Przejdź do spisu treści...

Plaga

Ponury hałas igrał z moją wyobraźnią. Co mógł oznaczać?
PLASK. PLASK. PLAS. PLASK. PLASK.
Chciałem sprawdzić, co dzieje się na zewnątrz, ale roztrzęsieni mężczyźni wbiegli do środka.
- Grzesiek, zabarykaduj drzwi! - nakazał Darek.
- Czy ja to widziałem naprawdę, doktorze? - zapytał Madejski, który wyglądał, jakby zobaczył upiora.
Doktor Grzegorz zamknął drzwi na klucz i powiedział do Darka:
- Pomóż mi.
Przysunęli do drzwi komodę.
Stałem jak wryty, nie wiedząc, co się dzieje.
Filip Madejski zbladł. Osunął się na kanapę i oddychał ciężko.
Spojrzałem na Darka, który biegał po pokoju podenerwowany.
Doktor wydawał się nieobecny, jakby myślał o czymś całkowicie niezwiązanym z wydarzeniami rozgrywającymi się w parku zoologicznym.
- Doktorze, żądam wyjaśnień - oświadczyłem. - Dlaczego siedzę uwięziony w tym pokoju? O wpół do czwartej muszę być w redakcji, a tutaj rozgrywa się jakaś paranoja!
- Obawiam się, że nie da pan rady wrócić do redakcji - powiedział zasępiony Grzegorz.
- Proszę mi wyjaśnić, co tu...
Wtedy coś z impetem walnęło w drzwi. Dudnienie powtórzyło się wielokrotnie. Ktoś próbował dostać się do środka.
- Co robimy? - zapytał Darek.
- Mam coś, co powinno je powstrzymać.
- Środki usypiające?
- Na wszelki wypadek zawsze nosiłem przy sobie pistolet.
Grzegorz wyciągnął z kieszeni niedużą, niekonwencjonalną broń i w lufie umieścił czerwoną ampułkę zakończoną igłą.
Widziałem jak z przerażenia trzęsą mu się ręce. Po czole Darka lał się pot. Miał nietęgą minę.
ŁUP!
Kolejny atak na drzwi.
Nic nie rozumiałem z zaistniałej sytuacji, ale czułem, że dzieje się coś potwornego.
Wówczas nie miałem pojęcia, iż zobaczę piekło na ziemi.
ŁUP!
- Odsuń się i stań w rogu - powiedział do mnie Darek.
ŁUP!
Trzask wyłamanych drzwi sprawił, że przysunąłem się bliżej ściany.
Zamarłem.
W progu pojawił się wielki, dwumetrowy jaszczur, stojący na dwóch nogach. Całe jego ciało pokryte było zgniłozielonymi łuskami, oprócz ramion, karku, pleców i głowy, z których wyrastały czarne kłaki. Najbardziej ohydne wydawało się to nienaturalne połączenie i kontrast. Potwór miał małpią głowę i twarz, natomiast reszta tułowia pasowała do jakiegoś płaza. Lustrował pomieszczenie czerwonymi ślepiami. Z pyska wystawał mu węży język. Z niedomkniętej paszczy wyłaniały się ostre kły, których widok mroził krew w żyłach. Posturą oraz brakiem ogona w pewien sposób przypominał sylwetkę człowieka. Nozdrza rozszerzały mu się rytmicznie, kiedy obwąchiwał pomieszczenie. Jednak kilkunastocentymetrowe pazury, wyrastające z czterech palców połączonych błoną najbardziej przykuwały uwagę i jednocześnie przerażały. Tak samo palce u nóg zakończone były ostrymi szponami.
Ugięły się pode mną kolana. Wydawało mi się, że potwór, który stał w progu jest tylko sennym koszmarem. Zaraz się obudzę i wszystko wróci do normy. Tak się niestety nie stało.
Grzegorz wystrzelił ampułkę, która wbiła się w tors małpojaszczura.
Kreatura wydała z siebie przeraźliwy wrzask. Przed oczami stanęły mi sceny z Parku Jurajskiego.
Doktor załadował następną ampułkę i wystrzelił po raz drugi.
Stwór rzucił na Darka, który stał najbliżej. Madejski zerwał się z kanapy i położył na ziemi. Był cały roztrzęsiony.
Półjaszczur wbił pazury w klatkę piersiową Darka i przycisnął go do ściany. Oczy syna Madejskiego wyglądały, jakby zaraz miały wyskoczyć z oczodołów. Jęczał chrapliwie i wierzgał nogami jak dzikie zwierzę. Stwór przyglądał mu się z uwagą, po czym zatopił swe kły w jego gardle. Łapczywie pochłaniał krew wraz ze skrawkami rozharatanego przełyku.
Zrobiło mi się niedobrze. Myślałem, że zaraz zwymiotuję. Spojrzałem na Madejskiego, który zaciskał pięści w cierpieniu.
Małpojaszczur nieznacznie podrzucił w pysku wyrwane mięso tak, by lepiej mógł je przeżuwać. Po chwili, w wyniku działania trucizny, zdrętwiał i osunął się na ziemię razem z martwym Darkiem. Widok przedstawiał się upiornie i groteskowo. Na poplamionej krwią podłodze leżał nieżywy syn Madejskiego z wygryzionym gardłem. W jego klatce piersiowej tkwiły pazury nieznanej istoty.
Kiedy człowiek zmaga się z ogromnym stresem i lękiem, do głowy przychodzą mu różne absurdalne myśli. W tamtej chwili uznałem, że doszło do inwazji obcych na naszą planetę. Jakże się myliłem.
Madejski uklęknął nad synem i zaniósł się płaczem. W szoku wymawiał niezrozumiałe, urywane zdania.
Do pokoju wbiegł kolejny stwór i skierował ślepia na skulonego ze strachu Madejskiego. Zacharczał głośno i zaraz znalazł się tuż przy bezbronnym właścicielu zoo. Zbliżył ku niemu odrażający łeb, błyskawicznie zaciskając mordercze szczęki na bicepsie Filipa. Rozległ się straszliwy krzyk. W powietrze wytrysnęła struga krwi, wydobywająca się dużymi ilościami z tętnicy, zalewając wszystko, co znajdowało się w pobliżu. Madejski jęczał, błagał o pomoc, a ja wpatrywałem się tylko w muskularne plecy kreatury.
Po dosłownie pięciu sekundach, kiedy wrzaski ucichły, oderwałem wzrok od przejmującego widoku.
Wybiegłem za Grzegorzem na korytarz. Naszym oczom ukazała się prawdziwa makabra. Turystów zwiedzających zoo, rozszarpywały dziesiątki identycznych małpojaszczurów. Niektóre były większe, inne mniejsze, ale tak samo krwiożercze.
- Jezu... - jęknąłem.
- To była tylko kwestia czasu... wiedziałem, że zaatakują zoo.
- Coś ty powiedział? - chwyciłem Grzegorza za łokieć. - O co tu właściwie chodzi? Gadaj! Co wiesz o tych skurwielach?!
- Pracowałem dla Madjeskiego. Zajmuję się genetyką. To dzięki mnie Madejski miał tak niezwykłe okazy. Razem z innymi laborantami stworzyliśmy małe... Jakby to powiedzieć? Zawirowania genetyczne - uśmiechnął się. Zrozumiałem, że oszalał. - Wypuściliśmy kilka na mokradła, szybko się mnożą, ale do rozmnażania potrzebują mięsa. Ludzkiego mięsa. - Znowu parsknął śmiechem. - Są ich setki i teraz będzie jeszcze więcej. Z każdym dniem, będzie przybywać tych potworów. To wymknęło nam się spod kontroli. Miały być małymi jaszczurami. Miały - zaczął bardzo szybko mówić - przystosować się do środowiska. Chcieliśmy stworzyć nowy gatunek, niegroźny. Dlatego wypuściliśmy kilka na tutejsze łąki i mokradła. Jeśliby dostosowały się do środowiska, może dostalibyśmy Nobla? Miałby być nie groźne. Jezu, to była tylko próba! To był tylko niewinny eksperyment.
Słuchałem, nie mogąc uwierzyć. Jeżeli ludzie potrafią klonować drugiego człowieka, dlaczego nie daliby rady stworzyć czegoś takiego? Dotarło do mnie, że znaleźli się szaleńcy, którzy nie potrafili używać umiejętnie wiedzy. Nauka założyła czarne klapki na ich oczach i przyćmiła normy etyczne. Kiedyś musiało do tego dojść.
- Jak to powstrzymać? - zapytałem, stojąc nadal w głębi korytarza i wpatrując się jak małpojaszczury zaspokajają swój głód.
Roześmiał się.
- Chyba żartujesz. Tego nie da się powstrzymać. To jak reakcja łańcuchowa. Im będą bardziej syte, tym więcej jaj złożą. Im więcej jaj, tym więcej jaszczurów. Im więcej jaszczurów, tym więcej nieboszczyków. Są jak zombie. Zaatakują miasta, już to robią. Odszedł kilka kroków ode mnie i zaczął kierować się ku wyjściu z korytarza. Powłócząc nogami, oddalał się coraz bardziej.
- Zaczekaj! Rozerwą cię na strzępy!
Odwrócił się do mnie i szedł powoli do tyłu.
- Plaga. Jestem za nią odpowiedzialny.
Wiedziałem, co chciał zrobić, ale nie powstrzymałem go. Wyjął pistolet i przystawił go sobie do gardła. Zanim wystrzelił, oznajmił spokojnym głosem:
- Wolę, żeby mnie rozszarpały, gdy będę już w piekle.
Pociągnął za spust.
Osunął się na ziemię.
I wtedy dwa potwory dostrzegły mnie.
Ruszyły moją stronę.
Odwróciłem się i pobiegłem ku końcowi korytarza.
Drzwi.
Na szczęście otwarte.
Jeden ze stworów zadowalał się mięsem martwego Grzegorza, drugi postanowił mnie dopaść.
Uderzył w drzwi. W ostatniej chwili przekręciłem klucz. Poczułem jak mocno bije mi serce. Znalazłem się w wąskim pomieszczeniu. Zamiast ściany usytuowano plastikowe szyby, dzięki czemu widoczny był parking, oddalony o około piętnaście metrów. Wystarczyło, że przebiegnę przez trawnik i dotrę do samochodu. Jednak najpierw jakimś sposobem musiałem wydostać się na zewnątrz.
Rozległ się kolejny grzmot. Wiatr poruszał mocno gałęźmi drzew, chyląc je na wszystkie strony. Na szybach pojawiły się pierwsze krople deszczu.
Szukałem przedmiotu, którym rozbiłbym szybę. Dudnienie w drzwi przyśpieszyło moje działanie. Wziąłem do rąk blaszany kosz na śmieci i huknąłem nim o szybę. Zero efektów. Ponowiłem próbę, ale plastik trudno wyłamać. Gdy zobaczyłem długie szpony wystające zza framugi odgiętych drzwi, zacząłem działać jak w transie. Desperacko waliłem koszem z całej siły, aż w końcu szyba wypadła.
Droga wolna.
Wahałem się kilka sekund. Nie znałem fizjonomii tych małpojaszczurów. Nie wiedziałem, czym kierują się w polowaniu. Węchem? Wzrokiem? A może obydwie opcje wchodziły w rachubę?
Raz.
Dwa.
Teraz!
Ruszyłem przez trawnik, nie oglądając się za siebie. Deszcz zacinał mi w twarz. W jednym momencie poślizgnąłem się na mokrej trawie, ale utrzymałem równowagę. Podczas ucieczki słyszałem wycie rozszarpywanych ludzi w zoo. Przed oczami stanęły mi obrazy mordu. Walające się ręce, nogi, z których stwory wyszarpywały zębami i pazurami mięso. Jednak najgorsze było niepodważalne podobieństwo stworów powstałych na wskutek szalonych eksperymentów genetycznych do człowieka.
Człowiek i bestia...
Dobiegłem do samochodu. Wyjąłem z kieszeni spodni kluczyk, lecz miałem wielkie trudności, by wsadzić go do zamka. Ręka trzęsła mi się ze strachu. Dopiero, gdy ująłem kluczyk w obydwie dłonie, udało mi się otworzyć drzwi. Wsiadając do samochodu, usłyszałem złowrogie PLASK! PLASK!
Zamknąłem drzwi na blokadę zamków i zapaliłem silnik. Niebo przecięła żółta błyskawica, wyglądająca jak poskręcany drut. Szybę zalewały strugi deszczu. Włączyłem wycieraczki na najszybszy tryb i wycofałem Nissana z parkingu. W lusterkach sprawdzałem, czy nie ma za samochodem ohydnych kreatur, lecz na całe szczęście nie dostrzegłem żadnej.
Wyjechałem na główną drogę. Poczułem ucisk w żołądku, kiedy zobaczyłem stojące w trawie dwa małpojaszczury. Wpatrywały się w samochód, ale pozostały w miejscu. Widocznie były już wystarczająco najedzone.
Włączyłem radio, skąd dochodził ciągle ten sam komunikat: Plaga, Apokalipsa. Redaktor informował o niewytłumaczalnych atakach stworów na pobliskie miasta. "Na ulicach dochodzi do potwornych rzezi".
Nadal nie mogłem uwierzyć, że jestem świadkiem ataku mutantów na ludzi. To brzmiało jak komiksowa fabuła dla spragnionych wrażeń dzieciaków. Jednak widziałem na własne oczy masakrę w zoo. Małpojaszczury wybiegające z budynku i dwa przy drodze. W pamięci utkwiły mi widoki rozszarpywanych ludzi. Rozlewanej krwi i mięsa przeżuwanego przez kreatury. Musiałem zdać sobie sprawę, że to nie jest bajka ani sen. Rozpoczęło się jakieś niewytłumaczalne dzieło zapoczątkowane przez człowieka. Teraz wszystko w rękach Boga.
Wyłączyłem odtwarzacz audio, ponieważ słabo odbierał fale radiowe i dało się słyszeć ciągłe zakłócenia. Powietrze było przesycone elektrycznością.
Wycieraczki nie dawały sobie rady ze strumieniami padającego deszczu. Musiałem pochylić się do przodu, by lepiej widzieć jezdnię.
Wjechałem na teren zabudowany. Musiałem uważać, gdyż wzdłuż jezdni leżały przewrócone słupy wysokiego napięcia. Pourywane druty elektryczne poruszały się jak wąż, polujący na swą ofiarę. W połączeniu z mokrą nawierzchnią tworzyły iskry.
Wcisnąłem hamulec z całej siły, gdy kilkanaście metrów przed samochodem zobaczyłem kobietę, machającą nerwowo rękoma. Wpadłem w poślizg, lecz zdołałem opanować Nissana. Zahamowałem za dziewczyną, która błagalnym gestem prosiła mnie, bym otworzył drzwi. Przyjrzałem się jej uważnie. Niewysoka, o blond włosach sięgających ramion i zaokrąglonej twarzy. Jej policzek umazany był strugą krwi, płynącej z rany na czole.
Wpuściłem ją do środka.
- Dzięki! - Pocałowała mnie szybko w policzek. - Jedź stąd! Tam jest pełno jaszczurów! Udało mi się uciec.
- A inni?
- Nie ma już innych - mruknęła.
I tak nie byłem w stanie udzielić pomocy wszystkim ludziom. Odjechałem, nie ryzykując spotkania z potworami.
Przypomniałem sobie wilgoć jej ust na moim policzku. Była tak rozdygotana, że widocznie potrzebowała bliskości i ciepła. W takich sytuacjach należy przytulić bądź objąć ramieniem drugą osobę. Gdybym mógł, zrobiłbym to.
- Jesteś ranna.
Dotknęła czoła. Na jej palcach pojawiła się lepka krew.
- Och...
- Poczekaj, dam ci chusteczkę.
- Dzięki.
- Boli cię?
- Trochę.
- W bagażniku mam apteczkę, ale chyba nie będziemy się teraz zatrzymywać.
- Nie, lepiej nie - uśmiechnęła się nieznacznie. - Dobrze, że akurat tędy przejeżdżałeś. Gdybym się stamtąd nie wyrwała...
- Nie myśl o tym. Jak masz na imię? - Pisałem kiedyś artykuł o GOPR-owcach. Od jednego z ratowników dowiedziałem się wielu przydatnych rzeczy np. jak postępować z innymi ludźmi w skrajnym niebezpieczeństwie i strachu. Pierwszą ważną rzeczą, która najbardziej utkwiła mi w pamięci, to zagadanie drugiej osoby tak, aby nie wracała pamięcią do traumatycznych przeżyć lub nie myślała o obecnej dramatycznej sytuacji.
- Marta.
- Adam. - mimo goprowskiej wiedzy zdołałem jedynie wykrztusić własne imię.
Zabrakło mi pomysłów na podtrzymywanie rozmowy. Byłem przytłoczony wydarzeniami sprzed ostatnich minut w takim stopniu, że potrafiłem tylko wpatrywać się tępo w jezdnię.
Marta przerwała pytaniem nieznośne, prawie dziesięciominutowe milczenie:
- Dokąd jedziesz?
- Do Bielska. Do Sfery. Tam czekają na mnie przyjaciele.
- Mogę jechać z tobą.
- Jasne.
Wyjąłem z kieszeni telefon komórkowy i wybrałem numer do taty. Musiałem ich ostrzec przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Oby nie było za późno...
Odczekałem dwie minuty i nadal nikt nie odpowiadał. Poczekałem jeszcze chwilę i nagrałem się na automatyczną sekretarkę.
- Tato, pozamykajcie wszystkie drzwi w domu i nie wychodźcie na zewnątrz. Nie będę wam teraz tłumaczył, o co chodzi, bo nie ma na to czasu. Posłuchajcie radia. Dowiecie się. Zostańcie w domu. Proszę was. Cześć.
Podałem telefon Marcie.
- Chcesz zadzwonić do rodziców?
Marta nie zareagowała, wpatrując się cały czas w odległy punkt za szybą. Po jej policzkach pociekły łzy.
Zapanowała długa cisza, przerywana odgłosami burzy i deszczu, bębniącego o maskę samochodu.



Wjechałem do miasta. Gdzieniegdzie szlajały się małpojaszczury, żywiące się upolowanym, ludzkim mięsem. Zafrasowane pochłanianiem pokarmu, nie zwracały na mnie uwagi. Skręciłem w ulicę Białą, mijając przystanki autobusowe, zawsze zapełnione po brzegi, lecz dzisiaj świecące pustką.
Znalazłem się przed centrum handlowym Sfera. Zatrzymałem samochód na środku drogi, wśród innych porzuconych pojazdów. Jezdnia była całkowicie zakorkowana. Ludzie musieli uciekać w pośpiechu przed krwiożerczymi stworami. Odwróciłem głowę w lewo i skrzywiłem się, widząc jak szybę jednego z samochodów pokrywały rozpryśnięte cząstki mózgu. Biała istota połączona ze ściekającą krwią, dawała piorunujące wrażenie.
Masakra...
W samochodzie jesteśmy narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, pomyślałem, przypominając sobie, rozrywane przez jaszczury, blachy pojazdów, pozostawionych na parkingu przed zoo i na poboczach dróg.
- Musimy dostać się do budynku - powiedziałem, patrząc Marcie w oczy.
Pokiwała głową.
- Wszystko będzie dobrze. Uwierz mi. - Starłem kciukiem łzy z jej policzka.



Rozpętała się niesamowita burza. Odgłosy grzmotów były potężne i wszechobecne. Błyskawice wyprawiały na niebie harce.
Znajdowaliśmy się około dziesięciu metrów od przejścia dla pieszych. W wielkich szybach parteru Sfery widziałem księgarnię. Zawalone półkami książki, nawet w obecnej sytuacji wyglądały zachęcająco. Pamiętam, że od najmłodszych lat, kiedy zrodziła się moja fascynacja literaturą, zbierałem pieniądze i jak tylko dawałem radę, kupowałem powieści. Może się to wydawać dziwne, gdyż rówieśnicy przeznaczali kieszonkowe przeważnie na gry komputerowe, które przeżywały w tamtych czasach swój rozkwit oraz na kino. Chyba nigdy nie opuściłem księgarni bez zakupionej książki. Dzięki temu stworzyłem w mieszkaniu całkiem pokaźną biblioteczkę. Z moich najmłodszych lat posiadam przygodowe oraz fantastycznonaukowe powieści Juliusza Verna, jako nastolatek odkryłem Roberta Ludluma i polityczne thrillery Forsytha.
Szybko otrząsnąłem się ze wspomnień i kalkulowałem nasze szanse na przeżycie oraz dostanie się do środka budynku.
- Wyjdziemy razem tymi samymi drzwiami - powiedziałem, przesiadając się na fotel, zajmowany przez Martę. Stykaliśmy się ciałami, czując ogarniające ciepło. Objąłem ją ramieniem. - Dasz radę biec?
Spojrzała mi w oczy.
- Nie dam się zabić tym sukinsynom.
Takiej odpowiedzi potrzebowałem.
Musimy to zrobić szybko, pomyślałem, spoglądając we wsteczne lusterka , poszukując wzrokiem kreatur. Obawiałem się, że nie dam rady wszystkiego dojrzeć przez spływające po szybach strugi deszczu Pociągnąłem za klamkę, nie otwierając drzwi.
Już.
Zamoczyliśmy buty w głębokiej kałuży. Puściliśmy się biegiem w stronę głównego wejścia do Sfery. Spod podeszwy wydobywał się odgłos człapania.
PLASK!
Odgłos z pewnością nie był wywołany, szorującymi o chodnik, podeszwami naszych butów.
PLASK!
Małpojaszczury...
Stał z dumnie podniesionym łbem na małym parkingu, wciągając głęboko powietrze do płuc czy też może oskrzeli. Zobaczył nas. Jednak nie pomknął w naszą stronę, lecz skierował się ku słupowi sygnalizacyjnemu. Jakaś kobieta uciekała, wrzeszcząc w niebogłosy. Zatrzymaliśmy się.
- Nie - zaprotestowałem stanowczo. - Musimy dobiec do wejścia - syknąłem, pociągając Martę za sobą.
Małpojaszczur rzucił się na kobietę, przewrócił ją i przygniótł do ziemi całym ciężarem ciała. Wrzeszczała jak opętana, ale nie byłem w stanie jej pomóc. Gdybym tylko miał jakąś broń. Stwór wgryzł się w plecy kobiety. Wypluł skrawek koszuli i zatopił kły w ciepłych mięśniach.
Walnąłem pięścią w przeźroczyste drzwi. Za nimi stała grupa ludzi, przyglądająca nam się z przerażeniem. Widziałem ruchome schody, obok których stał, przeznaczony na sprzedaż, błyszczący mercedes. - Tędy i tak się nie dostaniemy - zawołałem. Specjalne obrotowe drzwi były teraz unieruchomione.
Podbiegliśmy kilka metrów w bok do normalnego wejścia. Uderzyłem otwartą dłonią w szybę, krzycząc:
- Wpuście nas do środka!
Marta także zaczęła bębnić w drzwi i wrzeszczeć.
Ludzie skierowali się w naszą stronę. Stali i wpatrywali się, rozmawiając między sobą.
- Słyszycie! Cholera!
Odwróciłem głowę. Małpojaszczur zajadał się martwą kobietą. Jeżeli nie wpuszczą nas do środka, wiem, kogo wybierze na deser.
Wśród dudnienia deszczu, słyszałem jak chudy, rudowłosy mężczyzna znajdujący się wewnątrz budynku, krzyczał do ochroniarza:
- Nie wpuszczaj ich! Chcesz, żeby te gady dostały się do środka!
Kilka osób zawtórowało mu i poparło.
- Hej! - darłem się.
- Chyba sobie żartujecie - powiedział oburzony ochroniarz, tęgi, umięśniony mężczyzna z łysą głową i masywnym karkiem. - Chcecie, żeby tam zginął!?
- A co mnie obchodzi ten kutas? - odezwał się znowu rudzielec. - Jesteśmy po uszy w tym gównie, niech lepiej każdy martwi się o własną dupę.
- Tak? To zobaczymy, czy będziesz spokojnie patrzył jak to coś wpieprza ich zwłoki!
- Proszę - jęknąłem.
Ochroniarz podszedł do drzwi i przekręcił klucz. Rzuciliśmy się do środka i padliśmy wycieńczeni na podłogę. Dyszałem jak pies, drżąc ze strachu.
- Ty gnoju. - Leżąc dalej na ziemi, skierowałem wzrok na rudzielca.
Widziałem jak wtopił się w tłum, unikając mojego spojrzenia. Później się z nim rozprawię, obiecałem sobie. Pragnąłem chwili odpoczynku.
Jakaś kobieta pomogła Marcie wstać.
Ochroniarz podał mi rękę.
- Dzięki - szepnąłem, podnosząc się z ziemi.
- Nie ma za co.
- Adam jestem.
- Radek.
- Jeszcze trochę i bylibyśmy potrawką dla tego potwora.
- Zawsze znajdzie się jakiś debil.
Słaniając się z wycieńczenia na nogach, podszedłem do Marty.
Szczupła brunetka, ze zbyt rzucającym się w oczy makijażem, położyła mi rękę na ramieniu.
- Jest pan cały przemoczony - zauważyła. - Chce pan chusteczki higieniczne?
Mimo skrajnego wyczerpania zdobyłem się na mimowolny uśmiech.
- Nie, dziękuję - odparłem.
Młodzieniec w szerokich, dżinsowych spodniach i niebieskiej czapeczce z daszkiem przechylonym na bok zawołał:
- Facet, bierz na co tylko masz ochotę. Cały sklep jest twój! Ja już wybrałem nowy ciuch. - Wskazał na firmową koszulkę.
- On ma rację - dorzuciła kobieta w średnim wieku. - Wymień ubranie na nowe. To jest całe mokre.
Przyznałem, że nie jest to głupi pomysł. Poczułbym się o wiele lepiej w suchych i czystych ubraniach.
Spojrzałem pytająco na ochroniarza.
- Dobrze mówią. Przyda ci się nieprzemoczona koszula. Zwłaszcza, że chyba na krótko tu raczej nie zabawimy.
- Można?
- W takiej sytuacji... A poza tym, to nie należy do mnie. - Ogarnął ręką cały sklep.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Marta, wszystko w porządku?
- Tak - odpowiedziała, nawet na mnie nie spoglądając.
- Pomóc ci w czymś?
- Spokojnie, zajmiemy się pańską żoną - powiedziała tęga kobieta.
Nie skwitowałem tego żadną odpowiedzią.
Powoli zanikało zainteresowanie nowymi towarzyszami niedoli. Minął kwadrans, zanim ludzie przestali dopytywać się jak wygląda sytuacja na zewnątrz, o której właściwie i tak nie wiedziałem więcej niż oni. Przecisnąłem się miedzy grupką osób i podszedłem do Radka.
- Nie zmieniłeś ubrania? - zapytał, spoglądając na moje brudne, przemoczone spodnie.
- Zaraz to zrobię. Mam pytanie. Ilu was jest?
- To znaczy?
- Ochroniarzy. Zanim się tutaj zamknęliście, musiało pozostać więcej ochroniarzy.
- Razem ze mną jest nas szóstka. Ośmiu zginęło. Te gady wdarły się do środka. Musieliśmy z nimi walczyć... Uprzątnęliśmy je. Jest kilka osób z personelu Sfery i około pięćdziesięciu klientów. Reszta ludzi uciekła. Później zabarykadowaliśmy się tutaj, nie wypuszczając nikogo na zewnątrz. Na otwartej przestrzeni, człowiek nie ma najmniejszych szans w starciu z tymi sukinkotami.
- Gdzie reszta twojej załogi?
- Mamy dyżury. Obstawiamy wejścia. Patrolujemy teren. Nie mogą dostać się do środka. Porozumiewamy się za pomocą krótkofalówek. Jak tylko któryś z nich będzie chciał wtargnąć do budynku, zostanę powiadomiony.
- Jeszcze raz dzięki... wiesz za co.
- Spoko. Jak będziesz potrzebował jakieś pomocy, wal do mnie jak w dym.
- Pewnie się odezwę. Dzięki.
- Teraz idź dobierz sobie jakieś nowe ciuszki. To chyba pierwsza okazja, gdy nie musisz patrzeć na ceny.
- Brzmi zachęcająco.
Odwróciłem się i kiedy zrobiłem kilka korków, za pleców usłyszałem głos Radka:
- Co o tym wszystkim myślisz?
Spojrzałem na niego. Wyglądał na pewnego siebie, lecz w głębi duszy czułem, że jest równie zagubiony jak każdy, kto znalazł się w Sferze.
- Na razie tylko tyle, że straciłem wiarę w racjonalizm.



Udałem się na pierwsze piętro w poszukiwaniu sklepu z odzieżą. Nie trudno było taki znaleźć. Idąc wzdłuż chodnika, po prawej stronie mijałem najróżniejsze punkty sprzedaży. Podszedłem w lewo, ku stalowej barierce. Spojrzałem w dół, skąd zobaczyłem wielu ludzi krzątających się bez celu. Niektórzy siedzieli na ziemi, zmęczeni, odpoczywali od stresu. Kilkoro rozmawiało przez telefon. Inni palili papierosy i zawzięcie dyskutowali, o sytuacji, w jakiej się znaleźli.
Zatrzymałem się i wykonałem ponownie telefon do rodziców, lecz z marnym skutkiem. Odpowiedziała mi głucha cisza. Przełknąłem z trudem ślinę. A jeśli im się coś stało? Nie, zaprzeczyłem w myślach kategorycznie.
Troszkę czasu zajęło mi wybranie odpowiednich rozmiarów Levis'ów. W końcu ubrałem popielate dżinsy. Z pozostawionych spodni wyjąłem portfel wraz z niewielkim dyktafonem. Poszedłem także do sklepu firmy Wrangler, skąd wymieniłem moją starą poplamioną błotem koszulkę z krótkimi rękawkami na nową, zieloną.
Spojrzałem na zegarek. Właśnie dochodziła siódma. Może wymieniłbym sobie także zegarek? Nie szalej, skarciłem się w myślach, wiedząc że muszę zastanowić się nad tą sprawą.
Przechadzając się po centrum handlowym, wodziłem wzrokiem w poszukiwaniu Marty, ale nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Zdałem sobie także sprawę, że nigdzie dotąd nie widziałem Kaśki i Tomka. Być może nie dotarli do Sfery; schowali się bezpiecznie w jakimś innym budynku. Miałem taką nadzieję.
Zadzwoniłem do Tomka.
- Halo? - usłyszałem cichy zachrypnięty głos.
- Tomek?
- Nie ma żadnego Tomka.
- To niemożliwe - spojrzałem na ekranik telefonu, sprawdzając, czy dobrze wybrałem numer.
- Mówię ci, że możliwe.
- Z kim rozmawiam?
- Z...
- Mógłby pan głośniej? - Uświadomiłem sobie, że głos dobiegający z telefonu nie należy do Tomasza.
- Taa.
-Z kim rozmawiam? - powtórzyłem pytanie pełen obaw.
- Z właścicielem telefonu. Chyba nie muszę ci odpowiadać.
- Jest taka sprawa, że numer telefonu pod który dzwonię, należy do kogoś innego.
- Trudno. Teraz należy do mnie.
Rozłączył się.
Wszystko wskazywało na to, że ktoś okradł Tomka. Ma jego telefon i bez pardonu się z tym obnosi.
Wybrałem numer do Kaśki.
- Halo? - Ten sam cichy głos.
- Łatwo ich okradłeś?
Na kilka sekund zapanowała cisza. To pytanie musiało go zaskoczyć.
- Znalazłem te komóry zostawione w samochodzie. A co jesteś z policji?
Nagle w słuchawce usłyszałem głośny hałas, prawdopodobnie rozbitej szyby. Kolejny trzask i rozpaczliwy krzyk rozmówcy. Klap-klap! Zwierzęcy pomruk. Jęki agonii. Mlaskanie.
Ludzki śmiech!
Rozłączyłem się, czując jak po plecach przechodzą mi ciarki. Ludzki śmiech. Z całą pewnością nie należał do złodzieja. Więc u licha do kogo?
Kciuk wyciągnięty nad klawiaturą telefonu podrygiwał niczym liść na wietrze. Połączyłem się jeszcze raz.
Długo czekałem zanim ktoś odebrał, wsłuchując się w urywany sygnał.
Do mych uszu dobiegł niezidentyfikowany szum, a potem kłapanie. Doskonale wyobraziłem sobie jak małpojaszczur zaciska szczęki na ciepłym, ludzkim mięsie.
- Ułłłłłuuuu! - warknąłem.
- Facet, co ci? - powiedział starszy ode mnie mężczyzna, który niespodziewanie znalazł się tuż za moimi plecami.
Wykonałem palcem wskazującym gest, aby był cicho. Wpatrywał się w moją twarz, jakby należała do chorego psychicznie.
- Jest tam ktoś? - zapytałem.
Odpowiedziały mi tylko niezrozumiałe pomruki.
Nie wiem, co chciałem osiągnąć. Spodziewałem się, że małpojaszczur porozmawia ze mną przez telefon? Śmieszne. Jestem strasznie zmęczony, wyjaśniłem sobie. Jeden szczegół jednak mnie niesamowicie zaskoczył. Małpojaszczur odebrał telefon. Wiedział, co ma zrobić. Zachował się jak człowiek.
Mężczyzna odszedł, spoglądając na mnie ukradkiem. Pomachałem mu ręką na pożegnanie. Niech myśli, że naprawdę spotkał przygłupa. Przynajmniej coś go ucieszy.
Oczy zamykały mi się ze zmęczenia. Szukałem odpowiedniego legowiska, ale nic nie przychodziło mi na myśl. W końcu rozłożyłem na podłodze kilka polarowych bluz i położyłem się. Nie przyzwyczaiłem kręgosłup do spartańskich warunków, lecz to nie potrwa długo. Zdrzemnę się tylko chwilę. Tylko na chwileczkę... Sytuacja zostanie opanowana. Może nawet, gdy się obudzę wszystko wróci do normy.
Tylko na chwilę zamknę oczy...




Tanatos [ jacekpiekielko@tlen.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści