Przejdź do spisu treści...

By nigdy nie być takim jak oni :: Cz.2 : Nadzieje

Ja, czyli przeklęty

Mając nareszcie upragnione książki postanowiłem jak najprędzej zacząć kontynuować ich tłumaczenie. Jak już wspominałem w okolicy ciężko było znaleźć uczoną Żydówkę. Ciężko było tu w ogóle znaleźć jakiegokolwiek Żyda. Cokolwiek by mówiono o dzielnicach portowych to tak naprawdę jest tu tylko brud, kurz i kiepskie piwo.
Bez żalu żegnając się z obskurnymi pubami, brudnymi dziwkami i pijakami ruszyłem szukać pracy w innym miejscu. Szło mi to raczej topornie, gdyż ludzie byli względem mnie raczej nieufni. Niejeden wyrzucił mnie z zakładu, niejedna pokojówka pognała mnie ze ścierką.
Poszukiwania zajęły mi cały dzień. Zbliżał się wieczór. Zrezygnowany usiadłem na schodach jakiegoś domu. Myślałem, że przyjdzie mi na nich spędzić noc. Zapalałem właśnie fajkę gdy z drzwi za mną wyszedł... Barry. Barry był moim przyjacielem z sierocińca. Nieraz wprawdzie pobiłem go teczką, lecz czy to było teraz ważne? Uradowani spotkaniem przegadaliśmy chyba całą wieczność. Barry opuścił sierociniec rok po mnie i także wyruszył do Nowego Yorku w poszukiwaniu szczęścia. Pewnego razu zaszedł tutaj i obronił pewną miłą dziewczynę zwaną Carly przed zbyt natarczywym jegomościem. Okazało się, iż był to jej "Stały, upierdliwy klient", który nie mając pieniędzy "chciał na kredyt". Właściciel burdelu w nagrodę dał mu pracę alfonsa. Niestety niecały rok później padł na zawał. Teraz Carly została właścicielką przybytku i zarazem żoną Barrye'go.
Barry wysłuchawszy mojej historii spytał mi się krótko:
- Czemu nie zostaniesz rajfurem?
Nie widziałem przeszkód.
Praca w burdelu okazała się sympatyczniejsza niż się spodziewałem. Dostałem porządny pokój, nowe ubranie i trzy przemiłe panny pod opiekę. Wieczorami "pracowałem", a za dnia odsypiałem. Praca moja miała dwa warianty. W dni nieparzyste spacerowałem z podopiecznymi ulicą. W dni parzyste siedziałem z nimi w barze na dole. Oczywiste było, że lubiłem bardziej ten drugi wariant. Było wesoło, piwo lało się strumieniami. Lecz broń Boże, nie pomyślcie sobie, że dochodziło tam do jakiś burd. Dom publiczny miał dobrą renomę. Lubiłam zasiąść w kącie, na moim ulubionym fotelu, oglądać wdzięczne pląsy dziewcząt podczas gdy Carly grała na gitarze hiszpańskiej. Tak mijały mi miesiące. Czułem się szczęśliwy lecz nie był to jednak czas tak wspaniale spędzony jak przy Rebece.
Jednak sielanka ta nie mogła trwać wieczność. Przypomniałem sobie wreszcie, że lat przybywa a nie ubywa. Cenna młodość wypływa ze mnie nieubłaganie. Chcąc nie chcą musiałem wrócić do ksiąg. Początkowo nawet nie starałem się specjalnie ich tłumaczyć. Po prostu bezmyślnie przekładałem sobie znaki w głowie. Lecz pewnego wieczoru brutalnie zdałem sobie sprawę, że czas płynie a ja nie robię nic, zupełnie nic. Gdy wróciłem nie położyłem się jak zwykle spać, lecz przysiadłem do ksiąg. Przystąpiłem do tłumaczenia. Rozumiałem wprawdzie co któreś słowo, lecz ogólny sens wyszedł na jaw. Bóg i Szatan byli małżeństwem. Stworzyli oni świat wspólnie w sześć dni. Na koniec każdy stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Dziełem Boga był mężczyzna, Adam. Dziełem Szatana... kobieta, Lilith.
Siedziałem nad tą książką i nie mogłem uwierzyć. Zadawałem sobie pytanie, co to w ogóle jest?! Jakaś inna Biblia? Co to niedorzeczności? Czy mogę tam znaleźć odpowiedź na moje pytanie?! Porzuciłem księgi w najdalszy kąt. Musiałem znaleźć teraz inną drogę.
Mając wreszcie pieniądze mogłem pozwolić sobie na włóczenie się po antykwariatach. Miałem nadzieję spotkać w nich bardziej interesujące i wartościowe tomy. Kupowałem dzieła o najdziwniejszej tematyce. Głębokie studia poświęciłem dziełu o światach leżących równolegle do naszego. Pochłaniałem pamiętniki opętanych nauką alchemików, żyjących dwieście lat temu. Rozważałem nawet wynajęcie bibliofila. Jednak wszystkie te wysiłki spełzały na niczym. Czasem oglądałem księgi Rebeki, z wyrzutem przewracałem ich sypiące się stronice winiąc je za bezowocne trudy.
Moje zmartwienia musiały się chyba odbić na zachowaniu, gdyż Barry wziął mnie pewnego dnia na bok i spytał o powód mojego smutku. Przez chwile wahałam się, lecz w końcu powiedziałem mu o swoim celu. Byłem ciekaw jak zareaguje. Barry jednak, ku mojemu zaskoczeniu, wybuchł gromkim śmiechem, po czym zaprowadził mnie do swojego biura. Wyjął z jednej z szuflad pudełko i postawił je na stole. W pudełku był... niewielki pistolet i pięć pocisków. Barry dał mi go do ręki i powiedział słowa których nigdy nie zapomnę. Słowa, których żałuję, że nie posłuchałem. Powiedział:
- Ben, czemuż się tak tym zamartwiasz? Życie starca nie jest złe. A jak nie chcesz nim zostać, weź sobie ten o to przedmiot i przystaw do łba. I gwarantuje ci to, nigdy nie będziesz takim jak oni - zakończył pokazując wiszący na ścianie obraz przedstawiający dwuch dziadów grających w kości na beczce.
Nie mogę ukryć, iż na samą myśl przeszedł mnie dreszcz. W tej chwili, mój cel wydał mi się tak niemożliwy, jak nigdy w życiu.


Vampire Zelda [ kyuketsuneki_hime_zelda@wp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści