Grudzień 2006      


|:  RECENZJA  :|

Dan Brown - Cyfrowa twierdza
Michał Chmielewski

"Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna okazał się łopatą do podkopu wiarygodności kultury chrześcijańskiej. Teraz podkop został poszerzony filmem, co fundamentaliści krytykowali w niebezpieczny dla poprawności obyczajowej sposób - kupili sobie kilkaset egzemplarzy "Kodu" i zrobili z nich grilla na świeżym powietrzu. Nieciekawie.

Ale prócz tej książki Brown napisał inną. I jak wyżej wymieniona dźgała dumę chrześcijan, tak ta godzi w dumę NSA, jednej z najważniejszej agencji USA.

"Cyfrowa Twierdza" ma się tak: genialny azjatycki programista szantażuje National Security Agency - ma ona ogłosić światu, że posiada dostęp do wszystkich informacji, jakie śmigają w światowym Internecie. A jeżeli tego nie zrobią, szczwany programista opublikuje świeżo napisany szyfrator, którego systemu kodowania informacji nie da się złamać. Nie - i już, w końcu napisał go geniusz. Z szyfrem nie może sobie poradzić nawet superkomputer NSA - TRANSLATOR - a to oznacza kaput amerykańskiego wywiadu, plus obciachowa kompromitacja, czego Amerykanie boją się panicznie. W razie publikacji programu, zwiadowcy USA nie będą mogli rozkodować żadnego zakodowanego tym programikiem e-maila, dając tym samym wolną rękę szpiegom i terrorystom. Auć. Na wyjawienie niesympatycznej prawdy NSA ma mało czasu. Klucz do szyfratora posiada Azjata (big sorry, nazwiska nie spamiętałem). Wicedyrektor NSA sprowadza do siedziby główną kryptolog, panią Susan Fletcher, by ta, przy pomocy swojego programu, zlokalizowała autora programu i jego tajemniczego wspólnika (który, gwoli ścisłości, też posiada klucz) możliwie najdyskretniejszą metodą. Jak to bywa, sprawa się komplikuje jeszcze ciekawiej, gdy jej narzeczony dostaje zadanie, od którego zależy los Ameryki i jego własny.

Połowa świata określiła "Kod" zenitem talentu Browna. To nieprawda. "Kod" przyćmił honor, szlachetność i dobre miano dominującej teologią religii katolickiej, owocując współgrającym szerszym zainteresowaniem. I skandalem. "Cyfrowa Twierdza" jednak jest lepsza technicznie. "Kod da Vinci" szokował roznegliżowanymi brutalnymi faktami (lub nie-faktami), akcja była tylko szybka i ciekawa, ale przeciętna.

"Cyfrowa Twierdza" natomiast to ponad sto szybkich, dynamicznych i krótkich rozdziałów. Czytanie jednego z nich zajmuje do pięciu minut góra. Akcja jest poszatkowana na kilka miejsc i bohaterów, i dodatkowo pomieszanych ze sobą. Co rozdział przeskok miejsca akcji. Prawie wszystkie kończą się sprytnie zaplanowanymi zdaniami wywrotowymi - przestawiającą akcję na inne, zupełnie nieoczekiwane tory. Potem okazuje się, iż są one nie tylko zaskakujące, ale i bardzo dobrze rozegrane. Wynika z tego schematu coś pięknego: koniec każdego rozdziału to ciekawy, wsysający uwagę prolog następnego. Yeah!

The Digital Stronghold

sensacja

 

 


Brown uznawany jest za jednego z debeściarkich autorów sensacyjnej prozy i temu się nie dziwię. Ten facet to Frankenstein, mieszaniec kilku stylów i znaków rozpoznawczych innych, równie znanych jego kolegów po fachu. Mnie z tego kombosu najbardziej łechtał akcent a la Harlan Coben, czyli ten gloryfikowany w powyższym akapicie.

Nic nie stoi na przeszkodzie do wystawienia "Cyfrowej Twierdzy" najbardziej prestiżowej oceny w tym, jak najbardziej prestiżowym, magazynie książkowym. Potknięć tutaj nie zauważyłem, przynajmniej nie tych, co powodują torsje. Jednak dycha to zbyt dużo, zważywszy, że powieść poza naprawdę dynamiczną akcją i kilkoma ciekawymi faktami nie daje nic więcej. Za mało. A ja lubię bonusy.

(c) Copyright by AM Ksi+/-żki (R) Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!