Przejdź do spisu treści...

Zamiennik

Andrzej Bordon leniwie otworzył oko. Każdą, nawet najmniejszą cząsteczkę jego jestestwa przepełniał ból pomieszany z mdłościami. Jego wyczulone zmysły znacznie to wrażenie potęgowały.
Minęła chwila nim jego ciało połapało się w sytuacji i przeanalizowało bodźce zewnętrzne. Nagle poderwał się jak żubr z jęczmienia i pobiegł do toalety zwrócić światu co było w nim najlepsze.
- Ughhh... – westchnął, - Co było w tej rastafariańskiej nalewce? Paliwo rakietowe?
- Blisko – rzekł znajomy głos dobiegający z pokoju, - Kompot z maku. 300% normy. Najnowszy wynalazek naszych nałogów, na denaturacie.
Bordon przez chwilę identyfikował głos. Impulsy elektryczne powoli przesuwały się między neuronami w jego sfermentowanym mózgu.
- Rokita... – powiedział zmęczonym głosem, - Czego ten fajfus może chcieć!?
Andrzej próbował odkleić się od kibla, lecz tylko padł na ubrudzone niezidentyfikowaną mazią kafelki. Rzucił kilka przekleństw w kilku językach. Próbował jeszcze raz, ale tylko udało mu się przewrócić przepychacz do rur.
Zdecydował się na najbezpieczniejszą w tej sytuacji formę ruchu - zaczął się czołgać. Miał w tym wprawę. Nieraz tak wracał do domu. Był osiedlowym mistrzem w pełzaniu po pijaku. Świadczył o tym dyplom, niestety sprzedany przez Andrzeja na makulaturę zaraz po otrzymaniu, gdy nie bardzo było za co pić.
- Jak ty wyglądasz, - rzucił z wyższością Rokita. Siedział w fotelu z założoną nogą na nogę, kręcąc sobie wąsa, - Jesteś gorszy od świni. One przynajmniej się nie czołgają .
- Zamilcz elemencie wysokopienny! – warknął Bordon, nie bardzo nawet wiedząc co to znaczy i podniósł się na kolana, - Gadaj lepiej po co tu przylazłeś albo spieprzaj. Dziadu.
Przez twarz diabła przeszedł grymas będący czymś pośrednim między złośliwym uśmieszkiem a złością. Jego oczy zapłonęły jak dwie supernowe. Uniósł się pod sufit, płonąc żywym ogniem.
-MILCZ PRZEKLĘTY ŚMIERTELNIKU, SŁUGO NIEGODNY!!! – rzekł głosem tysiąca ludzi, rozpościerając ogniste skrzydła i rzucając na wszystkie strony rogami.
- Stary...ale faza! – powiedział człowiek z niekłamanym podziwem, - Zrób to jeszcze raz!
- Co? – odpowiedział Rokita, tym razem zwyczajnie i bez wygibasów.
- Powiedz raz jeszcze „MILCZ PRZEKLĘTY ŚMIERTELNIKU, SŁUGO NIE GODNY”!
- A, oczywiście. MILCZ...cholera. Trzeba to będzie normalnie załatwić.
Diabeł osiadł z godnością na fotelu. Jego oczy nadal żarzyły się piekielnym blaskiem.
- Więc tak – zaczął Rokita, ale Bordon mu przerwał – Te świecące patrzałki muszą być przydatne w nocy.
- Szlag...Jesteś głupszy niż wyglądasz. A więc...
- Nie zaczyna się zdania od „a więc”.
- Do diab...tfu! – zawył wysłannik piekła wymachując nad głową Bordona płomienną szablą, - Odezwij się jeszcze raz, a skrócę cię o głowę!
- Ta...Mówiłeś to sto razy...Powiedz już czego chcesz, bo wściekasz się jak zakrzowianin w ostatnim dniu przed wypłatą
- Ech... – westchnął diabeł, wyjmując piersiówkę zza pazuchy. Po odkręceniu ze środka uleciało trochę gryzącego dymu o zapachu siarki
– Mamy kłopoty personalne. W piekle panuje duży ruch. Wszystkie diabły pracują na trzy zmiany, nie ma urlopów i funduszu wczasów pracowniczych. Burzą się związki zawodowe. W dodatku ta restrukturyzacja... – Rokita na chwilę przerwał i pogrążył się na chwilę w myślach. Potem ponownie podjął opowieść, - Wszystko przez rozbudowany rynek oddawania dusz. Nie dość, że musimy je lokować, to jeszcze spełnianie życzeń zabiera mnóstwo czasu. W tym pomożesz nam ty, nasz pracownik kontraktowy.
- Nie ma mowy – Bordon pomachał ręką, - Mam uczulenie na smołę. Nie mogę pracować w piekle.
- Myślisz, że obsługę kotła oddamy komuś tak mało wykwalifikowanemu jak ty? Masz tylko spełniać życzenia śmiertelników!
- Ja? Nie mam nawet żadnej mocy diabelskiej, co nawiasem mówiąc, było w kontrakcie.
- A tak – Rokita strzelił palcami. Z opuszków wyskoczyły dwie błyskawice, które ugodziły Bordona poniżej pasa. Zawył jak kastrowany knur.
- Ooo... – jęczał Andrzej, ponownie sprowadzony na podłogę.
- Masz nasze demoniczne moce. Możesz ich używać do póki nie odpędzlujesz listy. Zaczną działać jutro, po samoprzemianie.
- Jakiej listy?
- Tej – Rokita rzucił niedbale na podłogę zwój wygarbowanej skóry ludzkiej.
Sługa rozwinął go. Miał tam napisane nazwiska, adresy, telefony oraz czas przybycia. Klientów do sprzedania duszy było sześciu.
- Czekaj! – krzyknął Bordon, gdy Rokita wcisnął guzik piekielnej windy, -Jak mam to zrobić?
- To już twoje zmartwienie – rzekł diabeł, gdy winda wyłoniła się z podłogi, niszcząc pogierkowskie gumoleum.
- Zara – Andrzej nie dawał za wygarną, Zaczął walić w drzwi, mimo obniżania się windy. Przestał dopiero, jak pomiędzy windę a podłogę wkręciła mu się nogawka. Był zbyt zajęty mocowaniem się z odzieżą, aby walczyć o lepsze warunki pracy i tak dalej.
Walka z nogawką była ciężka. Dotkliwe straty były po obu stronach – spodnie się porwały, a Bordon zaciął się w palec.
Warez, który dopiero wyczołgał się spod stołu, gdzie dotąd spał, spojrzał na sytuację, a mina jego pyska wyrażała niepochlebny komentarz. Ale od czasu kiedy Bordon ustalił przemocą kto w domu rządzi, pies nie odważał się już bluzgać pana.
- Leżeć tak, psi synu ty!
- A w tubę byś nie chciał?! – zawarczał Warez.
- Nie do ciebie to było...

- Mam deja vu – stwierdził Endrju. Znowu się budził. Znowu wszystko go bolało. Znowu leżał na podłodze.
Ale było coś jeszcze. Był goły jak święty turecki, leżał w białym kręgu, a na dodatek ktoś cyrklem wyrył mu heksagram na piersi.
- Ziom , skąd znasz takie mądre słowa? – zapytał Warez.
- Cholera...Przegięcie pały...Co jest?
- Człowiek witor...witurwiar....
- Witruwiański?
- Jak zwał tak zwał. To i tak nie jest twój największy problem.
- Oszfak! To ja sobie zrobiłem wycinankę obok sutka, a ty mówisz, że to nic?
- To popatrz sobie do lustra.
Andrzej z trudem odkleił się od podłogi, zostawiając tam grubą warstwę hodowanego latami brudu przyklejonego potem do gumoleum.
Dowlókłszy się do łazienki, splunął na lustro i zaczął trzeć po nim ręcznikiem. Po dłuższej chwili skrobania odpadła ostatnia warstwa kurzu.
- Łot de hell! – Bordon zakrzyczał zasłyszane w amerykańskim filmie erotycznym zdanie, - Czemu ja mam kurde rogi? Czemu zamiast kultularnej dupy mam koźli zad i to z takim fikuśnym ogonem? Czemu...
- Nie biadol – stwierdził pies, - To tylko ta samoprzemiana.
- A ty niby skąd o tym wiesz?
- Jak wracałem z parapetówki u Stefana, to pod drzwiami już słyszałem, - powiedział obojętnie zwierzak.
I wtedy Andrzej zobaczył. Z kącika wargi Wareza wystawał papieros. Teraz Bordon wiedział ,że to nie białe myszki i różowe krasnoludki podkradają mu pety, tylko jego własny, wyhodowany na własnej piersi pies. Sam by przecież nie kupił – papierosy wszakże od lat osiemnastu!
Wszystko stało się jak w zwolnionym tempie. Złość wezbrała w Andrzeju z całą siłą. Rozłożył skrzydła rozrywając flanelową koszulę, utwardzoną przez wieloletnie nie pranie. Wysłannik piekła wyciągnął szponiastą dłoń w kierunku nieco skonfundowanego Wareza:
- Xaplatexlameclaincokulterfaktorumtopatczćtiti! – wykrzyczał jednym tchem Bordon. Z czubka jego palców wyleciała kula plazmy, która roztrysnęła się o psa rozsmarowując go na podłodze. Jej fragmenty zniknęły jeszcze w powietrzu, zanim zdążyły zapalić dom.
- Łokurde, rozpukłem Wareza – powiedział z satysfakcją, zdmuchując dym z palca wskazującego.
- Jeszcze tu wrócę! - mlasnęła mokra plama na podłodze.

***

Właściwe Żaba był dobrym człowiekiem. To życie go nie pieściło. Wychował się na wschodzie kraju, w pegeerowskiej wsi Bobolice. Po ukończeniu ósmej klasy zamierzał zatrudnić się w PGR-ze i pracować tam do końca swych dni, jak jego rodzina.
Niestety, przemiany ustrojowe pokrzyżowały plany Żaby. Od tamtej pory wydał samotną walkę kapitalizmowi(za upadek Państwowych Gospodarstw Rolnych), jak i komunizmowi(bo się rozleciał nie w porę). Zapuścił wtedy kolorowego irokeza, przekłuł sobie brew, napisał na skórzanej kurtce „NO FÓTÓRE” i ruszył w Polskę z kijem bejsbolowym. Zapewne szybko zostałby zgarnięty przez policję, a potem zwolniony za niską szkodliwość społeczną, gdyby nie spotkanie Dumbadze, lokalnego bossa mafijnego. To właśnie on dostrzegł w Żabie potencjał. Uczynił go nawet członkiem swojej ochrony, a potem współpracownikiem. Dał mu mieszkanie, ubranie, mydło i laskę za żonę.
Teraz Dumbadze siedzi w więzieniu – naraził się jednemu z ministrów na obiedzie. Żaba przejął część interesu i przemienił się w prawdziwego polskiego biznesmena.
I praktycznie nic nie burzyłoby jego spokojnej egzystencji, gdyby nie pozostali wspólnicy Dumbadze, dzierżący w posiadaniu pozostałe fragmenty interesu dawnego szefa. Od dłuższego czasu zatruwali życie Żabie i jego wspólnikom.
- Ech... – westchnął biznesmen, - A żeby ich diabli wzięli.
Powietrze wydało dziwny dźwięk, jak zwykle gdy coś zaczyna w nim istnieć wbrew prawom fizyki.
- Do usług – rozległ się nalany głos zza pleców Żaby, - Piekło S.A zawsze jest gotowe spełnić życzenia naszych klientów.
Żaba odwrócił się powoli, aby nie rozlać ani kropli ze szklanki Whisky. Przed nim stał ubrany w pomięty garnitur osobnik o aparycji przywodzącej na myśl menela. Cuchnęło od niego alkoholem, co zresztą potwierdzała wystająca z kieszeni butelka. Biznesmen wywaliłby pewno natręta, gdyby nie jego rogi i ogon wystający zza płaszcza.
- Eee... – zmieszał się Żaba, - Ktoś ty?
- Andrzej Bordon, wysłannik piekielny trzeciej kategorii – powiedział. Układ zwiększania inteligencji i kultury osobistej zadziałał bez zarzutu, - Przybyłem, aby zaproponować panu mały, korzystny układzik z oferty naszej firmy.
- To znaczy? – doświadczenie Żaby w zawieraniu umów dało o sobie znać.
Zapachniało mu starymi czasami, kiedy to chcieli go okantować, gdy przejął schedę po Dumbadze. Myśleli że jak ze wsi, to głupi. I racja, ale w porę nauczył się jak zabić człowieka łyżeczką.
- A nic, głupstwo – na twarzy Bordona pojawił się uśmiech, na jaki normalnie nie zdobyłyby się jego mięśnie mimiczne, - Porozmawiajmy lepiej o tym, co możemy panu zaoferować, - rozłożył teczkę na biurku z orzecha kaukaskiego. Wyjął z niej świstek papieru, do złudzenia przypominający urzędowy, - Nasza firma proponuje w pana problemie z maf...to znaczy z innymi biznesmenami trzy rozwiązania: a)Zlikwidować(mało oryginalne). Sprowadzić kłopoty finansowe c)Upokorzyć.
- A można wszystko na raz? – zapytał niedowierzając Żaba.
- Widzę, że rogata z pana dusza – urzędnik uśmiechnął się jeszcze szerzej, - Oczywiście, możemy to zrobić. Czy jest pan zainteresowany?
- A ile to kosztuje? Duszę?
- Owszem...ale zanim pan zaprotestuje, pragnę przypomnieć, że i tak pan trafi do nas. Z tego punktu widzenia to korzystna inwestycja.
- Że co? - oburzył się Żaba, - A na kościół raz dałem, na mszy byłem....
- Bo żona nalegała. Zresztą, za samą mafię dostanie pan kocioł smoły. Patrz pan w ten sposób– dostaniesz w prezencie od nas kilka szczęśliwych lat, za małą, i tak zmarnowaną duszę. Będzie co wspominać w piekle!
- Hmm...Muszę się zastanowić...
Bordon wyjął z teczki zegar z kukułką – Piętnaście minut, - Przekręcił o tyle wskazówki zegara. W przyspieszonym tempie obróciły się w domu Żaby. Przyspieszenie czasoprzestrzenne diabelskiego zegarka zadziałało również na ulicy, mieście, na całym świecie.
- Dobra, dawaj pan ten cyrograf. Nie będziem się cackać.

* * *

Stary kurnik przy sklepie chylił się ku upadkowi. Kury łaziły tu i ówdzie, do rowu przez szosę i z powrotem, obserwując przy tym grupkę ciekawych osobników ulokowanych na ławeczce między kurnikiem a sklepem. Ich życie, tzn. kur, zdawało się o wiele ciekawsze w porównaniu do bytu siedzących, i tak też było. Tamci tylko zajmowali ławkę od rana do nocy, susząc kolejne butelki tanich siarkofrutów, o ile oczywiście szefowa zechciała dać na krechę. Gdy nie było za co pić, gapili się na przejeżdżające pojazdy, dyskutowali o czym się dało albo próbowali wyłudzić drobne od przyjezdnych, a jeśli ci nie dawali, kradli im co cenniejsze elementy samochodu.
Dziś był wyjątkowy dzień. Marian, pierwszy od strony kurnika, jako jedyny z grupy miał rentę, więc uchodził praktycznie za bogacza. A przed chwilą podtoczył się w jego stronę listonosz i wręczył kilka zielonych banknotów. Świeżo upieczony milioner natychmiast zaszedł do sklepu by po chwili wrócić ze zgrzewką plastikowych butelek z mózgotrzepami. Po dwóch flaszkach na łeb zastałe zwoje mózgowe zostały przepłukane i u siedzących zaistniała inwencja. Przez godzinę obskoczyli wszystkie usłyszane w ostatnich dniach tematy polityczne, społeczne czy ekonomiczne, poczynając od lokalnych, na krajowych skończywszy. Wreszcie pod koniec zgrzewki musiało dojść do standardowego wniosku
- Wszystkiemu winien jest Balcerowicz.... - zagaił na podsumowanie Zdzichu, siedzący pośrodku. - .... który jak wiadomo musi odejść, a za komuny było lepiej.
- Hje, tja... - mruknął Wiesław, pierwszy od strony sklepu dosuszając flaszkę. - Patrzcie, jakiś cudzoziemiec... - wskazał owłosioną, bardziej niż jego głowa, łapą na zbliżającego się rowerem osobnika.
Cała ekipa przyjrzała się mu. Toczył sie leniwie na czarnym składaku, odziany w czarny, wyświechtany garnitur. Widzieli też iż miał rogi, ogon i kopyta, ale po spożytych drinkach to nic dziwnego. Mogli się mu przyjrzeć dokładniej, gdyż podjechał pod ich ławkę.
- Każdy życiu dopomoże, każdy dziś coś zyskać może... - mruknął obcy zatrzymując się przy sklepie. - Maj nejm is Endrju. Słyszałem że macie do mnie sprawę.
- Eee... my? Wątpię... - stęknął Marian.
- Każdy ma... - uśmiechnął się przybysz. - Więc tęsknicie za socjalizmem? Pewno też za młodością i taką ilością gotówki, by starczyło na winiaka? Mogę wam to zapewnić.
Spojrzeli na niego wszyscy trzej mętnym wzrokiem zdradzającym iż wyczytał to z ich myśli.
- Panie, nawet jeśli to możliwe, nie mamy pieniędzy. - odparł zrezygnowany Zdzichu.
- Ależ tu nie trzeba waluty. - Endrju zatarł ręce. - Wystarczy że podpiszecie umowę, w której w zamian za doczesne korzyści, zobowiążecie się do przekazania praw pierwokupu do waszych dusz na rzecz firmy, którą reprezentuję. W zamian otrzymacie bezproblemowe życie za życia, brak chorób, problemów i ciągłe szczęście. Wróci socjalizm, wszystkim zostanie zrobione dobrze, młodość, a wy będziecie piękni i zdrowi.
Oczy emerytów zabłysły dziwnie chytrze. Nie czekali długo, wszyscy trzej podpisali stosowne papiery. Mieli wprawę – całe życie stawiali trzy krzyżyki. Wiesław nawet potrafił robić idealne kreski.
Po dopełnieniu formalności Endrju zrobił numer podobny jak Rokita gdy do niego przyszedł, zwinął papiery w kieszeń i pstryknął palcami. Od miejsca w którym stali, rzeczywistość zaczęła stopniowo poddawać się przemianom. Przejeżdżający ulicą Volkswagen zamienił się w Warszawę, ruiny naprzeciw sklepu na powrót stały się blokiem z wielkiej płyty, a na latarniach powiewały czerwone sztandary. Sami klienci zmienili się w dwudziestolatków, drelichy, w które byli ubrani, stały się garniturami, a ławka i sklep zmieniły się w czarną Wołgę.
- Wyklęty powstań ludu ziemi... - zanucił Endrju. I potoczył się dalej przedzierając się przez pochód pierwszomajowy.

***

- Cholera jasna! – zawył Lucyfer, prawie rozlewając butelki jabola, - Debilu, kretynie...ty...ty..ty krakowiaku! – pierwszy sekretarz pluł na wszystkie strony smolistą śliną, zraszając twarz Rokity.
- Ale szefie, co jest? Wszystko idzie jak po margarynie.
- Imbecylu! – arcyczart chwycił szponiastym łapskiem róg naczelnika polskiego sektora, - Wiesz jaka jest rola piekła?
- Pozyskiwać dusze? – zapytał niepewnie Rokita.
- Też. Ale wiesz tak naprawdę po co? Aby wmawiać wszystkim, że nas nie ma!!! Ten Bordon, któremu nawet rozrusznik mózgu nie pomoże, robi wszystko, aby ludzie uwierzyli w cuda. Jak myślisz, sprowadzenie komuny wezmą z naszą robotę czy Góry?
- Eee...
Lucyfer odłamał róg Rokity, nie usatysfakcjonowany jakże głęboką odpowiedzią podwładnego. Demon wrzasnął na całe piekło, plamiąc krwią kontusz.
- A teraz słuchaj fujaro – arcydiabeł pociągnął kilka łyków ekstraktu siarkowego pomieszanego ze spirytusem, dając czas Rokicie na zastrzyk Aviomarinu, - Masz zatrzymać Bordona, zanim spełni szóste życzenie. Zapobiegniemy mianowaniu Gierka przywódcą światowym i odwleczemy raj na ziemi. Zrozumiano?
- Aj anderstand, mein Führer. – jęknął przez łzy naczelnik.

***

- Dobra... – Bordon odznaczył trzy nazwiska na liście, - Trzech kutafonów już załatwiłem na cacy. Kogo teraz...
- Andrzeju... – agent usłyszał znajomy głos.
- Czego? Alimenty spłaciłem.
Przed Bordonem zmaterializowała się na wpół przeźroczysta zjawa. Promieniowała lekką, białą poświatą.
- O w mordę! – krzyknął Andrzej, - Stefan! Mistrzu! Kopę lat!
- Witaj mój umiłowany uczniu, mej paskudnej nauki.
- Eee... – zmieszał się, - Wiesz, zawsze cię lubiłem i te pe, ale żeby zaraz miłować? No wiesz, ty byłeś facetem i ja byłem....
- O czym ty mówisz? – na dotychczas spokojnej twarzy zjawy pojawiło się zdziwienie.
- A ty?
- O zaprzestaniu służeniu piekle.
- A...To ja myślałem, że trafiłem do „Tajemnicy Brokeback Mountain”.
- Chciałbyś – aura Stefana z białej, stała się lekko różowa.
- Dobra, dobra. Powiedz lepiej, czemu zalecasz skończenie mojego ultradochodowego interesu?
- Albowiem źle czynisz mój drogi uczniu. Moce Ciemnej Strony tylko na to czekają...
- Goń się leszczu – Bordon obrócił z gracją pijanej krowy, - Nie oglądałem „Gwiezdnych wojen”. I nie szwendaj się tu, nie namówisz mnie bym cię ekshumował. Zakrzów to spokojne miejsce odkąd przeszedłeś na Drugą Stronę.........
Endrju skapował się nagle, że od kilku minut mówi do siebie. Stefan gdzieś zniknął, a może w ogóle go nie było. Tak to jest jak się wiecznie żyje na kacu...
- Pan do mnie? - spytał gościu w ciemnym garniturze skryty za kłębami dymu z cygara.
W pomieszczeniu panował półmrok. Nie było okien, więc Andrzej wyłączył efekt dymu przy lądowaniu żeby nie udusić siebie i klienta smrodem siarki.
- Ja wohl... więc czego pan chce w zamian za powierzenie nam swej duszy? - uśmiechnął się chytrze.
- Władzy. Dla całej naszej ekipy. Panowie... - na skiniecie klienta z ciemności wyszło jeszcze dwóch jemu podobnych, jednak nieco wyższych osobników. Jeden wyróżniał się wzrostem i z twarzy przypominał konia, ew. zombie. Drugi z obliczem ogorzałym od polnego wiatru i wiejskiego słońca dłubał w zębach kawałkiem słomy.
- Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden połączył nas cel...
Bordon wyjął urządzenie podobne do połatanego papierem toaletowym skanera kodów kreskowych i skierował na klientów.
- No, wasza dusza jest wysokiej jakości, nieco ponad normę. - rzekł do pierwszego. - Pan wyższy też się nada. Ale trzeci z was nie spełnia norm UE.
- Mogę dorzucić dusze wszystkich moich krów. - zaoferował nienormatywny.
- Aj waj... szefostwo nie będzie zadowolone. Jeszcze gdyby krowy były po reinkarnacji, to by uszło.
- A bo ja się tam znam... - ogorzały podrapał się po czuprynie. - Weź pan dusze drobiu i szczurów ze stodoły, może wystarczy.
- Łokiej, ujdzie. - Zawyrokował wreszcie półdiabeł i przystąpił do sporządzania umowy.
- Jeszcze taka kwestia. - odezwał się palący cygaro. - Chciałbym jeszcze mieć brata bliźniaka. Mógłbym zająć w ten sposób dwa stanowiska u władzy... .
- To nie będzie łatwe... - mruknął Bordon. - Coś za coś. Spełnię i to, ale obaj będziecie o pół metra niżsi i grubsi. - uśmiechnął się chytrze.
Na twarzy palacza pojawiło się zmieszanie. W końcu już od małego mu wpajano, że jest postawnym aryjskim blondynem.
- Ale kuśka będzie w normie? – upewniał się.
- Krócej się nie da.
Nie było łatwo, postulaty było liczne, a flaszek mało, ale w końcu się dogadali i spisali umowę. Na odchodnym Bordon pomyślał, że trudno będzie pogodzić poprzednie życzenia przywrócenia socjalizmu z obecnym, ale to już nie jego sprawa. On tylko donosi....

* * *

Andrzej łatwo umiał odróżnić charakterystyczną sylwetkę diabła od najdziwniejszych delirycznych widzeń. Tym razem zjawił się jak zwykle, ale wyglądał na wściekłego.
- Endrju, szefostwo mnie przycisnęło. Musisz zakończyć działania nim zrobisz tu burdel... .
- Za późno. - mruknął Bordon, leżąc na kanapie i sącząc jabola. – Enyłej, listę już odtegowałem.
- O w mordę. Wiesz co żeś narobił? – nieliczne włosy diabła(łącznie z wąsami) stanęły dęba.
- Skrzyżowałem socjalizm z nomenklaturą dwóch bliźniaków, jednego wioch-mena i koniozombiego?
- E, to też. Ale najgorsze jest to, że skoro stało się co się stało, musisz wyprostować rzeczywistość.
- O, tyle – Endrju pokazał staropolski gest, - Umowa gwarantuje mi urlop po robocie.
- Ale nie po spartaczonej!!! Teraz musisz doprowadzić do przejęcia władzy przez czerwonych, aby nie mogli zrobić tego w 2090, obalając Lecharka(klona powstałego z DNA dwóch braci u władzy) i wskrzesić Gierka.
- Stary, nie wiem co bierzesz, ale muszę tego spróbować.
- Grrr...Ty mnie z nerw nie wyprowadzaj! Przywołanie Gierka spowoduje w krótkim czasie powstanie panpolskiego imperium dobrobytu obejmującego cały świat.
- To chyba fajnie, no nie?
- A co z piekłem? Jeżeli nadejdzie przedwczesny raj, Armagedon rozegra się tylko u nas.
- Trudno. Wasz problem. – w Andrzeju odezwała się żyłka patriotyczna.
- Sam tego chciałeś – Rokita wbił pazury w leżankę Bordona, - Jak nam nie pomożesz, zmienimy cię w muzułmanina.
- O! – ucieszył się Endrjiu, - Założę sobie harem.
- Ale nie będziesz mógł pić.
Ta wiadomość zadziałała na wysłannika piekła jak kubeł zimnej wody – Dobra, macie mnie. Lepszy wróbel na dachu, niż biednemu wiatr w oczy.
- Co? – Rokita mimo swojego diabelskiego intelektu.

Pękły spróchniałe belki stropowe. Na podłogę posypały się przegniłe belki stropowe i odłamki poniemieckich dachówek, a wraz z tym dwóch osobliwych typów. Jeden z nich, osobnik o twarzy szaleńca, chlapnął wodą święconą w Rokitę. Pokropione miejsca jego ciała zaczęły płonąć błękitnym ogniem, aż płomienie ogarnęły całego diabła.
Intruzi kolektywnie złapali Andrzeja i zaczęli go ciągnąć w stronę drzwi.
- K***a, co to ma być? – zapytał Bordon, gdy tamci wrzucili go do czarnej Wołgi i ruszyli w nieznanym kierunku.
- Spokojna twoja rozczochrana – powiedział kierowca, - Jesteśmy z programu ochrony świadków.
- Co? – Endrju nic nie kumał.
- Za dużo „Pierwszej Miłości” – westchnął uprzednio chlapiący, - Przysyła nas GÓRA, - wskazał palcem, - Jestem agent Kapitan Odyniec, a ten drugi to Juzef.
- Kapitan Odyniec? – zdziwił się Andrzej, - Co to za idio...
- Też tak sądzę, - przerwał Juzef, - Przedtem był Gwizdon, ale wyperswadowałem mu, ze to brzmi gorzej od pomysłów nowej władzy. Zawieziemy cię teraz do Warszawy. Zostaniesz premierem i pomożesz w budowie dobrobytu.
- Niby jak?
- Improwizujcie Bordon, improwizujcie.


Fin -landia strong, napój winopodobny, aromatyzowany, owocowy – 0, 69zł/l



Gwizdon [ odyniecandpuzon@tlen.pl ]

Juzef [ juzefwt@tlen.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści