Przejdź do spisu treści...

Dziecko Deszczu

   Miała dziwne oczy. Duże. Poza tym, ich barwa... Czasem były błękitne, niczym czyste niebo, a czasem szare, jak chmury, z których pada deszcz. Zupełnie, jakby w jej oczach odbijał się kolor nieba. Teraz oczy były szare, pełne smutku i przerażenia. Delikatne wargi poruszyły się.
- Jak to? - w jej delikatnym głosie był dziwnie poważny ton, co zupełnie nie pasowało do ledwie siedemnastoletniej licealistki, jakby głos dziewczyny dorósł o wiele szybciej od niej - dlaczego? Nie rozumiem? - zapytała po raz kolejny. Gdy wychodziła z domu, na krystalicznie czystym niebie świeciło słońce. Teraz, w ledwie kwadrans później, całe niebo było zasnute szarymi chmurami, z których lada chwila miał zacząć padać deszcz. Duży, okrągły plac, na którym czasami odbywały się zloty motocyklistów, był teraz zupełnie pusty. Słyszała niedaleko szum niewielkiej rzeki, płynącej ze sporego, sztucznego zbiornika retencyjnego. Siedziała na drewnianej ławce, na ostatnim przystanku miejskiego autobusu, niemalże pod samym lasem, poprzecinanym licznymi ścieżkami spacerowymi. Naprzeciwko niej stał chłopak. Chodził do tej samej szkoły, co ona, ale do równoległej klasy. Od niespełna półtora miesiąca chodził także z nią. Do dziś.
- Chyba do siebie nie pasujemy - powiedział. Bolały ją te słowa. Choć wiedziała, że jest w nich sporo racji - ona zawsze w wysokich, trochę podniszczonych glanach, ubrana na czarno, z kruczoczarnymi, krótkimi do ramion włosami, on w najnowszych, markowych butach o kolorze oślepiającej wręcz bieli, spodniach z najdroższej kolekcji Lee i równie drogiej, sportowej kurtce, niemal cały czas słuchający techno z odtwarzacza mp3. Taki styl panował w zasadzie całej jej szkole i ona należała do tych nielicznych, wyłamujących się z narzuconej przez większość normy, od zawsze słuchając tylko polskiego rocka i nosząc starego walkmana z kasetą Łez, których zresztą naszywkę miała na plecaku - zielonej "kostce". Zdecydowanie odróżniała się od całej swojej klasy - Marta, to jest bez sensu, za dużo nas różni.
- Marek, myślałam, że chcesz być ze mną - powiedziała, patrząc na asfalt pod jej nogami, pokryty szarym pyłem i złotymi liśćmi pobliskich drzew. W końcu minęła już połowa września.
- Chciałem - odparł - ty jesteś... inna od... innych dziewczyn. Ale my naprawdę do siebie nie pasujemy. To nie ma w ogóle sensu. Nie widzisz tego?
- Widzę, ile można by zmienić, gdyby tylko naprawdę się chciało - podniosła głowę i popatrzyła mu w oczy. Marek tylko westchnął. Widziała na jego twarzy rezygnację. Poczuła smutek. Przez półtora miesiąca była szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa, wreszcie poczuła się doceniona, zauważona. A teraz nieproszona samotność znów wdarła się do jej życia. Brutalnie i z butami. Była inna. Jasne. Bo miała siedemnaście lat i nadal była dziewicą, co uważano w jej klasie, a w zasadzie w całej szkole za co najmniej dziwne? Bo za wszelką cenę nie chciała się upodobnić do Jolki, dziewczyny z jej klasy, która była chyba najbardziej popularna i lubiana. I była wzorem do naśladowania dla wszystkich dziewczyn z klasy, niezależnie od pory roku nosząc wydekoltowaną bluzkę odsłaniającą brzuch opalony na solarium, na którym zawsze widniał kłujący nauczycieli w oczy plaster antykoncepcyjny. Jolkę "miał" chyba każdy chłopak w ich klasie na wielu "prywatkach", których głównym celem było upicie się do nieprzytomności. I wszystkie jej koleżanki traktowały to jako sam szczyt bycia "cool". A Marta była inna. Może naiwnie, ale konsekwentnie czekała na "tego jedynego" i wielką miłość. Uważała, że seks powinien być wynikiem miłości a nie zaproszenia do kina albo pizzę. Marek powiedział coś i urwał, ale ona nawet tego nie usłyszała. Chłopak popatrzył w jej szare oczy. Zauważył, że w kącikach jej oczu pojawiły się dwie łzy i w tym momencie poczuł pierwsze krople deszczu. Marta popatrzyła w niebo. Odkąd pamiętała, zawsze tak było. Gdy ona płakała, padał deszcz. Zawsze. Zdecydowanie zawsze. Oboje najpierw usłyszeli silnik, a potem zobaczyli, że właśnie pojawił się autobus. Mozolnie pokonał niewielki mostek nad rzeką i wtoczył się na okrągły, asfaltowy plac.
- Przepraszam, że tak wyszło, Marta - powiedział. Zamknęła oczy i spod jej powiek znów spłynęły dwie łzy. W tym samym momencie spadł na nich rzęsisty deszcz - cholera, akurat musiało zacząć padać - warknął - idziesz do autobusu? - zapytał. Marta zaprzeczyła tylko ruchem głowy, patrząc na czubki butów, a Marek szybkim krokiem ruszył do zielonoczarnego Solarisa i po chwili siedział już na jednym z foteli. Przetarł dłonią po mokrych zupełnie włosach pokrytych żelem i popatrzył na Martę przez zalewane strugami deszczu okna autobusu. Jedna z kropli deszczu spłynęła z jego głowy tuż obok ucha, docierając kącika ust, aż zadrżał. Poczuł, że deszcz miał słony smak. Jak łzy.

Marta wolno odchyliła głowę do tyłu i oparła ją o górną deskę ławki. Czuła, jak krople deszczu uderzają ją po twarzy i zmywają jej łzy. Uśmiechnęła się nieznacznie. Oczyszczenie. Z prawdziwą przyjemnością czuła, jak deszcz spokojnie przedziera się przez jej ubranie, jak krople uderzają po twarzy i spływają po policzkach na szyję. To jeden z ostatnich, ciepłych deszczy. Ostatnie znaki mijającego lata. Usłyszała syk zamykanych drzwi a po chwili silnik autobusu, który odjechał, udając się w długą podróż po całym mieście aż do dużego Tesco. Została sama. Nadal nie otworzyła oczu, sięgnęła tylko do kieszeni koszuli i do uszu wsunęła małe słuchawki. Dlatego też nosiła walkmana. Elektroniczny mp3 player po prostu by zamókł.
- To była wczesna jesień, a może była późna... - zaczęła cicho śpiewać razem z wokalistką na kasecie, gdy usłyszała pierwsze słowa "Niebieskiej Sukienki". Czuła już tak charakterystyczny ból gardła, gdy chce się płakać, ale łzy nie mogą się wydostać. A ona naprawdę chciała płakać. I za wszelką cenę nie miała ochoty na powrót do domu. Rodzice zainteresowanie nią ograniczali do kontroli jej ocen w szkole. A te zawsze były dobre. Nie była typem kujona, ale nigdy nie miała problemów ze szkołą. Westchnęła znów cicho. Tak naprawdę marzyła, by kiedyś zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić. Od półtora miesiąca patrzenia na świat w nieco innych kolorach niż szarość ponure myśli wróciły do niej, ze zdwojoną siłą.
- Naprawdę tego właśnie chcesz? - nagła myśl przemknęła przez jej głowę, ale przez ułamek sekundy wydawało jej się, że to nie jej myśl, że pytanie, które usłyszała w swojej głowie, było zadane przez kogoś innego. Nieważne. Deszcz zmywa wszelkie smutki. Z radością czuła, jak krople deszczu zmywają jej słone łzy z policzków. Nagle przestała czuć uderzenia kropel, chociaż słyszała, jak uderzają o liście pobliskich drzew i asfalt parkingu, czuła nawet, jak krople upadają na jej uda. Otworzyła oczy. Nad nią był parasol. Gwałtownie poprawiła się na ławce. Obok niej ktoś siedział. Chłopak, mniej więcej jej wzrostu, wyglądający na tyle samo lat, może starszy o rok. Brązowe włosy miał posklejane od deszczu, a na sobie biały płaszcz, sięgający prawie kostek. Długi, biały szal tylko częściowo zasłaniał szeroki kołnierz jasnobrązowej koszuli. Uświadomiła sobie, że jeszcze przed chwilą głośno śpiewała piosenkę, słyszaną w słuchawkach.
- Jak długo tutaj siedzisz? - zapytała, zupełnie zmieszana, szybko wyrywając słuchawki z uszu.
- Wystarczająco długo, by stwierdzić, że masz piękny głos - powiedział spokojnie melodyjnym, niemal kojącym szeptem. Ich spojrzenia skrzyżowały się, ale Marta nie zdążyła się odezwać - masz ładne oczy - dodał. Tym razem w jej wzroku pojawiło się zdziwienie. Słyszała wiele opinii o swoich oczach, ale chyba nigdy, że są ładne. Dziwne. Nieokreślone. Inne. Ale ładne - to było chyba pierwszy raz. Popatrzyła na niego i ich spojrzenia znów się skrzyżowały. To on miał ładne oczy - były tak cudownie błękitne. Marta pomyślała, że sama chciałaby takie mieć.
- Kim ty jesteś? - zapytała.
- Kimś, to chce ci pomóc.
- Nie potrzebuję pomocy - powiedziała twardo i wstała z ławki, chcąc ruszyć do domu. Wstał także i zatrzymał ją w połowie kroku jednym pytaniem:
- Więc skąd te łzy? - odwróciła się gniewnie w jego stronę.
- To nie jest twoja sprawa. Czego ode mnie chcesz? I dlaczego mnie podglądałeś? - warknęła gniewnie.
- Nie podglądałem cię. Obserwowałem. A łzy... Nie czujesz? Krople deszczu są słone, jak twoje łzy. Czy nie pada deszcz za każdym razem, gdy ty płaczesz? - popatrzyła na niego zaskoczona zupełnie.
- Kim ty jesteś? - zapytała znów. W odpowiedzi podszedł do niej. Teraz dopiero ją zauważyła, zupełnie tak, jak gdyby wcześniej jej nie było, jakby pojawiła się teraz, w tej chwili - czerwoną różę w jego dłoni. Powoli uniósł kwiat do góry i przysunął do swojego nosa. Nagle poczuła jej zapach, chociaż przecież on trzymał ją przy swoim nosie.
- Jest dla ciebie - powiedział spokojnie, podając jej kwiat. Gdy delikatnie chwyciła podaną różę, nie rozumiejąc zupełnie nic z tego, co się dzieje, na ułamek sekundy zerknęła na nią.
- Dziękuję, ale... - podniosła głowę i urwała. Przed nią nie było nikogo. Wielki plac, na którym zawsze zawracał autobus, był zupełnie pusty. Już miała głośno roześmiać się z jej snu na jawie, gdy poczuła coś między palcami. Nadal trzymała małą, czerwoną różę...

*

Nawet nie pamiętała, jak doszła do domu, ściskając w dłoniach czerwoną różę. Miała puste spojrzenie; gdyby nie ten kwiat o tak intensywnym zapachu, naprawdę by uwierzyła, że to wszystko, że ten... nieznajomy tylko się jej... no może nie przyśnił, ale co najmniej wyobraził. Sen na jawie. Jej dom, gdy tylko go zobaczyła, wychodząc z wąskiej ścieżki idącej przez las, wydawał się pusty. Opuszczony. Bo tak naprawdę rodzinne ciepło dawno go opuściło. Zatrzymała się chwilę mimo padającego deszczu, po czym ruszyła zniechęcona w stronę sporej bramki w płocie otaczającym cały budynek i ogród.

- Znowu zmokłaś. Powinnaś nosić parasolkę. To my potem płacimy za twoje leki - ani słowem nie odpowiedziała matce. Nawet nie pamiętała, kiedy ostatni raz była chora i kiedy rodzice musieli płacić za jakiekolwiek lekarstwa - jak w szkole?
- W porządku - burknęła pod nosem i znikła w swoim pokoju. Jej rodzice się szczerze nienawidzili, chyba gdyby nie ona, pewnie już dawno byłoby po rozwodzie. Wiele razy myślała, że po prostu czekają, aż skończy osiemnaście lat i wtedy zostawią ją samą, rozchodząc się w przeciwnych kierunkach byle dalej od siebie, starając się jak najszybciej zapomnieć o wszystkim, co było. Rozejrzała się po małym pomieszczeniu. Cicha oaza świętego spokoju, cztery na trzy i pół metra jej oddechu. Na ścianach, w drewnianych ramkach, wisiały niektóre jej zdjęcia. Odkąd pamiętała, uwielbiała fotografie. Gdy miała trzynaście lat, dostała od rodziców aparat fotograficzny i od tej chwili stary już Zenit stał się jej jedynym prawdziwym przyjacielem, z którym dzieliła się wszystkim, w czym widziała piękno. Niektóre ze zdjęć podobały się nawet Markowi. Na samo jego wspomnienie boleśnie ukłuło ją serce, ale róża, którą nadal trzymała w dłoni zrobiła się nagle bardzo ciężka, jakby przypominając o swym istnieniu. Położyła kwiat na biurku, na którym od dawna panował "artystyczny" bałagan, a na którym centralne miejsce zajmował gruby notes formatu A4 w kratkę, w którym czasem pisała wiersze i teksty piosenek. Krople wody spokojnie spłynęły z kwiatu na kartkę, zostawiając na kartce delikatne, różowe ślady. Niemal natychmiast poczuła zapach kwiatu. Z "kostki", rzuconej niedbale na podłogę wyciągnęła swój telefon, starusieńką Nokię 3330. Ekran był pusty. Oczywiście, któż miałby do niej zadzwonić albo napisać? Zmieniła wilgotne dżinsy i koszulę na suche ubranie i podeszła do starej wieży audio. Szybko wyszukała odpowiedni kompakt i w wąską szczelinę wsunęła plastikowy krążek. Usiadła na łóżku i zdjęła ze ściany gitarę, starego akustyka, pamiętającego jeszcze jej kolonijne wyjazdy w szkole podstawowej. Uderzyła w struny w tej samej chwili, w której muzyka popłynęła z głośników wieży...

- Marta, masz zadanie z matmy? - pytanie wyrwało ją z zamyślenia, gdy usiadła na ławce w szkolnym korytarzu zaraz po przyjściu rano do szkoły. Jedyne chwile, kiedy nie była traktowana jak powietrze. Machinalnie sięgnęła do plecaka, ale jej ręka natrafiła tylko na gruby notes, który nosiła w tym samym celu, w jakim na jej biurku leżał brulion. Oczy Marty zrobiły się niemal kwadratowe. W czwartek mieli tylko dwa przedmioty, na których nie musiała mieć zeszytów. Przez to wczorajsze zerwanie i dziwaczne spotkanie wczoraj zupełnie zapomniała się przygotować na piątkowe lekcje. Oczami wyobraźni zobaczyła swój zeszyt, spokojnie leżący w szufladzie biurka, z rozwiązanym zadaniem. Zrezygnowana, wyciągnęła rękę z kostki.
- Zapomniałam zeszytu - westchnęła, zdając sobie sprawę, że właśnie grozi jej jedynka. Zbyszek, chłopak, który zapytał ją o zadanie z matmy, popatrzył na nią zaskoczony.
- Ty? Nie wierzę!! Taka prymuska??
- Nie jestem prymuską - powiedziała - naprawdę nie mam. Zapomniałam się spakować. Nobody is perfect - usiłowała zażartować, ale zaraz pożałowała tych słów.
- Tobie zdecydowanie wiele pasuje do perfekcji. Bardzo wiele - powiedziała Jolka, a jej przyjaciółki zawtórowały jej donośnym śmiechem. Marta popatrzyła na nią ze złością.
- Wierzę, że śmiejecie się z domowego zadania. Czyżby okazało się tak łatwe? - usłyszeli w korytarzu głos ich matematyka i wychowawcy, a zaraz po tym dzwonek. Marta podniosła się z podłogi. Za plecami usłyszała jadowity głos Jolki:
- Nie, panie profesorze - powiedziała Jolka i z szyderczym uśmiechem na twarzy, dodała - Marta zapomniała zeszytu z zadaniem - Marta popatrzyła na nią z gniewem i w tej chwili gdzieś wysoko, w chmurach, rozległ się grzmot błyskawicy. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, bo wychowawca głośno pobrzękując kluczami właśnie otworzył drzwi. Zaprosił wszystkich gestem do środka. Marta usiadła w jednej z dwóch pierwszych ławek i westchnęła. Była pewna, że dziś po raz pierwszy od bardzo dawna zaliczy "pałę". Prawdę powiedziawszy, przy jej ocenach, pewnie nawet ta jedynka nie będzie miała większego wpływu na średnią. Nie przejmowała się i spokojnie czekała na nieuniknione. Ale stał się cud. Chociaż dla Marty, po wczorajszym dniu nie powinno było to już zrobić większego wrażenia.
- Dzisiaj wyjątkowo zrobimy godzinę wychowawczą, a nie matematykę - powiedział prawie pięćdziesięcioletni nauczyciel. Marta niemal usłyszała westchnięcie ulgi za swoimi plecami a zaraz po tym okrzyki radości. Co prawda, był dopiero dwudziesty trzeci września, ale kilka osób z jej klasy już zdążyło "załapać" po kilka jedynek z matematyki - no, już, już, uciszcie się - dodał nauczyciel, gdy gromkie okrzyki radości przedłużały się - dlatego, że od dzisiaj będzie z nami chodził nowy uczeń - podszedł do drzwi i otworzył je, zapraszając gestem kogoś, a po chwili oczy Marty znów zrobiły się kwadratowe. Do sali wszedł wysoki chłopak o brązowych włosach. Miał na sobie biały, długi, rozpięty płaszcz, a długi, biały szal tylko częściowo zasłaniał szeroki kołnierz jasnobrązowej koszuli. Tak, to był na pewno on, rozpoznała go natychmiast. Niebieskimi oczami szybko odnalazł Martę i nieznacznie się uśmiechnął. Marta słyszała za plecami szepty koleżanek, pełne podziwu. Fakt, chłopak był przystojny. Jego duże, niebieskie oczy dokładnie zlustrowały całą klasę, a potem znów powróciły do Marty, patrzącej na niego z osłupieniem. Czuła, że dzieje się tutaj coś, o czym nie ma pojęcia.
- Nazywam się Samuel Rock. Cześć - powiedział, a Marta usłyszała ten sam melodyjny i kojący głos, co wczoraj. I prawie natychmiast poczuła zapach róży.
- Samuel wrócił właśnie na stałe ze Stanów, gdzie nie zdążył skończyć szkoły i dlatego będzie chodził do naszej klasy aż do matury - wtrącił nauczyciel.
- Cześć Samuel - powiedziały chórem dziewczyny z ostatniej ławki, zapewne za podszeptem Jolki. Samuel popatrzył tylko na nie z delikatnym, nieco drwiącym uśmiechem na ustach.
- Samuel jest starszy od was o dwa lata, więc zachowujcie się poważnie - odezwał znów nauczyciel. Marta opuściła wzrok i wbiła w blat ławki przed nią. A Samuel usiadł w ławce postawionej obok jej ławki. Marta nieznacznie się zaczerwieniła, niemal wyczuwając jego spojrzenie na sobie i reszta lekcji, polegającej głównie na zapoznaniu Samuela z polskim systemem szkolnictwa, przeleciała jej błyskawicznie...

- Cześć Samuel. Ja jestem Jolka. Cieszę się, że dostałeś się do mojej klasy - Samuel zatrzymał się w połowie kroku, gdy wyzywająco ubrana blondynka zaszła mu tuż po tym, jak wyszli z sali na przerwę. Samuel popatrzył na Martę, jak zawsze zresztą, siedzącą bokiem na szerokim parapecie okna ze słuchawkami w uszach, opierając głowę o szybę. Jej wzrok utkwiony był w blokach niewielkiego osiedla. Jej szkoła była mała, ledwie parter i jedno piętro w budynkach krytych blachą, postawiona w jednej z najodleglejszych dzielnic miasta.
- Też się cieszę - powiedział Samuel i nad ramieniem Jolki popatrzył na Martę, a dopiero potem jego oczy skierowały się na stojącą przed nim dziewczynę. Była ubrana jak zawsze, to znaczy w zdecydowanie za krótką jak na liceum, minispódniczkę i wydekoltowaną bluzkę na cieniutkich ramiączkach, odsłaniającą opalony na ciemny brąz brzuch, na którym, poza kolczykiem w pępku widniał kwadratowy, antykoncepcyjny plaster. Ostry makijaż, jak zresztą i całe ubranie, nie pasował do jej wieku. Samuel popatrzył znów na Martę. Jolka zauważyła to, odwróciła głowę i też na nią spojrzała.
- To Marta. Nie zwracaj na nią uwagi, nie warto. Jest dziwna - powiedziała radośnie Jolka - dzisiaj jest piątek, może wyskoczymy gdzieś wieczorem? Chętnie z tobą pogadam przy piwku - dodała i mrugnęła do niego okiem. Jej koleżanki, stojące za jego plecami, uśmiechnęły się porozumiewawczo. Jolka już teraz bez mrugnięcia okiem wskoczyłaby do łóżka nowego ucznia. Albo i nawet znikła razem z nim w szkolnej ubikacji. Samuel popatrzył w oczy Jolki.
- Nigdy nie interesowały mnie używane samochody, czemu uważasz, że zainteresuję się Tobą? - zapytał i nie czekając na jej odpowiedź, ominął ją i ruszył do Marty. A Jolka patrzyła na niego zaskoczona. Chyba po raz pierwszy chłopak odmówił jej spotkania. I to porównując ją do używanego samochodu.

- Cześć - powiedział. Marta wyciągnęła słuchawki z uszu i usiadła przodem do niego. Popatrzyła na Samuela nieobecnym wzrokiem.
- Jestem naprawdę skołowana - powiedziała - powiedz mi, kim ty jesteś? - uśmiechnął się i położył swoją dłoń na jej policzku. Marta poczuła przyjemne i kojące ciepło.
- Powiedziałem ci już wczoraj. Jestem kimś, kto chce ci pomóc - odparł i popatrzył w jej błękitne oczy.
- Nie potrzebuję pomocy - powiedziała nieco oburzonym tonem - a poza tym, w czym chcesz mi pomóc? - nadal trzymał dłoń na jej policzku. Teraz pogładził jej policzek koniuszkami palców.
- Masz w sobie wielką moc, Marta. A przed sobą ważną drogę i ważne zadanie. Jestem tutaj, by pomóc ci przejść...

*

- Masz ładny pokój - powiedział Samuel, wchodząc do pokoju Marty - mieszkasz z rodzicami?
- Tak, ale... - urwała. Od dobrych kilku miesięcy czuła się, jakby mieszkała sama -... są jeszcze w pracy - dodała niepewnie. Samuel podszedł do ściany, na której wisiały jej zdjęcia.
- Ładne zdjęcia - powiedział - wszystkie są twoje?
- Tak - powiedziała z uśmiechem - lubię fotografować - dodała.
- To jest piękne - powiedział i wskazał na jedno ze zdjęć. Marta popatrzyła na zdjęcie, zrobione tego lata w ogrodzie. Mały ślimak winniczek na samym szczycie prawie metrowej choinki. Szybko zrzuciła ze stóp wygodne klapki i usiadła "po turecku" na łóżku.
- Ta Jolka, zawsze taka jest? - zapytał.
- Odkąd pamiętam - westchnęła Marta.
- Ktoś musi jej pomóc - powiedział. Marta zdjęła ze ściany gitarę i położyła sobie na udach. Westchnęła cicho. Dlaczego wszyscy chłopcy tak bardzo interesowali się Jolką? Nigdy nie potrafiła tego zrozumieć. Dla niej Jolka była zwykłą dziwką - lubisz grać? - zapytał, patrząc na nią. Tylko się uśmiechnęła i patrząc mu w oczy uderzyła w struny.
- Powiesz mi o wszystkim? - zapytała, nie przerywając cichej gry - ja nadal zupełnie nic nie rozumiem.
- Powiem - westchnął - przecież jestem tutaj, by ci pomóc - przestała grać i popatrzyła na niego.
- Proszę cię, dość zagadek - westchnęła - spotkałam cię zaledwie wczoraj, a wydarzyło się tyle rzeczy, których nie rozumiem. Wyjaśnisz mi wszystko? - roześmiał się.
- Wy zawsze chcecie, żeby wszystko było proste.
- My?
- Wy. Ludzie.
- A ty nie jesteś człowiekiem? - zapytała.
- Nie.
- Boże, czy mógłbyś odpowiadać pełnymi zdaniami?
- Nie należy używać imienia Boga nadaremno - powiedział tonem nauczyciela karcącego nieposłusznego ucznia, po czym dodał, już o wiele spokojniejszym tonem - mógłbym - Marta popatrzyła na niego, zaskoczona. Nie spotkała jeszcze nigdy kogoś, kto potrafiłby tak manipulować swoim głosem, przekazując tyle emocji.
- Więc kim jesteś?
- Jestem aniołem - powiedział i roześmiał się z jej wyrazu twarzy. Marta odłożyła gitarę na bok.
- Co w tym takiego śmiesznego? Myślisz, że ci uwierzę?
- Twoja mina. Myślę, że powinnaś.
- Ta rozmowa jest bez sensu - westchnęła - proszę cię, Samuel, potraktuj mnie poważnie.
- Traktuję cię bardzo poważnie.
- Twierdząc, że jesteś aniołem? Nigdy nie widziałam anioła takiego, jak ty.
- A widziałaś kiedyś innego anioła? - zapytał. Oczywiście, że nie. Popatrzyła na niego wilkiem.
- Ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Czego ty ode mnie chcesz? Czemu mówisz mi te bzdury?
- To nie są bzdury - oburzył się - jeżeli uważasz, że nasza rozmowa nie prowadzi do niczego, to może zacznijmy od początku?
- Po co? - ofuknęła go - jeżeli na każde moje pytanie odpowiadasz półsłówkami i zagadkami.
- Zadałaś mi zaledwie kilka konkretnych pytań. Dlaczego więc tak bardzo uogólniasz? Kilka, to nie wszystkie - westchnęła z rezygnacją. Nie miała pojęcia, co mu powiedzieć, by dowiedzieć się czegoś więcej. Pomyślała, że toczy z nią jakąś dziwną grę.
- Dobrze - westchnęła w końcu - zacznijmy od początku.
- Cieszę się.
- Ale masz mówić jasno. I obiecaj, że tylko prawdę.
- Zawsze mówię prawdę.
- Kim jesteś?
- Jestem aniołem - popatrzyła na niego gniewnie, chcąc znów go ofuknąć ze złością, ale zrezygnowała. Postanowiła podjąć jego grę. I przypomniała sobie jego słowa w szkole.
- Powiedziałeś mi, że mam w sobie moc, a przed sobą drogę i ważne zadanie. Co miałeś na myśli?
- Tego nie mogę ci powiedzieć.
- Dlaczego?
- Bo jestem aniołem. Obowiązują mnie pewne zasady.
- Jakie?
- Tego też nie mogę ci powiedzieć.
- Super - powiedziała ponuro - ale powiedziałeś mi, że powiesz mi wszystko.
- Tak, ale wszystko, co wolno mi powiedzieć.
- A kto broni ci mówić naprawdę wszystko? - zapytała, choć już przeczuwała, jaka może być odpowiedź.
- Bóg - nie pomyliła się.
- I to Bóg cię tutaj przysłał?
- Tak.
- Po co?
- Moim zadaniem jest ci pomóc - Marta westchnęła.
- To już słyszałam - powiedziała - czy nie możesz powiedzieć mi jasno i zrozumiale, po co dokładnie tutaj jesteś i w czym masz mi pomóc?
- Mogę.
- Więc dlaczego tego nie zrobisz?
- Bo jestem aniołem - powtórzył - nie mogę samodzielnie z własnej inicjatywy mówić wszystkiego, co wolno mi powiedzieć. Moim zadaniem jest obserwacja. Ocena. Nie wolno mi się włączać do...
- Ale teraz stoisz tutaj i rozmawiasz ze mną, więc się włączyłeś - przerwała mu.
- Tak. Dlatego, że dostałem takie polecenie. Muszę przestrzegać zasad - Marta znów westchnęła. To było bez sensu. To było jak rozmowa z przedszkolakiem, któremu wszystko trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie, bo nie rozumie sugestii ani aluzji. A ona natomiast nie rozumiała nic z tych dziwnych odpowiedzi. Nie rozumiała, po co Samuel prowadził z nią tą śmieszną grę w udawanie anioła. To przecież było bez sensu. Popatrzyła w jego twarz. Przez jej głowę przeszła nagła myśl i odezwała się ponownie:
- A jeżeli poproszę, żebyś powiedział mi wszystko, co wolno ci powiedzieć?
- Możesz spróbować - powiedział z uśmiechem mówiącym coś jakby "nareszcie".
- Więc proszę, powiedz mi wszystko, co tylko możesz - uśmiechnął się. I spokojnie zaczął mówić. A w miarę, jak mówił, oczy Marty robiły się coraz większe. Powiedział, że jej ścieżka została wyznaczona dawno przed jej narodzinami a on jest tutaj po to, by pomóc jej zrobić tych kilka ostatnich kroków. Powiedział, że ma w sobie moc, którą już dawno dostrzegła, a on tylko musi pomóc jej zrozumieć. Powiedział także, że Bóg ma dla niej pewne zadanie, do którego on ją przygotuje. Że on jest aniołem i że ona też nim będzie. I powiedział jeszcze coś. Powiedział, że jej zadanie rozpocznie się już wkrótce. I że nie musi się niczego bać, bo to on ją poprowadzi. Gdy skończył mówić, między nimi zapadła głucha cisza, a Marta patrzyła w jego twarz. Z jego spojrzenia biło jakieś dziwne, kojące piękno. I nagle, w przeciągu jednej chwili, uwierzyła we wszystko, co mówił. Potem rozmawiali jeszcze długo, póki ona, zmęczona, nie zasnęła.

Gdy powoli otworzyła oczy, on siedział już na jej fotelu i patrzył na nią. Ale... Był jakiś inny. Nie miał na sobie białego płaszcza, białego szala ani brązowej koszuli. Miał na sobie śnieżnobiałą szatę z długimi rękawami, zupełnie, jakby była jednym kawałkiem materiału, sięgającą do samej podłogi. Spod niej nieśmiało wyglądały koniuszki jego palców. Był bosy. Dopiero, gdy wstał, zobaczyła je. Duże, białe skrzydła, wystające zza jego ramion, wyglądające tak pięknie i delikatnie, że aż chciało się ich dotknąć.
- Chodź - powiedział i wysunął w jej stronę dłoń. Z uśmiechem popatrzyła mu w duże, błękitne oczy i wstała z łóżka. Poczuła się dziwnie lekko, odwróciła się i na swoim łóżku zobaczyła... samą siebie, leżącą na plecach, ubraną w czarne spodnie i czarną koszulę, z wysokimi glanami na nogach. Na jej piersi, między palcami splecionych dłoni, leżała mała, czerwona róża. Ta, którą dostała od niego, gdy spotkała go po raz pierwszy.
- Czy... czy ja umarłam? - zapytała i odwróciła się w jego stronę ze strachem w oczach.
- Nie - powiedział spokojnie - odbyłaś śmierć. Tak to nazwaliście, śmierć. Chociaż śmierć nie ma nic wspólnego z umieraniem. Śmierć to przejście. Rozumiesz już, jaka moc w tobie drzemała?
- Tak - szepnęła cicho zaskakując samą siebie wiedzą, jaką nagle odnalazła we własnej pamięci - byłam Dzieckiem Deszczu, Przyszłym Aniołem. A zawsze, gdy Przyszły Anioł płacze, niebo płacze razem z nim. A teraz? Kim jestem?
- Teraz jesteś aniołem. Takim, jak ja.
- A co z moimi rodzicami? - zapytała nagle, uświadamiając sobie, że przecież oni znajdą ją na łóżku... martwą.
- Nie martw się o nich. Twoje Przejście... Uświadomi im, że bardzo się kochają i potem będą razem szczęśliwi. Pomoże im. I będą wiedzieć, że ty też jesteś szczęśliwa. To również było częścią planu. Czasem trzeba stracić coś bardzo cennego, by dopiero zauważyć, jak bardzo było to cenne - powiedział spokojnie - chodź - dodał, wystawiając w jej stronę otwartą rękę. Marta podała mu swoją dłoń i poczuła miłe ciepło jego palców. A zaraz po tym oboje znikli...

*

Pogrzeb Marty, w zaledwie dwa dni po jej śmierci, był skromny. W dużym kościele byli tylko rodzice, najbliższa rodzina oraz cała jej klasa. I nikt więcej. Wszyscy patrzyli na Martę, leżącą w otwartej trumnie. Jej matka, Magdalena, zdecydowała, że córka zostanie pochowana tak, jak została znaleziona - Marta miała więc na sobie wysokie glany, czarne dżinsy i czarną koszulę. Zostawiła nawet na piersi zaplecione dłonie i różę między palcami, której delikatny, ale bardzo wyraźny zapach rozniósł się po całym kościele. Samuel Rock, siedzący w pierwszej ławce, tuż przy samej trumnie, obejrzał się do tyłu. Spojrzał w błękitne oczy i uśmiechnął się. Marta oddała uśmiech. Stała oparta o ścianę na samym końcu kościoła przy wyjściowych drzwiach. Spokojnie patrzyła na swój własny pogrzeb. Nie czuła zupełnie nic, żadnych emocji. Pamiętała doskonale samą siebie sprzed jej Przejścia, ale teraz... teraz była już zupełnie inna. Teraz była aniołem. Pamiętała, że teraz zapewne płakałaby. Ale to było przecież normalne, bo, jak mówił jej Samuel, anioły nie odczuwają emocji. Nigdy. I tylko obserwują. Chyba, że dostaną odpowiednie zadanie.

Magdalena wróciła do domu. Ledwie godzinę temu patrzyła, jak trumna z ciałem jej córki znika w głębokim grobie. Weszła do kuchni i zapłakała. Po chwili poczuła na sobie ramiona męża. Przytuliła się do niego mocno. To okropne, że dopiero śmierć ich córki sprawiła, że zrozumieli, jak bardzo ranili siebie i ją. Ich wzajemna nienawiść znikła i rodzice Marty znów poczuli, jak bardzo się kochają i jak bardzo są sobie bliscy.
- To nasza wina - usłyszała szept jej męża. Otworzyła oczy i wysunęła się z jego ramion. Trzymając go za dłoń ruszyła do pokoju Marty. Pchnęła drzwi i raz jeszcze przesunęła wzrokiem po całym pokoju. Gdy popatrzyła na biurko, nagle poczuła się dziwnie spokojna i... szczęśliwa. Na biurku Marty, na otwartym brulionie, w którym pisała swoje wiersze, obok długopisu, leżała czerwona róża...

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, gdy Jolka mocno je pchnęła. Położyła różową torebkę na niewielkiej szafce.
- A ty już w domu? - zapytała jej matka.
- Tak - powiedziała radośnie - zwolnili nas dzisiaj ze wszystkich lekcji przez ten pogrzeb.
- I tak radośnie to mówisz? To była koleżanka twojej klasy. W ogóle wiadomo, dlaczego zmarła? - Jolka wzruszyła ramionami.
- Podobno jej serce po prostu przestało bić bez żadnego powodu. Stanęło i już. Lekarze podejrzewali samobójstwo, ale jej matka nie zgodziła się nie dokładne badania. Nieważne. Mamo, Marty nikt nie lubił, była dziwna. I była kujonką. Wiesz, same piątki. Okropność - dodała i ruszyła do swojego pokoju. Jeszcze mieszkali w mieszkaniu w wysokim bloku na jednym z osiedli, ale za kilka dni mieli przeprowadzić się do dużego domu, jaki kupili jej rodzice. Gdy weszła do swojego pokoju, osłupiała. Przed oknem, plecami do niej, ktoś stał.
- Kim jesteś? Jak tutaj weszłaś? - zapytała Jolka. Obca dziewczyna, mająca na sobie chyba tylko czarny, sięgający prawie kostek, płaszcz, nie zareagowała. Stała twarzą do okna i Jolka widziała tylko jej plecy.
- Jolka, z kim rozmawiasz? - zapytała z kuchni jej matka.
- Rozmawiam przez telefon - powiedziała spokojnie obca dziewczyna, nadal stojąc plecami do Jolki.
- Rozmawiam przez telefon - Jolka bezmyślnie powtórzyła jej słowa.
- Drzwi - powiedziała znów dziewczyna i Jolka bez słowa je zamknęła. A zaraz potem jakby obudziła się ze snu.
- Kim jesteś? - zapytała znów.
- Jestem aniołem - powiedziała dziewczyna i odwróciła się. Jolka osunęła się na krzesło i przez długą chwilę patrzyły sobie w oczy bez słów.
- Marta? - wyjąkała zupełnie blada Jolka - przecież ty umarłaś!! - dodała i zmierzyła ją od stóp do głów. Marta była ubrana tak samo, jak w trumnie, z tym, że miała jeszcze założony czarny płaszcz sięgający jej kostek, a w miejscu, gdzie w trumnie leżała czerwona róża, wisiał duży, srebrny krzyż.
- Nie umarłam - powiedziała spokojnie Marta. Jolka popatrzyła jej w oczy i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że melodyjny głos Marty jest wyjątkowo uspokajający - Śmierć, to jedynie Przejście.
- Co? O czym ty mówisz? Przecież ty nie żyjesz!! Wynoś się stąd!! Zostaw mnie!! Zniknij!!
- Nie mogę - powiedziała Marta.
- Nie... - jęknęła Jolka, zakrywając jej twarz dłońmi - to jakaś twoja zemsta zza grobu? Mam cię przeprosić za wszystkie moje złośliwości? Tego teraz chcesz? - Marta podeszła do niej i dotknęła delikatnie jej podbródek. Jolka uniosła wzrok i popatrzyła prosto w oczy Marty, ale ta patrzyła na nią spojrzeniem pełnym ciepła i ukojenia.
- Nie bój się - powiedziała Marta kojącym głosem - jestem tutaj, by ci pomóc.
- Ty? Chcesz mi pomóc? W czym? - Marta zauważyła, że makijaż Jolki już się rozmył i zostawił na policzku długie, szare ślady.
- Jestem tutaj po to, by ci pomóc - powtórzyła spokojnie Marta...


MarcinD [ marcindrozd@poczta.onet.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści