|
Część 2
- Tu nie wolno palić!
- To gdzie w tym mieście kurwa, można palić?!
Zza filaru wychylił się jakiś staruch i spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem. Uśmiechnąłem się do niego szeroko, szczerząc zęby i ukłoniłem się. Odwróciłem się ponownie do wielkiej, pomarszczonej, żółtej łodzi podwodnej.
- A więc? Mogę udać się na audiencję do burmistrza?
- W jakim celu? - Z jej twarzy nie schodziło obrzydzenie i oburzenie. Zawsze mnie to bawiło.
- Podejrzewam, że burmistrz wydał dokument, który utrudnia prowadzenie mojego śledztwa.
- Mianowicie?
Spojrzałem na nią z zażenowaniem, spuszczając wzrok.
- Proszę pani, ja tu jestem od zadawania pytań.
- Proszę chwilę poczekać.
Odsapnąłem z ulgą, jeszcze chwila a poskakałbym po niej jak po trampolinie w parku rozrywki.
Podniosła słuchawkę telefonu i wykręciła jakiś numer.
- Panie Tosca, czeka na pana w holu jakiś detektyw. Capper, czy jak mu tam.
Zacisnąłem zęby. Hupper, tępy grubasie, Hupper!
- Mam go wpuścić? Dobrze.
Ruszyłem w kierunku gabinetu burmistrza.
- Proszę pana!
- Co znowu?
- Ma pan piętnaście minut.
- Ok, włączaj stoper.- Parsknąłem śmiechem i już parę chwil później przekroczyłem próg zadymionego jak zwykle biura.
- Dzień dobry panie Hupper!- Niemalże krzyknął, z kiepsko udawanym entuzjazmem Tosca, którego nadwaga, była bardziej niż tylko zaawansowana.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry.
- Nie rozumiem?
- Zaraz pan zrozumie.
- Mam nadzieję.
- Czy to u pana wydawane są decyzje o rozbiórkach budynków, które nie są już użytkowane w Racoon?
- Tak, właśnie tak.
- Niech mi więc pan wyjaśni, jakim prawem, ktoś ustalił termin wyburzenia kamienicy przy Village Street na pojutrze?
- Słucham?
- Jezu Chryste cytrynowy! Czy ja mówię w dorzeczu suahilli?!
- Ostatnio nie planujemy żadnych rozbiórek.
A więc tak jak myślałem. Nasza znajoma jest sprytniejsza niż sądziłem. Skombinowała skądś tablicę z rozkładem robót, wypełniła ją i przykleiła na drzwi. Cfana.
- No tak. Tego się obawiałem.
- Czy coś się stało?
- Oho, trafne pytanie. Wygrał pan milion. Stało się, stało się naprawdę sporo. Przepraszam, mam robotę do wykonania. Do widzenia.
- Do- wi- dze- nia.- Wydukał jak przedszkolak, wytrącony z rytmu i przestraszony.
Ponownie wsiadłem do samochodu i wróciłem na Village Street. Zaparkowałem samochód pod schodami kamienicy i ruszyłem po nich w górę. Po raz kolejny nacisnąłem klamkę, zamknięte. Nie było też żadnych szans na otworzenie drzwi z kopa, jak to zwykli robić gliniarze, na wspaniałych, amerykańskich filmach. Dlaczego? Drzwi otwierały się na zewnątrz i jakiekolwiek, mniej lub bardziej efektowne kopniaki, mogłyby się skończyć dla mnie złamaniem nogi.
Rozejrzałem się dookoła, ulica była pusta, nie było słychać nikogo. Sięgnąłem do tylniej kieszeni spodni i wyjąłem z niej mały rewolwer, trzydziestkę ósemkę. Spojrzałem jeszcze raz na ulicę, po czym strzeliłem dwa razy w zamek.
W okolicznych śmietnikach zaczęły kotłować się koty, psy wyły jakby żywcem kastrowane. Ludzie wyjrzeli przez okna z minami na wzór żołnierza, który widzi nadjeżdżający w jego kierunku kilkudziesięciu tonowy czołg.
- Spokojnie! Cholera, spokojnie! To tylko ja! To tylko ja! - Zacząłem drzeć się jak szaleniec. Ludzie dookoła raczej mnie znali, ale nie każdy byłby zadowolony, gdyby jakiś kretyn zaczął strzelać do drzwi, stojąc pod ich oknami.
Kiedy cały młyn ucichł, otworzyłem powoli drzwi. W środku kamienicy, jak podejrzewałem, panował półmrok. Mimo tego, że minęły dwa albo trzy dni, czasem traciłem rachubę, po prostu, nie wiedziałem jaki mamy dzień tygodnia i to było naprawdę piękne uczucie, tyle, że nieco niebezpieczne, to tynk poodpadał już w całości z sypiących się ścian.
Ruszyłem przed siebie na klatkę schodową. W mroku ujrzałem krwawą, suchą plamę. Nic poza tym. Jeśli kurz nosił jakiekolwiek odciski butów, to już ich tam nie było. Jeśli ktoś "zgubił" włosy, to także ich nie było. Nie było niczego. Ktoś niemalże wylizał miejsce zbrodni jak "Firma czyszcząco-sprzątająca Teda Jeffersona".
- Niech to szlag!- Wycedziłem przez zęby łapiąc się za głowę.- Niech to szlag, kurwa! Wszystkie ślady przepadły!
Ktoś musiał zadać sobie sporo trudu, sprzątając ten bajzel. Musiała tu urzędować, przez co najmniej trzy albo cztery godziny. Była dokładna, naprawdę dokładna. Pracowałem w fachu około dwadzieścia lat i nigdy, naprawdę nigdy, nie widziałem, żeby ktokolwiek tak wyczyścił miejsce zbrodni. Żadnego pyłku, czegokolwiek. Przez ponad godzinę, jak Sherlock Holmes, na kolanach, bez lupy, czołgałem się po ziemi i szukałem jakichkolwiek śladów, które mogłyby podać mi trop. Nic, zero.
Stanąłem na proste nogi i słabo, niepewnie, ruszyłem w kierunku samochodu. Wracając do domu, zboczyłem nieco z kursu. Musiałem odreagować, a niedaleko, dumnie wznosił się Pub, w którym podawali chyba najlepsze alkohole w całym mieście. W tym właśnie miejscu sennych marzeń kończyły się zazwyczaj moje ciężkie niegdyś dni i tutaj, pewnie zaczną się od nowa. Trudno, się mówi.
Przy wejściu do baru, jak zwykle zresztą, uderzyło mnie w twarz, niby zdradzona kochanka, gorące, duszące powietrze, które jak wściekłe dłonie, zacisnęło się na mojej szyi. W gardle poczułem palenie, kaszlnąłem parę razy, odsunąłem się na bok. Wziąłem kilka głębokich wdechów, świat powoli przestawał się kołysać. Jeśli gdzieś na Ziemi jest piekło, to właśnie tam, w Pubie "Drugie Zabicie Psa".
Stanąłem na pozór kamiennie, z postanowieniem spenetrowania odmętów tej jaskini oraz skosztowania słodko płynących w niej trunków. Po chwili, śmiało ruszyłem przed siebie.
Kiedy poznawałem to miejsce, uparcie wierzyłem w to, że ono żyje, czuje, oddycha, iż karmi się stałymi bywalcami tak jak meloman, karmi się najlepszymi, muzycznymi produkcjami. Nie zaglądałem tu już od dłuższego czasu, więc to uczucie znów do mnie powróciło.
Wszedłem do środka, budynek zdawał się mnie pożerać, okropny żar nie odstępował mnie ani na krok. W korytarzu, którego ściany miały kolor tętniczej krwi, przechodzącej stopniowo w mdły, od którego zbierało się na wymioty róż, minąłem się twarzą w twarz z kobietą, która wyglądała, co najmniej jak nieudany klon Jacka Nicholsona. Chwilę później straciła chyba równowagę i jak długa rozłożyła się na ulicy, bo mych uszu doszło głuche placnięcie. Nogi niosły mnie po dywanie w kolorze wyblakłego granatu, który mimo tego, że był niemalże doszczętnie wjebany przez mole, miał w sobie swoją dawną, wciąż tlącą się w nim elegancję.
- Czy wszyscy nadążają?
- Tak, jasne, jedno mnie tylko dziwi.
- Co mianowicie, Pete?
- Zamiast zajmować się sprawą morderstwa, włóczyłeś się po barach i chlałeś?
- Tak bywa, widzisz, we wszystkim, co robisz, natrafią się czasem na dziwny, budzący wątpliwości drogowskaz. Patrząc na niego, zastanawiasz się czy aby na pewno jesteś stworzony do tego, co robisz i czy być może, nie są pisane ci inne ścieżki.
- Nie miałeś innych zmartwień?
- Nie.
- Rozumiem.
- Nie sądzę, chcesz wiedzieć, co było dalej?
- Oczywiście.
- Więc zamknij się i słuchaj.
Z wnętrza baru, wydobywała się psychodeliczna muzyka, która jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce, usiłowała za wszelką cenę powybijać szyby i wydostać się na zewnątrz, zabijając każdego, kto ją posłyszy. Kiedy pchnąłem drzwi, ciężkie jak wrota wjazdowe do średniowiecznego miasta, mym oczom ukazała się, w całej okazałości sala, w której dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, trzysta szcześdziesiąt pięć dni w roku(nie licząc roku przestępnego) przesiadywały tłumy mężczyzn i kobiet, którzy tak jak ja, natrafiło niefortunnie na dziwny, budzący wątpliwości drogowskaz.
Cóż, zdarza się.
Większość stolików była zajęta. Te, które były wolne, lub w części wolne, odstraszały strugami spływającego po nich alkoholu, lepiącymi się blatami, wpółprzytomnymi ludźmi leżącymi pod nimi, na nich, czy też koło nich. Tak więc zajęcie "stanowiska do tankowania" w tamtych okolicach, nie wchodziło w rachubę Postanowiłem usiąść przy barze. Szedłem popękaną podłogą, przechodząc między stolikami, jak dziecko, które uczy się chodzić i jak jakaś pieprzona piłka, odbija się od ścian. Moim umysłem zawładnęła muzyka.
Ta część ogromnej sali odpowiadała mi najbardziej, szklanki, kieliszki i wszelkie inne naczynia, których celem było stanowienie niczego innego, jak przestrzeni zamykającej w sobie cudowną, aromatyczną i wprowadzającą w błogostan woń alkoholu i jego po stokroć wspanialszy smak i działanie.
Krzesła były dość wysokie, siedzenia obite czarną skórą, ale mimo wszystko, nie były to fotele w moim mieszkaniu. Co za szkoda.
Zająłem swoje miejsce.
- Proszę, proszę. Dobry wieczór detektywie.
- Zamknij się Mark i nalej mi whiskey.
- Eh, dawno Cię tu nie było Jeremy, kłopoty?
- Jak zwykle. Jak tam interesy?
- Nie pytaj.
- Chujnia z patatajnią?
- Właśnie tak. Niestety. Haha! Chujnia z patatajnią! Haha! Cudowne! - Mark śmiał się jak dzieko.
- Nie widzę w tym nic śmiesznego- odparłem z udawaną powagą, bo przecież było to moje ulubione powiedzenie, które u każdego wywoływało śmiech, ze mną włącznie. Ha! Chujnia z patatajnią, rzeczywiście dobre.
- Podwójny Jack Daniells z lodem?
- Nie zapomniałeś, winszuję, winszuję. Jak najbardziej, pora odwiedzić starego, poczciwego Jacka.
- Proszę cię bardzo. - Mark podał mi szklankę. Była okrągła, wspaniale leżała w dłoni. Zupełnie jak kobieta. - Pięć dolarów.
- Zasrany dusigrosz. - Parsknąłem śmiechem, wziąłem od niego drinka, drugą ręką wręczyłem należność, wraz z dziesięcioprocentowym napiwkiem.
- Zasrany dusigrosz. - zripostował barman. Oboje o mały włos nie padliśmy trupem ze śmiechu.
- Bywa, nigdy nie byłem rozrzutny.
- Wiem coś o tym. - Odpowiedział ocierając łzy, jednocześnie mrugając do mnie lewym okiem. - Mówiłeś coś o kłopotach. Co jest?
- Chyba się wypalam.
- Mówisz o robocie?
- Ano.
- Kolejna ciężka sprawa?
- Nie chodzi o to, sprawa jak każda inna. Po prostu już nie czuję tego "czegoś".
- Dreszczu, który towarzyszy najpotężniejszym orgazmom?
- Otóż to, otóż to.
- Co ci mogę powiedzieć, ponad to, co sam doskonale wiesz.
- Zdarza się. - Odparliśmy zgodnie, niemalże w tym samym momencie. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Zdarzało się, i kropka.
- Właśnie tak. - Spojrzałem na pękatą szklankę, dumnie stojącą po stronie mojej prawej ręki, lód już w trzech czwartych zdołał się rozpuścić.
- Gorąco tu jak w piekle.
- To końcu piekło. - Odparł Mark ze znudzeniem w głosie.
- Taa. - Wychyliłem szklankę. Cudowny płyn, jak najsłodszy nektar, spływał po moim gardle. Zamknąłem oczy, jak kobieta całowana i gryziona po szyi. Nic nie mogło równać się z tym smakiem. Absolutnie nic. Może oprócz smaku cipki. Nie, jednak nie. Doszedłem do wniosku, że nawet cipka, to przy tym popiół.
Opróżniłem szklankę do połowy, wciąż nie otwierając oczu.
- Oho, komuś się spodobało.
- To jest jak papieros, po tygodniu tytoniowej abstynencji. A niech mnie szlag, to jest jak niebo.
- O tak, jak niebo.
W pół pustą, lub też w pół pełną beczułkę, postawiłem na blacie baru. Lewą dłonią otarłem zarośnięty, jak dżungla amazońska policzek i zmierzwiłem włosy, które z intensywnością narkomana domagającego się działki, domagały się szamponu. A może tylko mi się wydawało? Jasny gwint, ale tu gorąco.
Pot, cienką, lepką i ciepłą strużką spływał w dół mojego czoła, sprawnie, jak mistrz kierownicy, omijając oczy. Ponownie pochwyciłem szklankę, przyłożyłem do ust jej gładką, wydawałoby się nieczułą ściankę i dopiłem do końca jej zawartość. Uczucie, mimo swej powtarzalności, nie straciło na swojej sile. Kolejny dreszcz i tysiące, miliony, miliardy rozradowanych i rozwrzeszczanych jak dzieci endorfin obudziło się ponownie do życia.
W Pubie ani na chwilę nie cichła muzyka, "Drugie Zabicie Psa" wydawało się krzyczeć niezliczoną liczbą szaleńczych myśli. I ten piekielny, dziadowski żar! O tak, czułem się, jakbym wdychał tlenek siarki.
Pustą szklankę po raz kolejny postawiłem na blacie, tym razem jednak, uniosę ją do ust dopiero wtedy, gdy się ponownie napełni.
- Jeszcze raz to samo.
- Już się robi. - Mark z gracją tancerki pochwycił butelkę i delikatnie, z wdziękiem i elegancją, a nawet być może z nutą ledwo wyczuwalnego uczucia przechylił ją i wypełnił pustkę życiodajną cieczą. A jeśli właśnie tak, Bóg stworzył morza i oceany? To musiało być piękne, nie było innego wyjścia. Musiało i już.
Mijały sekundy, minuty, wkrótce godziny. Na całym świecie mijały istnienia a w ciągu mojej cudownej wycieczki, zginęło pewnie, co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi i być może drugie tyle się urodziło. Wyż demograficzny w końcu nas zabije.
Coraz to kolejne szklanki chyliły się ku mym ustom, zdawały się do nich garnąć jak spragniona miłości dziewczyna. Coraz to kolejne szklanki stawały puste.
- Zamierzysz dzisiaj skończyć?
- Soooo? - Spytałem głosem, co najmniej niedorozwiniętego dziecka, który mógł wyrażać tylko zdumienie. Byłem nieźle wstawiony i niemalże przekonany, że zanim zdążę pomyśleć o wstaniu z krzesła, runę jak długi na podłogę. Póki co, wolałem nie ryzykować. - Aej mi eszszeee.
- Jak zamierzasz wrócić do domu?
- Eezwę aksówkę. - odpowiedziałem dziwnie zdziwiony. Tak, jakby nie było to czymś oczywistym.
- Eh, jasne. Sądzisz, że to najlepsze rozwiązanie problemu?
- Ee iem. - Oparłem głowę na ręce, która pełniła funkcję statywu, obciążonego do granic możliwości.
Niepewną ręką chwyciłem szklankę i jednym chaustem, jak magik, sprawiłem, że stała się pusta. Czary mary! Hokus Pokus! Kurwa mać!
- Oooo uuusz oooniec. - Odpowiedziałem najwyraźniej jak w obecnej chwili potrafiłem, smutny, być może dlatego, że nie chciałem się rozstawać z ukochanym napitkiem.
- Już przestałem wierzyć w to, że kiedykolwiek padną te słowa. Czterdzieści pięć dolarów.
- Aam ylko yle. - Podrapałem się palcami prawej dłoni po skroni, lewą wysuwając w kierunku barmana, ze spoczywającymi w niej pieniędzmi. Nie chciało mi się ich liczyć, wątpię, czy miałoby to jakikolwiek sens oraz szanse na powodzenie, więc dałem to, co miałem.
- Gdybyś nie był napruty, pomyślałbym, że ugryzła Cię nagła potrzeba filantropijnego działania. Za dużo, wystarczy mi czterdzieści pięć dolarów.
- Eeź esięć oocent aiwku.
- Zawsze te zasrane dziesięć procent. Mógłbyś dać czasem więcej.
- Iie. - Wypowiedziałem z japońskim wydźwiękiem, wszak "nie" i "iie" to było to samo, tyle, że w dwóch innych językach. Ale mimo wszystko, znaczyło to samo. Zresztą, srał to pies. Z drugiej strony, gdyby ten stary sknera przyganiał kocioł garnkowi zamontował w tej dziurze klimatyzację, być może podniósłbym napiwki do piętnastu procent. Ba! Może nawet do dwudziestu.
- Pomogę Ci wyjść na zewnątrz. - Odpowiedział z troską w głosie Mark.
- Iie. Aam oobie oradzę.
- No, nie wątpię. Zresztą, twój wybór, bywaj, do zobaczenia. - Wydaje mi się, że modlił się o to, abym więcej tu nie zawitał, cóż, los już zadecydował, nie pytając mnie o zdanie.
- Eeść.
- Taaaa, "eeść". E. T dom, telefon. Eh, popaprańcu...
No i ruszyłem, naiwnie dumny, starając się utrzymać równowagę oraz nie staranować po drodze kilku stolików. Cóż, ponoć im bardziej się starasz, tym bardziej partaczysz. W tym wypadku, reguła się sprawdziła. W drodze do wyjścia staranowałem dwa, trzy albo cztery "stanowiska do tankowania". Może było ich więcej? Pięć? Sześć? Piętnaście? Nie wiem, ale czy miało to, jakiekolwiek znaczenie? Nie sądzę. Z trudem, przyszło mi także trafienie w te ogromne drzwi, o dziwo, bo nie wyobrażam sobie, jak można było nie trafić w coś tak ogromnego. To jakby spudłować kamieniem w głowę prezydenta Roosevelta.
Na zewnątrz lokalu zaprowadził mnie granatowy dywan, ten sam, który kilka godzin temu, zapraszał swoim odpychającym wyglądem.
Kiedy wyszedłem na ulicę, stałem się natychmiastową ofiarą przezroczystych kamikadze, którzy setkami, obijali się o mój płaszcz. Rozpryskiwali i ginęli w mroku. Niekochani, tak podobni do samotnych ludzi. Stanąłem na środku ulicy, otoczony budynkami i spojrzałem wysoko, w ciemne niebo. Zbliżała się burza, nadchodziła powolnymi, ciężkimi krokami dając o sobie znać, co raz to jaśniejszymi błyskami.
- Pięknie się złościsz, czekam na krzyk wściekłości, kochanie. - Powiedziałem, ku mojemu zdziwieniu, niczym nieskrępowanym językiem. Moje słowa były już czyste, zrozumiałe i przejrzyste niby górski potok.
Gęste, czarne i posępne jak sama śmierć chmury, lada chwila miały zacząć swój nocny koncert i pokaz świateł.
Wpatrywałem się w mroczną jak koszmar pesymisty masę w oczekiwaniu na rozrywający ciszę ryk, który tnie i szarpie, jak ostrze wyszczerbionego noża.
Wciąż patrzyłem, nie patrząc. Pustymi jak oczy trupa ślepiami błądziłem po nieskończonym morzu, wznoszącym się nad moją głową. Jak piękny musi być teraz port. Coś mną szarpnęło. Umysł zamknął się, nie wpuszczając do środka, ani nie wypuszczając na zewnątrz żadnej myśli. Serce zaczęło szybciej bić, krew szybciej krążyła. Czułem. Wyraźnie czułem coś, co jak magnes przyciągający kawałek gwoździa, zachęcało, wręcz ciągnęło moje ciało ku oddalonej o parę kilometrów przystani. Nie chciałem tego, opierałem się, ale końcu przegrałem walkę. Poddałem się temu całkowicie, pozwoliłem ponieść swoje ciało w kierunku zatoki.
Jak w niewyraźnym śnie, szedłem pomiędzy kamienicami, po tonącym w wodzie chodniku. świat zadrżał od pierwszego wybuchu. Zagrzmiało. Dźwięk był potężny i silny, jak ostrzał artylerii. Kolejny grzmot, w oknach zatrzęsły się szyby. Gniewny krzyk zagłuszał wszystko. Nie słyszałem swoich myśli, bicia serca. Wciąż szedłem, jakby niesiony przez ruchomą taśmę, nie czując nóg, jak pod wpływem hipnozy. Nocne niebo zapłonęło oślepiającym blaskiem. Na ułamki sekund, zostało podzielone na pół, przez uderzenie pioruna, odległego zapewne o kilkaset metrów, ale słyszalnego i wyraźnego, jak świst kuli, mijający ucho o milimetry.
Dookoła mnie wrzało, toczyła się istna wojna. Krople deszczu zalewały wszystko dookoła, jak grad pocisków wyrzucany z bunkra. Roztrzaskiwały się z impetem o dachy samochodów, ulicę. Dudniły w okna, niczym paniczne pięści wampira, który błaga, aby go wpuszczono do środka. Na dworze było pusto. W domach pogasły światła, latarnie wypaliły się jak dotychczas tląca się ledwo zapałka, płomieniem słabym i kruchym. Nie było słychać niczego. Tylko wściekły wrzask, który wyrażał wolę niszczenia.
Byłem podniecony. Do ciał jamistych napłynęła krew, z intensywnością wody, która wypływa z pękniętej tamy. Dotychczas drzemiący fiut, zesztywniał do tego stopnia, że poczułem ból, porównywalny z solidnym kopniakiem. Ocknąłem się. Moim oczom ukazał się port. Wzburzone fale namiętnie i łapczywie lizały brzeg, jakby chciały wciągnąć go do morza i zabić, jak wilk, polujący na bezbronne jagnię. Morska woda wdzierała się głęboko w ląd, który ginął, umierał pod nią na paręnaście sekund, aby po chwili znów obudzić się do życia, wychylić spod niej łeb i dać się zamordować ponownie.
Stałem na skraju miasta, które kończyło się właśnie tutaj, w porcie. Moje nogi zatrzymały mnie pośrodku drogi, która nieco niżej, kilkanaście metrów dalej, zwężała się i zamieniała w cienką, krętą ścieżkę. Na jej końcu zaczynała się kamienista plaża, obecnie spowita przez fale.
Deszcz kaskadami spływał z czubka mojej głowy, w dół ciała. Byłem przemoczony i przemarznięty. Ubranie przykleiło się do mnie całą powierzchnią, krępowało ruchy. Czułem się jakby objęty przez niewidzialne ramiona. Ruszyłem przed siebie, spodnie ocierały mnie w kroku, przez co odczuwałem dyskomfort. Zawsze, gdy coś mi przeszkadzało, nie mogłem skupić myśli, nie mogłem siedzieć, nie mogłem robić dosłownie niczego. Huk! Piorun uderzył w toń morską, kilogramy słonej H2O uniosły się w górę, zmieszały w locie z deszczem, jak substancje mieszające się w najdroższych drinkach, i spadły z powrotem do morza.
- Niesamowite. - powiedziałem do siebie szeptem, byłem zdumiony, zszokowany i po stokroć bardziej zafascynowany.
Odkąd mieszkam w Racoon, nie było tu takiej burzy. Grzmoty nie odstępowały mnie na krok. Co chwile ciszę rozrywała eksplozja. Błyskawice cięły niebo, lśnienia, jak flesze aparatów, lub palący się magnez, oślepiały, rozświetlając noc.
W głąb rozszalałej masy wodnej, na długości kilkudziesięciu metrów, wbijało się potężne, betonowe molo, do których przycumowane były niewielkie łódki, jak i te pokaźniejsze łodzie. Sztorm miotał nimi na wszystkie strony, bezlitośnie obijając je o kamienną ścianę, jakby z chęcią rozbicia ich, roztrzaskania w drobny pył. Łajby kołysały się niebezpiecznie. Opadały wraz z odpływem, a z przypływem, jak na rozkaz, wznosiły się do góry, tłukąc burtami, dziobami i rufami o masywny mur.
Nie czułem już wpływu alkoholu, odzyskałem spokój umysłu, myśl była przejrzysta, bystra niczym potok. Na zewnątrz panowała burza, ulewa, kanonada nie ustawała, mokre pociski świszczały jak komary, tłukąc o ziemię i wodę, ale wewnątrz mnie, panował spokój. Płonął pięknym, złotym blaskiem. Skrzyło z niego, nie było dymu. Małe, ulotne iskry, wznosiły się ku górze, ogromnym kominem mej duszy tylko po to, aby zgasnąć parę chwil później, martwe.
Wciąż lało, buty zaczęły mi się rozklejać, spodnie, koszula i płaszcz wisiały na mnie jak na wieszaku, pod wpływem wody były ciężkie, jak kilkutonowa tunika. Zdjąłem obuwie, jak biblijny Mojżesz w obliczu boga zdejmujący sandały, ruszyłem przed siebie, ku wznoszącemu się na wzgórzu, rosnącemu na przekór wszystkim i wszystkiemu, drzewu.
Szedłem, z głową dumnie uniesioną w górze, krocząc po mokrych kamieniach. Woda omywała mi stopy, jak oczyszczający chrzest. Jeszcze tylko kilkaset metrów, a potem delikatnie pod górkę. Nie odczuwałem zmęczenia, co było moim zdaniem wtedy, bardzo dziwne. Miałem za sobą kilkukilometrowy marsz, za krew mając niemalże rozcieńczony alkohol. W dodatku przez cały czas brnąłem w rzęsistym, sieczącym jak mistrz miecza deszczu.
Od drzewa dzieliło mnie już nie kilkaset, a może kilkanaście metrów. Huk! Niedaleko mnie, uderzył piorun, jakby ktoś albo coś, nie chciało mojej obecności. Wciąż szedłem przed siebie. Huk! Kolejna elektryczna lanca opadła na ziemię, tonąc w wodzie zakrywającej brzeg. Wciąż kroczyłem, chociaż wiedziałem, że w każdej chwili mogę zginąć, powalony przez potężny grom, spopielony, jak nic nie warty robak. Ta sama siła, która przywiodła mnie nad brzeg morza, teraz panicznie ciągnęła mnie do drzewa. Jakby wyczuwając niebezpieczeństwo, chcąc mi coś powiedzieć? Przekazać? Uderzyła mnie bolesna myśl. Oszalałeś? To drzewo! Ocknij się! To drzewo! Chcesz rozmawiać z drzewem?! Co drzewo miałoby mieć ci do powiedzenia?! Wszystkie myśli były jednak odległe, znów gdzieś odpłynęły, zasnęły jak zmęczony harcami dzieciak.
Na wzgórzu, z którego widok rozciągał się na morze, światła miasta i okoliczne domy, wznosiło się drzewo. Majestatyczna wierzba, której płacz, opadał licznymi gałęziami, tworząc kaskadę niezliczonych, targanych przez wiatr pnączy.
Zmierzałem w kierunku jej pnia, bosy, oczyszczony od grzechu, czystą jak świętość wodą. Jej długie palce, mimo szalejącej wichury, delikatnie opadały na moją wyrzeźbioną kroplami deszczu twarz i pieściły ją delikatnie, przynosząc ukojenie.
Ułożyłem się na trawie pod jej pniem, ulewa tylko częściowo przedostawała się przez koronę pięknej królowej, zatem pod jej suknią, było sucho. Oczywiście nie całkiem sucho, ale wilgotna ściółka nęciła bardziej, niż mokra ziemia, lub zimne kamienie.
Oparłem swoją ciężką głowę o korę, która wydawała mi się miękka jak poduszka, wypchana anielskimi piórami. Zamknąłem oczy, odpływałem. Dookoła nie ustawała wojna. Bitewne bębny wybijały swój szaleńczy rytm. Raz, po razie. Dum! Dum! Dum! Deszcz, kropla po kropli spadał na ziemię, jak grad strzał, wystrzelonych przez tysiące łuczników. Błyski, jak pożoga płonących pól, tańczyły na niebie. Dookoła trwała wojna.
Cisza, była jedynie słyszalna w moim umyśle. Szum liści był cudownie kojący, narkotyczny i usypiający. W moich myślach odezwał się ciepły, subtelny i słodki jak miód, kobiecy głos.
- Co cię męczy? Co nie daje ci spokoju? - Spytała w zatroskaniu Darlene. Tak, nazwijmy ją Darlene.
- Kim jesteś?- Usłyszałem w myślach swoje zdziwione słowa. Nie było w nich niepokoju, lęku, obaw. Było w nich tylko zdziwienie.
- Nie odpowiem ci, jeszcze nie teraz, nie czas.
- Skoro tak uważasz...
- Dopadły cię wątpliwości, co się stało?
- Nie wiem, po raz pierwszy czuję, że mogę sobie nie poradzić. Nie znam uczucia bezradności, niepewności. - Czy aby na pewno? A może tylko umiejętnie, przez lata skrywałem ich smak? Tak sprytnie, jak postępuje się z sokiem cytrynowym, przenosząc go na tył języka, gdzie kubki smakowe nie rozróżniają kwaśnych smaków. Nie znałem odpowiedzi na pytania.
- Co cię męczy? - Głos powtórzył swoje pytanie,
- Duchy przeszłości?
- Potrafię ci pomóc.
- W jaki sposób? - Spytałem niedowierzając. Żal było mi tego głosu, był tak cudowny. Tak niewyobrażalnie uroczy. Namiętny jak róża, a jednocześnie niewinny jak rumianek.
- Musimy się udać w podróż. Być może jedną z najdłuższych podróży Twego życia.
- Dokąd?
- W głąb ciebie. Zakątki twej duszy, meandry umysłu, doliny serca.
- Ale, nie wiem, nie, nie wiem czy jestem gotów.
- Jestem przy tobie.
Nie pytając mnie już o zdanie na ten temat, świat zakołysał się delikatnie, moje oczy przesłoniła jedwabna kurtyna snu, a ja wyruszyłem w nieznane. Spowity mgłą wspomnień.
Po raz pierwszy, od długiego czasu, śniłem. śniłem niemalże na jawie. Na nowo, przeżywałem sekunda po sekundzie, całe moje życie. Widziałem wszystko, nawet to, czego nie potrafiła ogarnąć pamięć.
Znajdowałem się w sali kinowej. Rozłożyłem się w krześle, wpatrując się w ogromny, płócienny projektor.
Rozejrzałem się dookoła, byłem jedyną osobą. Dziwisz się? Jak sadzisz, ilu idiotów leży w środku burzy pod drzewem?! W pomieszczeniu znajdował się jeden jedyny fotel, zajęty przeze mnie. Był obity czerwoną welurową tapicerką i niewygodny, jakby żywcem wyjęty z muzeum narzędzi tortur. Nigdzie nie było głośników.
- Jak ja mam tu cokolwiek oglądać do cholery. Nie ma nawet pop-cornu i coli! - Ryknąłem w płócienny projektor znajdujący się na przeciwległej ścianie. Był blady jak śmierć, ale podejrzewam, że już za parę chwil miał zapłonąć żywym blaskiem wpół martwych wspomnień.
Spojrzałem na podłogę, była pokryta starannie wypolerowanym parkietem. Wstałem z miejsca, przeszedłem się parę kroków. Nie skrzypiał.
- Do dupy. Co to za podłoga, która nie wydaje żadnych dźwięków. - Powiedziałem sam do siebie ze smutkiem w głosie.
Wróciłem na swoje miejsce. Oparłem się na tyle wygodnie, na ile pozwalało siedzenie i wbiłem sztywny wzrok w ekran. Pojawiły się na nim pierwsze litery, chaotycznie rozproszone na całej jego powierzchni. Wychyliłem się z krzesła i mrużąc oczy, zacząłem się im przyglądać. W ciągu kilku sekund zbiegły się w całość, która ułożyła się w jedno pytanie.
Wygodnie Ci?
Znaki spoglądały na mnie z zaciekawieniem, jakby oczekując odpowiedzi. Zapłonęły po raz drugi.
Wygodnie Ci?
- Nie. - Odpowiedziałem zażenowany. Najpierw drzewo, teraz projektor. Ho, ho, zaczyna robić się ciekawie.
Szkoda. Jesteś gotowy?
- Na co?
Wcześniejsze zdania znikły, wyparowały, jak życie po zrzuceniu bomby atomowej. Pojawiły się kolejne białe mrówki, które po chwili odnalazły się, tworząc kolejny napis.
Na film.
Czy byłem gotowy? Nie, szczerze powiedziawszy, to bardzo poważnie rozpatrywałem możliwość ucieczki z tego kina gdzieś pośrodku niczego. Podejrzewam, że wprowadziłbym swój plan w życie, gdyby nie jeden fakt, który sprawił, że odpuściłem sobie. Nie było drzwi. Jeśli jednak początek projekcji zbliżał mnie do opuszczenia tego miejsca, stosownym było zacząć. Rozejrzałem się ponownie. Po obu stronach ekranu wisiały granatowe zasłony, opadając delikatnie na niewielką jego część.
- Zaczynajmy.
Dobrze. - Napisy zgasły, jak umierające Słońce. Powoli wypalając się, blednąc na tle czarnego otoczenia.
Ekran wybuchł oślepiającym blaskiem, przed którym zakryłem twarz dłońmi, jakby w obawie przed spopieleniem. Głupie, gdyby miał zamienić mnie w żywą pochodnię, to na niezbyt wiele zdałyby mi się te durne łapska.
W sali wyczuwalny był zapach szpitala. Znienawidzony przeze mnie odór sali operacyjnej. Sterylnie czystych narzędzi oraz rozmaitego pochodzenia substancji chemicznych. Czemu nie lubiłem tej woni? Nie pamiętam. W ciągu sekundy przesortowałem całe zasoby swojej pamięci. Nie znalazłem niczego związanego ze szpitalem.
Projektor zaczął wyświetlać obraz, który leniwie budził się do życia. Słyszałem głosy lekarzy:
- Mocniej, mocniej! Niech pani prze! Jeszcze chwila! Widać główkę, mocniej! Mocniej!
To był poród, ale czyj? Obraz ociężale się materializował, nabierał ostrości i już po chwili ukazał się mym oczom, w całej okazałości. Kilku pielęgniarzy, anestezjolog i położniczy. Kobieta, która rodziła, wykrzywiła twarz w niewyobrażalnym grymasie bólu. Cierpienie paradoksalnie wymieszane z nutą radości, bądź, co bądź wątłą, jednakże mającą z biegiem czasu przerodzić się w rzekę euforii wykrzywiło jej usta do absurdalnej formy.
- Nie wytrzymam! Jeszcze chwila i stąd wyjdę! - Ciekawe jak. - Odparłem z nutą rozbawienia w głosie. W kącikach ust pojawił się nieśmiały jak dziewica uśmiech.
Dzieciak nie dawał za wygraną i nie wyrażał żadnych chęci na opuszczenie swojego legowiska. Wcale mu się nie dziwiłem.
- Musi pani zebrać się w sobie i przeć z całych sił!
- Nie dam rady! Nie dam rady do cholery!
Mężczyzna stojący obok, najprawdopodobniej ojciec dziecka, z kamienną twarzą obserwował całą sytuację. Jego gałki oczne były nieruchomo wbite w twarz żony. Na czole nie było żadnych śladów potu. Był młody, ale mimo wszystko zachował zimną jak serce diabła krew. Od czasu do czasu, jednakże stanowczo rzadko, mrugał powiekami.
- Jeszcze trochę! Jeszcze trochę! - Zachęcał do pracy jeden z lekarzy. Powodzenia kolego. - Zaraz będzie po wszystkim! - No jasne, ona wykituje, dzieciak wyskoczy w ostatnim momencie a facet, stojący pod ścianą z grobową miną wszystkich zamorduje. To mógłby być właściwie koniec filmu.
- Aaaaaaa! - Ryknęła kobieta, pot spływał po jej czole obfitą rzeką, mocząc szpitalne ubranie, zalewając twarz i szyję.
- Już prawie! Dosłownie minuta! - Powodzenia, spróbuj babie w takim momencie tłumaczyć upływ czasu, to zrobi sobie z Ciebie kapcie.
Rozległ się krzyk dziecka, budzący dreszcze, jak kawałek styropianu pocierany o szybę. Wzdrygnąłem się zaciskając zęby i wbijając palce w oparcia siedzenia. Mały darł się jakby żywcem przypiekany rozżarzonym kawałkiem metalu.
- Czy to już koniec? - Spytała kobieta. Była już spokojna, ból został zastąpiony zmęczeniem i szczerym radosnym uśmiechem. Dopiero teraz zauważyłem, jaka była piękna. Jej włosy były koloru smoły, gęste i kręcone, opadały bezwładnie na ramiona mokre z wycieńczenia.
- Tak. Jeszcze tylko pępowina. - Odpowiedział lekarz. Prawdopodobnie się uśmiechał, na co wskazywał ruch powiek, gdyż twarz zakrywała maska. Podał dziecko pielęgniarce, metalowymi szczypcami złapał pępowinę, zawijając ją. Drugą ręką pochwycił nożyce. Wyglądał jakby zabierał się do uczty. Niemowlę wciąż się darło a jego ojciec obserwował całe wydarzenie ze swojej stoickiej wieży.
Sanitariusz przeciął pępowinę, krew powoli płynęła z uciętego sznura.
Pojawiła się także na ścianach kinowej sali, ślamazarnie spływając w kierunku podłogi, znacząc szlak swojej wędrówki.
- To Twój syn. - Powiedziała kobieta, spoglądając w jego kierunku swoimi płonącymi jak latarnia morska ślepiami. Były zielone jak soczysta, wiosenna trawa. Czarne źrenice ograniczały złote obwódki. Uśmiechała się słodko, nie spuszczając wzroku ze swojego mężczyzny.
- Nie... To nasz syn. - Odpowiedział a jego oczy zabiegły łzami szczęścia, które zaczęły kapać na ubranie i podłogę. Kilka chwil później spływały jak rwący strumień żłobiąc w jego twarzy delikatne bruzdy.
- Jak damy mu na imię?
- Nie mają jeszcze państwo imienia dla chłopca? - Spytali zaskoczeni lekarze.
- Nie, nie lubimy planować. - Odparł mężczyzna, wciąż płacząc. - Jak myślisz kochanie?
- Może Jeremy?
A więc był to film o nikim innym, jak o mnie. Po co to wszystko? Dlaczego mi to pokazujesz?
- Chcę z Tobą znaleźć odpowiedź. - Głosiły napisy z ekranu.
- Tak, brzmi idealnie. Jeremy Hupper. - Powiedział ojciec dumnie wypinając pierś i czule obejmując moją matkę.
Projektor ponownie zbladł, zniknął zapach sali operacyjnej, krew cofnęła się w górę ściany, znikając pod sufitem.
- Co o tym sądzisz? - W mojej głowie rozległ się ten sam ciepły głos, który ukołysał mnie do snu.
- Gdzie jesteś?
- W tobie.
- Rozmawiam z Tobą w myślach? - Spytałem spokojnie.
- Tak.
- A wszystkie dźwięki? Płacz dziecka? Przecież tu nie ma żadnych głośników.
- Są zbędne, wszystko odbywa się wewnątrz ciebie.
- A krew?
- To taki skromny dodatek. Chyba nie boisz się krwi? - Głos wydawał się teraz kpić ze mnie. To pytanie zadziałało na mnie jak celnie i sprawnie wymierzony policzek.
- Nie, nie boję się krwi.
- To dobrze, bo to dopiero początek. - Odparła pełna opanowania, dźwięk jej słów nie wyrażał już niczego. Nie był słodki czy kojący. Jego temperatura obniżyła się i spadła do zera. Nie wiem czemu, ale poczułem niepokój. Czy coś mi tu groziło? Wewnątrz mojego snu? Pamiętaj, że w razie czego, zawsze możesz się obudzić. Tak, to dodawało otuchy, jednakże do momentu, w którym jakiekolwiek nadzieje, nie zostały rozdeptane pod nieczułymi, kobiecymi stopami.
- To nie takie proste.
- Jak to?
- Obudzisz się pod koniec twojego filmu. A teraz rozsiądź się wygodnie i oglądaj. - Ten pomysł nie przypadł mi do gustu. Być może w innych okolicznościach, ale moje przemoczone ciało leżało teraz pod drzewem, narażone na absolutnie wszystko. - Nic ci nie grozi. I nie zapominaj, że sam tu przyszedłeś. - Wciąż spokojnie, bez emocji. Zaczynała mnie irytować i podejrzewam, że do wybuchu było już całkiem blisko.
- Nieprawda. Ty mnie tu ściągnęłaś.
- Ja? W jaki sposób? Potrafisz to wyjaśnić, detektywie? Ha ha! - Tym razem zaśmiała się radośnie, jak kilkuletnia dziewczynka. Jej śmiech był mdlący i smakował jak ostro przesłodzona herbata.
- Nie rób ze mnie idioty. - Wycedziłem przez zęby. Krew napłynęła do mojej głowy a żyła biegnąca przez środek czoła urosła niemalże do granic wytrzymałości.
- Nie śmiałabym, detektywie. Hihihi. - Od tego śmiechu mój żołądek zachował się jak po ciężkostrawnym jedzeniu doprawionym ogromnymi ilościami alkoholu.
- Czemu nie wyjdziesz z ukrycia, suko? - Spytałem uśmiechając się szeroko, obnażając zęby jak wściekłe zwierze.
- Bo to jeszcze nie mój czas. - Znów spokojnie, bezbarwnie. Byłem jej więźniem. Co gorsza, trzymała mnie jak pod kluczem, wewnątrz mnie.
- Gówno prawda. Boisz się. - Starałem się wyprowadzić ją z równowagi.
- Skoro tak uważasz. Pamiętaj, że im szybciej zaczniesz, tym szybciej skończysz. - Tym razem jej głos przybrał rolę wabika, który zachęcał do kolejnej podróży w przeszłość. Obawiałem się tego. Nie wiem czemu. Może to strach przed tym, co tak starannie skrywałem, jak mury Fortu Knox, strzegącego skarbca. Bałem się tego co nieznane i zapomniane.
- Zaczynajmy. Chcę to mieć za sobą. - Miejsce gniewu zastąpiła bezradność. Nie mogłem z nią wygrać, wiedziałem o tym, a więc jedynym wyjściem było cierpliwe przeczekanie tej spektakularnej zabawy psychologicznej.
- Powiedz mi jeszcze. Czy dzień twoich narodzin uważasz za szczęśliwy?
- Co to za pytanie? - Spytałem zaskoczony. - Nic ci do tego.
- Jeśli nie odpowiesz, nie będziemy mogli kontynuować. Uważasz ten dzień za szczęśliwy?
- Po co chcesz to wiedzieć? Do jasnej cholery, skończmy tą grę! - Krzyknąłem w myślach. Zupełnie bezgłośnie. Ryk wydawał się odbijać o ściany mojego umysłu i ginąć, jeszcze przed jego zaistnieniem.
- Nie chcę, muszę. Nawet jeśli wydaje ci się, że robię ci na złość, mylisz się. - Jej głos wydał mi się smutny i zawiedziony. Mimo wszystko był piękny. Było mi jej żal.
- Więc czemu mnie tu trzymasz? Wypuść mnie. - Odrzekłem zrezygnowany.
- Boisz się przeszłości? Wiesz, że możesz mi powiedzieć. - Głos ponownie przybrał kuszące brzmienie.
- Nie chcę.
- Odpowiesz na moje pytanie?
- Muszę?
- Tak.
- Czy uważam dzień swoich narodzin za szczęśliwy?
- Ano.
- Owszem. Uważam ten dzień za najbardziej zajebisty ze wszystkich. Odpowiada ci taka odpowiedź?
- Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego uważasz ten dzień za najbardziej zajebisty ze wszystkich? - Gdybym stanął z nią twarzą w twarz, udusiłbym tę sukę gołymi rękoma.
- Miałem ci tylko odpowiedzieć.
- Możesz uzasadnić odpowiedź? - Ponownie znikły wszystkie emocje. Głos przypominał to, co słyszymy na co dzień w telewizyjnych wiadomościach. Nieczuły, martwy, tak do bólu bezduszny i nieobecny.
- Nie wiem czy będę potrafił. - Odpowiedziałem niepewnie.
- Potrafisz.
- A skąd ty możesz to wiedzieć do kurwy nędzy?! - Kolejny bezgłośny krzyk, tłumiony przez obce, nieczułe ręce znajdujące się w mojej głowie. Irytowało mnie jej zachowanie. Pieprzona panna "wszystko wiem" . Gówno wiesz, i kropka.
- Wiem więcej niż ci się wydaje. - Odparła ze stoickim spokojem.
- Więc znasz też odpowiedź na swoje pytanie. - Odpowiedziałem z przekąsem.
- Tak, znam.
- Więc czemu o to pytasz? - Mój głos przypominał ogromny, rozświetlający oślepiającym blaskiem znak zapytania.
- Chcę to usłyszeć od ciebie. - Bezbarwnie, beznamiętnie. Wolałem już kiedy śmiała się jak rozpieszczony bachor. Odpowiadała mi pewność tego, że ona czuje.
- A jeśli nie odpowiem?
- Twój wybór. Ale jak już mówiłam, to niezbędne do kontynuacji. - Tępa, biurokratyczna dziwka.
- Pierdol się, niczego ci nie powiem. - Jak wyrzucony z impetem bumerang, powrócił do mnie spokój i pewność siebie.
- Jak sobie chcesz. Pamiętaj jednak, że to nie ja leżę pod drzewem. - Bezbłędnie trafiła w czuły punkt. Umrzeć, i nie czuć nic, ołowianym snajperem być. O tak, była zasranym, ołowianym snajperem.
Nogi się pode mną ugięły, z całych sił zacisnąłem pięści, do tego stopnia, że paznokcie wbiły mi się w skórę a palce podbiegły krwią. Byłem bezradny, musiałem przystać na te warunki.
- Boli cię świadomość tego, że niczego nie możesz zrobić?
Nie odpowiedziałem. Zamknąłem oczy próbując uspokoić oddech. Od lat pracowałem z ludźmi i nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Każdy ma swój słaby punkt, absolutnie każdy. U niej nie dostrzegałem żadnego. Żadnej rany, w którą mogłem wsadzić patyk i wściekle nim grzebiąc, rozrywać ją. Musiałem przyjąć jej warunki. Problem tkwił w tym, że nie wiedziałem jak mam odpowiedzieć na jej pytanie. Gniew nie gasł, wręcz przeciwnie, wzbierał na sile.
Otworzyłem oczy, ściany przybrały ognistoczerwony kolor. Serce biło mi jak kilkusetletni dzwon. W uszach słyszałem szum. Ponownie zacisnąłem palce na oparciach fotela. Barwa ścian przybrała na sile. Wydawało mi się, że gdybym tylko się do nich zbliżył, zostałbym rozszarpany przez drzemiącą w ich wnętrzu bestię. To miejsce żyło. To było pewne. Przypomniałem sobie krew, która pojawiła się w momencie, kiedy lekarz przeciął pępowinę. To sala kinowa krwawiła. To jej krzyk rozległ się wraz z wrzaskiem niemowlęcia. Jedynie głosy rodziców i sanitariuszy, rozbrzmiewały w mojej głowie. Bałem się tego, co mogę tu zobaczyć. Jaką projekcję wyświetli mój umysł. Co stanie się w tym pomieszczeniu, kiedy do głosu dojdą moje mroczniejsze zakątki duszy. Czarne myśli mojego umysłu i zgnilizna mojego serca. Nie chciałem tego, ale wiedziałem, że jestem tu po to, aby się z tym zmierzyć. To było ohydne uczucie. Jeszcze gorsza była świadomość tego, że muszę współpracować z duchem tego miejsca. Tylko z nią mogłem przez to przebrnąć i tylko ona mogła pokazać mi, czego się tak naprawdę boję.
W końcu zdecydowałem się na szkarłatną plamę na honorze i dumie. Odpowiedziałem.
- Dałem szczęście moim rodzicom. - Nie byłem przyzwyczajony do tego typu wyznań. Nawet żonie rzadko kiedy mówiłem, że ją kocham.
- Słucham? - Spytała z rozbawieniem. - Postanowiłeś jednak odpowiedzieć. Szczerze powiedziawszy, już się obawiałam, że będę musiała cię tu zostawić.
Ponownie nastała cisza. Nie była niczym wygodnym, ale postanowiłem, że nie odezwę się jako pierwszy.
- Przepraszam. - Powiedziała nieśmiałym głosem. - Nie chciałam, żeby to tak wyglądało. Uwierz, że robię to dla ciebie. - Słyszałem w jej głosie żal i wstyd. Zaczerwieniłem się, przypominając sobie, co mówiłem i co robiłem. Ona nie była niczym złym. Była dobrem w najczystszej postaci.
- Zaczynajmy. - Usłyszałem w głowie swoje zmęczone, jak piechur po kilkudniowej wędrówce, słowa. Rozbrzmiewały w moim umyśle jak boski chór, wyśpiewujący zagładę. "Zaczynajmy" ... "Zaczynajmy" ... I marniały, ucichając.
- Jesteś gotów? - Miała wątpliwości? Bała się o mnie? Być może Jej głos mimo tego, że odzyskał swoją dawną słodycz, melodyczność i niewieście piękno, wciąż nie wyrażał niczego. Strachu, niepokoju, niepewności. Każde jej zdanie, wydawało się spadać kilkutonową skałą. Lądując twardo, jednakże z urokiem i gracją.
- Tak, jestem. - Myśli odległe o lata świetlne, żyjące własnym niezależnym życiem. Jedyne co pojawiło się w mojej głowie, to wola przetrwania, wytrwania do końca przedstawienia. Nie mogłem się poddać. Nazywam się Jeremy Hupper do jasnej choley i nigdy, ale to nigdy się nie poddaję!
- Dobrze. - Usłyszałem ostatnie słowo, sprawnie zakończone jak upalona po amputacji rana.
Tak jak poprzednio, ciszę panującą na sali, przerwały odgłosy. Słyszałem płacz kilkuletniego chłopca. Rozpoznałem swój płacz sprzed kilku lat. Na ekranie pojawił się obraz. Mały mężczyzna jak mężny bohater, klęczy na pokrytej kostką brukową jezdni. Oczy wznosi osnute błagalnym spojrzeniem w niebo, jakby z prośbą do Boga, o litość, lub szybkie unicestwienie. Mych uszu dopadł krzyk, który wypełnił kinowe pomieszczenie. Szloch, którego cierpienie, wstrząsnęło mym sercem. Sprawiło, że jak w trwodze szukało ucieczki przed tym pełnym bólu lamentem. Mą myśl rozdarł ryk.
- Nie chcę! Nie chcę tego na nowo przeżywać! Nie chcę! Proszę, nie!
- To konieczne, musisz wytrwać.
- Nieeeee! Błagam! Nie!
Głos nie odpowiada, milknie jak postrzelony w głowę śpiewak.
Chłopiec obejmuje psa. Jego ogromne srebrne łzy, płyną szerokim korytem, zalewając ubranie oraz martwego przyjaciela. To Spud. Rozpoznaję w nim towarzysza dziecięcych lat. Sala wciąż tętni głosami, płaczem, który wydaje się pełzać po ścianach i wspinać pod sufit, aby chwilę potem spaść na mnie z siłą gromu. Druzgocąc, miażdżąc i powalając.
Zwierze spogląda martwo w jego twarz. Jego niegdyś żywe ślepia zmętniały jak woda wapienna. Życie wyciekło z niego wsiąkając głęboko pomiędzy szczeliny w ulicy. Złota sierść zlepiła się od krwi i poczerniała jak zepsuty owoc.
- Wszystko będzie dobrze piesku, proszę cię. Nie odchodź, Spud. Tato zawiezie cię do lekarza. Wszystko będzie dobrze. - Pies milczy. Nie merda już ogonem, nie sapie. Nie zlizuje słonej wody płynącej z buzi chłopca. Nie rusza się, nie oddycha.
Nad postaciami pojawiają się cienie dwóch sylwetek. Zza pleców mężnego bohatera, wydobywa się głos. Głos dorosłego mężczyzny.
- Jeremy, przykro mi. - Mówi półgłosem. Opanowany jak zawsze, pełen dumy, honoru i uwielbienia dla swych zasad ojciec.
Chłopiec odwraca brudną od kurzu i lepką od łez twarz.
- Tato, powiedz, że mu pomożesz. Powiedz, że to jeszcze nie koniec. Powiedz, że pomożesz. Pomożesz, prawda? Tato, obiecaj, że mu pomożesz, że wszystko będzie dobrze. Będzie, prawda? - Jego usta zadają naiwne pytania.
Mężczyzna milknie, bez słowa wpatruję się w twarz syna. Wertuje stronnice swojego umysłu w poszukiwaniu odpowiednich słów. Pustka.
Matka robi parę kroków, klęka przed chłopcem, obejmując go czule do piersi. Z jej oczu płyną łzy, wilżąc jak rosa, jej piękne lico. Ogromne krople, padają raz po razie, na głowę chłopca. Kobieta pociąga nosem.
- Tak mi przykro kochanie. Nie możemy nic zrobić.
Dziecko spogląda w górę, mruga niedowierzając oczami. Po chudej, drobnej buzi wciąż płyną łzy. Wstaje, cofa się o parę kroków i upada na pupę. Podnosi się na proste nogi. Szepcze pod nosem, urywając słowa.
- Nie. Nie, to nie prawda. To nieprawda.
Zdania przekształcają się w ostatnie krzyki, nie mogące pogodzić się z przeznaczeniem.
- On nie umarł! On nie mógł umrzeć! NIE!
Wciąż tyłem, kroczy niepewnie. Spojrzenie ma pełne obłędu, wymieszanego z tęsknotą, żalem i nadzieją, której grube i nieczułe łapy ukręciły łeb. Ponownie się wywraca. Usłyszałem głuche placnięcie. Chłopiec ucichł. W sali umilkły wszystkie odgłosy. Złota sierść, jak anielskie włosy zaczęły sypać się spod sufitu, pokrywając sobą podłogę. ściany były mokre, w parkiecie pojawiły się przerwy, spowodowane wilgocią. Wciągnąłem powietrze nosem. śmierć zagnieździła się w nim gęsto, jak robactwo w martwym ciele. Spojrzałem na projektor. Przez parę chwil widziałem swoją odległą jakby o tysiące kilometrów dziecięcą twarz. W ciągu jednego dnia, mały Jeremy postarzał się o wieki. Dzieciństwo brutalnie odebrał mu pijany kierowca ciężarówki.
Ekran zgasł. Parkiet wysechł i powrócił do swojej dawnej formy. Strzępy psiego futra uniosły się w górę i z cichym pyknięciem spłonęły, tuż pod sufitem.
Skulony, leżałem w fotelu. Płakałem, jak wtedy. W dzień śmierci Spuda.
- Nie chciałem tego oglądać. - Pomyślałem, słysząc moje pełne bólu słowa.
- Przykro mi. Był twoim jedynym przyjacielem?
Skryłem głowę w czułym objęciu własnych rąk.
- Nie odpowiesz mi? - Spytała. Czułem jej smutek, delikatnie tlący się. Nieśmiało jak iskra.
- Kochałem go. Z całego serca kochałem.
- Przykro mi. Chcesz to przerwać?
- Przerwałabyś, gdybym odpowiedział "tak" ? - Odparłem beznamiętnie. Oczy, czerwone od łez, skryłem pod powiekami. Zacisnąłem zęby, usta uciszyłem, jakby metalową kłódką.
- Nie. - Odpowiedziała lakonicznie. Po czym dodała z troską. - Chcesz chwilę odpocząć?
- Parę minut. - Zmęczony mózg domagał się odpoczynku. Mięsień pompujący krew powoli wracał do swojego normalnego rytmu.
Te parę chwil wydawały ciągnąć się przez wieczność. Wlekły się ociężale niby pozbawiony kończyn żołnierz, który nierozważnie nastąpił na minę.
- Powiedz, kiedy będziesz gotowy. - Powiedziała stanowczo.
- Co tym razem mi zaserwujesz? - Spytałem kwaśno. Gdybym splunął na ziemię, prawdopodobnie wypaliłbym w niej dziurę.
- Nic, co by cię mogło zabić. - Odpowiedziała grobowym głosem, którego żywot zakończył się setki lat temu.
Salę wypełnił szum drzew. Projektor po raz kolejny zapłonął żywym obrazem. Wiatr marszczył taflę jeziora, a jego fale łagodnie pieściły porośnięty zieloną szczeciną brzeg. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, by już za kilkanaście minut zgasnąć za horyzontem. Radosne trele ptaków i kojący koncert matki natury, przerwała rozmowa dwóch chłopców.
- Błagam cię, nie pokazuj mi tego! Nie chcę do tego wracać! Nie! - Szamotałem się we własnej głowie, wykrzykując błagalne słowa.
- Nie mogę nic zrobić. - Chłodno, bez życia, o tysiące mil stąd.
- Hej! Jeremy, patrz! - To był głos mojego przyjaciela z dzieciństwa, Brada.
- Nie robiłbym tego na twoim miejscu. - Jeśli było coś, co odziedziczyłem po ojcu, to był to właśnie stalowy spokój.
- Daj spokój! Nic się przecież nie stanie! - Krzyczy roześmiany chłopiec. Kilka sekund później robi pierwszy krok.
- Nie umiesz pływać, zejdź stamtąd. - Mówi mały Hupper. Jego głos tego nie ukazuje, ale on wewnątrz drży ze strachu.
- Strasznie marudzisz! Pozwól mi się skupić! - Chłopiec stawia kolejne kroki, po zawieszonym nad wodą, zwalonym pniu drzewa.
- Zejdź stamtąd, nie pomogę ci, jeśli spadniesz.
Brad wciąż idzie naprzód, balansując rękoma. Kora przewróconego drzewa jest śliska niby zalana krwią posadzka.
- Nie! Wyłącz to! On zaraz spadnie! Wyłącz to! Błagam! Wyłącz! - Mój krzyk, jak ciało napiętnowanego, naznaczony był bólem. Cierpienie, jak bezlitosna, rządna mordu bestia rozszarpywało mnie od środka na strzępy. Miotało się bryzgając świeżo oderwanym mięsem, zachlapując wszystko posoką.
Kolejne kilka kroków, będących ostatnim w życiu marszem. Brad traci równowagę i wpada w ciemną toń jeziora, ginąc pod wodą. Mały stoi przy zwalonym pniu, który łączy ze sobą dwa brzegi niewielkiej zatoki. Nie krzyczy. Nie odzywa się słowem. Nie woła o pomoc.
Zagryzłem wargi, które popękały pod naciskiem zębów. W Sali kinowej zrobiło się duszno. Powietrze napełniło się ołowiem i ugrzęzło w moim gardle. Twarz posiniała mi jak listopadowe niebo. Mały Jeremy wciąż bez słowa stoi nad wodą.
- Mówiłem ci, że cię nie uratuję, Brad. - Pustymi niby kosmos oczyma wpatruje się w wodę. - Sam wybrałeś, wybacz. - Schyla się i nieczułą dłonią wygrzebuje z ziemi kamień. - Żegnaj, przyjacielu. - Wrzuca go do jeziora. Mała skała uderza o wodę, powoli i bezwładnie zaczyna opadać na dno.
ściany przybrały fioletowy kolor. W sali kinowej, jak w próżni, nie było powietrza. Padłem na kolana, krztusząc się i chwytając panicznie za szyję. Moje oczy zabiegły krwią, w głowie usłyszałem szum. świat stracił ostrość, opadłem na parkiet uderzając o niego barkiem. Leżałem na ziemi, ze wszystkich stron objął mnie mrok, kładąc się na mnie. Umierałem. Szyja napuchła do granic możliwości. Miotając się po podłodze, wbijałem w nią paznokcie. Puste płuca domagały się powietrza. Płonęły żywym ogniem i za parę chwil miały eksplodować. Lśnienie przerywające całe moje ciało. Otworzyłem oczy, czerwone jak zachodzące Słońce.. Wnętrzności jak po ciosie w brzuch, uniosły się do gardła. Zwymiotowałem mieszaniną żółci i wody. Puste worki na powietrze kurczyły się i rozszerzały jak odwłok osy, chłonąć życiodajny gaz. Krztusiłem się plując krwią. Przy każdym wdechu i wydechu mój przełyk zachowywał się, jakbym połknął kilogram żyletek. ściany powoli bladły, przybierając swój pierwotny kolor.
- Jak się teraz czujesz? - Pełne gniewu, pogardy i obrzydzenia słowa, które niemalże wydłubały mi oczy.
- Hyyyyy! Hyyyyyyyy! - Łapczywie chwytając w usta powietrze.
- Kim jesteś? Człowiekiem, czy nieczułym potworem?!
Zaczynało kręcić mi się w głowie, mimo tego, że już od kilkunastu sekund tlen transportowany przez krew, przepływał przez moje płuca.
- Odpowiedz!
Zebrałem się w sobie i choć moje gardło dogorywało, po niedawno szalejącej w nim pożodze, odpowiedziałem, rzężąc i charcząc, jak nóż krojący lód.
- Odpierdol się. - Po czym opadłem na podłogę. Ze zboczoną satysfakcją i przyjemnością łykając powietrze, które raniło mnie jak setki gwoździ.
- Nie jesteś wart tego, aby żyć. A może Cię zabiję? Tu i teraz? W Twoim śnie? Co Ty na to?
- Rób co chcesz. Co ja na to? Sram na to. - Uśmiechając się pod nosem, krzywiąc usta w szyderczej formie, strzelając z oczu płonącym deszczem.
- śmieciu...Zgnijesz w tej Sali, to dopiero połowa seansu.
- Z przyjemnością. Będę się delektował tym, co jeszcze skrywa moja chora głowa. Mogę nawet zwalić przy tym konia. Co Ty na to?
- Jesteś ohydny...
- Hahaha! Cudowny, bo to bardziej abstrakcyjna forma! - Wykrzyczałem ostatkiem sił, krtań domagała się odpoczynku.
- Dlaczego to zrobiłeś? - Gniew zniknął, pojawił się żal.
- Zmienna jesteś...
- Nie zgrywaj się. - Ponownie pokrętło wykonało jeden z ruchów w przeciwną stronę. Głos zamarzł i gdyby otworzyła usta ponownie, słowa spadłyby na ziemię i potłukły się na tysiące części, jak spadająca krucha szlanka.
- A co mi zrobisz?
- Mówiłam ci już.
- A więc dalej! Do roboty! - Krzyczałem w sufit, na mej twarzy, wprawioną ręką surrealisty powstawały obrazy szaleństwa, odbiegające od norm bardziej niż sam Salwador Dali.
Cisza...
- Tak jak myślałem. A więc zamknij się i włączaj film albo zrób, co chcesz zrobić, a czego zrobić się boisz. Nie mam racji? - Wyszczerzyłem zęby, w pełni zadowolony z siebie, karmiąc się jadem własnych słów.
Znów cisza... Ekran rozbłysnął obrazem. Wstałem powoli z podłogi i z nie-znikającym z ust uśmiechem szaleńca usadowiłem się wygodnie w fotelu. Namacałem palcami szyję, ścisnąłem delikatnie. Zabolało, ale nie było z kolei aż tak źle, jak na początku. Wszystko wracało do normy, poza tylko jednym, jedynym małym aspektem. Moja psychika właśnie pędziła autostradą przecinającą pustynię, do miasta zwanego obłędem. Wbiłem tępy wzrok w projektor, oczekując na kolejną smakowitą porcję z przeszłości. Przestało mnie to przerażać. Teraz, myśl o tym, sprawiała mi przyjemność. "Brzydzę się Twoim poczuciem przyjemności" to mogłaby powiedzieć nasza mała przyjaciółka, ale ona milczała... W strachu? W oczekiwaniu? Nie wiedziałem.
Usłyszałem swój bełkot z niedalekiej przeszłości. Z mojej alkoholowej, bardzo niedalekiej przeszłości. W sali rozłożył się, niby wygodny grubas opadający na kanapę, zapach wódki. Ujrzałem siebie sprzed kilku lat, który zataczając się, pokonuje odległość z przedpokoju do toalety, w moim mieszkaniu na Long street. Wtedy mieszkałem jeszcze z żoną.
- Znowu się schlałeś, moczymordo. - Podsumowała lakonicznie mój cudowny, bluesowy marsz na wskroś, przez korytarz.
- Aaknij ordę, urwo. - Równie lakonicznie odpowiedziałem na jej słowną "zaczepkę"
- Pieprzę cię, idę spać. Nie zarzygaj kibla.
- Pffff... - Opluwając sobie brodę, parsknąłem przekornie. Po przejściu kilku metrów, skręciłem w prawo i wieszając się całym ciężarem ciała na klamce, otworzyłem drzwi do łazienki. Wtoczyłem się do niej, rękoma chwytając się framugi, co nie zdało się na zbyt wiele, bo straciłem równowagę i upadłem, uderzając głową o brzeg wanny. Głuche "łup" zabiło ciszę. Opadłem na zimne kafelki, zalewając je krwią płynącą z rozcięcia w czaszce. Ciepła, czerwona i zlepiająca moje włosy krew z początku płynęła nieśmiałą, wąską strużką, tylko po to, by po kilkunastu sekundach zmienić się w koryto szerokiej, spływającej karmazynem rzeki.
Zasłony w Sali kinowej zaczęły się pruć, ich strzępy opadały swawolnie na ziemię. Po pewnym czasie zaczęły gnić i rozlatywać się. Wszystkiemu towarzyszył zapach stęchlizny i padliny, który brutalnie gwałcił moje nozdrza, jak nieczuły psychopata, którego ofiarą padła niewinna niewiasta. Zemdliło mnie i zgięło wpół. Ponownie tego dnia zwymiotowałem, co sprawiło mi dodatkowy ból, ze względu na to, że nie miałem już czym wymiotować. Wylewałem z pustego. To tak, jakby próbować wyssać coś z pustej szklanki, a w efekcie wessać samą szklankę.
Wyprostowałem się, usta przetarłem rękawem koszuli i ponownie wbiłem wzrok w ekran. Przygwożdżona do podłogi głowa wciąż wypluwała krople czerwonej cieczy na zimną, nieczułą, pokrytą kafelkami podłogę. Zamglone, wpółotwarte ślepia, nieprzytomnie wpatrywały się we wzór z płytek, ułożony na środku łazienki. Gałęzie i schematy liści, znikły stamtąd po kilku miesiącach.
Czas zdawał się powoli kapać, jak ostatnie krople wody zawieszone na kranie. Krew zaschła, tworząc zakrzep szeroki na kilkanaście i długi na kilkadziesiąt centymetrów. Wielki, czerwony "strup" sprawiał, że podłoga wyglądała jak ciało ostro potraktowane serią z karabinu. Wpółmartwa rzeźba kończyn i korpusu stanowiła tylko drobny element, dopełnienie całego dzieła, cudownej dekoracji, osobliwości sztuki ekstrawagandzkiej.
Sala kinowa wciąż żyła, w swym chwilowym umieraniu. Szczeliny w parkiecie wypełniły się mieszanką osocza, hemoglobiny i czerwonych krwinek, delikatnie muskając podeszwy moich butów. Uniosłem nogę i z zadowoleniem wypisanym na twarzy opuściłem ją w kałużę życiodajnego płynu, która rozstąpiła się pod moją stopą i prysnęła w dalsze części pomieszczenia, opadając na ziemię.
C.D. w następnym numerze AM#O
Elith
[ dobrzen_73@xf.pl ]
|