|
O pewnym poecie jeszcze słów kilka...
Czyli w odpowiedzi na „M jak Miłosz”.
dan_daki
„Zaroiło się w sadach od tęcz i zawieruch;
Z drogi! - Idzie poeta - niebieski wycieruch!
Zbój obłoczny, co z światem jest - wspak i na noże!
Baczność! - Nic się przed takim uchronić nie może!”
Bolesław Leśmian, „Poeta”
Wyjątkowo ciepła jesień w kraju nad Wisłą, oj, wyjątkowo. Co i tak nie
przeszkodziło, by w moim pokoju było jeszcze goręcej – a tak się właśnie stało,
gdy przeczytałam felieton „M jak Miłosz” z 15 numeru Action Mag Książki. Z
początku z niedowierzaniem, później z lekkim niesmakiem, zagłębiłam się w treść
tekstu raz jeszcze, ale – o dziwo – jednak oczy mnie nie myliły. Jednak po raz
kolejny jeden z nielicznych naszych narodowych autorytetów został zmieszany z
błotem, opluty i, ogólnie rzecz biorąc, zepchany na margines artystyczny jednym
krótkim słowem „grafoman”. Z czego to wynika? Ano, z niewiedzy, mili Państwo.
Dlatego wnikać nie będę, skąd tyle nienawiści w słowach autora tekstu „M jak
Miłosz” – mniejsza z tym. Najważniejsze, by nie dopuścić do szerzenia się
ignorancji, co też niniejszym pozwolę sobie w tym momencie uczynić. I, żeby nie
zostać posądzoną o gołosłowność, każdy zarzut postawiony w „M jak Miłosz”
naszemu Nobliście odeprę sprawdzonym dowodem, że wcale tak nie jest, jak autor
artykułu przedstawił. Natomiast teksty w stylu „Co do szowinizmu wspomnianego we
wstępie - stwierdziłem, że lepiej, żeby kobiety się do polityki nie mieszały, co
pewnie spowoduje w krótkim czasie wybuch kolejnej fali emancypacji - wszystkich
mężczyzn z całego serca za to przepraszam.” pozostawiam bez komentarza – na tyle
wszak sobie zasługują.
Cytat z „M jak Miłosz”: „Zaczęło się od poety M., a właściwie od tego,
że przytoczywszy parę ciekawszych cytatów, jednoznacznie wskazujących na jego
antypolskie nastawienie (...) Chodzi w sumie o jedno. O obłudę Polaków. M. -
zagorzały antypatriota (...) został w rezultacie złożony za swoje zasługi w
Krypcie Zasłużonych na krakowskiej Skałce. (...) Przecież Wyspiański się w
grobie przewraca, kiedy widzi, kto obok niego leży”.
Na samym początku, żeby cała ta sytuacja stała się dla Szanownych Czytelników
jasna, należy przyjrzeć się dokładnie sprawie owych bulwersujących cytatów,
które zostały przez autora przytoczone w felietonie. Wielu przeciwników naszego
Noblisty posądza go o antypolskość, o antypatriotyzm. I zawsze powołują się na
te same fragmenty z „Prywatnych obowiązków” czy „Rodzinnej Europy”. Szkoda
tylko, że w swych sądach podpierają się wyrwanymi z kontekstu cytatami, a nie
odnoszą ich treści do całego dzieła, co można by po prostu nazwać najzwyklejszą
w świecie manipulacją. Jak wielką siłę zniekształcania rzeczywistości posiadają
wszelkiego rodzaju „urwane myśli”, mogliśmy się już niejednokrotnie przekonać –
warto przypomnieć sobie małą aferę wokół osoby Jarosława Kaczyńskiego.
Wystarczyło wyciąć kawałek wypowiedzi z wywiadu, by w świat poszła fama o
rzekomym homoseksualizmie jednego z dwóch sławnych braci bliźniaków. Ale
wracając do Miłosza. Jak już wspomniałam, jego twórczości nie da się ocenić, a
już zupełnie nie sposób zrozumieć, bez uprzedniego dokładnego zaznajomienia się
z poszczególnymi utworami poety. Trzeba je analizować w kontekście tamtejszych
realiów, nurtów; nie należy również ignorować osobistych przeżyć Miłosza i jego
osobowości. Każdy krytyk literacki, jeśli chce, by poważnie go traktowano w
polemikach o twórczości jakiegokolwiek artysty, musi być w taką podstawową
wiedzę wyposażony. Mam uzasadnione wątpliwości, czy autor felietonu „M jak
Miłosz” prześledził krok po kroku etapy twórczego rozwoju Miłosza, czy
zastanawiał się nad tym, dlaczego poeta pisze tak, a nie inaczej - z punktu
widzenia zwykłej, uwrażliwionej jednostki ludzkiej, która została rzucona w
zawirowania ówczesnego ustroju. Z tekstu wynika, iż felietonista bardzo
dokładnie zapoznał się za to z pozycją „Salon. Rzeczpospolita kłamców.”
Waldemara Łysiaka – szkoda tylko, że książka ta nie jest dość wiarygodna, w
dodatku oparta na niesprawdzonych przez Łysiaka źródłach. Gwoli uściślenia:
Łysiak zbytnio nie pofatygował się o drobiazgowe zbadanie problemu „antypatrioty
Miłosza”. „Swoje” zarzuty zaczerpnął po prostu z publikacji Jana Majdy („Wisława
Szymborska, Karol Wojtyła, Czesław Miłosz”, wyd. i poligrafia Zakonu Pijarów,
2002r.)., niegdyś pracownika Uniwersytetu Jagiellońskiego, który to w wywiadzie
dla „Naszego Dziennika” (o wiele mówiącym tytule „Antypolskie oblicze Czesława
Miłosza”) bezwstydnie posłużył się sfałszowanymi „cytatami z książek”, natomiast
inne fragmenty, prawdziwe, doskonale zinterpretował na własne potrzeby. Zresztą,
nie tylko Łysiak okazał się tak „oryginalny” w powielaniu fałszywych myśli Majdy;
pani Ewa Polak-Pałkiewicz poszła tą samą drogą wraz z panem Jerzym Robertem
Nowakiem. Widocznie zawoalowany plagiat wespół z tanią sensacją stał się w
Polsce niezwykle modnym i doskonałym sposobem na dyskretne zbijanie mamony.
Szkoda tylko, że cierpią z tego powodu narodowe autorytety, a w polskim kręgu
poetyckim powstaje dość pokaźne piekiełko.
Jak już pisałam – najważniejsze jest odniesienie dzieła w stosunku do czasu i
okoliczności, w jakim ono powstało. Najsłabszy zarzut Łysiaka, stanowiący
podwalinę dla stwierdzenia „Miłosz był antypolonusem”, brzmi następująco:
„Oba pieski przydrożne — i Gom¬browicz, i Miłosz — nie kochały (delikatnie
mówiąc) Polski, polskości i Polaków, lecz o ile Gombrowicz gardził tym
wszyst¬kim, to urodzony na Litwie Miłosz prócz pogardy czuł również zwierzęcą
wprost nienawiść „kresową", tę charakterystyczną, nieuleczalną złość (lub raczej
wściekłość), którą Litwini, Biało¬rusini i Ukraińcy czują wobec „Koroniarzy" i
„Lachów". Za¬wsze twierdził, że nie jest Polakiem i że nie czuje się Polakiem
ani trochę — jest stuprocentowym Litwinem (dziwne tedy, że nie osiadł w
ukochanym, wolnym już Wilnie, i że nie podpisywał się per Miłoszevicius lub
Miłoszevickas, lecz tylko pozornie dziwne — na Litwie nie było michnikowskiego
różowego „Salonu" ro¬biącego mu klakę i „szmal"', zaś Kraków wybrał, jak
tłumaczył, bo ten przypomina Wilno). Głosił to całemu światu — w radiu
francuskim przedstawił się: „ — Jestem Litwinem, który pisze po polsku”.
I cóż z tego, że urodził się na Litwie? Jakież dowody, że cierpiał na „złość
kresową”? Czyżby pan Łysiak zapomniał, jak wyglądało życie, szczególnie młodość
poety, to, w jakich warunkach on dorastał? Miłosz urodził się w 1911 roku w
Szetejniach na Litwie, ukończył wileńskie gimnazjum, a następnie prawo na
Uniwersytecie Stefana Batorego. Nic więc dziwnego, że odczuwał on silną więź z
Wilnem, chyba każdy na jego miejscu odczuwałby taką podwójną tęsknotę – za
Polską i za Litwą – chcąc, nie chcąc – „bliższą” ojczyzną dla Miłosza. Najlepiej
owe rozdarcie obrazuje tomik „Ocalenie” oraz „Rodzinna Europa”. W „Ocaleniu”
motyw utraconej ojczyzny możemy przestudiować na dwóch płaszczyznach: z
perspektywy autobiograficznej (wiersz „W mojej ojczyźnie”, powstały tuż po
opuszczeniu w 1937 roku przez poetę Litwy – kraju lat dziecinnych) oraz z
perspektywy poetyckiej autobiografii („Walc”). Najlepiej jednak kwestię ducha
polsko-litewskiego Miłosza ujął Czesław Karkowski w artykule pt. „Rodzinna, ale
dwojaka” (został on umieszczony w dodatku literacko-społecznym „Nowego
Dziennika”):
„’Rodzinna Europa’ jest w zasadzie autobiografią człowieka urodzonego na
Litwie w polskiej rodzinie, wyrastającego na styku wielu kultur, które
charakteryzowały Polskę pojagiellońską, choć w dzieciństwie Miłosza Polska
naturalnie nie istniała. Następnie przyszła wojna i rewolucja bolszewicka,
powstanie państwa polskiego i wojna 1920 r. Wydarzenia te wyznaczają tylko pewne
punkty orientacyjne dziejów, gdyż w rzeczywistości na ziemiach tych dokonywał
się ciągły ruch, trwała nieustanna zmiana, przeobrażenia następowały po sobie,
frakcje i ugrupowania wchodziły w alianse, by szybko rozejść się do przeciwnych
obozów (...)W doświadczeniu indywidualnym, w pamięci jednostkowego losu
zawiera się makrokosmos procesu dziejowego, bo mechanizm przemijania jest ten
sam. Miłosz może więc pisać autobiografię wiedząc, że przedstawia ona zarazem
obraz ogólnej prawidłowości procesów kształtujących losy ludzkie wszędzie.
Historyk pisze o sprawach ogólnych, starając się wychwycić generalny obraz z
gmatwaniny dziejów; artysta, poeta robi to samo, skupia się jedynie na
wydarzeniach jednostkowych i na konkretnej biografii...(...) W tym wysiłku
zawartym w ‘Rodzinnej Europie’, aby zachować to wszystko, co pamięć przechowuje,
tkwi zarazem świadomość swoistej daremności przedsięwzięcia wobec wielkiej
historii, która zniweluje wszystkich do jednego, równego szeregu.
(...)Ale Miłosz nie napisałby Rodzinnej Europy, własnej biografii i zarazem
traktatu-eseju na temat tego regionu, "gdzie słońce wschodzi i kędy zapada",
oraz ludzi ją zamieszkujących, Polski, gdyby nie uważał tej właśnie ziemi za
wyjątkową, szczególną na kontynencie. Wspomnienie z dzieciństwa i młodości
odsłaniają skamieliny świata, którego już nie ma, w przeciwieństwie do
Zachodu, gdzie tło, kontekst, w którym rozgrywa się dramat ludzkiego istnienia,
jest względnie stały, stabilny, niemal niezmienny.”
Dlatego też pojawia się w „Rodzinnej Europie” sformułowanie „Gdyby dano mi
sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze” – wtedy, patrząc wstecz oczami dziecka
nie rozumiejącego mechanizmów dziejowych (ani tym bardziej politycznych),
powstanie „nowego tworu”, państwa polskiego, stanowiło swoisty szok, było czymś,
co zachwiało spokojem dzieciństwa. I tylko w tym kontekście należy te słowa
interpretować, o czym pan Łysiak raczył zapomnieć. Niby mały szczegół, a jak
bardzo zmienia on obraz rzeczy! To jest tylko jeden z licznych przykładów, gdyż
wspomniany „ekspert” Łysiak wielokrotnie wybiera sobie kilka słów z całych zdań
Noblisty, które właśnie postawy antypolskie ironicznie krytykują, a nie
pochwalają, co stara się autor „Salonu” nam wmówić. Taki to był bowiem z Miłosza
architekt myśli, że lubił bawić się słowem, co poniektórych jednak jego
czytelników przerosło – nie byli w stanie podjąć tej intelektualnej zabawy...
Zresztą – dlaczego w całej tej nagonce na Miłosza zapomina się o tym, co poeta o
sobie samym mówił?
„Moje pojęcie ojczyzny jest bardzo mieszane, bardzo niejasne. Ja się
urodziłem na północ od Kowna i tam są właściwie moje korzenie. Tam się urodzili
moi rodzice, tam się urodzili moi dziadkowie z obu stron. Mógłbym powiedzieć, że
to jest moja ojczyzna. A litewskość, do której się przyznaję, jest dla mnie
wzbogaceniem. Ja naprawdę bardzo się cieszę, że urodziłem się na rodzinnej
Litwie, gdzie – odkąd sięgnę pamięcią – występowały konflikty
narodowościowe.(...) Ja Wilna nie kochałem. Chciałem się z Wilna wydostać, bo to
była głęboka prowincja. To było miasto wielonarodowościowe, ale też miasto,
które było areną antysemickich awantur. Dopiero później przekonałem się, że to
miasto kocham. Tak się może zdarzyć, że żyje się z jakąś kobietą i nie wie się,
jak bardzo się ją kocha.”... |
|
Gdyby Łysiak pofatygował się o przeczytanie/posłuchanie/obejrzenie choćby
jednego wywiadu z Miłoszem, być może nie zadawałby idiotycznych pytań w stylu
„Czemu M. nie wyniósł się do tego swojego Wilna”.
Ale nie tylko fakt, że poeta wychował się na Litwie, wpłynął na jego sposób
pisania i to, co w gruncie rzeczy chciał nam przekazać za pośrednictwem swojej
twórczości. Liryka Miłosza zalicza się do nurtu poezji moralnej, która kreuje, a
jednocześnie ocala wartości (ponownie odsyłam do tomiku „Ocalenie”). Po II
wojnie światowej Miłosz odchodzi od fatalistycznych, katastroficznych wizji na
rzecz pamięci poetyckiej, służącej ocaleniu. Stąd też inspiracja Mickiewiczem,
uprawianie odrobinę zmodyfikowanej poezji klasycznej, składnej, tradycyjnej,
opartej na naturalnych rytmach języka polskiego. Pozwolę sobie zacytować
Andrzeja Józefa Dąbrowskiego, który doskonale objaśnił stosunek Miłosza do
Polaków, Polski, polskości:
„Z polskich twórców, którymi zajmował się "z urzędu" jako wykładowca
literatury polskiej, najwięcej uwagi poświęcił [tj. Miłosz] właśnie
Mickiewiczowi. I jako pół-Litwin, i jako wygnaniec z Wilna rozumiał go lepiej od
innych i zarazem najgłębiej. Nic też dziwnego, że w różnych okresach jego
pisarstwa Mickiewicz pojawiał się wielokrotnie nie tylko jako punkt odniesienia,
ale także jako... partner. Wszak mistrz Adam był nie tylko poetą, ale również
wykładowcą literatury polskiej i słowiańskiej, znawcą świata leżącego między
Zachodem a Rosją, znawcą Rosji, znawcą sobie współczesnej poezji, tłumaczem i
wszechstronnym intelektualistą, jakich niewielu wydało nasze piśmiennictwo.
Zresztą nie tylko nasze... Mickiewicz, prowincjusz, a zarazem wieszcz litewski i
polski, był jednocześnie myślicielem ogarniającym problemy świata zachodniego,
nie wyłączając Ameryki. O Miłoszu można powiedzieć to samo, odejmując rolę
wieszcza, którym nie był i być nie chciał. W przeciwieństwie do Mickiewicza
zachowywał dystans do Polaków, postrzegając ich nierzadko jako słynną "plugawą
skorupę" z Dziadów i nie dostrzegając zalet ducha, "którego i sto lat nie
wyziębi". Nie dane mu było zatem stać się ojcem narodu i nie sposób o nim
powiedzieć, że "my z niego wszyscy". Dystans ten powiększył się na emigracji.
O ile Mickiewicz-emigrant kochał swych rodaków miłością żarliwą, przechodząc do
porządku dziennego nad ich częstą mizerią umysłową i etyczną, o tyle Miłosz od
tej mizerii uciekał i z sarkazmem o niej pisał. Widział "czerep rubaszny", a
nie "duszę anielską", czego nie mogą mu darować tzw. prawdziwi Polacy, mieniący
się niekiedy "wszechpolakami".”
Jak widać – fundamentalna różnica między dwoma naszymi genialnymi poetami polega
na tym, iż Miłosz nigdy nie idealizował obrazu polskiego narodu. Widział nasze
słabości i, nieraz brutalnie, je obnażał. Miał odwagę wytknąć nam polskie wady
zgodnie z zasadą, iż pozostać muszą „Dwa ocalałe wyrazy: / Prawda i
sprawiedliwość” („W Warszawie”). Mickiewicz na przywary Polaków przymykał oko –
takie były jego zamierzenia, gdyż inne wyznaczył zadanie poetom romantyzm, inne
PRL-owska rzeczywistość. Poeta doby romantyzmu musiał podbudowywać w uciśnionym
narodzie ducha walki, przekonywać rodaków o ich wyjątkowości (która wszak nie
miała pokrycia w rzeczywistości), o tym, że są na tyle silni, by wyswobodzić się
z carskiej niewoli. Miłosz natomiast podjął się misji odnowienia polskiej
moralności, swoistego przewartościowania po okresie chaosu globalnego, jakim
była wojna z bestialskim hitleryzmem. I naprawdę nie należy mieć do niego
pretensji, że w ostrych często słowach piętnował chorobliwy patriotyzm
(właściwie można by tu już mówić o nacjonalizmie), obsesyjny antysemityzm i
przesadny, dewocyjny katolicyzm, w którym żywe są jedynie pięknie brzmiące
słówka, a zapomina się o sprawie najważniejszej – wcielaniu tkliwych idei w
życie, poparciu ich czynem.
Myślę, że absurdalny zarzut wrogiej postawy Miłosza względem Polaków odparłam
wystarczającą argumentacją. Nie sądzę, by Wyspiański dostawał w grobie
palpitacji serca ze względu na tak zacnego sąsiada w krypcie obok. Tym bardziej,
że obaj panowie mieli zbieżne spostrzeżenia odnośnie pewnych naszych narodowych
cech – negatywnych cech, żeby nie było nieścisłości. Wystarczy przeczytać
uważnie „Wesele”, a od razu będzie wiadomo, o co chodzi.
Cytat z „M jak Miłosz”: „Nie ukrywam - nie lubię M. i to nie tylko ze
względu na jego fascynacje systemem komunistycznym. Jeśli miałbym określić M.
jednym słowem byłby to wyraz "grafoman". Do Nobla doprowadziło go lizusostwo,
konformizm, umiejętność zmiany poglądów w zależności do zaistniałej sytuacji, co
w połączeniu z totalnym brakiem talentu i stylu daje wiele do myślenia (...)
Zresztą, jeśli spojrzeć na laureatów nagrody Nobla - w przeważającej części są
to ludzie, którzy nigdy nic złego o władzy komunistycznej nie powiedzieli.”.
Po raz kolejny autor powołuje się na zarzut zaczerpnięty z książki Waldemara
Łysiaka, w której znajdujemy fragment:
„Cz. Miłosz, autor „Pieska przydrożnego" (gazetowyborcza nagroda „Nike"),
poszedł jeszcze dalej. I zaszedł dalej - do Nobla (J. Narbutt: „Miłosz brnął w
pogoni za sukcesem, podlizując się międzynarodówce kosmopolitów i antypolonistów.
Zapłacono mu za to Noblem").”
A inne źródła? A odrobina obiektywnego przyjrzenia się problemowi (elementy
nieobecne w felietonie...)? Jeśli się kogoś nie lubi, nie znaczy to, iż można go
zeszmacić słowami, zarzutami, nie mającymi odzwierciedlenia w rzeczywistości...
Mówiąc o innych źródłach - nie trzeba wcale szukać pośród kart opasłych tomisk
opracowań. Wystarczy sięgnąć po samego Miłosza i jego słynny „Zniewolony umysł”
czy „Który skrzywdziłeś” (utwór, notabene, był drukowany na ulotkach
kolportowanych przez Solidarność oraz został wyryty na cokole pomnika
upamiętniającego pracowników stoczni gdańskiej, zabitych podczas demonstracji w
1970 roku – sam Miłosz był ponadto prezesem Francuskiej Komisji Wspierającej
Solidarność – nigdy nic złego o władzy komunistycznej Miłosz nie powiedział???
Ciekawe...). Fakt - Miłosz miał lewicowe poglądy i był na początku
entuzjastyczne nastawiony względem nowej władzy. Faktem jest również, że był
dyplomatą PRL w Nowym Jorku (1946r.), następnie w Waszyngtonie (1947r.), a także
w Paryżu (1950r.). Już w 1951 roku Miłosz zdał sobie sprawę, że Stalinowski
komunizm owszem, dźwignął Polskę z powojennych zgliszcz, ale z drugiej strony
przyniósł ze sobą terror i prześladowania setek tysięcy Polaków. Zerwał więc z
władzami i poprosił o azyl polityczny we Francji. Zaprawdę, okropny i straszny z
niego komunista! Zaczepiając o grafomaństwo Miłosza - odsyłam do felietonu cary
- „De gustibus” - z 15 numeru AMK. Daje on wiele do myślenia. Tak samo, jak
słowa Anny Frajlich - Miłosz „był i zostanie jednym z najwybitniejszych
przedstawicieli swego pokolenia, nie tylko w skali polskiej, ale światowej. Jego
dorobek poetycki, eseistyczny, translatorski i krytycznoliteracki obejmuje tak
szeroki wachlarz form i zagadnień i osiągnął taki stopień oryginalności i
samowiedzy, że na polskiej scenie literackiej nie dorównuje mu nikt. Śmierć
zamknęła to dzieło.”
Skończę już swoją obronę Czesława Miłosza – o jego twórczości i motywach pisania
powstało i powstaje nadal wiele książek, więc to do nich odsyłam wszystkich,
których poruszone przeze mnie zagadnienie interesuje. W rozprawie tej chciałam
przedstawić najważniejsze fakty, które są tak często perfidnie przez wrogów
Miłosza pomijane – mam nadzieję, że mi się to udało. Aż chce się powtórzyć za
Adamem Asnykiem – „nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze
wznieść”... Ostateczną ocenę tej, niewątpliwie ważnej w historii Polski,
postaci, pozostawiam już Czytelnikom. Myślę, że każdy wyrobi sobie własną opinię
na ten temat.
|