Przejdź do spisu treści...

Pętla

Ustka, dnia 16 września 2005 r.


-Jezu, która to godzina!
Wysoki ton dzwonka telefonu wskazywał, że ktoś uparcie dzwonił od dłuższego czasu.
-Chwila ...- mężczyzna z zamkniętymi oczami próbował wymacać telefon leżący na blacie nocnego stolika - Co jest, kurwa mać, świat się wali!
Udało się! Trzymał w dłoni wibrujące urządzenie. Usilnie powstrzymywał się od chęci rzucenia nim o ścianę.
-Słucham - powiedział zaspanym głosem, po przyłożeniu telefonu do ucha.
Przez ułamek sekundy oczekiwania na odpowiedź żywił w sobie nadzieję, że chodzi o coś cholernie ważnego, a nie jest to głupi telefon od kolegi, który wypił o jedno piwo za dużo lub co gorsza - pomyłka.
-Panie majorze...

Ten wstęp wystarczył, by mężczyzna dobudził się i wstał odruchowo z łóżka.
-Co się stało? - zapytał nie ukrywając zdenerwowania.
-Alarm pierwszego stopnia.
Major miał nadzieję, że to są ćwiczenia lub efekt nadmiernej ostrożności dowódcy jednostki.
-Powód? - zapytał po dłuższej chwili.
-Zmiany w polu magnetycznym atmosfery o nieustalonym pochodzeniu. Nagły wzrost jego natężenia.
-Chwila, nie rozumiem...
-Panie majorze, zapraszamy do bazy - przerwał dzwoniący funkcjonariusz.
-Dobra, będę jak najszybciej się da.
Po przerwaniu połączenia patrzył na wyświetlacz telefonu z niedowierzaniem. Sprawdził odbierane połączenia. Zgadzało się, telefon został wykonany z centrali jednostki.

Major dobrze znał procedurę alarmową. Dotychczas pozostawała ona jedynie często ćwiczoną teorią. Sprawiał to przedmiot działania jednostki - badanie atmosfery i zdolności naturalnej regeneracji zasobów tlenu.
Tym razem toaleta zabrała majorowi nadzwyczaj mało czasu. Ograniczył się do umycia zębów i obmycia twarzy. Zawsze starał się być elegancki i dokładnie ogolony. Ciemne włosy starannie zaczesywał do góry przyglądając się, czy nie przybyło mu tych niepożądanych - siwych. Był dumny ze swej czupryny, która prezentowała się okazale, jak na 40 - latka.

W sypialni pospiesznie zdjął z wieszaka mundur, który przywierał do atletycznej sylwetki zniekształconej lekkim brzuszkiem, koszulę i pierwszy z brzegu krawat. Zaletą odzieży wojskowej było to, że nigdy nie musiał przejmować się odpowiednim dobraniem koloru - oliwkowy czy mniej znoszony oliwkowy?
-Dobra, jedziemy! - powiedział do siebie spoglądając po raz ostatni w lustro w korytarzu.

Sprawdził po kieszeniach czy wszystko zabrał - klucze, identyfikator, dokumenty, telefon komórkowy, zegarek. Nałożył na siebie kombinezon izolujący przed mrozem, szczelnie zakrywający powierzchnię ciała z wyjątkiem twarzy. Do tego dochodził ochraniacz na głowę i twarz, który zakrywał oczy specjalną szybką. Do pasa kombinezonu przylegała kabura, w której znajdował się miotacz promieni elektrycznych.

Na klatce schodowej część żarówek była przepalona lub pobita. W panującym mroku widział zarysy schodów i poręczy. Czuł jak po plecach spływają mu kropelki potu. Trudno było wytrzymać w kombinezonie w ogrzewanych pomieszczeniach. Schodził pospiesznie, nie tyle chcąc jak najszybciej znaleźć się w bazie, co opuścić to miejsce. Na zewnątrz budynku wyszedł przez specjalną śluzę, chroniącą wnętrze budynku przez chłodnym powietrzem.

Samochód zaparkowany na osiedlowym parkingu zapalił bez problemu mimo, że w nocy temperatura spadała do minus 80 stopni. Producenci elektrycznych silników starszego typu nie przewidzieli, że nastąpi znaczne ochłodzenie klimatu. Zresztą, kto mógł przewidzieć, że w taki sposób zakończy się łatanie dziury ozonowej. Owszem, dziury już nie ma, zmienił się jednak skład chemiczny powłoki atmosfery i już nie tylko filtruje szkodliwe promienie, ale także minimalizuje natężenie promieni słonecznych. Z tego właśnie powodu konieczne było rozwinięcie badań nad naturalną regeneracją tlenu, którego zasoby systematycznie zmniejszały się w związku z zanikiem roślinności.

Major pokonywał miejską obwodnicę. Praktycznie cała, dwupasmowa droga była dla niego. Widoczność ograniczona do zasięgu reflektorów nie pozwalała na bezpieczne rozwinięcie większej prędkości. Ogłoszenie alarmu pierwszego stopnia pozwalało na uruchomienie zakopanego głęboko w schowku "koguta". Major uznał to jednak za zbyteczne.

Minął drogowskaz z napisem " Międzynarodowa Stacja Badania Atmosfery".
-I znowu do mesby - westchnął - I tak do emerytury.

Każdy dzień wyglądał dla niego tak samo. Zmiana pór roku sprawiała, że życie składało się z pewnych cykli i oczekiwania na tą ulubioną porę roku. Pamiętał, jak bardzo cieszyło go nadejście wiosny, gdy przyroda budziła się z zimowego snu, dni stawały się coraz dłuższe. Tak było do roku 2030, w którym wystrzelono rakiety z ładunkiem mającym załatać dziurę ozonową. Poszczególne pory roku zaczęły różnić się głównie temperaturą powietrza, która oscylowała pomiędzy - 150 stopni C zimą i - 50 stopni C upalnym latem.

Mężczyzna zwolnił pamiętając, że za chwilę będzie musiał zjechać z obwodnicy na leśną drogę. Teren wyglądał zwyczajnie, jednak osoby trzecie nie były tutaj mile widziane. Jeszcze kilkanaście lat temu pokonywany las byłyby rajem dla grzybiarzy. Obecnie tego typu rarytasy hodowane są z dala od łona natury i ich cena czyni je dobrem luksusowym. Niska temperatura oraz brak opadów atmosferycznych zrobiły swoje. "Boże, czy ktoś jeszcze pamięta jak wygląda prawdziwy śnieg lub deszcz" - pomyślał major.

Wkrótce ukazały się zabudowania bazy. Z zewnątrz widać było jedynie wysoki mur, odgradzający teren o powierzchni około 500 hektarów. Na teren stacji można było wjechać tylko przez jedną bramę.

Major podjechał do bramy i cierpliwie czekał. Po kilku minutach otworzyła się niewielka jej część, przez którą wyszedł człowiek w kombinezonie przeciwmrozowym i z miotaczem fal elektrycznych w rękach - w zależności od ustawienia wysokości napięcia broń ta służyła do obezwładnienia przeciwnika na kilkanaście minut lub jako podręczne krzesło elektryczne.

Mężczyzna uchylił okno w samochodzie i pokazał przypięty do lewego rękawa kombinezonu identyfikator - blaszkę przypominającą kształtem odznakę policyjną z wybitym pośrodku numerem identyfikacyjnym.
- Witam majorze, czekaliśmy na pana - głos wartownika był stłumiony przez ochraniacz głowy.
-Tak, wiem. Inaczej nie stałbym o tej godzinie pod bramą. Duże zamieszanie?
-Alarm pierwszego stopnia.
-To już wiem. A drugiego jeszcze nie wprowadzono?
-Bez pana zgody nie jest to możliwe - odparł żołnierz poważnym głosem.
-A tak, racja. Będę musiał jeszcze raz przestudiować procedurę alarmową - major uśmiechnął się i ruszył przed siebie.
Za bramą krajobraz się nie zmienił. Asfaltowa droga przecinała las iglasty, chroniony przed wyschnięciem "Delatuxem". Po rozpyleniu tego środka unosił się w powietrzu przez kilka dni charakterystyczny zapach, który kojarzył się ludziom z wonią kwitnącego lasu lub co niektórym z odświeżaczem do toalety.

Po kilku minutach z ciemności zaczęły wyłaniać się zarysy budynku badawczo - operacyjnego stacji. Widać było dwukondygnacyjny budynek, położony na prostokącie - 200 na 100 metrów. Sama konstrukcja niczym szczególnym się nie wyróżniała. W dwóch szeregach ciągnęły się okna zasłonięte w większości światłoczułymi, metalowymi roletami. Pośrodku znajdowało się główne wejście, bezpośrednio nad którym rozpościerał się zaokrąglony taras. Na płaskim dachu umieszczono niezliczoną ilość anten i urządzeń pomiarowych. Pozostałe urządzenia znajdowały się pod ziemią lub zostały ukryte z pedantyczną starannością w drzewach i podszyciu lasu. Praktycznie cały teren był jednym, wielkim centrum pomiarowym. Opinia publiczna nie była w pełni informowana o skali problemu deficytu tlenu w atmosferze. Pesymistyczne prognozy mówiły, że ludzkiemu gatunkowi zostało około 20 lat swobodnego, naturalnego oddychania.
Major wjechał na brukowany podjazd i zatrzymał samochód na skrajnie lewym miejscu parkingowym. Upewnił się, czy pojazd znajduje się dokładnie na wyznaczonym terenie. Poprzez kombinezon nacisnął szybkę zegarka. Po kilku sekundach platforma opuściła pojazd do podziemnego pomieszczenia, przeznaczonego na parking. Major zaparkował obok pojazdu generała.
Parking był prawie w całości zapełniony. Wbrew futurystycznym projektom sprzed kilkudziesięciu lat, kształty samochodów nie uległy radykalnym zmianom. Ostra konkurencja sprawiła, że wybór samochodu ograniczał się do prestiżu marki i osiągnięć technicznych. Dominujące zaokrąglone, aerodynamiczne kształty upodobniły pojazdy do siebie.

Major podszedł do szatni. Tak nazywał komorę w której mógł ściągnąć z siebie kombinezon bez ryzyka, że wszystko sobie odmrozi. Po zamknięciu zewnętrznego luku, temperatura podwyższana była do tej panującej w stacji, czyli do przytulnych 20 stopni. Na więcej nie pozwalała wszechobecna aparatura. Z prawdziwą ulgą ściągnął z siebie ochraniacz na głowę oraz kombinezon. Przez dłuższą chwilę delektował się swobodnie wdychanym powietrzem.

Kombinezon schował do niewielkiej szafy, na jej dno rzucił ochraniacz na głowę. Z szafki pod lustrem wyciągnął grzebień i poprawił włosy. Odruchowo sprawdził, czy nie czuć od niego potem, co raczej nie zdarzało się, gdyż poddał się zabiegowi neutralizacji nieprzyjemnego zapachu bakterii. Na upartego można było nie myć się przez tydzień bez ryzyka, że miejsca w około będą pospiesznie opuszczane..

Podszedł do wewnętrznego luku i nacisnął czerwony guzik. Po kilku sekundach drzwi rozsunęły się ukazując szeroki korytarz. Panujący tłok przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Dopiero teraz zaczęła do niego docierać powaga sytuacji.
-W końcu pan jest, majorze. Naczelny nie może się pana doczekać - sierżant Zawada zatrzymał się na widok przełożonego.
Na jego twarzy widać było zmęczenie oraz zdenerwowanie. To zaskoczyło majora, gdyż dobrze znając sierżanta Zawadę wiedział, że należy do ludzi opanowanych. Zawsze potrafił zachować zdrowy rozsądek, nawet w kryzysowych sytuacjach. Nadrabiał w ten sposób sprawność fizyczną, którą natura nazbyt hojnie go nie obdarzyła. Będąc drobnej postury nie miał przynajmniej problemów z przyjęciem wygodnej pozycji na wąskich, koszarowych pryczach.
-Długo czeka Naczelny?

Tak poufale nazywano generała Borowa, któremu podlegała Międzynarodowa Stacja Badań Atmosfery oraz szereg innych wyspecjalizowanych jednostek, które zajmowały się badaniem gazowej powłoki Ziemi. Chodziły plotki, że uczestniczył w projekcie OZON, w ramach którego próbowano załatać dziurę ozonową. Nikt nie odważył się wprost o to zapytać.
-Siedzi na tronie od prawie 3 godzin.
-Trzech, którą mamy godzinę?!
-Kurczę, sam chciałbym to wiedzieć. Nikt tego nie wie.
-Co? Sierżancie, proszę sobie nie robić żartów w przełożonego.
-To nie żart majorze. O, proszę spojrzeć na swój zegarek

Major podciągnął rękaw by spojrzeć na tarczę zegarka. Wszystkie wskazówki kręciły się w lewo, w tym samym tempie.
-Czy nikt nie ma elektronicznego zegarka? - zapytał stukając w tarczę.
-Nie uwierzy pan, ale liczby też cofają. Nawet po zresetowaniu.
-Rzeczywiście, nie uwierzę, póki nie zobaczę. Mniejsza z tym, idę do Naczelnego.
Minął luki szatni i skręciwszy w lewo szedł korytarzem wzdłuż laboratorium. Przez szklaną ścianę widział pracowników w białych kombinezonach, zgromadzonych przy aparaturze pomiarowej. Już stąd było widać, że wskaźniki pola magnetycznego kręciły się chaotycznie we wszystkich kierunkach. Jego natężenie było nadzwyczaj wysokie i cały czas rosło. Zjawisko takie można było uzasadnić awarią sprzętu lub nawet wrogim atakiem, lecz jak wytłumaczyć cofanie się zegarków i to nawet elektronicznych? Musi być jakiej wytłumaczenie, to tylko kwestia czasu.
-Pan mnie wzywał, generale? - zapytał retorycznie major, stojąc w drzwiach gabinetu Naczelnego.
-Nareszcie! Proszę usiąść - odpowiedział mężczyzna z lekką nadwagą i lśniącą łysiną.

Siedział za metalowym biurkiem, wpatrując się w monitor. Blat biurka zapełniony był wydrukami wzbogaconymi odręcznymi notatkami. Generał Borowa był nie tylko znanym oficerem, lecz również autorytetem naukowym w dziedzinie fizyki. Gabinet nie był duży. Dominującym wyposażeniem były metalowe szafki z dokumentami. Poustawiane wzdłuż ścian stanowiły podstawę dla kwiatów i kubków po kawie.
-Zdążył się pan zorientować w sytuacji? - zapytał generał nie odrywając wzroku od monitora.
-Powierzchownie. Zakłócone jest pole magnetyczne, no i zegarki chodzą do tyłu.
Sądząc po wzroku, jakim zmierzył majora, można było wywnioskować, że generał oczekiwał bardziej wyczerpującej odpowiedzi.
-Uściślając pańską odpowiedź... kontaktowałem się ze wszystkimi międzynarodowymi stacjami meteo i wszędzie występuje to samo zjawisko.
-Czyli, to nie tylko u nas?
-Nie majorze, to dzieje się na całym świecie. Obecnie nikt na kuli ziemskiej nie jest w stanie dokładnie określić godziny.
-Boże... to skomplikuje wszystko.
-Skomplikuje to nieodpowiednie słowo, tu chodzi o totalny paraliż!
-Tak, zgadza się.
-Dodatkowo dochodzi zakłócenie pola magnetycznego. Dokładniej, gwałtowny i stały wzrost jego natężenia.
Major nie wytrzymał. Wstał z krzesła i zaczął chodzić po gabinecie. Pomagało mu to zebrać myśli i zmusić mózg do pracy.
-Czyli, coś nas przyciąga? - zapytał nerwowo gestykulując.
-Nas?
-No, Ziemię.
-Nie tylko.
Stanął jak wryty. Dłonie, które dotychczas unosiły się w powietrzu przy każdym wypowiadanym słowie, bezwładnie opadły.
-Sondy zamieszczone na pozostałych planetach i ich księżycach, także wykazały wzrost pola magnetycznego.
-W takim samym stopniu?
-Nie, proporcjonalnie do odległości od Słońca. Największe natężenie zanotowano na Merkurym. Chwila... - marszcząc czoło generał przeczytał najświeższy komunikat, który wyświetlił się na jego monitorze - Notowano.
-To znaczy? - serce majora zabiło znacznie szybciej, na czole pojawiły się kropelki potu.
-Sygnał zniknął.
-Pole magnetyczne wciągnęło nadajniki?
Oficerowie spojrzeli na siebie ze wzrokiem pełnym przerażenia. Nie odważyli się powiedzieć głośno tego, co im obu przyszło na myśl.
-Poczekamy na zdjęcia satelitarne - odpowiedział generał, przerywając krępującą ciszę.
-Jeżeli w okolicy ostały się jakieś satelity.
Major wiedział, że zanim to wszystko do niego dotrze minie trochę czasu. Kierowany doświadczeniem chciał jak najszybciej zamknąć się w swoim gabinecie, by przemyśleć zaistniałą sytuację, wytłumaczyć ją samemu sobie. Analityczny umysł podpowiadał mu, że nic nie dzieje się bez powodu. Znajdując odpowiednio wcześniej źródło problemu, można mu zaradzić.
-To wszystko generale? - zapytał stając na baczność.
-Jeszcze jedno. Co z alarmem?
-Proponuje przejście na drugi stopień i poinformowanie Przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Międzynarodowego - odpowiedział major bez chwili wahania.
-Popieram. Niezwłocznie wydam stosowny rozkaz.
Gabinet majora znajdował się na drugim końcu korytarza. Po wejściu do środka, mężczyzna pospiesznie zablokował drzwi od środka. Pomieszczenie było urządzone w podobnym stylu jak gabinet generała. Metalowe biurko, krzesła i szafki na dokumenty. Jedna z nich została przerobiona na barek.

Usiadł przy biurku i zaczął powoli analizować informacje przekazane mu przez generała. Ponownie spojrzał na tarczę zegarka z nadzieją, że zaczął normalnie funkcjonować. Niestety, wskazówki nadal kręciły się do tyłu.

Zakłócenia pola magnetycznego objęły całą galaktykę. Im bliżej Słońca, tym większa była jego moc. To wszystko nie miało racji bytu. To niemożliwe! Tarcza zegarka przypominała mu, że to jednak dzieje się naprawdę. Zanikł sygnał z Merkurego. Awaria nadajnika, czy też ... zagłada planety?

Major postanowił zacząć od sprawdzenia tego, co się dzieje na zewnątrz. Wbrew powszechnemu mniemaniu monitoring miast umożliwiał nie tylko zwiększenie bezpieczeństwa na ulicy, ale również bieżące śledzenie zachowania mieszkańców. Międzynarodowa Stacja Badań Atmosfery, jako wyspecjalizowana jednostka wojskowa, miała do niego pełny dostęp. Wystarczyło przejść kilkoma korytarzami i znajomość kodu do szyfrowego zamka.

W ogromnej, półkolistej sali panowała śmiertelna powaga. Cała frontowa ściana wypełnione była monitorami, z jednym o wymiarach 5 na 4 metry po środku. Pracownicy siedzieli przy komputerach wbudowanych w ławy ciągnące się wzdłuż sali. Major usiadł przy jednym z niewielu wolnych stanowisk.

Zaskoczyło go, że wszystkie monitory pokazywały porę nocną. Pomimo tego ruch na ulicach był wzmożony. Nie mógł ustalić obecnej godziny, jednak intuicyjnie czuł, że powinno już być po wschodzie słońca.
Spojrzał na osobę siedzącą dwa stanowiska dalej. Nie chcąc przeszkadzać pozostałym, zapytał szeptem.
-Przepraszam, czy to jest aktualny obraz?
Pierwsze spojrzenie było pełne pogardy - za pośrednictwem komputera wbudowanego w ławę można było uzyskać wszelkie niezbędne informacje. Dopiero dostrzeżenie pagonu majora zmieniło nastawienie pracownika.
-Tak, na głównym ekranie widzi pan, co się aktualnie dzieje w centrum.
Major rozpoznał Rondo Równości. W świetle lamp widział kilkupasmową drogę. Ruch był wzmożony. Major zwrócił uwagę na brak środków komunikacji miejskiej. "No tak, zegary zaczęły wariować i nie wiedzieli, kiedy mają wyjechać."
Kliknięciem myszki wyświetlił oglądany obraz na monitorze wbudowanym w ławę. Zrobił zbliżenie na przypadkowo wybrany samochód osobowy. Kolejne, jeszcze bliżej. Zatrzymał obraz i rozciągnął go na cały ekran. Ukazała się sylwetka mężczyzny prowadzącego pojazd i kobiety siedzącej na fotelu obok niego. Tylna część samochodu zapełniona była bagażami.
W tak sam sposób przyjrzał się dokładniej czterem kolejnym wybranym samochodom. Trzy z nich wypełnione były bagażami, w jednym jechała samotnie kobieta.
-Przepraszam - ponownie zagadnął szeptem do pracownika stacji - kiedy będzie wschód słońca?
-Wydział Astronomii znajduje się przy ulicy Kopernika. Pokazać panu widok na budynek?
Major postanowił zignorować złośliwą uwagę. Wiele słyszał o "uprzejmości" podglądaczy - jak ich potocznie określano, jednak dotychczas nie miał sposobności przekonać się o tym osobiście.
Z centrum monitoringu skierował się do stołówki. Narastający ból głowy przypominał mu o potrzebie wypicia porannej kawy. Musiał przemieszczać się blisko ściany, by nie zostać staranowanym przez żołnierzy biegnących na stanowiska. Właśnie ogłoszono alarm drugiego stopnia.
-Halo? Jest tu kto?! - zapytał major po podejściu do kasy w barze.
-Witam majorze - z zaplecza wyszedł kucharz, który na widok klienta wytarł dłonie w fartuch - W czym mogę pomóc?
-Widzę, że interes dzisiaj nie kręci się najlepiej.
-Zdążył się rozkręcić. Potem ogłosili alarm i wszyscy pobiegli na stanowiska. A tam, wrócą za godzinę.
-Czarnego smoka i kanapkę z żółtym serem.
-Serwując panu taką kawę mogą zostać oskarżony o zabójstwo.
-Dodaj więcej sera, dorzuć dwa plasterki wędliny i będziesz miał czyste sumienie. Dobry podkład złagodzi działanie kofeiny.
Kucharz zaśmiał się pod nosem. Poszedł do kuchni, by wrócić ze wzbogaconą kanapką i filiżankę aromatycznej kawy.
-Smacznego.
Major podszedł do najbliższego stolika. Widząc świeżo wyprane, żółte obrusy ostrożnie położył spodek z kawą.
-Ach, pychota - pierwszy łyk aromatycznego naparu spływał przełykiem do żołądka, szybko poczuł zbawienne dla ciała i umysłu działanie kofeiny.
Jedząc kanapkę zastanawiał się nad kolejnym krokiem. "Wydział Astronomii znajduje się przy ulicy Kopernika".
-No tak, racja! - w przypływie radości wylał resztkę kawy na czyściutki obrus - O kurcze...
Nie musiał jechać na ulicę Kopernika. W Wydziale Astronomii pracował kolega ze szkolnej ławki, który z pewnością udzieli mu potrzebnych informacji. Już w szkole średniej wieczory spędzał podglądając gwiazdy. Trudno było odciągnąć go od teleskopu i map nieba. Major udał się do swojego gabinetu. Z kieszeni wyciągnął telefon komórkowy i odnalazł dawno nie wybierany numer telefonu. "Jezu, jak ten czas szybko leci" - pomyślał uświadamiając sobie, że od ostatniego kontaktu ze znajomym astronomem minęły prawie dwa lata.
-Cześć Norbert. Jak leci? - zapytał kładąc nogi na blacie biurka.
-Skoro dzwonisz o tak wczesnej porze to jesteś w bazie, a skoro jesteś w bazie to dobrze wiesz - odpowiedział oschle.
-Tak, rzeczywiście. Głupie pytanie - major postanowił przejść do konkretów - Wzrasta pole magnetyczne i to na wszystkich planetach. Zegarki cofają się, zaś słońce nie wschodzi. Zniknął sygnał z Merkurego. O czymś zapomniałem?
- Nie, chyba wszystko wymieniłeś.
-Norbert, co się dzieje?
-Z czym? Pole magnetyczne to nie moja działka.
-Ze słońcem.
Zapadło milczenie. Major pochylił się nad biurkiem cierpliwie czekając na odpowiedź.
-Trudno powiedzieć.... Nie wiem jak to wytłumaczyć.
-Więc mów co widzisz.
-To nieprawdopodobne, ale Słońce się kurczy.
-Co? Kurczy?!
-Wiem, że to paranoja ale ono zanika.
-Jesteś pewien?
-Tak, do cholery!
Na tego typu informację można było odpowiedzieć tylko w jeden sposób. Spostrzeżenia były nazbyt szokujące, wyjaśnień zaś jak na lekarstwo.
-Dzięki, stary. Trzymaj się.
Słońce się kurczy i wzrasta pole magnetyczne w całej galaktyce. Major wiedział, że powinien podzielić się tymi informacjami z Naczelnym. Zbierał się do wyjścia z biura, gdy jego wzrok zatrzymał się na barku. Przypomniał sobie smak schłodzonej wódki z sokiem grejpfrutowym. Wiedział, że ta myśl będzie go prześladowała przez cały dzień.
Podszedł do metalowej szafki, którą otworzył najmniejszym kluczem. Robiąc drinki nigdy nie żałował alkoholu. Do tego dolał sok grejpfrutowy i zbliżył chłodna szklankę do ust. Przez całe jego ciało przeszła fala odprężenia. Drażnił kubki smakowe smakiem spirytusu, by następnie poczuć, jak chłodna ciecz spływa przełykiem do żołądka. Przygotowany drink szybko się skończył. W momencie, gdy sięgał po raz kolejny po butelkę wódki przypomniał sobie, że czeka go wizyta u Naczelnego.
-Starczy! W końcu jestem w pracy - powiedział stanowczo i schował butelkę do barku.
Przezornie wrzucił do ust kilka miętusów. Będąc przeczulonym na punkcie nieświeżego oddechu nosił przy sobie zapas na cały dzień.
-Generale, mogę przeszkodzić? - zapytał po wejściu do gabinetu naczelnego.
-Tak, oczywiście. Proszę siadać.
Generał nadal siedział uważnie obserwując informacje pokazujące się na monitorze. Można było śmiało powiedzieć, że dowódca bazy tonął w przynoszonych wydrukach. Te, które nie mieściły się na biurku, spadały na podłogę.
-Udało mi się ustalić kilka faktów, które mogą mieć istotne znaczenie dla sprawy.
-Tak, słucham - generał skupił całą swoją uwagę na majorze.
-Byłem w obserwatorium. Okazało się, że miasto pogrążone jest w ciemności.
-W ciemności?
-Tak. Nie można ustalić dokładnie godziny, ale jestem przekonany, że już dawno powinno być po wschodzie. Dzwoniłem także do wydziału astronomicznego. To co usłyszałem, to jest absurdalne...
-Majorze, do konkretów.
-Słonce się kurczy.
-Jak to kurczy?
-Po prostu, kurczy się. Maleje.
-Jest pan pewien?! - podekscytowany generał wstał z fotela i uderzył dłońmi o blat biurka.
-Tak, rozmawiałem z zaufaną osobą i ona nie miała wątpliwości.
Generał zaczął krążyć po gabinecie, szepcząc coś pod nosem. Major cierpliwie czekał na rozwój sytuacji. Zastanawiała go reakcja przełożonego. Nigdy wcześniej nie widział, aby w taki sposób się zachowywał.
-Nie widzi pan związku pomiędzy wzrostem pola magnetycznego a kurczeniem się słońca?
-Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Jak tylko dowiedziałem się o tym, przybiegłam do pana gabinetu- sprawnie wybrnął major.
-To słońce powoduje wzrost pola magnetycznego. Kurcząc się przyciąga wszystko co jest na orbicie. Zamienia się ono...Boże, to katastrofa... słonce zamienia się w czarną dziurę.
-To by oznaczało...
-Dokładnie majorze, to by oznaczało nasz koniec.
Po wyjściu z gabinetu naczelnego major nie wiedział, dokąd ma się udać. Błąkał się korytarzami, co chwilę zderzając się z żołnierzami. Nie miał pojęcia, co ma zrobić. Sytuacja była niezwykle poważna i wymagała szybkiego oraz zdecydowanego działania "Ale jakiego. Kurwa mać! Jak spieprzyć przed czarną dziurą?! Nie, to jakiś absurd".
-Uwaga! - rozległ się komunikat z głośników - Wszystkie osoby znajdujące się na terenie Międzynarodowej Stacji Badania Atmosfery mają się niezwłocznie stawić w sali konferencyjnej. Powtarzam, wszystkie osoby znajdujące się na terenie Międzynarodowej Stacji Badania Atmosfery maja się natychmiast stawić w salo konferencyjnej. Głos zabierze generał Borowa.
Major zauważył nadbiegającego z naprzeciwka sierżanta Zawadę. Chwycił go za ramię i przycisnął do ściany.
-Majorze, co się stało? - zapytał zaskoczony podopieczny.
-Posłuchamy komunikatu naczelnego z mojego biura. Zrozumie pan.
-Ale?
-Nie ma żadnego ale. To rozkaz!
Po wejściu do biura, major natychmiast zamknął drzwi na klucz. Podopieczny patrzył na niego nie ukrywając zdziwienia. "Jezu, kompletnie mu odbiło" - pomyślał.
Major wskazał fotel, po czym wyciągnął z barku napoczętą butelkę wódki.
-Z sokiem czy czysta? - zapytał przygotowując szklanki.
-Nie, dziękuje - odpowiedział sierżant po chwili namysłu - Jestem na służbie.
-Nie chrzań. Świat się kończy a ty pieprzysz o służbie.
-Co? O czym pan mówi?
-Cicho, żołnierzu! Posłuchaj komunikatu.
Major podszedł do głośnika znajdującego się nad wejściowymi drzwiami i by go pogłośnić. Zrobił sobie drinka - zachowując stałą proporcję pół na pół, po czym wygodnie rozsiadł się w fotelu.
-Twoje zdrowie - zdążył powiedzieć, zanim z głośnika rozległ się głos naczelnego.
Przemawiał poważnym tonem, odwlekając w nieskończoność przekazanie najważniejszej wiadomości. Gdy nadszedł ten moment, można było odnieść wrażenie, że wypowiadanie każdego, kolejnego słowa sprawiało mu niesamowitą trudność.
- Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z zagrożeniem na taką skalę. Los ludzkiej cywilizacji jest zagrożony. Jeżeli nie znajdziemy sposobu na powstrzymanie kurczenia się słońca, Ziemie spotka taki sam los, jak pozostałe planety układu słonecznego. Zostanie - głos generała załamał się na moment - zostanie wciągnięta przez czarną dziurę, w którą niebawem zamieni się Słońce. Żołnierze, przyjaciele, muszę przyznać, że nie wiem jeszcze jakie podjąć działania. Zamierzam spotkać się z grupą zarządzającą i ustalić plan działania. Proszę udać się na stanowiska i czekać na rozkazy. Odmaszerować!
W biurze nastała grobowa cisza. Major spoglądał na sierżanta Zawadę popijając drinka. Patrzył na jego bladą twarz i pokryte kroplami potu czoło.
- Poproszę czystą - podopieczny pierwszy przerwał ciszę.
Nie musiał dwa razy o to prosić. Po chwili stała przed nim szklanka wypełniona po brzeg dobrze schłodzoną wódką. Opróżnił ją jednym łykiem prawie do połowy.
-Kurcze, mocne cholerstwo - wykrztusił z siebie powstrzymując atak kaszlu.
-Prawdziwa z podziemia. Nie trawię tej, czym nas dzisiaj trują. Obniżają procenty, dodają jakieś świństwa na kaca.
- I co teraz?
-Nie wiem jak pan, sierżancie, ale ja spieprzam stąd.
-Co?! Dokąd?
-Do miasta, musze napić się piwa.
-Ale rozkazy! To dezercja!
Major nie krył ironicznego uśmiechu. Bawiła go postawa sierżanta, który nawet w obliczu końca świata, myślał kategoriami regulaminu i dyscypliny. Podziwiał w nim ten zapał i wiarę, ze państwo i armia zawsze go uchroni.
-Sierżancie, mój świat już dawno się skończył. Teraz, to jest egzystencja i naprawdę gówno mnie obchodzi czy zdechną w zakładzie karnym, czy też wciągnie mnie jebana czarna dziura.
Nie czekał na odpowiedź. Dopił drinka i skierował się do wyjścia. Idąc korytarzem spotkał naczelnego.
-Zapraszam do biura - powiedział generał wskazując na drzwi gabinetu.
Major chciał wytłumaczyć, że kończy z tym wszystkim, pakuje manatki i jedzie do ulubionego pubu by opróżnić znajdujący się tam zapas piwa. Szybko jednak doszedł do wniosku, że korytarz nie jest na to najlepszym miejscem. Posłusznie poszedł więc we wskazanym kierunku.
Generał odłożył czapkę, ściągnął mundur i usiadł w swoim fotelu. Odruchowo sprawdził, czy nie ma na poczcie elektronicznej nowych wiadomości.
-Po pierwsze, proszę mi oddać klucz od barku w pana biurze.
Surowe spojrzenie przełożonego utwierdzało w przekonaniu, że powiedział to cholernie poważnie, zaś jakiekolwiek protesty są niepożądane. Major wyciągnął z kieszeni plik kluczy i odczepił tej najmniejszy. Położył go na biurku.
- Po drugie - kontynuował generał - proszę podać kod członka grupy zarządzającej.
Generał wprowadzał w życie to, o czym mówi w trakcie przemówienia. Grupa zarządzająca Międzynarodowej Stacji Badania Atmosfery liczyła 5 osób. Dwie z nich znajdowały się bezpośrednio w bazie, a dokładniej w gabinecie generała. Należał do niej również kierownik obrony cywilnej miasta, dyrektor wojewódzkiej stacji meteorologicznej oraz dziekan Wydziału Meteorologii. Kontakt następował za pośrednictwem szyfrowanego komunikatora, po uprzednim zalogowaniu się i podaniu hasła, innego dla każdego członka grupy zarządzającej.
-Generale, mogę zadać pytanie?
-Mamy mało czasu, ale .... dobrze, o co chodzi?
-Po co to wszystko?
-Nie rozumiem, do czego pan zmierza.
-Przecież nie uda nam się powstrzymać procesu kurczenia się Słońca. Nie ma technicznej możliwości by uciec przed zagrożeniem, o którym pan mówił w trakcie przemówienia. Po co ta cała celegiera? Kurcze, przecież nadchodzi koniec świata!
Major nigdy wcześniej nie pozwolił sobie na tak swobodną rozmowę z generałem. Pełen obaw czekał na reakcję. Przygotowywał się psychicznie na krzyki, naganę połączoną z wyrzuceniem z biura.
-Co pan proponuje? - zapytał naczelny spokojnym, pewnym głosem.
-Co proponuję? - tego pytania się nie spodziewał - Proponuję ... w sumie, nic.
-A co pan zamierza?
-Będę szczery, generale. Zamierzam pojechać do miasta. Pójść do pubu i tam czekać na koniec.
Kolejna szczera, bezpośrednia wypowiedź. Naczelny spoglądał na podwładnego poważnym wzrokiem, bawiąc się jednocześnie długopisem.
-Nie będę pana zatrzymywał. - odpowiedział po dłuższej chwili zastanowienia - Proszę podać tylko kod, bo bez tego nie będzie można uruchomić komunikatora. Jeżeli zmieni pan nastawienie to zapraszam do gabinetu. Ja się stąd nie ruszam.
Major zdjął z szyi łańcuszek z nieśmiertelnikiem, na którym wybity miał numer identyfikacyjny i zaszyfrowane hasło.
-Klucz do szyfru pan zna. Do widzenia generale, służba pod pańskimi rozkazami była dla mnie zaszczytem - dodał wstając z krzesła.
Major był wewnętrznie przekonany, że już nigdy nie zobaczy swojego przełożonego. Zaczął odczuwać wyrzuty sumienia, chęć wykonywania swoich obowiązków do samego końca. Pobudki te bardzo szybko stłumiło poczucie beznadziejności sytuacji oraz perspektywa zanurzenia ust w chłodnej cieczy, przepełnioną pieszczącą podniebienie goryczką.

Korytarze bazy opustoszały. Większość pracowników zdążyła już zająć swoje stanowiska i czekała na dalsze rozkazy. Wartownicy patrzyli na majora zdziwionym wzrokiem i żeby nie to, że był on oficerem, zostałby już zatrzymany i doprowadzony do kierownika zmiany a potem do naczelnego.
Po kilu minutach, wciśnięty w kombinezon termiczny i z ochraniaczem na głowie, major jechał w kierunku głównej bramy. Tym razem nie obeszło się be wyjaśnień. Samochód zatrzymany został przez trzech żołnierzy z gotowymi do użycia miotaczami fal elektrycznych.
- A gdzie pan się wybiera majorze, ogłoszono alarm - zapytał jeden z żołnierzy, który podszedł do samochodu.
-Słuchaliście przemówienie naczelnego? - zapytał major z ciekawości.
-Jakie przemówienie? Stoimy tutaj od dwóch godzin. Nie mamy podłączenia do centralnego systemu komunikacji. To o co chodzi z tym alarmem?
Pozostali żołnierze podeszli do samochodu, zapominając o procedurze zatrzymywania pojazdów po ogłoszeniu alarmu. Przez okulary ochraniające oczy przeszywali go żądanym informacji wzrokiem. Major przetrzymał ich w niepewności przez dłuższą chwilę.
-Nic szczególnego, chłopaki. Słońce się kurczy i zamienia się w wielki odkurzacz, który posprząta brudy w naszej galaktyce.
Spojrzeli na niego z niedowierzaniem. O nic więcej nie pytając, jeden z żołnierzy otworzył bramę. Major był pewien, że potraktowali go jako wariata albo osobę, która wypiła o jedną kolejkę za dużo.
Po dojechaniu do głównej drogi zobaczył to, czego można było się spodziewać. Na drodze wyjazdowej z miasta powstał ogromny korek. Samochody wypełnione były po brzegi bagażami. Na dachach niektórych pojazdów przewożone były meble, telewizory i kartony, których nie udało się już upchnąć w środku.
- Po cholerę im to wszystko - zapytał samego siebie, patrząc na sznur samochodów - Dokąd oni uciekają?
Na pas drogi prowadzący do miasta, wjechał przejeżdżając nad nią mostem. Praktycznie cała droga była dla niego. Zasadniczo mijały go pojazdy służb publicznych. Major jechał powoli prawym pasem drogi. Czuł, że już wkrótce będzie po wszystkim. Nie miało dla niego znaczenia, kiedy i jak zginie. Oby nie bolało!
Na wielkich monitorach przy skrzyżowaniach transmitowano wystąpienie prezydenta miasta. Major nie musiał go słuchać by wiedzieć o czym mówi. Po panicznej reakcji mieszkańców wywnioskował, że nie grali na zwłokę. "Ciekawe w jaki sposób postanowili uchronić swoje owieczki?".
Zatrzymał się na parkingu przy bulwarze nad rzeką, a raczej jej zamarzniętym korytem. Rozciągał się stamtąd wspaniały widok na Stare Miasto, zza którego wysokich murów widać był spadziste dachy wyższych budynków lub wież obronnych. Ponad rzeką ciągnął się kilometrowy most, oświetlony aktualnie reflektorami samochodów jadących w kierunku drogi wyjazdowej z miasta. Major poszedł w kierunku mostu, gdyż do jednego z jego potężnych filarów przylegał cel jego wycieczki do miasta - Pub "Topielec". Czasami zastanawiał się, czy nazwa wzięła się od lokalizacji pubu przy rzece, czy też z niezliczonej ilości piwa spożywanego przez jego bywalców.
W środku nie było tłoku. Wszyscy uważnie słuchali, jak tym razem przemawiał Prezydent Państwa.
"... zostaliście już poinformowani o zagrożeniu, którego nikt się nie spodziewał. Chciałbym wierzyć, że w tym momencie wszyscy czytamy tą samą powieść science fiction, jednak tak nie jest. Rada Bezpieczeństwa Międzynarodowego zmobilizowała siły i ustaliła strategię działania. Apeluje do wszystkich Państwa o przygotowanie się do opuszczenia miejsca zamieszkania. Proszę o zabranie ze sobą niezbędnego bagażu. Osoby posiadające środki transportu powinny niezwłocznie udać się do miejsc wyznaczonych przez władze lokalne. Będą to schrony przeciwlotnicze, stacje metra lub inne pomieszczenia znajdujące się pod ziemią...".
Major cierpliwie czekał na zakończenie przemówienia, bo dopiero wtedy barman oderwał wzrok od ekranu telewizora i na niego spojrzał. Miał na sobie pobrudzoną koszulę, która stanowiła jego strój służbowy. Na wielkim brzuchu nie dopinały się wszystkie guziki. Wysoki, szeroki mężczyzna z wyraźnym problemem przeciskał się między ladą a gablotą z alkoholem.
-Kogo ja tu widzę! Nie na służbie?
-Sprawdzam, czy ten lokal nadaje się schron dla mieszkańców miasta.
-Ha, ha,ha...Dobre, podoba mi się to. Piwko na koszt firmy!
Potężną dłonią chwycił po kufel i napełnił go po sam brzeg piwem z kija. Major zanurzył usta w gorzkiej pijanie i bardziej przechyliwszy kufel wlał do ust pierwszy łyk piwa. Długo delektował się jego smakiem.
-Jezu, jak mi tego brakowało - powiedział pod nosem.
-Wytłumacz mi żołnierzyku, o co w ogóle chodzi z tą ewakuacją i słońcem - zapytał barman na tyle donośnym głosem, by zwrócić uwagę wszystkich.
W barze nastała cisza. Wszyscy ze wzrokiem pełnym niepewności czekali na odpowiedź.
-Mam dla was dobrą wiadomość towarzysze! - major postanowił dać upust narastającym od dłuższego czasu emocjom - Niedługo skończy się nasza parszywa egzystencja. Co ja mówię? Nastanie kres tego parszywego świata!
Milczenie. Podpici mężczyźni z trudem trawili to co usłyszeli, albo też czekali na dalszą część przemówienia. Tępym wzrokiem spoglądali na siebie.
-Co ty tu pieprzysz? ! - ciszę przerwał barman - Jak będziesz tak dalej pierdolił to ciebie wypieprzę z tego baru na zbity pysk, zanim zdążysz połknąć piwo!
-Jedno pytanie - major nie dawał za wygraną - Kto był dzisiaj na zewnątrz?
Nikt się nie zgłosił. Całe towarzystwo musiało tu trafić wczoraj wieczorem.
-To polecam spacer. W mroku.
-Co, już jest... - zerwał się szczupły, wysoki mężczyzna z rozczochraną czupryną - Kto tu ma zegarek?
-Ja, ja mam...he,he.. dostałem od mamusi na komunię - wybełkotała osoba siedząca przy stoliku obok niego.
-No i co?
-Co, co? O co ci znowu chodzi?
-Kurwa, która godzina?!
- A, trzeba było tak od razu. Już...co jest... popsuł się.
-Jak to popsuł?
-Chodzi w kółko.
-No tak, komunię to ty miałeś dawno.
-Ty, odpieprz się. Znowu zaczynasz? Chcesz po ryju?!
Major przestał przysłuchiwać się kłótni. Spoglądając na alkohol zgromadzony w regale popijał piwo - piwa, tanie wina i trudna do przełknięcia wódka. Zastanawiał się, co właściwie powinien zrobić. Po raz ostatni w życiu upić się, czy też szukać schronienia w podziemiach. Założenia logiczne, w zasadzie jedyne na takie zagrożenie. Być może Ziemia zostanie wciągnięta w całości i tam po drugiej stronie będzie można jakoś funkcjonować. Wówczas osoby ukryte pod ziemią mają szansę na przeżycie tej podróży. Nie, to bez sensu! Przy takiej grawitacji! Rozerwie nas na strzępy.
-Chyba nie dają stopnia majora za ilość wypitego piwa?
Do majora podszedł młody mężczyzna. Nie pasował do całego towarzystwa. Ubrany w jeansy i bluzę sportową, ze starannie ułożonymi na żel włosami i pedantycznie ogoloną twarzą.
-Co ty robisz w takim miejscu jak to? - zapytał major spoglądając na niego zdziwionym wzrokiem - Powinieneś budzić się koło pięknej dziewczyny poderwanej na dyskotece.
-Tym razem nie było na dyskotece ładnych dziewcząt.
-Student?
-Po czym widać?
Major nie odpowiedział. Popijając piwo kątem oka spoglądał na chłopaka, który delektował się tym samym trunkiem. W telewizji nadawali kolejne wiadomości. Powtórzono przemówienie prezydenta, przedstawiono sytuację na drogach. Barman zmienił kanał na program z teledyskami. Przy rockowej i metalowej muzyce piwo smakowało jeszcze lepiej. Wrzaski, bębnienie i piłowanie gitary skutecznie odganiały myśli o obecnej sytuacji.
- Nie słucha pan wiadomości? - zapytał student.
- Nie, jakie to ma znaczenie.
-Pan już chyba wszystko wie, w końcu jest pan wojskowym
-Całej prawdy chyba nikt nie wie, no może z wyjątkiem Boga.
-Bóg, jedna wielka ściema - odbąknął student pod nosem.
Major dawno nie spotkał się z tak kategorycznym zaprzeczeniem istnienia Boga.
-Nie wierzysz w Boga? - pytanie to było retoryczne, jednak prowokowało dyskusję.
-Nie, zbyt wiele religii mówi o Bogu twierdząc, że to ich wersja jest święta i prawdziwa.
-Bóg ma wiele imion, pewnie i twarzy....A w co ty w ogóle wierzysz?
Major zauważył błysk w oczach studenta.
-W jedyną, najprawdziwszą prawdę - reinkarnację. W przyrodzie nic nie ginie, nawet dusza. Tak został ukształtowany świat.
Major wypił głębszy łyk piwa. Drażniąc kubki smakowe, zastanawiał się nad słowami młodego człowieka. "Jezu, pozostało mi kilka minut, może kilka godzin życia a ja prowadzę dyskusje teologiczne". Nurtowała go jednak jedna myśl.
-Wytłumacz mi jedno. Dokąd powędruje nasza dusza, gdy Ziemia zostanie rozerwana na strzępy i staniemy się tylko pyłem gwiezdnym?
-Nie rozumiem. Dlaczego pyłem gwiezdnym?
-To proste. Ziemia przyciągana jest przez czarną dziurę, w którą zamieniło się Słońce. Albo przejdziemy w całości, albo też zostaniemy rozerwani na strzępy. Kapujesz? Zresztą nawet jak przejdziemy to grawitacja nas nie utrzyma i ...
Student opuścił kufel na podłogę. Brzdęk tłuczonego szkła przerwał wszelkie rozmowy. Wszyscy patrzyli na młodego człowieka, który powoli cofał się w kierunku wyjścia, potykając się co chwilę o krzesła i stoły.
-Co mu się kurwa stało? Ty, major? Coś mu zrobił? - zapytał barman - Nawąchał się czegoś?
-Ja też chcę, poproszę to samo co on łykał! - krzyknął jeden z biesiadników.
-Dla mnie podwójna dawka. Mam w końcu więcej ciała od tego chudzielca.
W barze rozległ się śmiech. Ponownie nastała grobowa cisza, gdy student zbliżył się do śluzy prowadzącej na zewnątrz.
-On chyba nie wyjdzie bez kombinezonu...
Major nie czekał na odpowiedź. Pobiegł w kierunku wyjścia. Widząc to student nacisnął guzik otwierający śluzę.
-Zostaw mnie! - krzyknął - Zostaw mnie w spokoju!
Majorowi udało się chwycić go za rękaw, ale on wyrwał się i wybiegł na zewnątrz. Śluza automatycznie się zamknęła.
-Mój Boże...już po nim.
Na początku cała skóra piecze, przybierając czerwoną barwę. Z trudem można złapać oddech. Następnie skóra staje się sina, szaroniebieska "marmurkowa", a w końcu białoblada. Powieki są coraz cięższe, by ostatecznie zamknąć się na wieczność. Podobno niektórym udawało się wytrzymać na zewnątrz bez kombinezony przez kilka minut. W takich sytuacjach nie odbywało się jednak bez amputacji co najmniej części odmarzniętej kończyny.
Major bił się ze swoimi myślami. Gnębiły go wyrzuty sumienia. Czuł w głowie jeden wielki mętlik.
Barman pogłośnił kanał z teledyskami. Klienci powrócili do przerwanych rozmów. Zupełnie, jakby nic się nie stało.
-Przecież ten człowiek zginął! Czy to wasz w ogóle nie rusza?! - krzyknął major.
-I czemu się prujesz? - odpowiedział barman spokojnym głosem - Nie on pierwszy wyskoczył stąd zapominając o kombinezonie. Zresztą, ma być koniec świata, nie?
-Ja to pierdole....
-To se pierdol.
-Wiecie co zrobię?!
Tym razem wszyscy zwrócili na niego uwagę. Czuł na sobie skupienie kilkunastu par oczu osób, które w pijackim amoku czekały na dalszy bieg wydarzeń.
-No co? - zapytał barman - Czekamy.
-Napije się piwa....na zewnątrz.
-Hmm, klika łyków zdołasz.
-Daj mi jedno, na wynos.
Wszyscy patrzyli na niego z niedowierzaniem. Z pewnością nikt nie potraktował jego słów poważnie. Z wyjątkiem jednej osoby - barmana.
-Trzymaj, całą zgrzewkę. Na koszt firmy.
-Kurna, tyle piwa. Jedno mu wystarczy! - zaprotestował jeden z klientów baru.
-Twoja pijacka łepetyna i tak nie zmieści kropli więcej! Trzymaj żołnierzyku. Wypij nasze zdrowie. Przynajmniej nie zdechniesz w tej norze.
Major chwycił zgrzewkę piwa i skierował się ku śluzie. Z każdym kolejnym krokiem narastało w nim coraz więcej wątpliwości. Ból, cierpienie. Po co to wszystko? Śmierć po kilku minutach. Myślami powrócił do dnia, kiedy po zdanym egzaminie, poszedł na bulwar by tam patrząc na Wisłę, delektować się goryczką schłodzonego piwa. Uroku tego wspomnienia nie popsuł nawet fakt, że dostał wówczas mandat za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym. "Przynajmniej nie zdechniesz w tej norze". Ostatni łyk piwa na świeżym powietrzu. Ostatni spacer bez kombinezonu.
-Trzymajcie się, chłopaki - powiedział spokojnym głosem czekając na otwarcie śluzy - Czas na małą przechadzkę.
Wyszedłszy na zewnątrz bał się złapać oddech, by nie zmrozić płuc lodowatym powietrzem. Dokładnie obserwował skórę na rękach. Jeszcze nic się nie działo. Pospiesznie wyciągnął piwo ze zgrzewki i otworzył puszkę. Nadal nic. Brakowało mu powietrza. Dwa wdechy a potem piwo. Powinno się udać. Miał nadzieje, że piwo nie rozsadzi mu nazbyt szybko przełyku. Pierwszy oddech i nic. Tego się nie spodziewał. Powietrze było chłodne, ale nie lodowate. Drugi oddech. Dłonie miał chłodne, ale na skórze nie było żadnych zaczerwienień.
-Co jest?!
Wypił łyk piwa. Schłodzone, ale nie lodowate. Wszystko w normie. Zaczął swobodnie oddychać. Rozejrzał się uważnie w około. Mostem nadal przemierzał sznur pojazdów. Światała reflektorów przecinały panujący mrok. Trasa wylotowa z miasta była całkowicie zakorkowana. Major wypił kolejny łyk piwa.
-Jezu, ja jeszcze żyje. Ciekawe jak długo...
Poszedł w kierunku Wisły. Na ostatnim schodku bulwaru zauważył postać bez kombinezonu. Nie miał żadnych wątpliwości, kim ona jest. Ostrożnie schodził by nie uronić kropli bezcennego napoju.
-Może piwka? - zapytał studenta.
Młody człowiek spojrzał na niego zdziwionym wzrokiem.
-Jak tu się znalazłeś?
-Tak samo jak ty.
-Czy my jeszcze żyjemy?
-Piwo nadal jest mokre i ma posmak goryczki, czyli nie jesteśmy chyba jeszcze zagubionymi duszami.
-Daj spokój!
-Dobra, przepraszam. Widzę, że jesteś na tym punkcie wyjątkowo przeczulony.
Major usiadł na schodku i popijając piwo spoglądał na nurt rzeki.
-Nawet mi się nie śniło, że kiedykolwiek jeszcze tak sobie usiądę. Może ta chwila jest nawet cenniejsza od reszty życia w kombinezonie?
Student usiadł obok niego.
-Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego my jeszcze żyjemy.
-Podejrzewam, że jesteśmy coraz bliżej słonecznej czarnej dziury. Kurcze, to brzmi absurdalnie.
-Przecież słońca już nie ma. Jest ciemno, nie ma promieni.
-Nie wiem, może to jakaś inna energia nas ogrzewa. Mniejsza z tym. Napij się piwa.
Major podał puszkę z piwem. Student przez moment wahał się, ale ostatecznie wziął puszkę i podziękował delikatnym uśmiechem. Widać było, że stopniowo opadało wzburzone w nim napięcie.
Mężczyźni w milczeniu wpatrywali się na niekończący się sznur samochodów podążających mostem. Niebo było czarne - bez gwiazd czy księżyca, których blask potrafił przebić się przez najgłębszy mrok.
-Czujesz... - ciszę przerwał student - Robi się coraz cieplej.
-Racja, rzeczywiście. Powietrze bardzo szybko się nagrzewa.
-W jaki sposób zginiemy?
-To znaczy?
-Nie wiem, zostaniemy rozerwani, ugotujemy się....
Major nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Wypił kolejny łyk piwa. Starał się nie myśleć o tym co nieuchronne. Delektował się tą krótką chwilą życia. Jedni uciekali łudząc się, że przetrwają - nawet mając w perspektywie spędzenie reszty życia pod ziemią, on zaś siedział biernie czekając na to co nieuchronne.
-Znam odpowiedź na twoje pytanie, te które zadałeś w barze.
-Jakie pytanie?
-Co będzie z wędrującymi duszami, gdy Ziemia zostanie rozerwana na strzępy. To proste. Jesteśmy cząstką Wszechświata. Przecież, w naszej wędrówce, nie musimy wrócić na Ziemię. Śmierć i reinkarnacja ma wymiar uniwersalny. Rozumiesz?
Major domyślał się, co młody człowiek miał na myśli. To nie było głupie. Gdzieś musi być inne życie, lepsze albo gorsze.
-Kurcze, może właśnie na tym polega istota piekła i nieba. Nasza dusza wędruje i trafia do innego świata, w którym egzystencja może być cierpieniem albo wiecznym szczęściem. Tylko, czy można umrzeć w niebie lub piekle, by znowu wędrować i trafić...
-Patrz!
Major podążył wzrokiem za wskazującym palcem studenta. Na niebie można było zobaczyć przesuwające się planety i inne ciała niebieskie. Powietrze było coraz cieplejsze. Mężczyźni zaczęli się pocić. Zdjęli kurtki i bluzy. Rzucone na ziemie ubrania zaczęły się powoli przemieszczać i nawet trochę unosić do góry.
-Niesamowite.
-Mamy coraz mniej czasu - stwierdził poważnie major - Trzeba zacząć działać.
-Mówiłeś...
-Zmieniłem zdanie. Łykaj to piwo jak najszybciej, bo za kilka minut zrobi się z niego grzaniec, a ja nie zabrałem ze sobą goździków. Boże ...- głos majora nagle się załamał, po jego oczach spłynęły strumienie łez - ...pomóż nam.
Student usiadł na ziemi w pozycji kwiatu lotosu. Zamknął oczy, wyrównał oddech. Major zbliżył się by dokładniej mu się przyjrzeć w panującym mroku. Dostrzegł na twarzy młodzieńca delikatny uśmiech. Nie przeszkadzał mu. Nie chciał wyprowadzić go z tego stanu.
Oddalił się na odległość kilku metrów by tam wykończyć zapas piwa. Ciśnienie na pęcherz nie dawało mu spokoju. Nie zamierzał czekać by się przekonać, czy zdoła wytrzymać do końca świata. Strumień moczu skierował ku rzece. On jednak uniósł się ku górze, w kierunku planet widocznych na niebie.
-No to zaczęło się...

Grawitacja w Słońcu wzrosła na tyle, by zaczęło ono pochłaniać całą wytworzoną przez siebie energię. Stopniowo przyciągało ono znajdujące się jego pobliżu ciała niebieskie. Najpierw drobne asteroidy, następnie planety. Wytwarzająca się w ten sposób energia zbliżała do trudnych do wyobrażenia rozmiarów, by ostatecznie spowodować ogromną eksplozję - kolejny wielki wybuch.

[Ustka, 10 września 2006 roku]


Piotr Piątak [ ppiatak@wp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści