|
Uśmiechnął się do mnie i powiedział, że pachnę seksem. To nie moja wina, że aromat naszej namiętności unosi się w całym pokoju, nasycając i tak duszne powietrze. Pocałował mnie i zakładając jeszcze koszulę wyszedł na korytarz. Oboje usłyszeliśmy przerażający dźwięk przekręcanego w drzwiach zamka. Szybko przemknął przez salon i schował się na balkonie. Gdy będzie miał okazję spokojnie zejdzie po poręczach balkonów, teraz jednak nie może ryzykować, że ktoś zobaczy go przekraczającego barierkę. Zwłaszcza, że ten ktoś już przestępował próg mojego mieszkania. Przywitałam tego umięśnionego, bogatego palanta całusem i wianuszkiem moich ramion zaciskającym się na jego szyi. Jedyne na co było go stać to ironiczne wykrzywienie twarzy mające być uśmiechem. Kątem oka widziałam czuprynę mojego kochanka wyglądającego zza parapetu, czekającego na odpowiedni moment. Mój obecny chłopak przeciągnął mnie nadal zawieszoną na jego karku aż do łazienki. Zatrzymał się tam, strząsnął mnie z siebie i jednym porządnie wymierzonym policzkiem rzucił mną o posadzkę.
Powiedział, że pachnę seksem. Próbowałam się podnieść, ale on nie czekał kiedy wstanę tylko złapał mnie za włosy i uderzył moją głową o wannę. Osunęłam się ponownie na kafelki ale tym razem szybko odwróciłam się ku niemu, mając nadzieję, że zdążę wybłagać litość. Nie zdążyłam. Kilka kopniaków w klatkę piersiową i brzuch odebrało mi powietrze z płuc. Po chwili wytchnienia ponownie złapał mnie za włosy, wyciągnął mnie na korytarz i mówiąc, abym kazała swojemu kochasiowi spierdalać zatrzasnął drzwi. Miałam naprawdę tylko kilka minut żeby krzyknąć do niego: "Uciekaj". Doczołgałam się do salonu i cicho popędzałam go do zejścia po balkonach z drugiego piętra. Miałam nadzieję, że jeśli go nie znajdzie uwierzy jednak w moją historyjkę o intensywnych ćwiczeniach w sypialni. Miałam nawet nadzieję, że uda mi się wytłumaczyć dlaczego mam na sobie męską koszulę, nie będącą nawet w jego rozmiarze. Mój słodki, piękny Apollo nie wiedział czy może mnie tak zostawić, ja jednak nie miałam zbyt dużo czasu by wytłumaczyć mu, że sobie poradzę. Nie przekonywało go, że bywało gorzej, że ta rozcięta warga, stłuczony policzek i poobijane żebra to nic w porównaniu z prezentem jaki mi kiedyś zafundował na sylwestra.
Mój "najdroższy" wyszedł z łazienki. Zapalił papierosa, który tlił się całkiem wolno jak na jego szybki oddech. Kazał mi zmyć z siebie ten smród. Chwycił mnie za ramię nawet nie spoglądając w stronę balkonu, a ja w głębi serca modliłam się, aby nie zawrócił, aby nie dostrzegł jego obserwujących zielonych oczu. Wiedziałam, że jemu zrobiłby większą krzywdę niż mi. Siłą zaciągnął tam gdzie zostawiłam swoją krew. Wrzucił mnie do wanny i odkręcił zimną wodę. Polewał mnie z prysznica. Poczułam jak biała, jedwabna koszula przykleja się do mojego ciała, a zimne krople uwidoczniały każdy dreszcz, począwszy od gęsiej skórki aż do sterczących nagich sutków. Napawał się moim widokiem. Widziałam w jego oczach, że ta chwila jest również karą dla niego. Chciał mnie mieć, ale nie odważyłby się posiąść mnie teraz, wiedząc, że jeszcze przed chwilą miał mnie ktoś inny. Jego przerośnięte męskie ego mu na to nie pozwalało. Po chwili znalazł jednak inny sposób by się wyżyć. Związał mnie kablem od lokówki, którego jeden koniec zaczepił o rurę do trzymania prysznica a drugi włożył do gniazdka, tak że moja pozycja uniemożliwiała mi stanie w wannie. Musiała ukucnąć trzymając ręce w górze. Przez chwilę nawet zastanawiał się czy nie zamontować prysznica na górze tak, aby zimna woda ściekała zarówno po mnie jak i po niezbyt bezpiecznie wyglądającym kablu. Na szczęście przełączył wodę z prysznica na normalny kran. Zatkał odpływ i czekał aż wanna napełni się po brzegi, a lokówka nagrzeje do czerwoności. Skończył papierosa, ale zaraz odpalił drugiego. Wyszedł na chwilę do kuchni. Słyszałam jak wyrzuca wszystkie szuflady na podłogę. Bałam się tego co może tam znaleźć. Bałam się czego szukał. Po chwili wrócił trzymając w ręku sztywny sznurek do wieszania bielizny. Tak bardzo się cieszyłam, że nie przyniósł noża. Zwinął ze sznurka gruby warkocz i postrzępionym końcem zaczął mnie biczować. Nie patrzył gdzie uderzał. Trafiał w uda, plecy, brzuch, a nawet w twarz. Wyginałam się z bólu, szamotałam się w spazmach cierpienia widząc jak rozkołysana lokówka raz po raz dotyka moich skrępowanych nadgarstków. Na początku nie parzyło, ale po kilku kolejnych batach gdy zawisłam nad wanną na kablu z braku sił w rozkrwawionych nogach, lokówka przyciśnięta do mojej skóry czerwieniła ją coraz bardziej. Starałam się nie myśleć o bólu. Próbowałam się skupić na tym co jutro zrobić mu na obiad aby się znowu nie rozzłościł, albo o tym, że mój pseudo wodoodporny tusz spływał mi po policzkach czarną łzawą smugą. Chciałam mieć przed oczyma moją upierdliwą sąsiadkę, która zapewne spyta jutro co mi się stało a nie to przeklęte, rozżarzone urządzenie do układania włosów. Już chyba nigdy nie zrobię sobie loków. Prawie odpływałam myślami do czasów mego dzieciństwa gdzie ojciec bił mnie tylko wtedy gdy był pijamy i choć zdarzało mu się to często to było i tak rzadziej i mniej boleśnie niż robił to mój ukochany. Wtedy usłyszałam znajomy dźwięk jego ogromnej klamry od paska. Zdejmował go ze spodni. Najwyraźniej stwierdził, że sznurek do prania nie jest zbyt drastyczny. Muszę zacząć krzyczeć, dać mu tą satysfakcję, pozwolić mu poczuć się kimś. Byleby nie za głośno bo kiedy sąsiedzi zadzwonią po policję znowu zakończy się to złamaniem szczęki. Płakałam i krzyczałam tak aby tylko on słyszał, jak bardzo cierpię. Błagałam by przestał. Powoli jego uśmiech stawał się coraz bardziej usatysfakcjonowany. Przestał mnie bić gdy wywnioskował, że kolejne uderzenie może zostawić ślad do szycia i znowu cały szpital będzie robił aferę zamiast po prostu mnie opatrzyć i oddać jemu pod opiekę. Ciężko oddychał i opuścił naprężone dłonie w dół, dając mi do zrozumienia, że to koniec. Przynajmniej na dzisiaj. Na koniec podszedł do mnie i widząc jak trzęsącymi nogami próbuję się podnieść z lodowatej, wylewającej się wody, wyjął z ust ośliniony papieros i przycisnął go do mojego pośladka. Naznaczył mnie tak jak znaczy się bydło rozgrzanym metalem. Odwiązał moje poparzone nadgarstki i pozwolił opaść na dno wanny zalanej czerwienią z moich ran. Wynurzyłam się dopiero wtedy gdy usłyszałam szamotaninę. Spuchniętymi oczyma ledwo widziałam jak mój kochanek zaciska na szyi mojego chłopaka ten sam sznur od bielizny który jeszcze przed momentem rozcinał moją skórę. Widziałam jak oboje nabierają purpurowych kolorów, jeden z wysiłku, aby utrzymać na sznurze dwa razy większego od siebie agresywnego mięśniaka, ten drugi z braku powietrza, którego nie mógł zaczerpnąć przez ściśnięte sznurem gardło. Po chwili prawdziwy mężczyzna mojego życia naprężył mięśnie i gwałtownie pociągnął sznur ku górze. Usłyszałam głuchy chrzęst, a potem huk upadającego bezwładne prawie stukilowego mężczyzny. Moja dawna miłość leżała martwa na posadzce łazienki zalanej wodą i krwią.
Spojrzał na mnie słodko i powiedział, że teraz to naprawdę musi uciekać. Pocałował mnie namiętnie i mówiąc, abym się o nic już nie bała zniknął za drzwiami.
Wiedziałam, że wraca do swojej dziewczyny, której zrobi to samo co ja przed chwilą przeżyłam, bo poczuje od niej zapach innego mężczyzny. Będzie ją bił i kopał, bo jego przerośnięte męskie ego nie pozwala na posiadanie kogoś, kogo ktoś przed chwila już miał.
Wiedziałam również, że zwłoki w mojej łazience już nie pójdą do swojej kochanki, ukrywającej się przed swoim chłopakiem, że już nie będzie jej szeptał czułych słówek, kochał się z nią i ratował od wszystkich niebezpieczeństw.
Byłam jednym z puzzli tej wielkiej układanki. Byłam jednym z wielu ogniw w tym długim łańcuchu. Byłam jedną z wielu takich kobiet w Mieście Grzechu...
24 / 25 sierpnia 2006
Minashi
[ minashi@tlen.pl ]
|