Przejdź do spisu treści...

Ciemno

Próbował wmówić sobie, że świat poza kręgiem światła nie istnieje. Wyobraźnia niemalże pozwalała mu uwierzyć, iż ciemność to dziura w przestrzeni, a ewentualne niebezpieczeństwo może pojawić się jedynie w świetle latarki, by dać mu czas do namysłu i działania..
Stąpał powoli, uważnie się rozglądając. Dom wyglądał jak obraz z koszmarnego snu. Spróchniałe drewno, poniszczone sprzęty czy pozostałości po wizytach pijaków, którzy od lat byli tu jedynymi gośćmi; a wszystko to brudne i przykryte warstwą kurzu - taki widok odsłaniała mu latarka. Z czasem i w świetle zaczął postrzegać wroga - ponury świat, przez nie ukazywany, stał się dla niego w równym niemal stopniu nieprzyjazny, co zagrożenia ciemności. Wolałby tu nie przychodzić. Wolałby cofnąć czas o dwadzieścia lat i zostać lekarzem.
Cholerne buty. Już dawno powinien kupić nowe. Lubił je, choć skrzypiały i uwierały odginającym się kawałkiem skóry. Nie - okłamywał się. Już ich nie lubił, jedynie do nich się przyzwyczaił. Bał się zmiany. W tym momencie był jednak gotów zmienić je na cokolwiek, co nie trzeszczałoby przy każdym kroku.
Podłoga mu nie pomagała. Deski skrzypiały chórem, wespół z butami. Mimo bezustannego skupienia na oględzinach, jego myśli krążyły dziko, podsuwając z bardziej odległych poziomów świadomości zgoła abstrakcyjne rozmyślania. W tym momencie zastanawiał się, dlaczego tak gruba warstwa kurzu na podłodze nie jest w stanie utworzyć czegoś na kształt miękkiego puchu. Gdyby mógł stąpać po delikatnej i sprężystej powłoce, skrzypienie butów i desek z pewnością nie byłoby słyszalne.
Jego świadomość starała się jednak wytyczyć myślom inny tor. Tworzyła przyjemną perspektywę zakończenia pracy w tym upiornym miejscu. Uspokajała go, że nie ma się czego bać, że to nic ponad obskurny, opuszczony dom. Że ten cały Sye to zwykły świr i nikogo tu nie ma. Że zabójcy w ogóle nie było. Że ona żyje i czeka w domu z kolacją... Czeka na NIEGO.
Po policzku spłynęła mu łza. Mylił się - zabójca był... Był tuż obok niego.

- Jesteś tu?
- Jestem. Gdzie jestem?
- Nastał kres twej niewoli.
- Dlaczego?
- Serce me więziło cię przez całe millennia. Kara właściwa była do popełnionych czynów, bez wątpienia. Nie godzi się jednakże, by zapominać o twych chwalebnych zasługach, o wszystkich światach, których z taką starannością doglądałeś. Jest mi niewymownie przykro, że musiało się to potoczyć w podobny sposób. Teraz jednak uwalniam cię, a niewola z pewnością stanowiła dla ciebie właściwą nauczkę i odtąd powrócisz do swego jasnego oblicza.
- Hmm. Taaak. Mów dalej.
- Skończyłem już. Płyń, ciesz się wolnością.
- Nie. Czujesz to. Jest coś więcej.
- Cóż, nie ukrywam, że wszystkie te wieki, gdy wypełniałeś moje serce. Że z czasem nadeszło zmęczenie. Sądzę, iż słusznie cię informuje - stanowiłeś niejako część mnie, błędem byłoby, bym próbował cokolwiek przed tobą ukrywać.
- Taaak, tak też uważam. Wciąż jednak pozostaje pytanie bez odpowiedzi. Czy to litość, czy to egoizm. Czy to mnie uwolniłeś, czy może siebie?

- Zerwałam.
- Jak to?!
- Zwyczajnie.
- Tak ot, po prostu?
- To nie było takie trudne.
- Nie mogę uwierzyć! Tak długo byliście ze sobą. Byłaś taka zakochana, a tu tak. z dnia na dzień?
- Wiesz, Rita, nie obraź się - jesteś moją przyjaciółką, ale nie zawsze musisz być na bieżąco z moim związkiem. Kochałam go, ale z drugiej strony wkurzał mnie coraz bardziej i bardziej. W pewnym momencie pękłam i. koniec!
- Zrobił ci coś? Jakieś świństwo?
- Nieee. Nie było konkretnego powodu. Po prostu powiedziałam "dość" i zakończyłam to.
- Nie mogę uwierzyć - Alice do wzięcia! Jej, jesteś taka rozpromieniona. To musiała być słuszna decyzja!
- Zdecydowanie. Tyle życia, tyle chęci do działania, nie miałam w sobie już od dawna! Czuję się jak nowonarodzona!

Weszła do domu. Zdjęcia się przedłużyły, było już późno. Zapaliła światło. Fred najwyraźniej był zmęczony i położył się wcześnie. Kicia widocznie też. Nie miała im za złe, choć przyzwyczaiła się, że, bez względu na porę powrotu, witały ją odgłosy włączonego telewizora i łaszący się kot.
Cisza. Nie spodziewała się tego. Czuła pewne zaniepokojenie. Wiedziała, że niesłusznie - o tej porze śpi najwyraźniej każdy normalny człowiek. Normalne Kicie widocznie też. I ona miała ochotę się położyć.
Zdjęła płaszcz i buty. Zgasiła światło i po cichu weszła na piętro. Za nisko unosiła nogi - kopnęła puszkę po piwie. Wolała nie budzić męża. Fred był dobrym człowiekiem, ale kiedy wypił, potrafił wściekać się o każdy drobiazg. Na jutrzejszej sesji nie mogła pokazać się z siniakami.
Cicho i ostrożnie, uważając, by nie obudzić męża, weszła do łazienki. Rozebrała się. Łazienka sąsiadowała z sypialnią na tyle blisko, że odgłos lecącej wody mógłby zbudzić Freda. Odkręciła zatem minimalny strumień i umyła się pilnując, by nie chlapać zbyt głośno. Wytarła ciało ręcznikiem i założyła szlafrok.
Po cichu weszła do sypialni. Ostrożnie wsunęła się pod kołdrę. Fred nie zostawił jej wiele miejsca, ale nie chciała go przesuwać.
Coś nie tak. Kołdra była wilgotna, materac również. Był aż tak pijany? Zapaliła nocną lampkę. Krew. Ze zdławionym piskiem zerwała się z łóżka i zapaliła duże światło. Z szyi męża sączyła się posoka. Dopiero po chwili zauważyła zimne spojrzenie z rogu pokoju.

- Amanda Norton, informacje dnia. Seryjny zabójca Razor Jack znaleziony w Kolumbii. Podczas telewizyjnego śledztwa, przeprowadzonego w programie "Niebezpieczne Tajemnice", odnaleziono nowe dowody w sprawie morderstw sprzed piętnastu lat. Jak twierdzi prowadzący program detektyw Andrew Hokusai, morderca od dłuższego czasu przebywał w Kolumbii, gdzie azylu udzielał mu tamtejszy boss narkotykowy. Nieoficjalnie mówi się o testach DNA, dzięki którym zidentyfikowano ciało mordercy i które wykazały, iż przestępca zmarł dwa lata temu na raka płuc. Śledztwo przejęła policja. Nie wiadomo, jaki będzie los Jacka G. - rzekomego Razor Jacka, którego ujęto czternaście lat temu i skazano na dożywotnie pozbawienie wolności.

- Ja. zgrzeszyłem.
- Mów, synu.
- Nie wiem. Nie wiem, od czego zacząć. Zrobiłem coś bardzo niedobrego. Przeze mnie cierpiał człowiek. Ja. Rozmawiałem z nim, miałem widzenie niedługo przed tym jak wyszedł. A właściwie to ja mówiłem, a on pisał, bo od urodzenia nie mówi. Gdybym wcześniej zamienił z nim chodź kilka słów. To prosty facet, typ kowboja, który lubi piwo i dziewczyny. Przy tym jednak zdawał mi się taki łagodny, taki spokojny. Przeze mnie spędził czternaście lat za kratkami. Wiem, plącze mi się język, trochę mnie przybiło, kiedy dowiedziałem się, że jest niewinny. Trochę od tamtej pory popijam. Bo widzi ojciec, ja nie jestem prawdziwym detektywem. Mnie się po prostu poszczęściło. Jestem nieudacznikiem. Śledziłem niewierne żony, jakichś drobnych oszustów, same głupoty. Tamtego dnia było to samo - żona jednego faceta dorabiała puszczając się za pieniądze. Podsłuchiwałem ich. On był agresywny, uderzył ją. Ze mnie zrobili bohatera. Cholera, gdyby Alice mnie wtedy nie rzuciła. Miałem takie poukładane życie. Aż za bardzo poukładane. jeśli mam być szczery. Echhh. Wszystko miało u mnie swoje miejsce, wszystko miało swój czas. Byłem dobrym uczniem, trochę kujonem. Boże, miałem pięć identycznych koszul w kratę! Przepraszam. chyba bluźnię. Co to ja.? Aaa, tak. Nie lubiłem zmian. A jednak pokochała mnie, jednak nam się wiodło, byliśmy razem prawie całą szkołę średnią. Ale kiedy odeszła. rzuciłem to wszystko. Miałem już gotowe papiery na akademię medyczną, ale zgłosiłem się do szkoły detektywów. Carl Simons był moim idolem, wie ksiądz, ten detektyw. Przeczytałem wszystkie jego książki. Cholera, nawet jego plakaty przyczepiałem zawsze w tych samych miejscach na tablicy korkowej! Liczyłem, że taka zmiana, taki zwrot w życiu pozwoli mi narodzić się na nowo i zapomnieć o niej.
- To spowiedź, czy autobiografia?!
- Słucham.
- Oburzające! Nie jestem tu po to, żeby wysłuchiwać zwierzeń pijaka! Do widzenia, ale już!
- Tak. Nie ważne.

- Słucham?
- To ty, Alice?
- Rita? Co się stało.
- Nie przychodzisz do szkoły, zmartwiłam się.
- Nie, już nic, już mi przeszło.
- Chodzi o Terrence'a?
- Tak, właściwie tak.
- Wciąż go kochasz.
- Nie! To nie to! Jak by ci to wytłumaczyć. Ten jego ułożony sposób bycia, jak od linijki. Chyba mi też się to udzieliło. Dlatego go zostawiłam, ale ja. ja chyba jestem podobna. Nie kocham go już, jednak. jednak razem z nim zabrakło jakiegoś elementu mojego życia.
- A ostatnio, na przystanku, wydawałaś się być taka szczęśliwa.
- Bo byłam szczęśliwa. Ale z czasem poczułam jakąś taką nieuzasadnioną pustkę. Trochę bredzę. Wiem, że to głupie, ale już mi przechodzi. Chyba znalazłam coś, czym zapełnię tą dziurę.
- Tak? To świetnie! Co to takiego?
- Hehe, nie wiem czy powinnam ci mówić.
- Nie bądź taka, jesteśmy kumpelami!
- Nie chcę zapeszyć, ale rozmawiałam z jednym agentem, takim od modelek. Dałam mu swoje fotki i powiedział, że mam duże szanse.
- Będziesz modelką?!
- Ciszej. Nic jeszcze nie wiadomo. Ale jeśli coś z tego wyjdzie, dowiesz się pierwsza!

Siedział przy barze, sącząc kolejny kufel piwa. Wszystko, co miał, to stare ciuchy, kowbojski kapelusz, paczka papierosów i odrobina gotówki. "Odrobina", która wystarczyłaby na miesiąc życia z jedzeniem i spaniem. On nie dbał jednak ani o jedno, ani o drugie. Jedyne, czego potrzebował, to porządnie się zabawić - miał bowiem w tej sferze ponad czternastoletnie zaległości.
Dokończył piwo. Spojrzeniem chłodnym, ledwo widocznym w cieniu kapelusza, zmierzył lokal i jego klientów. Typowa podmiejska speluna, gdzie zatrzymywali się ci, których nikt nie chciał oglądać w lokalach centrum - wszelkiej maści menele, drobni przestępcy, jakieś prostytutki szukające klientów. Jedna z nich przykuła jego uwagę - dojrzała, ale wciąż atrakcyjna blondynka. Weszła niedawno, rozglądała się szukając kogoś, kto mógłby być zainteresowany jej ofertą. Poczekał, aż spotkają się ich spojrzenia. Odchylił kapelusz i gestem zachęcił, by usiadła obok. Zbliżyła się z uśmiechem.

- Coś uległo zmianie.
- Świat ulega nieustannym zmianom.
- Tyś się zmienił. A to odkąd zwróciłem cię do świata wolności.
- Ty zaś pozostałeś taki sam, jakim byłeś od zawsze.
- Coś nietypowego zachodzi w rzeczywistości. Giną ludzie.
- Ginęli i będą ginąć.
- Nie próbuj ze mną igrać - doskonale zdajesz sobie sprawę ze znaczenia mych słów! Pewien jestem, iż po twojej właśnie stronie leży odpowiedzialność. Powiedz mi, jak to mogło się stać, że morderca Razor Jack wypuszczony został na wolność?
- Nie wiem. Nie mam z tym nic wspólnego. Gdybyś jednak widział więcej, niż pierwszy rzut oka pozwala zobaczyć, nie musiałbym ci teraz mówić, że prawdziwy morderca umarł dwa lata temu z przyczyn naturalnych, a wypuszczona osoba była niewinna. Taaak. Zestarzałeś się.
- Cóż to za niedorzeczność?! Nawet ty musisz wiedzieć, że my zestarzeć się nie możemy!
- Owszem, możemy. Nie w sposób fizyczny, ale emocjonalnie. Taak. jak najbardziej. Ty na przykład, mój przyjacielu, zbyt długo już płyniesz po tym świecie. Zbyt wiele początków i końców twe oczy widziały, zbyt wiele już gwiazd przed nimi zabłysło, zbyt wiele spłonęło. Taaak. Ty nie umrzesz, lecz już się zestarzałeś. Czujesz tylko to, co zdążyłeś poczuć dawniej, zamkniętym jesteś na zmiany, na nowości. Nie płyniesz, przyjacielu, a dryfujesz, poddając się prądom świata, który poznałeś tak dobrze, że zdążył ci zobojętnieć. Zapewne prędko zanikłaby w tobie jakakolwiek chęć działania i - choć wciąż byłbyś żyw - zlałbyś się ze wszechświatem, do końca wieczności pozostając całkowicie biernym. Pojawia się jednak coś, z czym dotąd się nie spotkałeś. Pojawiają się zmiany, których nie rozumiesz. I nie chcesz zrozumieć, ale będziesz musiał. Starcze.

"Modelka Zamordowana! Powrót Razor Jacka?
Alice Cassidy, niegdyś popularna modelka, została zamordowana we własnym domu. Jej ciało znaleziono w łóżku, zgon nastąpił po zadaniu licznych cięć i wbiciu kilkudziesięciu żyletek. Ofiarą morderstwa padł również jej mąż, który zmarł po podcięciu gardła. Kilka dni wcześniej znaleziono też pocięte żyletkami ciało prostytutki. W ten sam sposób swoje ofiary piętnaście lat temu mordował seryjny zabójca Razor Jack. Czy oznacza to powrót psychopaty, czy może atak copycata? Czytaj na stronie 15."

Czuł się jak otoczak, bezwładnie sunący z prądem górskiego strumienia. Czy może raczej niewielka bryła porwana przez górską lawinę, nieubłaganie zmuszającą do pędu w wybranym przez nią kierunku. Bob wprost nie cierpiał tłumu. Rita nalegała jednak tak bardzo, że ostatecznie dał za wygraną i pojechał z nią i dzieciakami do hipermarketu na wyprzedaż. W tym momencie gotów byłby jednak złożyć podpis na oświadczeniu, że była to najgorsza decyzja w jego życiu.
Popychany ze wszystkich stron, wiedziony przez motłoch w stronę co bardziej atrakcyjnych ofert, z każdą minutą czuł coraz silniejsze wrażenie utraty indywidualności. Chwilami zdawało mu się, że jego własne myśli ustępują miejsca woli tłumu, która w swej skumulowanej formie była tak silna, iż przybrała postać promieniowania, zniewalającego każdego, kto wejdzie w jego zasięg. Nim zdążył się opamiętać, podobnie jak inni zaczął unosić głowę wypatrując szyldów ogłaszających najniższe ceny. Władza nad umysłem powróciła doń dopiero na chwilę przed stratowaniem kilku osób, gdy rzucał się ku modnym jeansom z dwudziestopięcioprocentowym rabatem.
Przed oczami wyobraźni miał scenę z programu przyrodniczego, gdzie stado antylop pędzi do wodopoju. Niektóre tratują się nawzajem, inne pędzą na oślep, potykając się i skręcając karki. On nie potrzebował pić, ale jako zwierzę stadne musiał przyjąć tempo nadawane przez innych.
Nagle ludzie stłoczeni przed nim rzucili się w przeciwną stronę. Z wrzaskiem przerażenia próbowali się wycofać, powodując przy tym jeszcze większe zamieszanie.
Ciemno.

Choć kalendarz sugerował, że lato powinno ustąpić już miejsca jesieni, dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny. Okolica emanowała wprost ciszą i spokojem, jako że większość jej mieszkańców o tej porze spędzała czas w pracy. On jednak nie musiał wstawać wcześnie. Wyspał się, a teraz nieśpiesznie podążał w stronę sklepu, gdzie zamierzał zrobić zakupy na śniadanie.
Trzy miesiące zajął mu powrót do dawnego spokoju i stateczności. Nigdy wcześniej nie przypuszczał, że wyrzuty sumienia mogłyby doprowadzić go do takiego stanu. Stanu, gdzie za pieniądze, które zarobił na ostatnich sprawach, regularnie się upijał. Nie miał przyjaciół, a z rodziną zerwał kontakt, odkąd podarł papiery na akademię medyczną. Tak bardzo potrzebował, by ktoś go wysłuchał, by okazał zrozumienie. Ostatecznie zwrócił się do psychologa - płatnego przyjaciela, z którego pomocą udało mu się pozbierać. Za jego radą postanowił porzucić pracę prywatnego detektywa. A że wciąż miał sporo oszczędności, stać go było na kilkudniowe lenistwo. W tym czasie zamierzał dokończyć pisanie książki, której kolejne strony wypełniane były żmudnie od kilku lat.
Był to jeden z pierwszych dni, gdy czuł się wolny i szczęśliwy. Spokojnym krokiem kierował się na zakupy, w duchu radując się powrotem do prostej codzienności. Z uśmiechem pomachał zdziwionej sąsiadce, która najwyraźniej zdążyła spisać go na starty, widząc co wieczór zataczającego się na chodniku. Kilka kroków dalej dzieci z boiska poprosiły go o podanie piłki. Nigdy nie był dobrym sportowcem, toteż kopnął w zupełnie innym kierunku. Chłopcy zaśmiali się sympatycznie, na co on odpowiedział serdecznym, udającym zawstydzenie uśmiechem. Pełną piersią odetchnął rześkim powietrzem. Pomyślał, że od tej pory swoje urodziny powinien świętować właśnie tego pięknego dnia.
Zatrzymał się przy kiosku. Poddał się sentymentowi i otworzył nowy numer magazynu kryminalnego. Wtedy jednak kontem oka dostrzegł nagłówek dziennika. Niedbale odrzucił magazyn i z narastającym przerażeniem zaczął czytać informację na pierwszej stronie gazety.
Świat zawirował, a niewidzialna dłoń ścisnęła go za gardło. Upadł na chodnik. Chciał umrzeć. Właśnie tego pięknego dnia.

Częściowo zapadam w sen. Częściowo. nie wiem, lecę gdzieś. Lecę, płynę, chłonę barwy, blaski, promienie. Ciepło tu. Czy tam też jest ciepło? Może te ognie, te płomienie, nie są żadnym rodzajem ognia, a tylko jakimś ogólnym urojeniem? Pewnie czeka tam coś zupełnie innego, coś, co nie ma nic do płomieni. Bo i nie musi mieć nic do świata, którym teraz żyjemy. A jeśli na tym to polega, że każdy z nas zachodzi tam za życia? Może sny są schodami - schodami do. do. do Tam. Teraz i ja Tam schodzę. Częściowo. Ach. znowu to robię. Niech to. tak głośno krzyczy. Pewnie nawet mnie nie słyszy. Ach, nie usłyszy, nie zrozumie. Ale ja ją nauczę. Jest taka piękna, nie potrzebuje się sprzedawać. Ja ją zabiorę, ja ją uwolnię. Nauczę ją słuchać mojego głosu. Słyszysz, maleńka? Spotkamy tam twoje przyjaciółki. Już niedługo przestanie boleć. Już niedługo.

Ciemny obraz stopniowo ulegał nasyceniu kolorami. Całość nie zdołała jednak osiągnąć właściwego wyglądu - widok pozostał zamglony. Leżał z głową opartą o coś miękkiego. Przed sobą zdołał ujrzeć ludzi porozrzucanych w różnych miejscach, tudzież krzątających się spontanicznie we wszystkich kierunkach. Wyobraźnia podsuwała mu obraz krokodyla, który wyłonił się z sadzawki siejąc śmierć i panikę wśród spragnionego stada. Wizja towarzyszyła mu przez blisko minutę, gdy została wyparta przez bliższy rzeczywistości odpowiednik - oto krokodyl pojawił się na wyprzedaży. Widząc buty zrobione ze skóry swojego ziomka, zwierzę straciło panowanie nad sobą i rzuciło się na tłum. Nie. To nie był krokodyl. Sprawcą zamieszania była okropnie otyła, rozjuszona baba, która wpadła w furię, widząc, że wykupiono wszystkie pary upragnionych przez nią butów z krokodylej skóry.
Przez kilkanaście minut leżał bez ruchu, patrząc tępo przed siebie, opanowany przez pozbawione sensu majaki. Od pewnego momentu, jakby na innym torze jego jaźni, pojawiło się przeświadczenie, że wszystkie one nie mają sensu, że podobne zdarzenia nie mogły mieć miejsca. Drugi tor usilnie starał się przejąć kontrolę, jednak przez dłuższy czas tłumił go ten, po którym jechały wagony z krokodylami, antylopami i wściekłymi entuzjastkami drogiego obuwia.
Na szczęście z czasem Bob zaczął powracać do pełni władz umysłowych. Nie minęło jeszcze dwadzieścia minut, gdy krokodyl ustąpił miejsce mężczyźnie, zasłoniętemu przez tłum, wykrzykującemu coś w obcym języku, chyba o Allachu. Za nim pojawiła się panika, która w szybkim tempie objęła kolejne osoby dzielące mężczyznę od Boba. Był jeszcze błysk i ogromny facet, który ciosem pięści odrzucił go daleko w tył. Nie. To nie był facet, odrzuciła go fala uderzeniowa.
Tymczasem obraz przed jego oczyma zdążył zyskać na przejrzystości. Wyraźnie widział już zakrwawione ciała leżące naokoło, miotających się rannych, oraz osoby szukające swoich bliskich. Wtedy pojawiła się też policja i pogotowie. Wszystko w niezwykłej ciszy - jak gdyby wszyscy ci ludzie odgrywali przed nim pantomimę.
Nagle coś go ukuło. Nie przedmiot, a myśl, która raptownie wymiotła wszystkie inne.
- Rita, Clara, Thomas! - spróbował wykrzyczeć. Otworzył usta, lecz dźwięk jakby ugrzązł w gardle, nie zakłócając ciszy.

- Cóż znowu, Starcze? Dlaczego mnie nękasz?
- Racz nie nazywać mnie w taki sposób! Wciąż pewien jestem przeświadczenia, że ty właśnie stoisz za ostatnimi anomaliami. Z tym większym zdecydowaniem przy swej racji pozostanę, że problemy zaczynają narastać, przybierając daleko odbiegającą od właściwej formę.
- Taaak? Jakaż to forma jest więc tą właściwą?
- Znów próbujesz ze mną swych pozbawionych sensu zabaw! Tutaj nie potrzeba definicji, wystarczyć winien instynkt, którym każdy z nas od zarania dysponuje! Ja czekam wyjaśnień, czekam, byś uznał swoją winę i z godnością poniósł karę!
- Skąd tyle emocji w wypowiedzi zmęczonego istnieniem starca? Czyżbym zdołał przewidzieć jak wpłyną na ciebie zmiany, za które będziesz zmuszony ponieść odpowiedzialność?
- Dość tych igraszek, powtarzam! Ludzie działają jak dzicy, mordują się nawzajem, rzeczywistość formuje nienaturalne ścieżki. Zmierza to wszystko do katastrofy! A ja pewien jestem, że ty właśnie odpowiedzialnym jesteś za owe problemy!
- Ludzie z natury pałają do siebie nienawiścią. W istocie niewielkiej potrzebowali interwencji, by pojawiły się nowe niechęci i konflikty. Czy zresztą jest to pierwszy raz? Dotąd i bez pomocy wielokrotnie urządzali na sobie rzeź. Taaak, ludzkość to samobójca.
- Czy się więc przyznajesz? Czy powiesz wreszcie wprost, iż całość ostatnich zjawisk leży w następstwie twoich działań?
- Całość? Nie, bynajmniej. Zaczęło się samo, za moją być może sprawą, ale bez mojej woli. Pewnie i w większości z twojej winy. Faktem jest, że rozumiem coraz więcej i nad tym, co się dzieje, mam coraz większą władzę. Dlatego mogę ci powiedzieć, że to jeszcze nie koniec.

Stał wsparty o bar, popijając jakiś tani drink o przesadnie zawiłej nazwie. Ostatnie wydarzenia, wespół z otaczającymi je plotkami, nie sprzyjały frekwencji (gdzie doniesienia o grasującym na wolności mordercy, który zwykł zarzynać kobiety za pomocą żyletek, były najmniej zaprzątającymi świadomość ogółu). Pod sceną jedynie kilku zapaleńców uskuteczniało dzikie podskoki i wymachy głowami; było jeszcze parę osób siedzących, skulonych wręcz, w różnych miejscach przy ścianie - głównie całkiem pijanych. Terrence kończył właśnie rozmowę z barmanem, w którego roli wystąpił ubogo wyglądający chłopak, do tego stopnia najwyraźniej zdesperowany, że zgodził się na zastąpienie faktycznego pracownika baru pomimo powszechnych zagrożeń. Właśnie z jego słów Terrence poznał więcej szczegółów na temat powodów obawy ludzi przed uczestnictwem w większych zbiorowiskach, czy nawet opuszczania domu w ogóle. Choć niewiele go to interesowało, mimochodem usłyszał od młodzieńca o atakach terrorystycznych - pięciu w Stanach, jednym w Wielkiej Brytanii i jednym we Francji, z czego tylko dwóm udało się zapobiec (tych szczegółów Terrence już nie zapamiętał). Chłopak wspominał też coś o tajemniczej chorobie, będącej skutkiem ataków biologicznych islamskich terrorystów. Opowiadał o swoim dalekim kuzynie, który, jak wynika z relacji innego - już bliższego - kuzyna, umierał w straszliwych męczarniach rozkładając się za życia. Było na ten temat więcej detali, łącznie z postępującym paraliżem i całkowitą utratą odporności, ale barman relacjonował w taki sposób, jakby sam nie miał pojęcia o czym mówi. Nie tylko, zresztą, z tego powodu Terrence słuchał go ledwie jednym uchem. Choć już od jakiegoś czasu zewsząd dochodziły go doniesienia o atakach terrorystycznych, epidemiach śmiertelnych chorób, czy nawet o rozpoczynającej się trzeciej wojnie światowej, to w istocie niewiele go cały ten hałas interesował. Czuł wręcz, jakby jego to nie dotyczyło, jakby on jeden stał ponad tego rodzaju problemami.
Niewiele obchodziło go również to, że odwrócenie głowy w przeciwną stronę, gdy jego rozmówca był w środku zdania, stanowiło może zbyt ostentacyjny sposób zakończenia rozmowy. Doszedł bowiem do wniosku, że obserwowanie koncertu jest jednak ciekawszym zajęciem niż rozmowa z "przynudzającym gówniarzem". Miał nadzieję, że, gdy przyjdzie o umówionej porze, występ będzie już skończony. Przeliczył się jednak w tej kwestii, co, jak się domyślał, było skutkiem opóźnienia w organizacji. W każdym bądź razie miał okazję popatrzeć jeszcze na długowłosych "muzyków", ubranych w wymyślne skórzano-blaszane uniformy i zakrywające twarze maski, którzy każdym gestem starali się podkreślić swoje koneksje z Szatanem i innego rodzaju siłami mroku. Z właściwą sobie drwiną patrzył tak na hałaśliwą grupę, jak i na rzucających się pod sceną entuzjastów tego rodzaju dźwięków, których liczba była w owej chwili równa trzem.
Nie, tu nastąpiła pomyłka. Drwina stała się właściwą Terrence'owi dopiero ostatnimi czasy, kiedy dławiący go marazm ustąpił miejsca nowym, zgoła nietypowym uczuciom. Oto - a zdarzyło się to kilka tygodni temu - bez specjalnego przemyślenia, w jednej chwili, przedsięwziął zemstę, która to decyzja ostatecznie doprowadziła go do stanu, gdzie uwierzył we własną niezwykłą siłę i niebywałą przenikliwość umysłu. Widział przy tym siebie jako postać wysoką i barczystą, która budzi powszechny respekt, czy wręcz nawet bojaźń. Nie za sprawą alkoholizmu wmówił sobie tego rodzaju urojenia - doszedł bowiem ostatecznie do wniosku, że upijanie się nie jest odpowiednim rozwiązaniem. Z drugiej jednak strony chorobliwe pragnienie odszukania mordercy, wraz z ogółem zmian, które ostatnimi czasy dokonały się wokół tego kochającego stałość człowieka, napędzało go w tak nietypowy sposób, że stale czuł się, jakby życie było jego snem, gdzie on jest panem, a wszyscy dookoła służą jedynie jako tło. Pewien zatem swych nadzwyczajnych możliwości, obdarzał ogół świata drwiną i lekceważeniem. Tylko zemsta była dlań istotna i dla niej gotów był chwycić się wszystkich, nawet najdziwniejszych środków. Wizyta w tym miejscu stanowiła kolejny z nich.
Nie wiedział jeszcze, który to Sye. Myśl o tym, że zniża się do konsultacji z guru internetowej sekty napawała go obrzydzeniem, jednakże był na tyle pewien siebie, że nie widział przeciwwskazań, by w razie jakichkolwiek wątpliwości czy problemów spuścić gościowi łomot.
Właśnie w czasie rozmyślań na ten temat, przy krawędzi sceny stanął grający dotąd w cieniu gitarzysta, by rozpocząć kończącą koncert solówkę. Jego ubiór nie wyróżniał go z zespołu - może za wyjątkiem maski w postaci taśmy izolacyjnej zakrywającej całą twarz - nie wyłączywszy oczu. Jedyne szpary znajdowały się z tyłu, pozwalając długim, rzadkim włosom o kolorze kruczoczarnym na swobodne okrywanie tułowia. Wzrok przykuwał jednak w wyglądzie tej postaci nie kostium, ale chorobliwa wręcz szczupłość sylwetki, co w połączeniu z nadprzeciętnym wzrostem i kościstą budową tworzyło ponury, groteskowy niemalże, wizerunek.
Wykrzywione w pogardliwym uśmieszku usta Terrence'a zmieniły jednak swój wyraz dopiero, gdy wspomniany gitarzysta rozpoczął swój popis, wysuwając dźwięki gitary na pierwszy plan względem hałaśliwego grania kolegów. Zaczął - zdawałoby się - chaotycznie. Dopiero po chwili kakofoniczne dźwięki przybrały kształt melodii. Nie był w stanie nasz bohater powiedzieć, czy to sposób grania się zmienił, czy to on potrzebował chwili czasu, by zrozumieć nietypowe tony. Przy tym wciąż miał wątpliwości, czy brzmi to jak muzyka. Kojarzyło się raczej ze śpiewem zdartego gardła wokalistki operowej, czy może lamentami konającej dziewczyny. Muzyk wykonywał przy tym ruchy tak dalece niezwyczajne, że widzowie nie mogliby potwierdzić z pewnością, czy budowa ludzkiego szkieletu powinna na nie zezwalać. Falował całym ciałem, niczym wąż, czy znów jak pająk leniwie przechadzał się po scenie. Stawał przy tym tak blisko jej krawędzi, chwilami jedynie na palcach i wychylając się do przodu, że gdyby nie osłupienie, Terrence spróbowałby poszukać trzymającej go linki (której by jednak nie znalazł). W tym momencie, po raz pierwszy faktycznie zainteresowany koncertem, obserwował upiorne widowisko z otwartymi ustami. Na tę chwilę przestał myśleć o sobie jako o niesamowitym detektywie. Czuł się mały i bezbronny, jakby kazano mu leżeć nago w pokrzywach. Ciarki wędrowały po jego plecach, z czoła spływał pot. Mógłby przysiąc, że na scenie widzi nie muzyka, ale tańczący szkielet, który pozaziemskim jazgotem wygłasza ostatnie kazanie.
Pełnia świadomości powróciła dopiero, gdy solówka ustąpiła miejsce gorliwym oklaskom ze strony podscenowej trójki oraz - nieco bardziej niemrawym - jedynego wystarczająco trzeźwego spośród siedzących pod ścianą. Dopiero widząc zupełnie zwyczajne reakcje "publiki" i ziewającego barmana Terrence zaczął się zastanawiać, czym właściwie było niedawne doznanie.

- Dłużej już się nie dało?
- Ach, wybacz. Nie, właściwie cofam przeprosiny. Umyślnie chciałem, byś przyszedł wcześniej.
- A to znowu dlaczego?!
- Pragnąłem, byś zobaczył koncert. Podobał się?
- Nie podobał.
- Nie lubisz death metalu?
- Nie lubię muzyki w ogóle. Przejdźmy to rzeczy.
- Ty zacznij. Ja jestem od odpowiedzi, a odpowiedź poprzedzamy pytaniem, nieprawdaż?
- Gdzie jest morderca.
- Wszędzie.
- Co?
- Czekając, aż skończę rozmawiać z chłopakami, rozdeptałeś karalucha. Nie dlatego, że ci zagroził, nie dlatego, że byłeś głodny. Zamordowałeś z nudów, dla samego morderstwa.
- O czym ty.?!
- W tej samej chwili kłusownicy w Afryce mordują nosorożca dla zysku ze sprzedaży jego rogu. Brytyjski biznesmen morduje na drodze psa, bo w pośpiechu nie chciało mu się zdjąć nogi z gazu. Gdzieś w Europie budują lotnisko mordując żyjące na tamtym terenie susły. Testy broni nuklearnej nowego typu wymknęły się spod kontroli, niemal całkowicie niszcząc las w Nowej Gwinei i ostatecznie mordując ostatnich przedstawicieli niespotykanych nigdzie indziej gatunków zwierząt. I ty każesz mi wskazać mordercę.
- Jesteś nawiedzony.
- Kto powiedział, że jesteś lepszy od karalucha? Kto powiedział, że jemu mniej wolno żyć od ciebie? Kto dał człowiekowi prawo stawiania się ponad naturą? Wszystko, co ludzie robią w swoim, że tak powiem, "świecie", nie pozostaje bez wpływu na naturę. A niszczenie natury to z kolei niszczenie swojego świata, nie wiedziałeś o tym? Zresztą - nie ma podziału na "świat ludzi", "świat zwierząt", "świat roślin". Świat jest jeden.
- Jesteś zwyczajnym, walniętym sekciarzem! Przyłażenie na koncert szarpidrutów i sterczenie piętnaście minut w obszczanej "garderobie" to stracony czas, za który nikt mi nie zapłaci! Do widzenia!
- Cóż to za zdecydowanie! Taaak. Czy to pierwszy taki wybuch, odkąd postawiłeś się rodzicom i zrezygnowałeś z akademii medycznej?
- Co ty. W ogóle. Nie masz prawa o tym wiedzieć, cholerny. cholerny świrze!
- Chcemy powiedzieć "pieprzony", prawda? Ale jak tu "pieprzyć", kiedy wulgaryzmy parzą języczek? Jak już rzucamy rutynę, to na całego, ale. ale jednak wciąż jesteś tylko, TYLKO sobą. Choć ostatnio wydaje ci się inaczej.
- Nie wiem skąd. Skąd to wszystko. Kurwa. Nie ważne, jesteś czubkiem, nie muszę z tobą rozmawiać.
- Taaak. A jednak próbujemy się oprzeć wpojonym od dzieciństwa nawykom. Szkoda, że tak sztucznie to wychodzi.
- Nie wiem z kim gadałeś, ale opowiadasz zwyczajne pierdoły.!
- Nawet płynnie się tym razem wyraziłeś. Cóż jednak z tego, skoro za chwilę znów poczujesz bezsilność tak wielką, że usiądziesz na tej "obszczanej" podłodze.
- Wynoszę się stąd!
- Myślisz, że twoja Alice ucieszyłaby się, gdybyś nie skorzystał z okazji, by ją pomścić? Hmm. co jest? Potrzebujemy usiąść?
- .
- Czy to tchu braknie, czy nie wiemy, co mówić? A może jedno i drugie? Jeszcze przed chwilą byłeś taki zdecydowany, taki odważny, gotowy przenosić góry, a teraz.? Siedzisz na podłodze, przytłoczony konfuzją i bolesnymi wspomnieniami. Wracamy do rzeczywistości, Terrence.
- Kim. Kim ty jesteś.
- Jeszcze przed chwilą twoje pytanie brzmiało inaczej. Chcę ci pomóc. Taaak. Wiem, że pozory na to nie wskazują, ale właśnie dlatego zwiemy je pozorami, nieprawdaż? Wiem, ile wycierpiałeś, a widząc cierpienie wprost. cierpię! Czy jednak więcej zasługujesz na pomoc, niż karaluch, który zginął pod twoim butem?
- Nie chodzi o mnie.
- Doprawdy? A może o kobiety? Które zginęły i zginą za sprawą tego pana? Jego powinna odszukać policja, a ukarać wymiar sprawiedliwości, a nie BYŁY detektyw żądny zemsty. Ponadto - czy morderca traci prawo do życia tylko dlatego, że sam je odbiera?
- Pomożesz mi, czy nie?
- .Pomogę. Zadaj mi jedno pytanie, a ja odpowiem. Na tym skończymy - bez względu na odpowiedź, po jej otrzymaniu wyjdziesz i nasze drogi już nigdy się nie zejdą.
- .
- Uważnie zastanów się nad pytaniem.
- Dobrze. Jak odnaleźć mordercę?
- Odnajdując jego pierwsze morderstwo. I wyjdź już.

- Cóż znowu, Starcze?
- I skąd w tobie ten spokój? Czy wiesz, jakie okropności mają w tej chwili miejsce?
- Wiem.
- Czyżbyś chciał ostatecznie doprowadzić ten świat do zagłady?
- Owszem.
- Dlaczego, ach, dlaczego? Nim zakosztowałeś brzemienia niewoli, znałem cię z miłości do życia, do wszelakiego istnienia! Byłeś może nazbyt impulsywny, czasem sarkastyczny, miewałeś nietypowe pomysły, ale kochałeś wszystkie światy i wszystkie żyjące pośród nich istoty. Pewien byłem, że tamto - że tamto było wypadkiem, niedopatrzeniem. Co do słuszności kary nie mam wątpliwości, ale pewien byłem, że po jej odbyciu już do końca płynął będziesz drogą miłości i dobroci. Skąd więc całe to zło?
- Z ciebie, Starcze.
- O czym znów mówisz?!
- Wiesz o czym. Wiesz, dlaczego mnie uwolniłeś. Zmęczenie? Prawdziwe, ale mniej istotne. Ja byłem NIEWINNY!
- .
- Przez lata zamknięty w sercu kogoś, kto widział mnie jako niszczyciela, jako potwora. Czym innym mogłem się więc stać?
- Ja. Ja nie wiem co powiedzieć. Dopiero niedawno znaleźliśmy winowajcę.
- To nie ma już znaczenia. Odejdź, Starcze.

Czemu dopiero teraz o tym pomyślał? Po co, po co to skradanie się, po co ostrożność, po co? Przecież przy tym wszystkim miał ciągle włączoną latarkę, dając wszelakim niebezpieczeństwom, których tak bardzo się obawiał, dokładne namiary na swoją pozycję. Miotając się między skrajną pewnością siebie, a depresyjnym otępieniem w rzeczywistości nie potrafiłby nawet powiedzieć, czego tu właściwie szukał. Dopiero cios deską w głowę - poza tym, że powalił go na zakurzoną podłogę - przywrócił mu względnie racjonalny pomyślunek. Po co była mu ostrożność, gdy miał włączoną latarkę? Po co była mu latarka, gdy miał zachować ostrożność? Po co tu przychodził, jeśli mógł się spodziewać obecności mordercy? Czy nie lepiej było skorzystać z pomocy policji, jak zasugerował mu Sye, zamiast bawić się w samotną zemstę? Przecież nawet nie miał ze sobą broni! Doprawdy - czuł, że była to najbardziej spektakularna wpadka w jego detektywistycznej karierze.

Dom stał niedaleko centrum miasta. Na zewnątrz był bogato zdobiony w stylu imitującym barok. BYŁ - obecnie po dekoracjach zostało liche wspomnienie. Należał on do tych budynków, które przez lata stoją podupadłe i opuszczone, jakby ktoś zapomniał o nakazie wyburzenia. Z tego względu od dłuższego czasu stanowił miły azyl dla bezdomnych i miejsce schadzek pijaków. Z niewiadomych jednak przyczyn częstotliwość ich wizyt znacznie się ostatnimi czasy obniżyła. Czy miało to związek z niedawnymi informacjami o terroryzmie i plotkami o szybko rozprzestrzeniającej się śmiertelnej chorobie? A może było coś jeszcze? Coś jak widmo rzezi sprzed piętnastu lat, kiedy krwią spłynęły żywota młodego biznesmena, jego dojrzałej, ale pięknej żony, oraz ich trzech małych córeczek. Gdzie ciało pani domu było tak zmasakrowane, że, dla uspokojenia rodziny, w trumnie pokazano kukłę. Tak zaczął się blisko roczny pochód psychopaty mordującego kobiety - głównie dojrzałe - za pomocą żyletek, nierzadko wraz z ich rodzinami. Ofiary liczono w dziesiątkach.

Spojrzał w jego oczy. Od tego zimnego spojrzenia przeszył go dreszcz. Ale nie było to spojrzenie mordercy. Dopiero teraz w głowie Terrence'a zaczęła formować się teza o wpływie niewoli na chory umysł, która mogłaby stanowić najbardziej spektakularną myśl w jego detektywistycznej karierze. Mogłaby, gdyby następujące po sobie, na oślep mierzone uderzenia nie przerwały tychże rozmyślań. Z kolei gdyby nie popękane po blisko minucie uderzania w twarz oczy, za chwilę zobaczyłby dwóch nadbiegających policjantów - na tyle młodych, że mieli wystarczająco dużo inicjatywy, by nie pozostać obojętnymi na opętańcze wrzaski dochodzące z opuszczonego domostwa. Gdyby nie stracił przytomności, mógłby nawet zobaczyć brawurową procedurę ostatecznego unieszkodliwienia próbującego atakować stróżów prawa przestępcy. A gdyby nie wstręt funkcjonariuszy przed wykonaniem pierwszej pomocy na brudnym - jak sądzili - bezdomnym, mógłby jeszcze kilkadziesiąt lat przeżyć w spokoju, z przyzwoitą rentą. A to, gdyby nie fakt, że tylko pięć lat dzieliło ludzkość od ostatecznej zagłady za sprawą wojny z użyciem broni jądrowej oraz epidemii śmiertelnej choroby.

- I tutaj właśnie nastąpi dla ciebie koniec.
- Taaaak. Doprawdy?
- Dajże już spokój, zachowujesz się, jakby dalszy twój los miał szansę na odwrócenie. Nie łudź się, przyjacielu - wszystko już przesądzone. Oto zostaniesz zmuszony, by ostatecznie zniknąć w przestrzeni i nigdy nie powrócić. Cała zaś twa dotychczasowa energia zostanie przeznaczona na odbudowę zniszczonego przez twoje szaleńcze działania świata. Oto od nowa stworzymy utraconą rzeczywistość.
- Jaka szkoda, że możecie jeszcze zniweczyć moje dzieło.
- Dzieło?! Nazwałeś to dziełem?! Ach, przyjacielu, jakże się zmieniłeś. Wielce ubolewam nad faktem nadchodzącego rozstania. Mam jednak nadzieję, że pozostałe w tobie dobro przywróci szczęście tym, którzy za twoją sprawą je utracili. A teraz. żegnaj.
- Bywaj, Starcze.

Ciemno.

Nie wierzył, że to robi. Alice była jego ukochaną żoną, byli ze sobą szczęśliwi od ponad dwudziestu lat. A jednak. nie ufał jej. Gdy racjonalnie próbował do sprawy podejść, dochodził do wniosku, że nie w niej tkwił problem, a w nim właśnie - w jego zazdrości. Jego małżonka była przecież modelką i mimo dojrzałego wieku wciąż zachowywała wiele ze swej dawnej atrakcyjności. On zaś - lekarz, facet z brzuszkiem i w okularach. Jak taka osoba jak ona mogła pokochać takiego osobnika jak on? A jednak - pokochała. A jednak - podsłuchiwał ją.
W tym właśnie momencie siedział w mieszkaniu sąsiada, który okazał się na tyle uprzejmy, że pozwolił Terrence'owi skorzystać zeń pod jego nieobecność. Korzystał więc - siedząc w ciemnościach i odsłuchując dźwięku z rozmieszczonych w całym ich mieszkaniu pluskiew.
Szpiegostwo, śledztwa, sprawy kryminalne - od zawsze należały one do jego hobby. W stałości swej natury nie potrafił jednak zająć się nim na poważnie. Chwilami więc wmawiał sobie, że wcale nie jest zazdrosny o żonę, a jedynie chciał przetestować swoje "zabawki" i sprawdzić swe detektywistyczne talenty. Co oczywiście nie było prawdą.
Już miał porzucić obawy, po godzinie wysłuchiwania odgłosów pracy w kuchni i klikania myszką komputera, gdy głośnik przekazał mu dźwięk dzwonka od drzwi. Serce zabiło mu mocniej, zaczął nasłuchiwać z niepokojem. Niewiele jednak udało mu się wychwycić, jako że zapomniał o założeniu podsłuchu w przedpokoju. Dopiero po minucie, między szmerami, pojawił się głośny i wyraźny. krzyk. Krzyk jego żony.

Zasapany otworzył drzwi po chwili mocowania się z kluczem. Alice leżała w kałuży krwi, sączącej się z nacięć na całej powierzchni skóry. Mężczyzna pochylający się nad nią przerwał potworne dzieło, by skierować na Terrence'a swe spojrzenie. Spojrzenie mordercy.

06.2006


Mimizu [ mimizu@wp.pl ]
www.Mimizu.prv.pl


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści