Grudzień 2006      


|:  VARIA  :|

O pewnym poecie jeszcze słów kilka...
Czyli w odpowiedzi na „M jak Miłosz”.

dan_daki

„Zaroiło się w sadach od tęcz i zawieruch;
Z drogi! - Idzie poeta - niebieski wycieruch!
Zbój obłoczny, co z światem jest - wspak i na noże!
Baczność! - Nic się przed takim uchronić nie może!”
Bolesław Leśmian, „Poeta”

Wyjątkowo ciepła jesień w kraju nad Wisłą, oj, wyjątkowo. Co i tak nie przeszkodziło, by w moim pokoju było jeszcze goręcej – a tak się właśnie stało, gdy przeczytałam felieton „M jak Miłosz” z 15 numeru Action Mag Książki. Z początku z niedowierzaniem, później z lekkim niesmakiem, zagłębiłam się w treść tekstu raz jeszcze, ale – o dziwo – jednak oczy mnie nie myliły. Jednak po raz kolejny jeden z nielicznych naszych narodowych autorytetów został zmieszany z błotem, opluty i, ogólnie rzecz biorąc, zepchany na margines artystyczny jednym krótkim słowem „grafoman”. Z czego to wynika? Ano, z niewiedzy, mili Państwo. Dlatego wnikać nie będę, skąd tyle nienawiści w słowach autora tekstu „M jak Miłosz” – mniejsza z tym. Najważniejsze, by nie dopuścić do szerzenia się ignorancji, co też niniejszym pozwolę sobie w tym momencie uczynić. I, żeby nie zostać posądzoną o gołosłowność, każdy zarzut postawiony w „M jak Miłosz” naszemu Nobliście odeprę sprawdzonym dowodem, że wcale tak nie jest, jak autor artykułu przedstawił. Natomiast teksty w stylu „Co do szowinizmu wspomnianego we wstępie - stwierdziłem, że lepiej, żeby kobiety się do polityki nie mieszały, co pewnie spowoduje w krótkim czasie wybuch kolejnej fali emancypacji - wszystkich mężczyzn z całego serca za to przepraszam.” pozostawiam bez komentarza – na tyle wszak sobie zasługują.

Cytat z „M jak Miłosz”: „Zaczęło się od poety M., a właściwie od tego, że przytoczywszy parę ciekawszych cytatów, jednoznacznie wskazujących na jego antypolskie nastawienie (...) Chodzi w sumie o jedno. O obłudę Polaków. M. - zagorzały antypatriota (...) został w rezultacie złożony za swoje zasługi w Krypcie Zasłużonych na krakowskiej Skałce. (...) Przecież Wyspiański się w grobie przewraca, kiedy widzi, kto obok niego leży”.

Na samym początku, żeby cała ta sytuacja stała się dla Szanownych Czytelników jasna, należy przyjrzeć się dokładnie sprawie owych bulwersujących cytatów, które zostały przez autora przytoczone w felietonie. Wielu przeciwników naszego Noblisty posądza go o antypolskość, o antypatriotyzm. I zawsze powołują się na te same fragmenty z „Prywatnych obowiązków” czy „Rodzinnej Europy”. Szkoda tylko, że w swych sądach podpierają się wyrwanymi z kontekstu cytatami, a nie odnoszą ich treści do całego dzieła, co można by po prostu nazwać najzwyklejszą w świecie manipulacją. Jak wielką siłę zniekształcania rzeczywistości posiadają wszelkiego rodzaju „urwane myśli”, mogliśmy się już niejednokrotnie przekonać – warto przypomnieć sobie małą aferę wokół osoby Jarosława Kaczyńskiego. Wystarczyło wyciąć kawałek wypowiedzi z wywiadu, by w świat poszła fama o rzekomym homoseksualizmie jednego z dwóch sławnych braci bliźniaków. Ale wracając do Miłosza. Jak już wspomniałam, jego twórczości nie da się ocenić, a już zupełnie nie sposób zrozumieć, bez uprzedniego dokładnego zaznajomienia się z poszczególnymi utworami poety. Trzeba je analizować w kontekście tamtejszych realiów, nurtów; nie należy również ignorować osobistych przeżyć Miłosza i jego osobowości. Każdy krytyk literacki, jeśli chce, by poważnie go traktowano w polemikach o twórczości jakiegokolwiek artysty, musi być w taką podstawową wiedzę wyposażony. Mam uzasadnione wątpliwości, czy autor felietonu „M jak Miłosz” prześledził krok po kroku etapy twórczego rozwoju Miłosza, czy zastanawiał się nad tym, dlaczego poeta pisze tak, a nie inaczej - z punktu widzenia zwykłej, uwrażliwionej jednostki ludzkiej, która została rzucona w zawirowania ówczesnego ustroju. Z tekstu wynika, iż felietonista bardzo dokładnie zapoznał się za to z pozycją „Salon. Rzeczpospolita kłamców.” Waldemara Łysiaka – szkoda tylko, że książka ta nie jest dość wiarygodna, w dodatku oparta na niesprawdzonych przez Łysiaka źródłach. Gwoli uściślenia: Łysiak zbytnio nie pofatygował się o drobiazgowe zbadanie problemu „antypatrioty Miłosza”. „Swoje” zarzuty zaczerpnął po prostu z publikacji Jana Majdy („Wisława Szymborska, Karol Wojtyła, Czesław Miłosz”, wyd. i poligrafia Zakonu Pijarów, 2002r.)., niegdyś pracownika Uniwersytetu Jagiellońskiego, który to w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” (o wiele mówiącym tytule „Antypolskie oblicze Czesława Miłosza”) bezwstydnie posłużył się sfałszowanymi „cytatami z książek”, natomiast inne fragmenty, prawdziwe, doskonale zinterpretował na własne potrzeby. Zresztą, nie tylko Łysiak okazał się tak „oryginalny” w powielaniu fałszywych myśli Majdy; pani Ewa Polak-Pałkiewicz poszła tą samą drogą wraz z panem Jerzym Robertem Nowakiem. Widocznie zawoalowany plagiat wespół z tanią sensacją stał się w Polsce niezwykle modnym i doskonałym sposobem na dyskretne zbijanie mamony. Szkoda tylko, że cierpią z tego powodu narodowe autorytety, a w polskim kręgu poetyckim powstaje dość pokaźne piekiełko.

Jak już pisałam – najważniejsze jest odniesienie dzieła w stosunku do czasu i okoliczności, w jakim ono powstało. Najsłabszy zarzut Łysiaka, stanowiący podwalinę dla stwierdzenia „Miłosz był antypolonusem”, brzmi następująco:

„Oba pieski przydrożne — i Gom¬browicz, i Miłosz — nie kochały (delikatnie mówiąc) Polski, polskości i Polaków, lecz o ile Gombrowicz gardził tym wszyst¬kim, to urodzony na Litwie Miłosz prócz pogardy czuł również zwierzęcą wprost nienawiść „kresową", tę charakterystyczną, nieuleczalną złość (lub raczej wściekłość), którą Litwini, Biało¬rusini i Ukraińcy czują wobec „Koroniarzy" i „Lachów". Za¬wsze twierdził, że nie jest Polakiem i że nie czuje się Polakiem ani trochę — jest stuprocentowym Litwinem (dziwne tedy, że nie osiadł w ukochanym, wolnym już Wilnie, i że nie podpisywał się per Miłoszevicius lub Miłoszevickas, lecz tylko pozornie dziwne — na Litwie nie było michnikowskiego różowego „Salonu" ro¬biącego mu klakę i „szmal"', zaś Kraków wybrał, jak tłumaczył, bo ten przypomina Wilno). Głosił to całemu światu — w radiu francuskim przedstawił się: „ — Jestem Litwinem, który pisze po polsku”.

I cóż z tego, że urodził się na Litwie? Jakież dowody, że cierpiał na „złość kresową”? Czyżby pan Łysiak zapomniał, jak wyglądało życie, szczególnie młodość poety, to, w jakich warunkach on dorastał? Miłosz urodził się w 1911 roku w Szetejniach na Litwie, ukończył wileńskie gimnazjum, a następnie prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego. Nic więc dziwnego, że odczuwał on silną więź z Wilnem, chyba każdy na jego miejscu odczuwałby taką podwójną tęsknotę – za Polską i za Litwą – chcąc, nie chcąc – „bliższą” ojczyzną dla Miłosza. Najlepiej owe rozdarcie obrazuje tomik „Ocalenie” oraz „Rodzinna Europa”. W „Ocaleniu” motyw utraconej ojczyzny możemy przestudiować na dwóch płaszczyznach: z perspektywy autobiograficznej (wiersz „W mojej ojczyźnie”, powstały tuż po opuszczeniu w 1937 roku przez poetę Litwy – kraju lat dziecinnych) oraz z perspektywy poetyckiej autobiografii („Walc”). Najlepiej jednak kwestię ducha polsko-litewskiego Miłosza ujął Czesław Karkowski w artykule pt. „Rodzinna, ale dwojaka” (został on umieszczony w dodatku literacko-społecznym „Nowego Dziennika”):

„’Rodzinna Europa’ jest w zasadzie autobiografią człowieka urodzonego na Litwie w polskiej rodzinie, wyrastającego na styku wielu kultur, które charakteryzowały Polskę pojagiellońską, choć w dzieciństwie Miłosza Polska naturalnie nie istniała. Następnie przyszła wojna i rewolucja bolszewicka, powstanie państwa polskiego i wojna 1920 r. Wydarzenia te wyznaczają tylko pewne punkty orientacyjne dziejów, gdyż w rzeczywistości na ziemiach tych dokonywał się ciągły ruch, trwała nieustanna zmiana, przeobrażenia następowały po sobie, frakcje i ugrupowania wchodziły w alianse, by szybko rozejść się do przeciwnych obozów (...)W doświadczeniu indywidualnym, w pamięci jednostkowego losu zawiera się makrokosmos procesu dziejowego, bo mechanizm przemijania jest ten sam. Miłosz może więc pisać autobiografię wiedząc, że przedstawia ona zarazem obraz ogólnej prawidłowości procesów kształtujących losy ludzkie wszędzie. Historyk pisze o sprawach ogólnych, starając się wychwycić generalny obraz z gmatwaniny dziejów; artysta, poeta robi to samo, skupia się jedynie na wydarzeniach jednostkowych i na konkretnej biografii...(...) W tym wysiłku zawartym w ‘Rodzinnej Europie’, aby zachować to wszystko, co pamięć przechowuje, tkwi zarazem świadomość swoistej daremności przedsięwzięcia wobec wielkiej historii, która zniweluje wszystkich do jednego, równego szeregu. (...)Ale Miłosz nie napisałby Rodzinnej Europy, własnej biografii i zarazem traktatu-eseju na temat tego regionu, "gdzie słońce wschodzi i kędy zapada", oraz ludzi ją zamieszkujących, Polski, gdyby nie uważał tej właśnie ziemi za wyjątkową, szczególną na kontynencie. Wspomnienie z dzieciństwa i młodości odsłaniają skamieliny świata, którego już nie ma, w przeciwieństwie do Zachodu, gdzie tło, kontekst, w którym rozgrywa się dramat ludzkiego istnienia, jest względnie stały, stabilny, niemal niezmienny.”

Dlatego też pojawia się w „Rodzinnej Europie” sformułowanie „Gdyby dano mi sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze” – wtedy, patrząc wstecz oczami dziecka nie rozumiejącego mechanizmów dziejowych (ani tym bardziej politycznych), powstanie „nowego tworu”, państwa polskiego, stanowiło swoisty szok, było czymś, co zachwiało spokojem dzieciństwa. I tylko w tym kontekście należy te słowa interpretować, o czym pan Łysiak raczył zapomnieć. Niby mały szczegół, a jak bardzo zmienia on obraz rzeczy! To jest tylko jeden z licznych przykładów, gdyż wspomniany „ekspert” Łysiak wielokrotnie wybiera sobie kilka słów z całych zdań Noblisty, które właśnie postawy antypolskie ironicznie krytykują, a nie pochwalają, co stara się autor „Salonu” nam wmówić. Taki to był bowiem z Miłosza architekt myśli, że lubił bawić się słowem, co poniektórych jednak jego czytelników przerosło – nie byli w stanie podjąć tej intelektualnej zabawy... Zresztą – dlaczego w całej tej nagonce na Miłosza zapomina się o tym, co poeta o sobie samym mówił?

„Moje pojęcie ojczyzny jest bardzo mieszane, bardzo niejasne. Ja się urodziłem na północ od Kowna i tam są właściwie moje korzenie. Tam się urodzili moi rodzice, tam się urodzili moi dziadkowie z obu stron. Mógłbym powiedzieć, że to jest moja ojczyzna. A litewskość, do której się przyznaję, jest dla mnie wzbogaceniem. Ja naprawdę bardzo się cieszę, że urodziłem się na rodzinnej Litwie, gdzie – odkąd sięgnę pamięcią – występowały konflikty narodowościowe.(...) Ja Wilna nie kochałem. Chciałem się z Wilna wydostać, bo to była głęboka prowincja. To było miasto wielonarodowościowe, ale też miasto, które było areną antysemickich awantur. Dopiero później przekonałem się, że to miasto kocham. Tak się może zdarzyć, że żyje się z jakąś kobietą i nie wie się, jak bardzo się ją kocha.”...


Gdyby Łysiak pofatygował się o przeczytanie/posłuchanie/obejrzenie choćby jednego wywiadu z Miłoszem, być może nie zadawałby idiotycznych pytań w stylu „Czemu M. nie wyniósł się do tego swojego Wilna”.

Ale nie tylko fakt, że poeta wychował się na Litwie, wpłynął na jego sposób pisania i to, co w gruncie rzeczy chciał nam przekazać za pośrednictwem swojej twórczości. Liryka Miłosza zalicza się do nurtu poezji moralnej, która kreuje, a jednocześnie ocala wartości (ponownie odsyłam do tomiku „Ocalenie”). Po II wojnie światowej Miłosz odchodzi od fatalistycznych, katastroficznych wizji na rzecz pamięci poetyckiej, służącej ocaleniu. Stąd też inspiracja Mickiewiczem, uprawianie odrobinę zmodyfikowanej poezji klasycznej, składnej, tradycyjnej, opartej na naturalnych rytmach języka polskiego. Pozwolę sobie zacytować Andrzeja Józefa Dąbrowskiego, który doskonale objaśnił stosunek Miłosza do Polaków, Polski, polskości:
„Z polskich twórców, którymi zajmował się "z urzędu" jako wykładowca literatury polskiej, najwięcej uwagi poświęcił [tj. Miłosz] właśnie Mickiewiczowi. I jako pół-Litwin, i jako wygnaniec z Wilna rozumiał go lepiej od innych i zarazem najgłębiej. Nic też dziwnego, że w różnych okresach jego pisarstwa Mickiewicz pojawiał się wielokrotnie nie tylko jako punkt odniesienia, ale także jako... partner. Wszak mistrz Adam był nie tylko poetą, ale również wykładowcą literatury polskiej i słowiańskiej, znawcą świata leżącego między Zachodem a Rosją, znawcą Rosji, znawcą sobie współczesnej poezji, tłumaczem i wszechstronnym intelektualistą, jakich niewielu wydało nasze piśmiennictwo. Zresztą nie tylko nasze... Mickiewicz, prowincjusz, a zarazem wieszcz litewski i polski, był jednocześnie myślicielem ogarniającym problemy świata zachodniego, nie wyłączając Ameryki. O Miłoszu można powiedzieć to samo, odejmując rolę wieszcza, którym nie był i być nie chciał. W przeciwieństwie do Mickiewicza zachowywał dystans do Polaków, postrzegając ich nierzadko jako słynną "plugawą skorupę" z Dziadów i nie dostrzegając zalet ducha, "którego i sto lat nie wyziębi". Nie dane mu było zatem stać się ojcem narodu i nie sposób o nim powiedzieć, że "my z niego wszyscy". Dystans ten powiększył się na emigracji. O ile Mickiewicz-emigrant kochał swych rodaków miłością żarliwą, przechodząc do porządku dziennego nad ich częstą mizerią umysłową i etyczną, o tyle Miłosz od tej mizerii uciekał i z sarkazmem o niej pisał. Widział "czerep rubaszny", a nie "duszę anielską", czego nie mogą mu darować tzw. prawdziwi Polacy, mieniący się niekiedy "wszechpolakami".”
Jak widać – fundamentalna różnica między dwoma naszymi genialnymi poetami polega na tym, iż Miłosz nigdy nie idealizował obrazu polskiego narodu. Widział nasze słabości i, nieraz brutalnie, je obnażał. Miał odwagę wytknąć nam polskie wady zgodnie z zasadą, iż pozostać muszą „Dwa ocalałe wyrazy: / Prawda i sprawiedliwość” („W Warszawie”). Mickiewicz na przywary Polaków przymykał oko – takie były jego zamierzenia, gdyż inne wyznaczył zadanie poetom romantyzm, inne PRL-owska rzeczywistość. Poeta doby romantyzmu musiał podbudowywać w uciśnionym narodzie ducha walki, przekonywać rodaków o ich wyjątkowości (która wszak nie miała pokrycia w rzeczywistości), o tym, że są na tyle silni, by wyswobodzić się z carskiej niewoli. Miłosz natomiast podjął się misji odnowienia polskiej moralności, swoistego przewartościowania po okresie chaosu globalnego, jakim była wojna z bestialskim hitleryzmem. I naprawdę nie należy mieć do niego pretensji, że w ostrych często słowach piętnował chorobliwy patriotyzm (właściwie można by tu już mówić o nacjonalizmie), obsesyjny antysemityzm i przesadny, dewocyjny katolicyzm, w którym żywe są jedynie pięknie brzmiące słówka, a zapomina się o sprawie najważniejszej – wcielaniu tkliwych idei w życie, poparciu ich czynem.

Myślę, że absurdalny zarzut wrogiej postawy Miłosza względem Polaków odparłam wystarczającą argumentacją. Nie sądzę, by Wyspiański dostawał w grobie palpitacji serca ze względu na tak zacnego sąsiada w krypcie obok. Tym bardziej, że obaj panowie mieli zbieżne spostrzeżenia odnośnie pewnych naszych narodowych cech – negatywnych cech, żeby nie było nieścisłości. Wystarczy przeczytać uważnie „Wesele”, a od razu będzie wiadomo, o co chodzi.

Cytat z „M jak Miłosz”: „Nie ukrywam - nie lubię M. i to nie tylko ze względu na jego fascynacje systemem komunistycznym. Jeśli miałbym określić M. jednym słowem byłby to wyraz "grafoman". Do Nobla doprowadziło go lizusostwo, konformizm, umiejętność zmiany poglądów w zależności do zaistniałej sytuacji, co w połączeniu z totalnym brakiem talentu i stylu daje wiele do myślenia (...) Zresztą, jeśli spojrzeć na laureatów nagrody Nobla - w przeważającej części są to ludzie, którzy nigdy nic złego o władzy komunistycznej nie powiedzieli.”.

Po raz kolejny autor powołuje się na zarzut zaczerpnięty z książki Waldemara Łysiaka, w której znajdujemy fragment:

„Cz. Miłosz, autor „Pieska przydrożnego" (gazetowyborcza nagroda „Nike"), poszedł jeszcze dalej. I zaszedł dalej - do Nobla (J. Narbutt: „Miłosz brnął w pogoni za sukcesem, podlizując się międzynarodówce kosmopolitów i antypolonistów. Zapłacono mu za to Noblem").”

A inne źródła? A odrobina obiektywnego przyjrzenia się problemowi (elementy nieobecne w felietonie...)? Jeśli się kogoś nie lubi, nie znaczy to, iż można go zeszmacić słowami, zarzutami, nie mającymi odzwierciedlenia w rzeczywistości... Mówiąc o innych źródłach - nie trzeba wcale szukać pośród kart opasłych tomisk opracowań. Wystarczy sięgnąć po samego Miłosza i jego słynny „Zniewolony umysł” czy „Który skrzywdziłeś” (utwór, notabene, był drukowany na ulotkach kolportowanych przez Solidarność oraz został wyryty na cokole pomnika upamiętniającego pracowników stoczni gdańskiej, zabitych podczas demonstracji w 1970 roku – sam Miłosz był ponadto prezesem Francuskiej Komisji Wspierającej Solidarność – nigdy nic złego o władzy komunistycznej Miłosz nie powiedział??? Ciekawe...). Fakt - Miłosz miał lewicowe poglądy i był na początku entuzjastyczne nastawiony względem nowej władzy. Faktem jest również, że był dyplomatą PRL w Nowym Jorku (1946r.), następnie w Waszyngtonie (1947r.), a także w Paryżu (1950r.). Już w 1951 roku Miłosz zdał sobie sprawę, że Stalinowski komunizm owszem, dźwignął Polskę z powojennych zgliszcz, ale z drugiej strony przyniósł ze sobą terror i prześladowania setek tysięcy Polaków. Zerwał więc z władzami i poprosił o azyl polityczny we Francji. Zaprawdę, okropny i straszny z niego komunista! Zaczepiając o grafomaństwo Miłosza - odsyłam do felietonu cary - „De gustibus” - z 15 numeru AMK. Daje on wiele do myślenia. Tak samo, jak słowa Anny Frajlich - Miłosz „był i zostanie jednym z najwybitniejszych przedstawicieli swego pokolenia, nie tylko w skali polskiej, ale światowej. Jego dorobek poetycki, eseistyczny, translatorski i krytycznoliteracki obejmuje tak szeroki wachlarz form i zagadnień i osiągnął taki stopień oryginalności i samowiedzy, że na polskiej scenie literackiej nie dorównuje mu nikt. Śmierć zamknęła to dzieło.”

Skończę już swoją obronę Czesława Miłosza – o jego twórczości i motywach pisania powstało i powstaje nadal wiele książek, więc to do nich odsyłam wszystkich, których poruszone przeze mnie zagadnienie interesuje. W rozprawie tej chciałam przedstawić najważniejsze fakty, które są tak często perfidnie przez wrogów Miłosza pomijane – mam nadzieję, że mi się to udało. Aż chce się powtórzyć za Adamem Asnykiem – „nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść”... Ostateczną ocenę tej, niewątpliwie ważnej w historii Polski, postaci, pozostawiam już Czytelnikom. Myślę, że każdy wyrobi sobie własną opinię na ten temat.
 

Š Copyright by Książki Ž Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!