Przejdź do spisu treści...

Patrzyłem na Twe usta

Patrzyłem na Twe usta wstrzymując oddech, marząc o choć najkrótszym pocałunku zrodzonym z prawdziwej miłości. Każde uniesienie warg w uśmiechu, obnażenie równych koronek zębów, w których słońce kochało się przeglądać, wstrząsało moim sercem, zatrzymując je na zbyt krótki moment! A gdy w końcu - o Boże! - przybliżałaś się do mnie, a ja dotykałem Twego ciała, wdychając przy tym kojący zapach jaśminowych perfum, szalałem wraz z niespokojnymi myślami. Oddawałem się w całości Tobie, pragnąc aby zawładnęło nami najgłębsze z uczuć; jego symbolem są róże czerwone, co piękne w swej dzikości, potrafią oddać wszystko co piękne i ulotne.
Tylko one są w stanie ukazać żar jednoznaczny z namiętnością. Tylko one dają nam odczuć ból. Tylko one swym kwiatem przypominają nam Tą Jedyną, której obraz błądzi w duszy, dając pocieszenie równoznaczne z zatraceniem.

***

A teraz, co mi pozostało po Tobie?! Jedynie kurz na fotografiach zamkniętych w kufrze pamięci! Uśmiech gdzieś skrył się przede mną. Wyrazy - nie tylko te najpiękniejsze! - odeszły w nicość, zostawiając po sobie jedno jedyne zdanie: "Miłość to tylko słowo!"; ono rozdziera me serce, wbijając w nie drobne odłamki szkła, zalewając gorzkim strumieniem, upajając rozpaczą zmysły.
Krzyczę do opustoszałych ścian, mając w pamięci bohaterów marnej poezji, których tak wyśmiewałem za nihilizm. Wrzeszczę do Twego zdjęcia, co ma mi przypomnieć odległe chwile uniesienia. I w końcu płacze za Tobą z bezsilności, z tęsknoty za uczuciem minionym, za szeptem delikatnym niczym jedwabna chusta, podwiewana przez podmuchy lekkiego, wiosennego wiatru. Szlocham za Twoją obecnością, za Twoim ciepłem, za Twoim zapachem. za Twoją miłością!
Wszystko płynie! Wszystko mija! Wszystko prędzej czy później osiąga swój kres! Lecz nich ktoś mi wyjaśni, dlaczego miłość kobiety się wypala, czemu jest jak Augiasz próżna, dlaczego ona jedyna wiecznie trwać nie może?
Jak zawsze każdy milczy, unikając wzrokiem moich oczu! Nawet Ty, uwieczniona w mej pamięci, milkniesz, jakby ktoś pocałunkiem stłumił słowa. Drżę słysząc ciszę - jej pisk spowalnia ruchy, jeszcze bardziej serce raniąc.

***

Już nie jestem kochany, lecz byłem przez chwilę. Widzę to w Twych oczach, słyszę to w głosie i czuję w dotyku. To boli gorzej niż tortury zadane przez najbardziej wyrafinowanego z katów. Cierpię tęskniąc za zapachem jaśminu, pragnąc poczuć jeszcze raz - choć jeden! - ciepło Twych warg. Marze o ponownym zbliżeniu dwóch rozgrzanych ciał, dających sobie rozkosz samą bliskością pokrewnych, zakochanych dusz.
Miłość jest tylko słowem, jeśli w to wierzysz! Jedynie wtedy uczucie gaśnie, tłumione dawnym żarem. Tylko wówczas piękno umiera, uwalniając głęboko skrytą pogardę oraz cynizm, który karmiony nieczułością, staję się jednym ze szklanych odłamków! Więc odrzuć ciemne myśli, szkodliwe niczym pokarm z trucizną, która nigdy nie odtaję! Odrzuć te zgubne idee, gdyż prowadzą na ślepą ścieżkę, dalej w głąb jaskini.
Już nie wiem co mam zrobić! Brak we mnie nadziei. Brak we mnie wiary w Boga i życie szczęśliwe. Czuję się zagubiony, jak dziecko wśród gęstego lasu, z dala od rodziców oraz ludzi gotowych przyjść z pomocą. Tak samo jak ono błądzę, oddalając się coraz bardziej od rzeczywistości, powoli docierając do miejsca, gdzie przywitają mnie szpony wiecznego cierpienia - tnąc codziennie me obnażone ciało.
Już nic nie jest proste, już nic nie jest tak łatwe, jakbym tego chciał; wszystko spłonęło, a zgliszcza runęły, przygniatając to, na czym mi najbardziej zależało. Marzenia, szczęście, chęć pomocy innym odeszło razem z tym, co było dla mnie piękne - po prostu rozpadając się jak zdmuchnięty domek z kart.

***

Nic już nie mówię, tylko wstaję zza biurka i uciekam od tego, co znam - nie będę tęsknił! Wybiegam z domu trzaskając drzwiami, nie zwracając niczyjej uwagi. Biegnę przed siebie, mijając roztrąbione samochody i zabieganych ludzi, czując palące łzy na policzku, mieszające się z padającym deszczem, jakby niebo podzielało mój smutek, doskonale rozumiejąc problemy.
Skręcam z głównej ulicy i nadal niezauważony poruszam się bocznymi ścieżkami, aż docieram poza znane mi miejsca, gdzie rozciąga się polana, a na jej skraju majaczy odlegle cień lasu.
Wszelkie ścieżki się kończą, więc pozostaje iść przez gęstą, sięgającą pasa trawę. Normalnie moje ciało zmroziłby lód przerażenia, bo przecież pośród zarośli może skryć się gad kusiciel, czekający ofiary, którą jednym ruchem zrani, zatruwając na wieki jej serce oraz duszę. Lecz teraz to przestaje być istotne, tak jakby już nic nie mogło mi wyrządzić krzywdy.
W drodze do lasu mijam samotne drzewo owocowe. Z bliska widzę na jego gałęziach mamiące czerwienią jabłka; ich powierzchnie obmywają nieustannie strugi deszczu, spłukując odrobinę grzechu skrytego w skórce, co gotowy jest w każdej chwili zachęcić człowieka do złamania reguł dekalogu.
Odwracam wzrok od niego! Nie chcę już w grzechu żyć! Nie pragnę krótkiej słodyczy czerwonego owocu, ponieważ to, co piękne zbyt krótko trwa i zaraz zanika, zastępowane przez ból wymieszany z nienawiścią. Odwracam wzrok, gdyż nie dla mnie już rozkosze tego świata! Pora odejść, zniknąć niczym kurz rozwiewany na wietrze. Najwyższy czas pokonać potwora przyczajonego w mej duszy, obudzonego przez wyparowujący zapach jaśminu.
Odwróciwszy oczy zaczynam ponownie biec, jak wówczas po opuszczeniu domu. Znowu krople mocno rozpryskują się o moje czoło, nos i policzki, boleśnie wpadając do oczu - tworząc skalane ludzką trucizną łzy. Trawa ociera się o me ubranie, zostawiając na spodniach lekkie smugi, delikatnie smagając przez materiał skórę. Nie czuję zimna otaczającego mnie świata - jak wszystko wcześniej i to stało się nieistotne.
W końcu dobiegam do lasu.
Nie zastanawiam się nad tym, co robie, ani co się ze mną dzieję i po prostu zagłębiam się w szumiący ocean drzew.
Tutaj świat wydaję się bardziej mroczny, gotowy pochwycić niczego niespodziewającą się istotę w swe szpony, pozbawiając ją duszy, bądź czegoś najwartościowszego - serca! Błądzę między sosnami, świerkami i dębami, lecz nie lękam się już. Nie boję się, ponieważ wyczuwam tutaj jaśmin wymieszany z zapachem igliwia. Więc podążam jego śladem coraz dalej, w głąb lasu oraz samego siebie!

***

Myślałem, że się zgubiłem, iż zbłądziłem z drogi dokładanie obranej, ale tuż przed sobą zobaczyłem cel. Spostrzegłem, jak między drzewami majaczą krawędzie skalne. Kierowany zapachem nareszcie dotarłem tam, gdzie dotrzeć chciałem. Niewierzący, z zatrzymującym się co chwila sercem, ukląkłem przed ciemna pieczarą czekając Tej Jedynej, której nadejście zwiastował wonny jaśmin oraz coś jeszcze.
Zadrżałem z trwogi słysząc delikatne poruszenie wśród skał. Wtenczas spojrzałem w niebo, pragnąc krzyknąć w podzięce do Najjaśniejszego! Deszcz mocniej uderzał w moje oczy i resztę twarzy, a całe ubranie miałem wilgotniejsze od najbystrzejszego strumyka - to, tak samo jak otaczający mnie świat, nie liczyło się jednak; istotny był tylko krzyk zrodzony ze szczęścia.
Już otwierałem usta, kiedy zapach jaśminu zelżał, a jego miejsce zajęła inna woń, do tej pory kryjąca się niczym cień z dala od światła. Zacisnąłem ponownie wargi, opuszczając oczy. Wiedziałem, co nadchodzi - to nie była Ta Jedyna!
Z wnętrza jaskini słyszałem jęki, którym wtórowało ciche dyszenie zbliżającej się istoty. Jej szpony szurały o skałę, raniąc dotkliwie uszy, podrywając serce do szybkiego tańca, zrodzonego z przerażenia. I tak klęcząc zobaczyłem Ją! Ujrzałem jak w obumarłym ciele opuszcza jaskinie, jeszcze bardziej oddalając się od cienistych idei.
Już nie była piękna! Puste serce doprowadziło do rozpadu ukochanego przeze mnie ciała, a co gorsza zmieniły Jej świadomość, odbierając z duszy Ukochanej to, co tak mnie niegdyś urzekło. Podchodziła do mnie, chwiejąc się na boki, a ja ze smutkiem zauważyłem, że na gładkiej skórze pojawiła się pleśń, szpecąc ją na zawsze. Oczy miała puste, a wargi sine.
Czyżby całkowicie zawierzyła swemu przekonaniu? Czyżby próżność nareszcie zmieniła się w karę?
- Miłość jest tylko słowem, jeśli w to wierzysz! - krzyknąłem do niej.
Skrzywiła się słysząc me słowa, lecz podeszła do mnie, kładąc swe dłonie na mych zwilgotniałych włosach. Zaczęła szeptać, lecz nie rozumiałem Jej! Ja mówiłem językiem miłości, a Ona czymś nieczytelnym, pochodzącym z innej rzeczywistości, w której idee nigdy nie osiągną w pełni swych kształtów.
Jej dotyk był nieprzyjemny, a nowy zapach ranił serce, potęgując ból nieszczęśliwie zakochanej duszy. Tęskniłem za tym, co piękne, lecz teraz odległe. Na samo wspomnienie chwil szczęśliwych zapłakałem! Łzy mieszały się z deszczem, obmywając moje ciało.
Przestałem słuchać Tej, co kiedyś była dla mnie Jedyną! Patrzyłem tylko w dół, rozkoszując się cudownymi obrazami, na nowo odnalezionymi w pamięci. Zapach śmierci stał się nieistotny - zresztą tak jak wszystko! Liczył się tylko deszcz, szum poruszających się drzew oraz strumień łez.
Spływająca z nieba woda, wymieszana z mym żalem, spłukiwała moje winy, a razem z nimi znikało ciało! Nie czułem bólu, ale jakąś wzniosłą rozkosz, której tak bardzo pragnęło me serce.
Rozpływałem się w powietrzu, jakby każda z komórek rozpadała się na część tak drobną, że nawet najbystrzejsze oko nie mogło jej dostrzec. Odchodziłem z tego świata, zostawiając Tę, co mnie odrzuciła, która wierzyła w to, iż miłość nie istnieję!
W końcu udowodniłem jak bardzo się myliła!
Miłość istnieję! Wystarczy tylko uwierzyć w to, co opisują te dwie najpiękniejsze głoski!

***


Odszedłem rozpływając się, zostawiając Ją samotną, stojącą w pobliżu mrocznego wejścia do jaskini. Nie bałem się już, lecz gorałem ze szczęścia. Nie patrzyłem na Jej skórę pokrytą pleśnią, nie wdychałem kwaśnego odoru śmierci - on nie dla mnie jest! Zignorowałem czarne łzy.
Leciałem niesiony swym uczuciem w dal, gdzie dusza będzie miała szanse ponownie zakwitnąć, jak po nocy wiosenny kwiat. Tylko tam będę spoglądał na pełne usta wstrzymując oddech, czkając na nadchodzący pocałunek zrodzony z miłości. Teraz zobaczę wargi unoszące się w uśmiechu, który jak dawniej wstrząśnie mym sercem. A na końcu poczuje dotyk przybliżającego się ciała, wdychając przy tym zapach ukochanych, jaśminowych perfum. Oddam się w całości Tej Właściwej, rozkoszując się władającym nami najgłębszym z uczuć, którego symbolem są róże czerwone, co piękne w dzikości, potrafią oddać istotę prawdziwej miłości!
Więc uleciałem w nieznane, podążając za coraz silniejszą wonią najmilszych perfum. Oddaliłem się do miejsca, w którym nic nie może runąć i coś najpiękniejszego nie znika, gdzie wiecznie mogę czuć zapach jaśminu, całkowicie odkrywając idee skryte za cienistymi płomieniami.
Miłość nie jest tylko słowem. Ważne jest to, co określa.
Dlatego rozpłynąłem się w strugach deszczu i łez.
Dlatego zostawiłem znaną mi rzeczywistość..
Na szczęście są inne światy niż ten.
A droga do nich tkwi w miłości i w żalu, które na zawsze spaja kwiat czerwonej róży!

KONIEC?


Nie płaczcie - ja wart tego nie jestem!
Dlatego odejdę, pośród mroku zaginę,
Szukając Tej co Jedyna, co Wyśniona,
Która przytuli mnie mocno w ramiona,
Przypominając jasności minione chwile!

Szczecin-Wielgowo
Grudzień 2005 roku


Tym razem będzie zdecydowanie krótko - miałem nic nie pisać na zakończenie, ale jednak uległem. Niniejsze opowieść (jeśli to coś można tak w ogóle nazwać) powstała pod wpływem określonych uczuć oraz ich braku z drugiej strony. Musiałem sobie jakoś pomóc! Musiałem choć na chwilę zapomnieć. Udało się - trochę! - lecz czuję, że za niedługo wszystko powróci; kto wie może nawet ze zdwojoną siłą. Powyższy tekst na pewno należy do grona dziwnych, lecz po prostu musiał powstać - to było nie uniknione; a pomyśleć, że kiedyś tylko coś takiego pisałem.
Na zakończenie chciałem sparafrazować pewną rzecz jaką napisał Seth w dopisie do swojego opowiadania "Na odwrót" (AM#O 35). Aniołów nie da się zranić, ale za to One mogą skrzywdzić nas - dotkliwiej niż cokolwiek innego na tym przeklętym świecie!



Ogór [ gaau@wp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści