|
Upalne, radomskie lato. Ludzie śpieszą się, wykonując swoje obowiązki. Niemal nikt nie spogląda na budynek, przed którym trzydzieści lat temu rozegrały się dramatyczne wydarzenia czerwca 1976 roku. Nikogo już nie obchodzi historia tego miejsca, tamtych ludzi. Jednakże dzisiaj, w ten niezwykły dzień, powrócimy do tamtych wydarzeń.
Nazywam się Karol Ferenc, dla przyjaciół: Feri. Mam 16 lat i uczęszczam do trzeciej klasy gimnazjum. Moja rodzina należy do wąskiej dziś grupy patriotów, pamiętających o wielu ważnych wydarzeniach historii Polski. Od lat byliśmy gorliwymi rzecznikami pamięci narodowej o powstaniu robotniczym w Radomiu. W związku z tym postanowiłem porozmawiać z człowiekiem, który miał bardzo bliski kontakt z tamtymi wydarzeniami. Był nim mój sąsiad, pan Henryk Kasperczak, były kapral milicji obywatelskiej. Rozmowa z nim obfitowała w wiele trudnych wyznań. Sądzę, że nieliczni potrafiliby odważyć się na taką rzecz. Spotkaliśmy się trzy tygodnie temu...
Zapukałem do drzwi. Otworzył mi pięćdziesięcioletni mężczyzna. Niewysoki, siwowłosy, barczysty. Czarne oczy bystro spoglądały na mnie.
- Witaj Feri - powiedział pan Henryk.
- Dzień dobry! - odparłem.
- Wejdź. Jak leci? - zapytał.
- Dziękuję, dobrze. Wie pan, że zbliża się rocznica czerwca `76? - zapytałem.
Jego oczy nagle przygasły. Stał się opryskliwy jakby. Tak zawsze zachowywał się pytany o tamte dni.
- No, cóż. Jak mógłbym nie wiedzieć? - burknął.
- Chciałbym... To znaczy... Czy mógłby pan coś opowiedzieć o ...
- Opowiedzieć... - nie dał mi skończyć. - Słuchaj... to nie takie proste jak mogłoby się wydawać... Chodź, przejdziemy się...
Wyszliśmy przed blok. Ruszyliśmy w górę ulicy Kusocińskiego, poprzez skrzyżowanie z 25 Czerwca, aż pod budynek byłej siedziby Komitetu Wojewódzkiego. Pan Henryk w czasie drogi rozpoczął swą opowieść.
- Jak zapewne wiesz strajk został wywołany poprzez zapowiedź podniesienia cen różnych artykułów spożywczych. W tamtych czasach Radom uchodził za jedno z najbiedniejszych miast w Polsce. Wyższe ceny oznaczały dla wielu ubóstwo. Zapewniano o uzgodnieniu opłat z ludnością. Gówno prawda. Tą "ludnością" był aktyw partyjny, który zaaprobował podwyżki nawet o 100%. My jako członkowie aparatu, powiedzmy szczerze, mieliśmy jako taki byt. Zarabialiśmy więcej niż pospolity robotnik. Nie musieliśmy się o nic bać.
Feralnego dnia, czyli 25 czerwca 1976 roku strajk rozpoczął się w Wydziale P-6 Zakładów Metalowych imienia gen. Waltera. W ciągu godziny zebrało się około półtora tysiąca osób. Kilkuset wściekłych robotników udało się pod Zakład Sprzętów Grzejnych a następnie spotkało się z pracownikami "Radoskóru". Do godziny 9.40 zebrało się około sześć tysięcy osób. Zebrali się tutaj, pod budynkiem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Partii Robotniczej.
Ludzie żądali rozmowy o obniżce cen żywności z samym I sekretarzem - panem Prokopiakiem. Odmówiono im.
- A co z wami? - zapytałem.
- Z nami... - zamyślił się. - Wezwano do stanu gotowości niemal wszystkie krajowe siły milicyjne. Zebrano wiele oddziałów MO i ZOMO. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo...
Ludzie wtargnęli do budynku Komitetu i żądali, aby I sekretarz wpłynął na cofnięcie podwyżki. Już w tym momencie mieliśmy "zielone światło". O godzinie 14.00 rozpoczęliśmy akcję.
* * *
- Obywatelu kapralu! - krzyknął żołnierz.
- Tak, szeregowy Markiewski?
- Melduję posłusznie, że przyszedł rozkaz by spacyfikować manifestantów - powiedział.
- Dobrze. Obywatele! - krzyknął kapral do grupy uzbrojonych milicjantów. - Macie mi rozbić to nielegalne zgromadzenie i aresztować wszystkich jego członków. Nie szczędźcie pałek! - dodał odchodząc.
Zmechanizowane Odziały Milicji Obywatelskiej natarły na ludzi armatkami wodnymi i miotaczami gazu łzawiącego. Ludność rozgoryczona brakiem kontaktu z I sekretarzem Prokopiakiem demoluje budynek Komitetu Wojewódzkiego i podpala go. Część z czterdziestotysięcznego tłumu udaje się pod Urząd Miejski i komendę MO. Tam czekała na nich obstawa milicji. Wywiązuje się brutalna walka. Naprędce sklecone barykady nie sprawdzają się podczas starć. Milicjanci powalają ludzi na ziemię i okładają ich pałkami. Uderzenia spadają gwałtownie, bez żadnych ostrzeżeń. W stronę milicjantów lecą setki kamieni, butelek, co tylko kto miał pod ręką. W ruch poszły armatki wodne, kierowane nie tylko na manifestantów, ale i na zwykłych przechodniów. Pod ciśnieniem wody pękają witryny sklepowe. Nagle jak spod ziemi wyrasta grupa ludzi, którzy zaczynają demolować sklepy monopolowe i nawoływać do zabierania wódki. Niektórzy zaczynają ją wynosić, lecz ludzie wietrzą podstęp.
- Dobrym pomysłem było wysłanie milicyjnych konfidentów, aby obrabiali sklepy z wódką - powiedział kapral. - Czyj to był pomysł? - zapytał stojącego w pobliżu żołnierza.
- To był pański pomysł, obywatelu kapralu - odparł.
- Macie rację - odpowiedział kapral i wybuchnął śmiechem.
Ludzie dalej barykadowali ulice przed atakującą milicją. Demolowano auta przypadkowych osób. Pojazdy przestawiano tak, by zagrodzić drogę oddziałom ZOMO. W zasięgu tłumu znalazł się ciągnik rolniczy z przyczepą.
- Ludzie! Przewróćmy ten traktor! - krzyknął ktoś z tłumu.
- Na raz... Na dwa... I na trzy... - wyliczał tempo jeden mężczyzna.
Nie zauważono dwóch osobników stojących po przeciwnej stronie pojazdu. Gdy spostrzegli, co się dzieje było już za późno.
- Ludzie! Uciekajta! - krzyknął pomysłodawca.
- K***a!!! - rozległ się krzyk. Po chwili nastąpił obrzydliwy chlupot i trzask łamanych kości. Wszyscy spostrzegli wypływającą spod przewróconego ciągnika krew...
* * *
- Co pan czuł, kiedy pan się dowiedział o dwóch ofiarach śmiertelnych? - zapytałem.
Pan Kasperczak nachmurzył się. Trudne pytanie wymagało od niego dłuższej chwili na zastanowienie. Wreszcie odpowiedział.
- Szczerze, to ani troszeczkę się tym nie przejąłem... To byli recydywiści, skoro atakowali MO...
- Co? - odparłem przerażony.
-Po co włazili pod ten traktor? Trzeba było zostawić go w spokoju, a nic by się nie stało! - wrzasnął.
- Spokojnie. Proszę opowiadać dalej...
* * *
Godzina 17.00. Ludzie powracają z pracy. Wychodzą z zakładów, zmęczeni, noszący na sobie ślady swoich zawodów. Przechodzą drogę, która znają lepiej niż własną kieszeń. Jednak ten dzień jest inny. Nagle, z różnych zaułków miasta, wypadają kilku osobowe grupki milicjantów i legitymują ludzi. Zostają zatrzymani bez żadnych powodów. Wleczeni są do milicyjnych nys i bici pałkami, kopani po całym ciele. Zawiezieni zostają pod komendę. Wychodząc z wozów widzą dwa szeregi milicjantów ustawionych od siebie na odległość rozstawionych ramion. Niektórzy z nich krzyczą, ciskają obelgami lub rechoczą jak wariaci. Popędzani przez innych funkcjonariuszy przechodzą tak zwaną "ścieżkę zdrowia". Ów szpaler rozpoczyna tłuc przechodzących pałkami bojowymi. Wiele osób pada z wycieńczenia bólem. Tych milicjanci ciągną za włosy i ubrania do cel. Inni nie mają tego szczęścia. Prowadzeni są do cel lub "pokojów zwierzeń" przez " ścieżki zdrowia". Większej masakry nie znajdziecie nawet w piekle. Dziesiątki, a w końcu setki osób przeszły męczeńską drogę od wejścia na plac do cel i z powrotem. Tak kilka razy przez miesiące odbywanych kar. Zupełnie niesprawiedliwych kar.
- Obywatelu kapralu! Mamy "ptaszka" do przesłuchania - powiedział szyderczo barczysty milicjant.
- Wprowadzić! Zobaczymy, co nam wyśpiewa! - wykrzyknął kapral. Zawtórowało mu rechot innych funkcjonariuszy.
Wciągnięto na salę mężczyznę. Właściwie on nie przypominał człowieka. Jego twarz nosiła ślady wielu uderzeń, ubranie było postrzępione i w kilku miejscach zakrwawione. Powłóczył nogami, ciągnięty przez swych katów. Gdyby kazali mu stanąć o własnych siłach, na pewno straciłby przytomność. Był na skraju załamania nerwowego. Kapral wskazał krzesło, na które natychmiast wepchnięto mężczyznę.
- Wiesz, za co tu jesteś? - zapytał milicjant.
- Nie - odparł ze strachem ów człowiek.
W tym momencie na jego twarz spadło potężne uderzenie. Było tak silne, że spadł z krzesła. Niemal natychmiast trzech milicjantów doskoczyło do niego i zaczęło go kopać. Po kilku ciosach kapral przerwał ich "dzieło".
- Jesteście oskarżeni o udział w chuligańskim a ataku na siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR i Komendy Wojewódzkiej Milicji w Radomiu. Czy przyznajecie się do winy? - zapytał.
- Panie władzo, mnie tam nie było... - rozpoczął mówić, lecz kolejne silne uderzenie zrzuciło go z siedzenia. Jeden z milicjantów zablokował go w półnelsonie i zmusił go do schylenia głowy.
- Tak myślisz? A ja ci mówię, że tam byłeś i pobiłeś funkcjonariusza na służbie. Panowie - zwrócił się do swych kolegów - zróbcie mu glajfę i wrzućcie do celi numer 201. Tej z wodą. Jutro jeszcze porozmawiamy... - wybuchnął szyderczym śmiechem. Ten jego rechot wwiercał się w każdą część mózgu...
* * *
- Tak minął dzień 25 czerwca 1976 roku. Rozpoczął się długotrwały okres prześladowań ludzi związanych mniej lub bardziej (albo wcale) z strajkiem robotników - skwitował pan Kasperczak. - Punktem kulminacyjnym tego okresu była śmierć dwudziestosiedmioletniego Jana Brożyny i tajemniczy zgon księdza Romana Kotlarza. To było jak zapalenie papierosa w składzie dynamitu. Jakiekolwiek próby zatuszowania tych ewidentnych morderstw popełnionych przez MO powodowały, że Polska Republika Ludowa miała coraz mniejsze poparcie. Zaczynaliśmy powoli tonąć w tym bagnie.
* * *
Grupka milicjantów dopadła leżącego mężczyznę. Zaczęli go tłuc. Bili Jana nawet, gdy widzieli, że już się nie porusza. Uderzali, chociaż wiedzieli, że nie żyje.
- K***a, zostawmy go! - wrzasnął jeden z milicjantów. - On chyba zdechł!
- To, co? Musi być porządek w tym mieście! - krzyknął drugi.
- Takie mendy powinny zdychać jak psy! Dawajcie go do wozu!
* * *
- Nigdy nie wykryto sprawców śmierci Jana Brożyny - powiedziałem.
- Tak. Byli starannie kryci. Lekarze sądowi wymyślali takie pierdoły, byleby nikt nie odkrył prawdy. Mimo wszelkich starań, nikt nie wierzył w jakiekolwiek informacje zawarte w aktach. Człowieku, za... - urwał szukając właściwego słowa - nas poszło siedzieć dwoje niewinnych ludzi. Proces trwał dwa lata. Sąd Rejonowy w Radomiu skazał "zabójców" na... zaraz... to było pięć lat dla Skórkiewczowej i osiem dla Piaseckiego.
- Co się działo dalej? - zapytałem.
- Kolejną przykrą sprawą była śmierć księdza Romana Kotlarza - powiedział mężczyzna. - Ów kapłan był bardzo niewygodną osobą. Feralnego dnia, będąc w Radomiu, pobłogosławił ludzi przed kościołem Świętej Trójcy. Władza była bardzo niezadowolona. Miarka się przebrała, kiedy ksiądz Roman odprawił nabożeństwo za bitych w "ścieżkach zdrowia".
- Został on napadnięty i pobity - dodałem.
- Mniej więcej dwa razy zaatakowano księdza Kotlarza. Zmarł w wyniku doznanych obrażeń.
- To był krwotok płuc... - powiedziałem, przypominając sobie zasłyszane fakty.
- Bo można tak bić by nie było śladów... - umilkł. Cisza trwała dłuższą chwilę. Pan Kasperczak wyglądał jakby toczył wewnętrzną walkę. Gdy zaczął mówić, jego głos był pusty i łamał się - Mój syn... On jawnie popierał strajkujących...
- Zginął?... - zapytałem ze strachem.
- Nie. Został złapany jak wraz z kolegą ze studiów rozprowadzał ulotki dotyczące represji milicyjnych... Domyśliłem się, że należy do Komitetu Obrony Robotników...
* * *
- Ty szczeniaku! Za kogo ty się uważasz, co? Co ty robisz?! - wrzeszczał kapral.
- Robię to, czego wy nie robicie - odpowiedział młodzieniec.
- Co takiego? Roznosisz te zasrane ulotki! A co na nich jest: wartości antypartyjne! - pienił się stary.
- One mówią prawdę!
- To zdrada państwa!
- To wy zdradzacie Polskę... - nie dokończył, gdyż silne uderzenie zwaliło go z nóg.
- Zamknij się, bo jak nie to...
Młody powoli powstał. Twardo spojrzawszy w oczy ojca powiedział:
- To co? Zbijesz mnie?
- Zabiję cię - wydyszał kapral. - Lepiej wydaj mi wszystkich twoich wspólników, jeśli chcesz dożyć późnej starości.
- Wolę zdechnąć, niż sprzedać moich przyjaciół - warknął młody.
- Przyjaciół? - kapral wybuchnął śmiechem. - Dobre sobie. Gdzież są ci twoi... przyjaciele?
- Ukazują wszystkim ludziom prawdę o waszych zbrodniach. O Brożynie, o księdzu Romanie, o represjonowanych... - krzyczał młody.
- Milcz! - kolejne uderzenie zwaliło chłopaka z nóg. - Nie jesteś już moim synem!
- Ty... nigdy nie byłeś... godzien zwać się ojcem... - powiedział cicho.
- Panowie zróbcie mu "ścieżkę zdrowia" i glajfę. Może to cos go nauczy? - zapytał z powątpiewaniem.
- Walcie śmiało! - krzyczał chłopak. - Oni i tak zwyciężą!...
* * *
- Czy widział się pan później z synem? - zapytałem.
- Nie. Miałem w sobie tyle zaciętości, że zapomniałem o nim. Żona złożyła pozew o rozwód i odeszła ode mnie. Zacząłem pić. Staczałem się na samo dno. Pewnego dnia przyszedłem do pracy pijany. Wytoczono mi proces i po krótkim czasie zwolniono. Znalazłem się na bruku. Ja, który byłem Kapralem Milicji Obywatelskiej... poważanym człowiekiem... Syn miał rację...
- Komitet Obrony Robotników zwyciężył. Internowani zostali zwolnieni z więzień - zakończyłem.
- Tak. Ja starałem się odnaleźć syna, lecz on dalej walczył o wolną Polskę. Słyszałem, udało mu się spotkać z samym Lechem Wałęsą i Władkiem Frasyniukiem. Potem wszelki słuch o nim zaginął. Dziś miałby czterdzieści osiem lat...
- Dowiedziałem się wszelkich potrzebnych mi rzeczy. Bardzo dziękuję panu za rozmowę.
- Ja tez ci dziękuję. Niewiele osób chciałoby wysłuchać czegokolwiek z moich ust- powiedział. - Jesteś równym gościem.
- Wracajmy do domu... - zaproponowałem.
* * *
Pan Kasperczak wyprowadził się z Radomia. Wyjechał do swego brata do Gdyni. Dowiedział się, że tam od pewnego czasu przebywał jego syn. Być może to spotkanie po latach pogodzi zwaśnioną rodzinę... Przynajmniej ja mam taką nadzieję.
Ta historia powinna sie dobrze kończyć, lecz tak nie jest. Po czerwcu 1976 nastały w Radomiu ciężkie czasy. Z powodu represji nałożonych na robotników, część ludności miasta została bez pracy, bo żaden szanujący się kierownik nie chciał założyć swej fabryki w mieście warchołów. Sytuację naszego miasta pogorszył premier Mazowiecki mówiąc o "grubej kresce" przekreślającej przeszłość PRL-u. W ten sposób wszelkie informacje o katach, konfidentach i innych milicyjnych mętach została zamknięta na ponad dwadzieścia lat. Dzisiaj już wszelkie sprawy przeciwko tamtym ludziom są niewarte zachodu gdyż uznaje się je za przedawnione. Niestety czas działa na korzyść katów. Nam, żyjącym w obecnej "podobno" IV Rzeczypospolitej zostaje pamięć i świadectwa ludzi, którzy brali czynny udział w tamtych wydarzeniach. Oby nigdy nie zapomniano o bohaterach 25 czerwca 1976 roku.
Dawid "Nikko Takeda" Bączek
[ nikko_takeda@poczta.onet.pl ]
|