|
46 dzień wyprawy. Ciągle pada. Nie wiem, co podkusiło mnie do wyprawy tutaj, ba, nawet nie wiem jak nazywa się ten las, wiem tylko, że pada tu nieomal bezustannie. Veron mówi, że to dobrze, bo większość naszych najgorszych przeciwników jest tak ciężka, iż błoto będzie ich spowalniać. Ja nie mam tej pewności. Zazwyczaj to, co wielkie jest też silne, więc pewnie będzie umiało się wydostać. Ale może będzie się na błocie ślizgać. Mam taką nadzieję gdyż, jeśli nie, to nie będzie, komu dokończyć tego pamiętnika. Bo jutro rozgorzeje bitwa i znowu staniemy twarzą w twarz z tymi plugawcami. Nie, nieprawda, dobrze wiem, czemu się tu wybrałem. Właśnie po to, dla tej bitwy, dla potyczki, dla tego słodkiego uczucia, kiedy ostrze przebija zbroje wroga a jego gorąca krew zalewa ręce. Hmm... jak to teraz czytam, to co napisałem to zastanawiam się jak odbierze to mój ewentualny czytelnik, czyli ty. Pewnie zostanę uznany za jakąś krwiożerczą bestię, łaknącą bitwy i rzezi nie bardziej niż pomioty Chaosu, z którymi jakoby walczę. Może miałby rację... Notka do siebie - nie pokazywać tego fragmentu Kristofowi. Nie potrzeba mi kolejnego wykładu o tym, co naprawdę czuję. Bo wiem, że ma on racje i tak naprawdę pcha mnie do przodu chęć ochrony słabszych przed złem. Tłumaczył mi już to tyle razy, że...
Delikatne pukanie w drewno gwałtownie urwało dźwięk pióra skrobiącego po kartce papieru. Postać siedząca przy misternie rzeźbionym biurku mahoniowym odwróciła okoloną gęstymi, ciemnymi włosami głowę w stronę wejścia. Jako, że był to namiot, wejściem było po prostu rozcięcie w jednej ze ścian
- Otwarte - powiedziała, głębokim, uprzejmym głosem i do środka weszła wysoka kobieta. Jej błękitno-srebrny strój sprawiał wrażenie utkanego z gęstej pajęczyny, a kombinacja rozcięć po obu bokach sukni, sięgających biodra, gorsetu, gustownego dekoltu i nagich ramion sprawiała, że jej młode kształty były jeszcze uwypuklone. Rozpuszczone swobodnie ciemnobrązowe włosy, mimo, że długie i gęste, nie były w stanie ukryć szpiczastych koniuszków uszu jasno zdradzających jej rasę.
- Powiał wiatr z zachodu - powiedziała nieomal idealnym, melodyjnym głosem - przegna do rana chmury. Nie będziemy musieli walczyć w deszczu.
- Dobrze, nie lubię jak mi zbroja rdzewieje - mężczyzna uśmiechnął się wstając z krzesła i podszedł do sakwy kociołka, w którym coś radośnie bulgotało na palenisku. Zamieszał w nim drewnianą łyżką, poczym nabrał trochę i podmuchawszy parę razy skosztował.
- No, gotowe - powiedział uśmiechając się ponownie - chcesz trochę Edivo?
- Poproszę - elfka skinęła głową z uśmiechem. Kiedy mężczyzna nakładał gulasz do dwóch lipowych misek kobieta bezszelestnie podeszła do wejścia i zasznurowała sześć rzemyków zamykających poły rozcięcia. Zrobiła to na tyle zręcznie i szybko, że ciemnowłosy zajęty jeszcze krojeniem chleba nie zauważył jej poczynań. Usiedli oboje przy raźno potrzaskującym ognisku i przez chwile jedli w milczeniu, Ediva sapnęła tylko z lubością przy pierwszej łyżce gulaszu.
- Mściwoj - powiedziała w pewnej chwili, jakby do siebie
- Tak? - spytał podnosząc na nią wzrok
- To dziwne imię - powiedziała również na niego spoglądając - nigdy takiego nie słyszałam Czy to Kislevskie?
- Niejako - odparł kiwając głową - mój lud żyje w obrębie Kislevu, nie jesteśmy jednak Kislevczykami, choć nasze ludy są spokrewnione. Niema nas jednak wielu, raptem kilka wiosek niedaleko gór w południowo wschodniej części tego kraju. Dlatego niewiele osób o nas słyszało.
- Co więc sprowadziło cię tutaj? - spytała przekrzywiając głowę. Jej jedwabiste włosy płynnie zsunęły się z jednego ramienia na plecy - chęć poszukiwania sławy i bogactwa? A może czujesz powołanie do walki z siłami zła?
Mężczyzna wzruszył ramionami
- Po części chyba i jedno i drugie - powiedział spokojnie, odkładając pustą już miskę - głównie była to jednak konieczność.
- Jak to?
- Kiedy miałem sześć lat oddział armii Imperialnej spalił moją rodzinną wioskę i zabił prawie wszystkich mieszkańców - kiedy wypowiadał te słowa, elfka wyraźnie poczuła jak twardnieje mu głos. Momentalnie pożałowała, że w ogóle spytała
- Przepraszam - zmieszała się. Mściwoj podniósł uspokajająco dłoń
- Nic się nie stało - zapewnił ją i uśmiechną się lekko - to było dawno, samej rzezi już nie pamiętam, opowiadał mi ją jednak ojczym. Kiedy więc dorosłem na tyle przybyłem do Imperium, aby szukać zemsty. Tu spotkałem tę bandę, z którą spotkaliście nas trzy tygodnie temu i podróżowaliśmy po świecie pomagając ludziom i tępiąc nieprawość.
- W sumie nigdy nie spytałam, czemu nam pomagacie - powiedziała po chwili, również odkładając opróżnione już naczynie.
- Bo wpadliśmy na was i dowiedzieliśmy się, że Ci Źli zabrali wam wasze domy.
Ediva uśmiechnęła się słysząc jego odpowiedź
- No właśnie, o to pytałam - powiedziała - czemu szwendacie się po świecie pomagając innym? Nie bierzecie za to przecież pieniędzy a i nie jest to lekka praca.
Ciemnowłosy zamyślił się przez chwile trąc żuchwę dłonią. Po chwili poprawił się na siedzisku i powiedział spokojnie.
- Wychowałem się w Norsce. Tam jak komuś się nudzi, ma kaca albo jest przygnębiony to bierze w łapy wielki miecz, topór, pałę, lub cokolwiek innego i wychodzi z wioski upolować sobie trolla, aby się troszkę rozerwać. Veron, jak widać po fryzurze zawinił kiedyś w swojej kopalni i teraz szuka chwalebnej śmierci z rąk jakiejś bestii. Kristof natomiast został natchnięty przez Sigmara aby podróżować po świecie i plenić zło. Kostek z kolei uważa, że jest nam coś winien za zdjęcie z niego klątwy, więc również się z nami szwenda. Jeśli zaś chodzi o samo pomaganie innym...cóż...jest to jakoś tak wewnętrznie przyjemniejsze, kiedy ma się świadomość, że się komuś pomaga. Prawda?
Brązowowłosa uśmiechnęła się tylko i skinęła głową. W ciągu całej rozmowy i wcześniej posiłku ukradkiem lustrowała mężczyznę, wiedziała jednak, że tego nie dostrzegł.
- Jesteś naprawdę niezwykłą osobą - powiedziała cicho. Mściwoj spojrzał na nią i poczuł jak czerwienieją mu uszy, gdyż w jej głosie było coś takiego...
- Obserwowałam cię już od pierwszego dnia - elfka mówiła zaś dalej podchodząc pomału do miejsca gdzie siedział ciemnowłosy - i byłam codziennie pod coraz większym wrażeniem.
Ediva usiadła bok niego i spojrzała mu w jego wyraziste, stalowo szare oczy. Dostrzegła jak wyprostował się gwałtownie i delikatny uśmiech pojawił się na jej pięknej twarzy.
- Jesteś dobrą i niezwykłą osobą Mściwoju - odezwała się ponownie, ujmując jego pokrytą odciskami, żylastą dłoń w swoje - rzadkością w tym świecie. Masz w sobie dobroć i uprzejmość, jakiej u większości osób szukać by było ze świecą. Chciałam ci podziękować, że przywracasz mi wiarę w waszą rasę.
- Kristof jest znacznie uprzejmiejszy ode mnie - zaoponował ciemnowłosy czując jak się czerwieni - ma też więcej dobroci...
- Bowiem tak nakazuje mu jego bóg - odparła elfka uśmiechając się i ciągle patrząc mu w oczy - ty zaś masz taką naturę. Dlatego przyszłam dziś do ciebie...
- W jakim celu? - Mściwoj oblizał wargi czując, że lepiej zadać głupie pytanie niż nie zadawać żadnego.
- O świcie rozgorzeje bitwa - oznajmiła mu Ediva poważniejąc - w taką noc nikt nie powinien być sam. Żaden mężczyzna ani kobieta...
Powiedziawszy to brązowowłosa pochyliła się i pocałowała go delikatnie, mężczyzna cofną się jednak po uderzeniu serca
- A..co z twoim mężem? - spytał z wyraźnym trudem wydobywając z siebie głos
- Raksin nie może sobie pozwolić na dekoncentracje w taką noc - odpowiedziała elfka patrząc na niego smutno - bycie magiem wymaga wielu przygotowań. Nie myśl jednak, że przyszłam do ciebie, dlatego, że nie mam, z kim spędzić tej nocy. Nie mój kochany, przyszłam do ciebie, gdyż nie pragnęłam niczego innego, od kiedy przekonałam się, jaką jesteś osobą.
Kiedy skończyła mówić ponownie pochyliła się w jego stronę, mężczyzna jednak odsunął się trochę
- Nie - powiedział z ciężkim westchnieniem. W oczach brązowowłosej pojawił się błysk bólu
- Dlaczego nie? - spytała tylko spuszczając wzrok. Mściwoj odetchnął ponownie po czym powiedział, już spokojnie.
- Spójrz na mnie - polecił i kobieta podniosła wzrok - w moim ciele jest dość siły, aby zburzyć kamienny mór i łamać orkom karki jak zapałki
Elfka wiedziała, że nie są to tylko czcze przechwałki, mężczyzna ten był, bowiem olbrzymem wśród ludzi. Nie miał może jakiegoś szczególnego wzrostu, był nawet niższy od niej, obwód torsu jednak niewiele u niego ustępował jego wzrostowi a obwód olbrzymich ramion przekraczał jej obwód pasa i to znacznie. Ediva dostrzegła to ponownie przyglądając mu się jak poprosił i ponownie poczuła przyjemne ciepło i mrowienie na samą myśl, do czego musiało być zdolne to olbrzymie, muskularne ciało, tak na polu bitwy jak i w alkowie. Mężczyzna zaś w tym czasie uniósł ręce o olbrzymich, nawykłych do noszenia wielkich ciężarów i ściskania rękojeści dłoniach
- Te dłonie - powiedział - są stworzone do łamania podków i mocnego trzymania nawet najcięższej broni, nie zaś do zajmowania się taką delikatnością jak kobieta. Mógłbym cię zranić.
- Umiesz przecież pisać - zaoponowała wskazując głową biurko z kałamarzem, piórem i kartką, oraz oparty o nie olbrzymi rulon na zwoje - a pióra też są delikatne.
- I niejedno już połamałem - odparł spuszczając wzrok - nie chciałbym, aby to samo stało się z tobą. Za bardzo mi na tobie zależy...
- Jak więc robiłeś to z innymi kobietami, że ich nie łamałeś? - spytała czując jak wzbiera w niej gniew - Na odległość?
- Nie było żadnych innych - usłyszała tylko szczerą odpowiedź. Pod jej wpływem Ediva aż zamrugała oczami ze zdumienia a jej złość znikła równie szybko jak się pojawiła.
- Lepiej będzie... - zaczął ciemnowłosy wstając elfka nie dała mu jednak dokończyć. Błyskawicznie, z iście elfią gracją skoczyła w jego stronę i przywarła ustami do jego warg. Jej szczupłe, ale silne ramiona objęły jego muskularną szyję, aby uniemożliwić mu ponowne oderwanie się od niej. Po dwóch uderzeniach rozgrzanego serca jej język minął jego rozwarte w pocałunku szczeki i wyruszył na rekonesans nieznanej krainy. Bardzo szybko znalazł w niej sobie partnera do tańca, co prawda z początku topornego i niemrawego, szybko jednak zaczynającego poddawać się instynktowi. Dłonie mężczyzny również jakby nabrały własnego rozumu gdyż bez udziału jego świadomości znalazły się na ciele elfki. Jedna na jej karku obejmując go i masując z delikatnością, jakiej ciemnowłosy nie spodziewał się po sobie. Druga zaś zatrzymawszy się na moment na pośladku Edivy szybko zsunęła na jej biodro i niżej. Posłuszna temu niememu poleceniu brązowowłosa uniosła stopę, oplatając mocnym, gładkim udem mieszkanki lasu jednocześnie twarde i miękkie uda partnera. Z punktu widzenia Mściwoja pocałunek ten trwał całą wieczność, jednocześnie jednak był zbrodniczo za krótki. Elfka zaś uśmiechnęła się zaglądając mu ponownie w oczy
- Jak widzisz, nie połamałam się - powiedziała zadowolona
- Ediva...ja... - zaczął ciemnowłosy, kobieta położyła mu jednak palec na okolonych ciemnym zarostem ustach
- Jutro możemy zginąć oboje, albo jedno z nas - powiedziała spokojnie, ale poważnie - a nawet, jeśli przeżyjemy to nie będę mogła z tobą pozostać. Tej nocy jestem jednak dla Ciebie. I chce abyś wiedział każdego dnia, co do ciebie czuje. Więc kochany pozwól, że pokaże ci, co robić.
Mściwoj poczuł jak właśnie skruszyła się ostatnie wstrzymująca go zapora. Jego usta ponownie zwarły się z ustami kobiety łaknąc ich dotyku a jej wspaniałe ciało przylgnęło do jego szerokiej klatki piersiowej jeszcze mocniej. Ediva delikatnie naparła na ciemnowłosego popychając go w stronę posłania...
Prastary las wrzał od hałasu. Nawet w odległości przeszło kilometra pomiędzy wiekowymi drzewami dało się dosłyszeć piekielną orkiestrę bitwy: zderzającą się stal, łamiące się drewno, dartą skórę oraz wymieszane ze sobą okrzyki wojenne, zewy tryumfu i rżenie śmierci. I tak już od ponad półgodziny armia elfów i ich sojuszników ścierała się na szerokiej polanie, oraz pomiędzy drzewami ze zdawałoby się niezmierzoną liczbą zwierzoludzi oraz ich demonicznych dowódców. Patrząc z perspektywy czasu bitwa ta miała bardzo małe znaczenie. Nie wpłynęła na losy świata, ani kontynentu, ani nawet Imperium. Ale dla tych, co w niej walczyli zdawała się najistotniejszym konfliktem, jaki kiedykolwiek przetoczył się po tym smutnym szarym świecie...
Szerokie jak dłoń ostrze ze świstem opadło i jeleni łeb rozbryzgnął się na wszystkie strony. Mściwoj z chrzęstem pełnej zbroi płytowej odskoczył od padającego sześciorękiego ciała i uchyliwszy się od ciosu olbrzymiego topora uderzył od dołu, oburącz trzymaną bronią. Rozpruty od krocza po mostek stwór zawył dziko i upadł na ziemie obficie zraszając błoto własną krwią i trzewiami. Rozmiękła po długim deszczu ziemia nie chciała już ich przyjąć i w zrytym nogami gruncie zaczęła powstawać śmierdząca kałuża. Olbrzym zaparł się nogą i wyszarpnął ostrze z ciała. Szybkim ruchem dłoni próbował otrzeć ciemna krew i pot z twarzy jednak, jako że rękawice miał również ubabraną we krwi to jedynie rozmazał ją po twarzy. Nie przejął się tym jednak tylko szybko rozejrzał dookoła. Bitwa ciągle wrzała w najlepsze. Bez trudu widział nieomal nagiego, zbryzganego ciemną krwią Verona Sanidsona, mimo że krasnolud mierzył zaledwie 134 centymetry wzrostu oraz był otoczony przez pierścień wrogów. Fontanny krwi zwierzoludzi powodowane przez szybkie ciosy jego krótkiego, ale masywnego topora były trudne do przeoczenia. Dostrzegł również blisko dwumetrowy, szczupły cień z olbrzymią szybkością mknący pomiędzy przeciwnikami i rozpoznał go bez trudu. Mściwoj chętnie zatrzymałby się na nim wzrokiem na dłużej, aby obejrzeć Kostucha szybkimi, doskonałymi ciosami dwóch szabel odpłacającego się sługom Chaosu za cierpienie, jakie zadali mu ich kompanii. Następnie jego wzrok spoczął na postaci Kristofa i mimowolnie westchnął na ten zapierający dech w piersiach widok. Odziany w perfekcyjną zbroję płytową, niewysoki, szczupły kapłan wywijał ciężkim, dwuręcznym młotem z taką łatwością jakby ta ważąca blisko 30 kilogramów bryła metalu była gałązką chrustu. Wraz z otaczającym go całunem z płomieni i światła było to jasnym dowodem na to, iż Sigmar wspiera swojego wiernego sługę. W końcu jednak wzrok mężczyzny spoczął na osobie, przez którą jego serce zabiło mocniej. Ediva, z elfią mieczo-włócznią odziana w sygnowaną motywami róż zbroje paskową, która tylko uwydatniała jej kobiece kształty była jak uosobienie piękna - miedziano-błękitna burza śmierci. Mściwoj westchną uśmiechając się półgębkiem, wtem jednak dostrzegł jak jeden z przeciwników uniósłwszy halabardę próbuje zajść elfkę od tyłu.
- Grr... - wyrwało się tylko ze ściśniętego wściekłością gardła ciemnowłosego. Jednym płynnym ruchem poderwał on z ziemi topór sześciorękiego i ująwszy go oburącz zamachnął się nim. Olbrzymia, nieforemna broń poddała się prawom rządzącym światem i obracając wokół własnej osi pomknęła w stronę zwierzoludzia. Trafiła go w plecy z taką siłą, że nie tylko oderwała ciało od ziemi, ale kawałek ostrza przebił mostek i ujrzał światło dzienne z drugiej strony...
Veron szarpnięciem wyrwał topór z ciała pokonanego zwierzoczłeka i wskoczył na nie nim jeszcze zdążyło znieruchomieć. Był zbryzgany krwią istot chaosu od podeszw stalowych butów aż po końcówkę czuba a blisko metrowej wysokości kopiec z ciał na którym obecnie stał jasno dowodził, że to nie jego krew. Owszem, krasnolud miał mnóstwo większych i mniejszych ran, żadna nie była jednak na tyle poważna aby się nią przejął. Zamiast tego popatrzył krytycznie na swoją broń. Wyszczerbione ostrze przedstawiało żałosny widok.
- Szlag by to - mruknął wyrzucając topór i zdejmując z pleców drugi topór, tym razem obosieczny, masywniejszy przez to, choć na równie krótkim stylisku. Mimo, że drewno było również umorusane w posoce owiający gruby drut sprawiał, że broń pewnie leżała w twardych dłoniach zabójcy. Sanidson nagle usłyszał za sobą jakiś dźwięk i wiedziony nagłym odruchem skoczył w bok. Olbrzymia, stalowa kula z kolcami z chrzęstem łańcucha uderzyła w miejsce, w którym przed chwilą stał masakrując leżące tam ciała. Krasnolud wiedział, że jakby go ten pocisk trafił byłby to jego koniec. Wiedział też, że żaden zwierzoludź nie byłby w stanie używać tak ciężkiej broni, dlatego nie zdziwił się zobaczywszy, kto dzierżył stylisko tego cepa. Była to bowiem....istota blisko dwumetrowego wzrostu o szerokich barach, cała zakuta w pokrytą bluźnierczymi symbolami, smoliście czarną zbroje płytową. Oczy widoczne w szczelinach zamkniętego hełmu płonęły ogniem spaczenia i szaleństwa a zamiast prawej dłoni istocie tej wyrastało kilkanaście ośmiorniczych macek, którymi owijała w pełni stalowy trzonek. Veron od razu rozpoznał jednego z demonów Chaosu i jedynie uśmiechnął się zadowolony. Nabrawszy powietrza w płuca ryknął okrzykiem bojowym który przelał się nad zgiełkiem toczącej się wokół bitwy i co sił w krótkich nogach ruszył na zakutego w zbroje potwora. Sługa Chaosu zawarczał tylko grubo, poczym ściągnąwszy do siebie stylisku zatoczył ciężką kulą nad głową i posłał ją na spotkanie krasnoluda, Sanidson jednak skoczył tylko do przodu i uderzył w trzymające stylisko...łapska. Kilka odrąbanych macek opadło drgając na ziemie. Z zamkniętego hełmu dobył się jak najbardziej ludzki pisk bólu. Veron nie zwrócił jednak na niego uwagi i uderzył ponownie tym razem mierząc w klatkę piersiową. Od siłą tego ataku demon wypuścił z łap stylisko i zatoczył się do tyłu. Gruba płyta na jego piersi wytrzymała jednak atak wyginając się tylko. Krasnolud zaklął na ten widok i ponowił atak. Nagle jednak nie wiadomo skąd w normalnej dłoni jego przeciwnika pojawił się miecz, którego poszarpanym, brunatnym ostrzem zablokował uderzenie Zabójcy. Następnie odepchnąwszy go od siebie z urągającą krasnoludzkiemu ego łatwością demon zamachną się płasko. Miecz świsną nad Saniodsonem, który wykonał unik w ostatniej chwili. Ścięty czub miękko opadł na ziemię...
Ze śpiewną modlitwą na ustach kapłan Sigmara uderzył trzymanym oburącz młotem. Wsparty siłą swego bóstwa, brodaty kapłan posłał trzaśniętego przez siebie półczłowieka-półwilka w paraboliczny lot. Towarzyszący uderzeniu trzask łamanych kości, rozdzieranej skóry i mięśni w przeświadczeniu Kristofa jasno dowodził, że ten przeciwnik już nie wróci. Nie miał czasu napawać się jednak swoim zwycięstwem, tym bardziej iż w jego przeświadczeniu nie należało ono do niego tylko do boga. Zamiast więc stać i się cieszyć szpakowaty mężczyzna zakręcił tylko olbrzymim młotem nad głową i opuścił go na zakutą w zbroje sylwetkę, w której rozpoznał jednego z pomniejszych demonów. Głowa istoty, wraz z hełmem i kołnierzem po prostu wbiła się w barki ze zgrzytem giętego metalu i łamanych kości. Zobaczywszy jak ginie jeden z ich panów najbliższe zwierzoludzie cofnęły się patrząc z trwogą. Kristof nie dał im czasu na dojście do siebie. Z nową pieśnią na ustach i słusznym gniewem oraz pewnością w sercu skoczył w ich stronę wymachując młotem jak lekką gałązką. Potraktowane jego stalowym obuchem pomioty Chaosu padały jak muchy ich ciosy zaś albo nie trafiały albo z niewielkim rozbłyskiem rozbijały się płonącą magiczną osłonę kapłana. Chaos i zło musiały się ugiąć przed niezmierzoną potęgą porządku i dobra...
Krasnolud zawył z wściekłości i natarł na demona z całą furią. Ostrze topora zbiło cios miecza, poczym gwałtownym ciosem trzasnął w opancerzone kolano. Krasnoludzka stal nie zdołała roztrzaskać chronionej magią zbroi demona, siła uderzenia była jednak na tyle duża, iż Veron usłyszał trzask łamiącej się kości. Rzężąc z bólu przeciwnik upadł na ziemię.
- No! - Sanidson zawył z zadowolenia, szybkim kopniakiem wytrącił demonowi miecz z ręki, poczym zakręciwszy toporem nad głową opuścił z całą siłą. Demon próbował się bronić zasłaniając głowę rękami, przez co zabójca musiał powtórzyć cios kilka razy. W końcu jednak ostrze topora wbiło się w hełm demona nieomal na całą szerokość. Kiedy to się stało oczy w szczelinach hełmu zabłysły nagle na biało i Veron poczuł zbierającą się wokół siebie magiczną energię. Szarpnął za stylisko wyrywając broń i zaczął odwracać się do ucieczki. Nim jednak zdarzył to zrobić czerwone światło zabłysło we wszystkich szczelinach demonicznej zbroi i na wszystkich runach. Potężna eksplozja zmiotła wszystko w promieniu kilkunastu metrów...
Mściwoj skoczył do przodu szybkim ciosem rozrąbując uciekającego półczłowieka-półszczura na dwie części. Nie strzepując nawet krwi z ostrze olbrzymi wojownik rozejrzał się szukając kolejnego przeciwnika. Nie dostrzegł jednak żadnego, widział za to zaczynające wiwatować elfy. Rozproszone, ranne i brudne sylwetki w pięknie zdobionych, choć teraz pogiętych zbrojach wznosiły wyszczerbioną broń nad głowę wiwatując i śpiewając podniosłe pieśni swoimi pięknymi głosami. Bitwa została wygrana, elfy odzyskały swój las, gdyż wiedziały, że zwierzoludzie ze złamanym duchem opuszczą ich budynki i skryją się w najgłębszym buszu. Ciemnowłosy rozejrzał się szukając jednej konkretnej osoby nigdzie jej jednak nie dostrzegł. Zobaczył natomiast kuśtykającego w swoją stronę kapłana Sigmara. Mściwoj uśmiechnął się mimowolnie, wiedział bowiem, że bez bezpośredniego wsparcia od swojego boga i z powodu zmęczenia po walce zarówno gruba zbroja jak i olbrzymi młot są za ciężkie dla szczupłego sługi bożego. Pośpieszył więc szybko w jego stronę i odebrawszy mu broń bez specjalnego wysiłku zarzucił ją sobie na ramie
- Niechaj ci Sigmar w dzieciach wynagrodzi - wymamrotał Kristof siadając na leżącym na polanie sporym kamieniu. Odetchnąwszy mężczyzna zdjął hełm i przetarł wierzchem rękawicy zroszone potem czoło. Jako, że chroniła go w czasie bitwy ognista zbroja kapłan był teraz jedyną idealnie czystą osobą. Ciemnowłosy zastanawiał się na ile był to efekt uboczy a na ile zamierzony. W końcu wysoki kapłan umorusany w krwi i błocie nie byłby zbyt budującym i gloryfikacyjnym obrazem.
- Wygląda na to iż bogowie pobłogosławili nam dzisiaj, abyśmy odnieśli zwycięstwo nad siłami zła - powiedział Kristof prostując się dumnie i wygładzając dłońmi siwiejące włosy i brodę.
- Bogowie mówisz... - zaczął ciemnowłosy, wtem jednak przerwał widząc Edive w objęciach wysokiego elfa o złotych włosach, w długiej śnieżnobiałej szacie wyszywanej błękitnymi wzorami. Podobnie jak strój Kristofa szata była nienagannie czysta, ale brak zbroi i jakiejkolwiek broni dowodził raczej, że elf nie brał udziału w bitwie. Widząc jak obejmuje i całuje elfkę z którą jeszcze tej nocy dzielił łoże Mściwoj poczuł palące ukłucie zazdrości. Szybko jednak odetchnął, wiedział, bowiem, że tak będzie. Wiedział, że będzie musiał się z tym pogodzić
- Może to faktycznie była łaska bogów - mruknął...
Głośne jęczenie dobiegało od strony leżącego byko-luda. Wysoka, szczupła, odziana na czarno postać z szeroką szablą w dłoni podeszła do ciała i złapawszy za ubłoconą kamizelkę odsunął je na bok. Leżący pod spodem Sanidson zajęczał tylko głośniej zobaczywszy pochylającą się nad nim podłużną, spokojną, męską twarz. Mężczyzna zlustrował uważnie poszarpane ciało krasnoluda
- Co tak jęczysz Veron? - spytał wstając - twoje rany nie są śmiertelne. Kiedy walczyliśmy z trollami w Kislevie oberwałeś mocniej
- No właśnie ty cholerny spaczeńcu - zawył Sanidson - ten zasrany demon mnie nie zabił. Zwykłego kurde krasnoluda nie mógł pokonać demon Chaosu. A byłem już tak blisko.
- Cierp - odpowiedział mu człowiek pomagając wstać.
- Kostek, jak ty mnie czasem wkurzasz - zamruczał Veron stając na szeroko rozstawionych nogach, aby lepiej utrzymać równowagę.
- Było mnie nie odczarowywać - odciął się tylko szczupły osobnik, chowając szable do pochwy. Krasnolud warknął tylko, poczym westchnął i stęknął
- Cholerny Chaos...żeby demon nie był w stanie zabić zwykłego krasnoluda..
- Wiesz jak to mówią - powiedział Kostuch z szerokim, wrednym uśmiechem - nie robią już takich demonów jak kiedyś...
Gdyby spojrzenie mogło zabijać to wzrok krasnoluda zostawiłby z człowieka tylko kupkę kostek...
Kiedy odgłos eksplozji przebrzmiał a pozostałe siły wroga zorientowały się, że ich dowódca poległ rzuciły się do ucieczki. Elfy, które były jeszcze całe zdrowe rzuciły się w pogoń, aby dodatkowo przerzedzić szeregi wroga. To samo zrobili magowie i odwody. Razem z kompanami zdecydowaliśmy zostawić im te rzeź. Po tym jak chaosyci ich wyrzucili z domów, Kristof uznał, że będą potrzebowali tego spektakularnego zwycięstwa, aby odbudować swojego ducha. Dlatego też postanowiliśmy, że nie będziemy wkraczać do odzyskanego miasta w pierwszym pochodzie. Dzięki temu będą mogli ogłosić, że to oni odzyskali je bez zewnętrznej pomocy. Dla tak dumnej rasy to dość ważne. My zaś jako tak zwane "oddziały najemnicze" mamy pojawić się w nim jutro na uroczystości z okazji zwycięstwa, oraz zapewne, aby otrzymać wynagrodzenie. Zapowiada się dobry dzień...
Elfie miasto robiło wrażenie. Pomimo faktu, iż okupacja zmieniła sporą jego część w ruinę nadal dało się dostrzec w tym miejscu cień dawnej potęgi. Strzeliste wierze i wysokie mury z gładkiego, jasnego kamienia sprawiały wrażenie zbyt lekkich, aby utrzymać swój własny ciężar a co dopiero mieszkańców i sprzęt. Czwórka wojowników mogła się o tym teraz przekonać na własne oczy. Szli kamiennym mostkiem otoczeni przez widok świętowania. Zewsząd słychać było muzykę i śpiewy, magicznie przyzwane zwierzęta biegały i latały w koło a girlandy kwiatów pokrywały wszystko na ich trasie. Nagle jednak Kostucha coś tknęło
- Czy nie dziwi was, że sami idziemy tym szlakiem chwały? - spytał rozglądając się w koło z niepokojem w głosie.
- Czy ja wiem? - spytał Mściwoj rozglądając się również, jednak z zachwytem a nie podejrzliwością - może się spóźniliśmy i już wszyscy weszli.
- Wtedy chyba na trasie były by już płatki róż i inne takie - mruknął Veron również pochmurniejąc, kiedy mijali otwarte na oścież przed nimi wrota.
- Może nie mają takiego oby... - zaczął kapłan kiedy nagle przerwał mu dźwięk zatrzaskujących się wrót. Wszyscy odwrócili się, aby zobaczyć jak czterech elfów w pełnych zbrojach z mieczami przy boku zatrzasnęło kamienne wrota. Najwyraźniej magiczna zasuwa zaskoczyła sama blokując skrzydła razem.
- Co jest?! - warknął ciemnowłosy kładąc dłoń na rękojeści wiszącego u pasa miecza. Pozostali również zrobili to samo widząc jak czterech strażników dobywa broni, wtem usłyszeli jednak dźwięk napinanych cięciw. Na dachach budynków po obu stronach ulicy stało blisko dwudziestu elfich łuczników mierząc do nich. Nagle coś uderzyło o ziemię. Było to mocno okrwawione ciało kobiety o ciemnobrązowych włosach. Z miejsca z którego ją zrzucono dobiegł ich pełen drwiny i wściekłości głos
- Jeśli źródło światła jest w środku namiotu to cienie są doskonale widoczne na jego ścianach - jasnowłosy, odziany na biało elfi mag stanął na krawędzi dachu patrząc z góry na złapanych w pułapkę ludzi i krasnoluda. Mściwoj nic nie mówiąc podszedł do leżącego ciała. Poruszał się pomału, jakby nieświadom wszystkiego, co się wokół niego działo. Uklęknął przy ciele elfki dotykając go delikatnie. Nosiło wyraźne ślady gwałtu, przemocy i destruktywnych skutków magii, było również kompletnie martwe. Kristof, Sanidson i Kostuch od razu domyślili się co zaszło i poczuli wzbierający w sobie gniew spowodowany bestialstwem elfów, ich zdradą oraz cierpieniem przyjaciela. Jednak ich wściekłość była niczym pył na wietrze przy wściekłości ciemnowłosego olbrzyma. Podniósł on błyszczący szczerą agresją wzrok na odzianego na Raksina. Ten tylko uśmiechnął się opuszczeniem ręki dał znak łucznikom...
Grzegorz "Coen" Skowyra
|