|
Mówi się, że jak człowiek wejdzie wreszcie na wyżyny, to wszyscy naokoło chcą go znowu zepchnąć w dół. Byłem pianistą, uwielbiały mnie tłumy. Jednak wśród stada potulnych owieczek zawsze znajdzie się zachłanny wilk, który wciąż chce więcej i więcej.
Szkocka whisky wirowała jak szalona w szklaneczce, która stała na moim ukochanym fortepianie. Grałem właśnie jeden z moich ulubionych utworów - "Etiudę Rewolucyjną" Chopina. Dźwięk muzyki przepełniał mnie smutkiem i nostalgią, ale również wściekłością. Te wszystkie emocje wybuchały z "Etiudy Rewolucyjnej" jak szalone. Nagle okno otworzyło się z hukiem, wywarzył je podmuch wiatru. Kryształowy żyrandol ciążący na suficie zachwiał się. Podszedłem do okna i z trudem je zamknąłem. Zadzwonił telefon. Dryń, dryń. Podniosłem słuchawkę. Powiedziałem:
- Halo?
- Erick, na kiedy napiszesz nowy utwór? - rozpoznałem w słuchawce głos Jonesa Gritta - mojego producenta.
- Powoli go kończę.
-Nie zapominaj, że twoja nowa płyta ma ukazać się już za cztery miesiące, a mamy dopiero sześć utworów. Aha - zamyślił się - i jaki miał być jej tytuł w końcu?
- Morderstwo Struną C, na 50 cięć i 33 machnięcia.
- Chwytliwe. - uciął krótko i rozłączył się.
Odłożyłem słuchawkę i znów wróciłem do fortepianu. Wśród stosu papierów, znalazłem mój niedokończony utwór "Eve". Skomponowałem go specjalnie dla mojej małżonki.
Eve była piękna. Miała wielkie, zielone oczy i ogniste włosy, skórę niczym płatki róż. Poruszała się po ziemi lekko, a raczej unosiła się nad jej powierzchnią. Eve była tancerką, a dokładniej baletnicą.
Nacisnąłem kilka klawiszy. Próbowałem z różnymi kombinacjami akordów, ale nie pasowały mi do całości, wstawiłem jakiś pasaż - wynik był równie mizerny. Zastanowiłem się przez chwilę. Wyobraziłem sobie jej występy na scenie, wpadł mi do głowy pewien pomysł. Zacząłem opisywać muzyką jej taniec. Każdy piruet, podskok został odwzorowany idealnie. Minęła niespełna godzina, a utwór był skończony. Wysłałem SMS do Jonesa, że utwór numer siedem został skończony.
Przechodziłem ulicą, wracałem ze spożywczego. W rękach niosłem siatki z zakupami. Wokół jeździły samochody, a spieszący się niewiadomo dokąd kierowcy trąbili na innych. Usłyszałem krzyk:
-Nie możecie mnie tak po prostu wyrzucić!
-Nie płaciłeś czynszu to wyjazd na ulicę! Co ty sobie myślisz, że będziemy utrzymywać darmozjadów? Tacy jak ty nie zasługują nawet na istnienie! - wydzierał się tłusty jegomość, wyrzucający czyjeś rzeczy przez drzwi.
-Ale panie Richard, ja zapłacę, niech pan da mi szansę. - mężczyzna miał załamany głos.
- Którą z kolei? Wyobraź sobie, że tobie odpuszczę. Jeśli to zrobię, to inni zaczną prosić o to samo, a wtedy kto będzie mi płacił czynsz? Za co wykarmię rodzinę? Gadasz jakbyś myślał tylko o sobie, egoisto! - skończył i zatrzasnął mu drzwi. Mężczyzna w łachmanach siedział na chodniku. Z jego oczu wypływały ciężkie łzy, które oczyszczały zabrudzoną twarz. Mężczyzna płakał, ale spieszący się donikąd ludzie nie zauważali tego. Tylko ja patrzyłem się, trzymając siatki z zakupami, ale nie miałem odwagi podejść. Nie raz już widziałem taką scenę, ale dzisiaj dopiero dotarło do mnie znaczenie tego problemu. Ten ból wypływający ze szczerych łez..musiałem to uwiecznić.musiałem to skomponować.
Zawsze zaczynałem od wymyślenia nazwy dla utworu. Przychodziło mi to niezwykle łatwo. Jednak teraz w ogóle nie mogłem się skupić. Nie miałem pojęcia jak nazwać utwór. Siedziałem przy fortepianie i piórem stukałem o pulpit. Wielki mętlik w głowie i pustka jednocześnie. Okno było lekko uchylone, a wiatr bawił się zasłonką. Na przeciwległej ścianie wisiał ogromny miecz obosieczny, pamiątka mojego świętej pamięci dziadka. Podobno ta broń była w naszej rodzinie od pokoleń. Miecz miał bogato zdobioną rękojeść, a na ostrzu wygrawerowany napis w obcym języku, ale wiem, że oznaczał : "Zawsze pracuj na taką przeszłość, abyś nigdy nie musiał się jej wstydzić".
Pomyślałem o tytule mojej nowej płyty i wpadłem na pomysł tytułu dla utworu. Zawsze jedno z mych dzieł nosi nazwę "markującą" płytę. Tytuł brzmiał : "Morderstwo struną fortepianową".
- Erick, skończyłeś już? - usłyszałem znajomy, kobiecy głos. To Eve wróciła z pracy.
- Nie kochanie, mam dopiero stronę.ale mówię ci! To będzie coś genialnego. Najlepszy mój utwór!
- Słonko, każdy twój utwór jest genialny. - podeszła do mnie i cmoknęła w policzek. Tak słodko pachniała.
- Nie..wszystko inne to gniot w porównaniu z tym. Przewyższę "Etiudę Rewolucyjną"! - wykrzyknąłem radośnie. Po chwili dotarło do mnie co powiedziałem. Zakryłem usta dłońmi. - Nie..nie mogę przewyższyć mistrza..wybacz mi, Chopinie.
- Oj Erick, on na pewno się nie obrazi za te słowa.
Zmęczony całym dniem poszedłem do łazienki. Nalałem do wanny gorącej wody i olejków zapachowych. Popatrzyłem się w lustro. Patrzył stamtąd na mnie średnio zbudowany mężczyzna, o czarnych włosach i niebieskich jak niebo oczach. Pod okiem miał on małą bliznę - pozostałość po wypadku, w którym zginęli jego rodzice.
Zanurzyłem się w ciepłej wodzie i zrelaksowałem się. Przymknąłem oczy. Analizowałem to, co do tej pory stworzyłem w "Morderstwie.". Tak, każdy dźwięk był dopasowany wręcz perfekcyjnie. Zanuciłem. Czułem na swojej rozgrzanej skórze zimne łzy tego starego łachmaniarza.
Obudziłem się. Poranne, delikatne światło kłuło mnie w oczy. Eve spała jeszcze wtulona we mnie. Boże, jakże była ona piękna. I co widziała w takim, jak ja?
Poszedłem do kuchni i otworzyłem lodówkę. Wyjąłem z niej szynkę i masło. Pokroiłem chleb, posmarowałem margaryną, położyłem szynkę. Patrząc się w okno powoli przeżuwałem. Jakiś gołąb przysiadł na parapecie i przyglądał się mej konsumpcji. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Miałem dobre życie..tak.miałem.
Minęły dwa miesiące, a ja napisałem wszystkie utwory na płytę. Skończyłem nawet moje ukochane "Morderstwo". Zaczęły się nagrania w studiu..i ciągłe kłótnie z Jonesem na temat wykonania..
- Erick, graj tam bardziej piano!
-Ależ Jones, nie rozumiesz mojej koncepcji. To tremolo ma być mezzo forte.
- Usuń ten ozdobnik, nie pasuje! - wrzeszczał producent wymachując kanapką.
- Jones, gubisz pomidora. - syknąłem, kiedy z kanapki na konsolę produkcyjną wypadł mu plasterek pomidora.
- Hmph, racja. - burknął, a ja zacząłem się śmiać. Po chwili Jones śmiał się razem ze mną.
Zaczęliśmy nagrywać "Morderstwo struną fortepianową". Producent słuchał, mrużył oczy. Nie powiedział żadnej uwagi. Nigdy to mu się nie zdarzyło, nigdy.
Kiedy skończyłem grać, patrzył się na mnie w osłupieniu. Ja oczy miałem smutne, na rękach parę łez. Tak, ten utwór wzruszał. Patrzyłem się zmęczony na Jonesa. On zaczął:
-Erick, brak mi słów. To...idealne! Przewyższa "Etiudę Rewolucyjną".
Żadne inne słowa nie napawały mnie później taką dumą.
Dzień wydania płyty. Uroczysta gala i takie inne, nieistotne rzeczy. Jednak wreszcie miałem więcej czasu dla Eve. Na bankiecie tańczyliśmy w skupieniu prawie cały wieczór..
Stało się coś najmniej spodziewanego. Płyta słabo się sprzedawała. Sklepy coraz bardziej niechętnie chciały ją skupywać od Jonesa. On dzwonił do wszystkich i wydzierał się:
- Nie znacie się, wy anty-muzyczni wandale! Idioci!
Od kiedy zaczynało nam brakować pieniędzy Eve też zrobiła się jakaś taka oschła. Codziennie wracała późnym wieczorem, a ja sam siedziałem z moim fortepianem. Musieliśmy nawet zwolnić naszego lokaja.
Jones coraz częściej się ze mną kłócił. Nie chciałem, aby przeze mnie bankrutował. Nalegał na reedycję płyty. Nie zgadzałem się. Nienawidziłem poprawiać moich utworów. Ideałów się nie poprawia.
Te wstrętne nagłówki gazet.. "Erick Clapton spada?", "Geniusz wyparował?", "Co się stało z Erickiem Claptonem?". Nie przejmowałem się tym dopóki nie natrafiłem przypadkiem na artykuł zatytułowany:
"Morderstwo struną fortepianową" najgorszym utworem pianistycznym roku!
Krytycy są zgodni. Erick Clapton stracił tę siłę przebicia co miał na początku. ""Morderstwo struną fortepianową" to utwór tak przesłodzony, tak na siłę chce wzruszyć słuchacza, że wręcz żałosny" - tak wypowiada się o tytułowym utworze płyty najsłynniejszy recenzent Harry Finck. Co takiego jest złego w "Morderstwie"?. Otóż sam tytuł nastawia słuchacza na coś naprawdę ostrego. Szybkie zmiany tempa, wartka akcja. A tutaj zmiana akcji ogranicza się do niezbyt zgrabnych przejść między piano a forte i forte fortissimo. Poza tym utwór jest taki smętny, że aż nudny. Kolejny czołowy recenzent - Paul Rare sądzi, że.
Dalej już nie mogłem czytać. Jak można tak zbesztać mój najgenialniejszy utwór? Coś, w co włożyłem całe moje serce? Coś, co zabrało mi tyle czasu? Nie mogłem, nie potrafiłem, nie chciałem.
Z dnia na dzień na moim koncie brakowało pieniędzy. Nie mogłem się pogodzić z tak wielką klapą "Morderstwa". Coraz częściej zaczynałem sięgać po Whisky. Chociaż kiedy piłem, czułem się jeszcze gorzej. Wszystkie zmory świata stawały mi przed oczami.
Pewnego dnia Eve wypowiedziała rozwód. To jeszcze jakoś wytrzymałem, chociaż kochałem ją. Jednak stało się jeszcze coś gorszego.
Przyszedł komornik. Nic dziwnego, nie płaciłem czynszu, musiałem przecież oszczędzać. Jednak chciał on skonfiskować najbardziej wartościową rzecz w mym domu - mój najcenniejszy, ukochany fortepian. Nie mogłem tego pojąć. Nikt nie mógł mnie od niego odłączyć. To moja muzyka, moje życie. Wychowałem się z nim. Bliższy mi był niż żona i przyjaciele, których jednak miałem tylko w snach. Nie potrafiłem już, nie umiałem, teraz chciałem.
Wieczór. Księżyc w pełni. Jego światło wpadało wprost na fortepian. Podszedłem do instrumentu i delikatnie przejechałem dłonią po klawiszach, pulpicie. Popatrzyłem się na kryształowy żyrandol, miecz dziadka. Wydobyłem z fortepianu kilka dźwięków i upajałem się ich brzmieniem. Przymknąłem oczy, aby mogły przeszyć całe me ciało. Zagrałem jakąś melodię. Jutro mieli mi go zabrać, na zawsze. Nie, nie. Jeśli zabierają go, to i mnie też.
Powoli podniosłem się z krzesła i podszedłem do miecza dziadka. Zdjąłem go z oprawy. Był ciężki, ale jakoś go trzymałem. Wróciłem się do instrumentu. Westchnąłem, otworzyłem klapę. Musiałem to zrobić, nie miałem wyjścia. Tylko śmierć mogła mnie z nim złączyć na zawsze. Zamachnąłem się. Miecz przeciął pulpit. Potem rozwalałem klawisze, a jęki bólu fortepianu rozbrzmiewały w całym pokoju. Przeciąłem struny. Zostało mi tylko jedno do zrobienia. Wyjąłem pękniętą strunę C i przejechałem ostrzejszą częścią po nadgarstkach. Nawet nie czułem bólu. Wcześniej tyle wypiłem, że mnie znieczuliło. Krew spływała po rękach, kapała na fortepian i moje spodnie. Przytknąłem strunę do szyi i zacząłem piłować. Krew siknęła. Położyłem się w kałuży czerwonego płynu i czekałem. Czułem się taki słaby. W ostatnich chwilach mojego życia zobaczyłem, że Eve weszła do pokoju. Jej przeraźliwy krzyk, to ostatnie co zapamiętałem.
A nazajutrz w gazetach widniał napis.
Morderstwo Struną Fortepianową C na 50 cięć i 33 machnięcia okazało się prawdą!
Głupcy doceniają dopiero po śmierci.
Paula "Evolva" Sadowska
[ ksiondz_lorenzo@o2.pl ]
|