
Narrator: "Już mnie posądzasz! Zwiedzałem sobie najspokojniej seminarium, kiedy napotkałem interesująco wyglądające osóbki. W takich śmiesznych mundurkach. Chciałem tych dwóch dogonić i porozmawiać, ale szli zbyt szybko. Na dodatek ta piwnica była taka brudna! Musiałem iść powoli, żeby się o nic nie otrzeć! Dopiero teraz, kiedy zobaczyłem was bez tych mundurków, odkryłem, że chodzicie ze mną do gimnazjum."
Zbyszek: "Dobra, dobra, śledziłeś nas i tyle! Ze wścibstwa to ty jesteś w całej szkole znany. Ale nic już nie mówię, bo rozpłaczesz się i zadzwonisz po tatusia"
Marian: I dostaniemy z konewki.
Narrator: "Jaki ty jesteś nieuprzejmy! Zaraz mnie zdenerwujesz...!". Karol zaciska pięści i chce mówić coś jeszcze, ale przerywa mu głos, brzmiący jakby dochodził z zaświatów: "Jak widzę, zapomnieliście o Wielkim Yee'banhusie! Nie liczcie na odroczenie kary, nędzni śmiertelnicy! Wszyscy trzej odczujecie następstwa gniewu króla demonów!". W tym momencie inkubus napina się, podnosi głowę do góry, a salą wstrząsa przyprawiający o ciarki demoniczny śmiech.
Marian: Przerąbane...
Narrator: "Mógłbyś łaskawie nie przeszkadzać!" - mówi Karol - "Nie widzisz, że zabawa skończona! Możesz się już ubierać, wy dwaj to samo! Albo robicie imprezę ze mną, albo wcale! Inaczej dyrekcja dowie się, że w piwnicach seminarium organizujecie jakieś świńskie zabawy!"
Zbyszek: "Chyba niewiele rozumiesz z tego, co się tutaj dzieje..."
Marian: "No właśnie! Bo my jesteśmy Sailor Manami i walczymy z tym złym potworem! I nie jesteśmy goli dlatego, że lubimy, tylko dlatego że nam się bateryjki skończyły."
Zbyszek: No to żeś super nasz problem rozwiązał... Zdradziłeś nasz sekret! I dupa, teraz tylko czekaj, aż cię rodzice sprzedadzą naukowcom. Wszczepią twój mózg kapibarze i zbadają jak sobie poradzi z IQ zmniejszonym o połowę.
Narrator: "Och nie! Jesteście prawdziwymi Sailor Men?! A ten tutaj to prawdziwy demon?! Ojejciu, jesteśmy zgładzeni! A taki przystojny facet...". W tym momencie inkub siada na swoim ołtarzu i zaczyna gorzko chlipać. "Przystojny - nikt nigdy nie nazwał Wielkiego Yee'banhusa w podobny sposób!" - mówi potężny, podziemny głos - "Odkąd czarci mój byt zrodzon został w świecie, nigdy nie usłyszał słowa komplementu! Wieczności całe wysłuchiwał jak żałosnym jest inkubus miłujący płeć męską, jaką zakałą dla czarciego rodu jest Wielki Yee'banhus! Tak wielką okazała się nietolerancja piekielnych jego braci, że posunęli się oni do rzucenia na Wielkiego Yee'banhusa strasznej klątwy. Odtąd, by żyw pozostał Wielki Yee'banhus, co noc musiał siłą zdobywać miłość, a za dnia, przed kolejnym łowem, wypoczywać na ołtarzu Lucyfera... Tyś jednak, ciemnowłosy młodzieńcze, obdarzył go z dawna upragnionym komplementem. Oto nastaje koniec złego uroku! Oto Wielki Yee'banhus staje się wolnym i lecieć może w świat, by szukać uczciwej miłości! Bywaj, młody przyjacielu, Yee'banhus leci w odwiedziny do George'a Michaela!". Po czym demon rozpłynął się pośród kolorowych błysków.
Marian: Łaaaał...
Zbyszek: Urzekła mnie jego historia... Doprawdy, wzruszające... Jesteś zajebisty, Narratorze... To była najgorsza sesja w moim życiu! Z najgłupszym zakończeniem! Zatytułujmy ją "Pedały i Demony"... Nieee, taka książka chyba była...
Marian: Ta, twój stary! Trzeba być tolerującym! Każdy może mieć marzenia! I! I! Iiiii... I w ogóle!
Zbyszek: A odkąd ty jesteś taki tolerancyjny? Ja ciebie pamiętam raczej jako homofoba...
Marian: Tylko dupa nie zmienia podglądów. Widziałem w telewizorze bardzo mądry program, gdzie taki polityk, jakiś ministrant czegoś tam, wysoki z niskim głosem, opowiadał, że trzeba być tolerującym, że każdy ma prawo do swojego zdania, że można mieć własną orientację, religię, poglądy i różne takie...
Narrator: Pozwólcie, że utnę tą dyskusję, jako że nasza sesja dobiega końca, a wy wciąż nie zdecydowaliście, co zrobić z Karolem.
Zbyszek: No tak, zna nasz sekret. Będziemy musieli niestety zapomnieć o dawnej zażyłości, wliczając niebywałą uprzejmość w sklepiku szkolnym i kolegę Karola zabić.
Marian: Tym razem się zgodzę z kurduplem.
Narrator: Będziecie z nim walczyć na golasa?
Zbyszek: Toć pałki jeszcze mamy!
Narrator: Ale małe i miękkie.
Zbyszek: Tobie tylko jedno w głowie, zboczeńcu! Musimy się pozbyć niewygodnego świadka! Chyba, że mądry pan Mistrz Gry ma inne propozycje.
Narrator: Mistrz Gry nie jest od propozycji, ale Karol proponuje, że nie wyda was, jeśli pozwolicie mu dołączyć do ekipy Sailor Men. Opowiada, że kiedyś był wielkim fanem chińskich bajek z Polonii 1 i zawsze marzył, by zostać wojownikiem takim jak...
Zbyszek: ...Sally?
Narrator: Jak Yattaman...
Marian: Mi to pasi. Koleś jest bogaty, to pewnie nam będzie czasem trochę dawał różnych rzeczy. Tak myślę.
Zbyszek: Taaa... Szczytem hojności będzie guma kulka w sklepiku szkolnym. Jedna. Dla nas obu. NPC w drużynie? Wiecie co? Mnie to już wszystko jedno! Niech i dołącza gdzie mu się podoba. Dawaj tylko iPoda i kończymy tą farsę!
Marian: Przydałby się jakiś morał może na koniec.
Zbyszek: Że niby co?! Z Ezopa się urwałeś?!
Marian: No morał, kurde, żeby było mądrzej.
Narrator: Zgadzam się z Marianem. Opowieść bez morału, to jak żołnierz bez aksamitu. A i może nauczysz się czegoś, drogi Zbyszku, przy okazji. Jakieś propozycje, Marianie?
Marian: Ja tam nie wiem... Może, że nie każdy ksiądz to zboczeniec? I że należy być tolerującym... Znaczy zboczeńców tolerować. No i może, że Czak Noris jest lepszy od Arnolda.
Zbyszek: Mam lepszy pomysł na morał: "Narrator to dupek, a Marian jeszcze większy. Albo odwrotnie. Ponadto księża na księżyc, a pedały... do roweru!".
Marian: Panie Narratorze, to może ja mu wpierniczę, a pan to już kończ.
Narrator: Jak najbardziej. Zatem klasycznie: następny odcinek wkrótce. Jak dobrze pójdzie, to za rok. Dowiecie się między innymi, jakim kolorem obdarzony zostanie Karol przybrawszy postać Sailor Manam, oraz jaka przygoda da mu okazję do sprawdzenia się w nowej roli. Pojawi się również intrygujący wątek psychologiczny, związany z momentem, gdy Zbyszek uświadomi sobie, że przez blisko kilkanaście minut stał nago przed dwoma facetami i jednym demonem. Na życzenie fanek obiecujemy jednak więcej scen z gatunku yaoi.
Ze specjalnymi podziękowaniami dla Justyny oraz Michała i Pawła Będziechowskich.
Mimizu
[ www.Mimizu.prv.pl ]
|