Dan Brown - Cyfrowa twierdza
Michał Chmielewski
"Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna okazał się łopatą do podkopu
wiarygodności kultury chrześcijańskiej. Teraz podkop został poszerzony filmem,
co fundamentaliści krytykowali w niebezpieczny dla poprawności obyczajowej
sposób - kupili sobie kilkaset egzemplarzy "Kodu" i zrobili z nich grilla na
świeżym powietrzu. Nieciekawie.
Ale prócz tej książki Brown napisał inną. I jak wyżej wymieniona dźgała dumę
chrześcijan, tak ta godzi w dumę NSA, jednej z najważniejszej agencji USA.
"Cyfrowa Twierdza" ma się tak: genialny azjatycki programista szantażuje
National Security Agency - ma ona ogłosić światu, że posiada dostęp do
wszystkich informacji, jakie śmigają w światowym Internecie. A jeżeli tego nie
zrobią, szczwany programista opublikuje świeżo napisany szyfrator, którego
systemu kodowania informacji nie da się złamać. Nie - i już, w końcu napisał go
geniusz. Z szyfrem nie może sobie poradzić nawet superkomputer NSA - TRANSLATOR
- a to oznacza kaput amerykańskiego wywiadu, plus obciachowa kompromitacja,
czego Amerykanie boją się panicznie. W razie publikacji programu, zwiadowcy USA
nie będą mogli rozkodować żadnego zakodowanego tym programikiem e-maila, dając
tym samym wolną rękę szpiegom i terrorystom. Auć. Na wyjawienie niesympatycznej
prawdy NSA ma mało czasu. Klucz do szyfratora posiada Azjata (big sorry,
nazwiska nie spamiętałem). Wicedyrektor NSA sprowadza do siedziby główną
kryptolog, panią Susan Fletcher, by ta, przy pomocy swojego programu,
zlokalizowała autora programu i jego tajemniczego wspólnika (który, gwoli
ścisłości, też posiada klucz) możliwie najdyskretniejszą metodą. Jak to bywa,
sprawa się komplikuje jeszcze ciekawiej, gdy jej narzeczony dostaje zadanie, od
którego zależy los Ameryki i jego własny.
Połowa świata określiła "Kod" zenitem talentu Browna. To nieprawda. "Kod"
przyćmił honor, szlachetność i dobre miano dominującej teologią religii
katolickiej, owocując współgrającym szerszym zainteresowaniem. I skandalem.
"Cyfrowa Twierdza" jednak jest lepsza technicznie. "Kod da Vinci" szokował
roznegliżowanymi brutalnymi faktami (lub nie-faktami), akcja była tylko szybka i
ciekawa, ale przeciętna.
"Cyfrowa Twierdza" natomiast to ponad sto szybkich, dynamicznych i krótkich
rozdziałów. Czytanie jednego z nich zajmuje do pięciu minut góra. Akcja jest
poszatkowana na kilka miejsc i bohaterów, i dodatkowo pomieszanych ze sobą. Co
rozdział przeskok miejsca akcji. Prawie wszystkie kończą się sprytnie
zaplanowanymi zdaniami wywrotowymi - przestawiającą akcję na inne, zupełnie
nieoczekiwane tory. Potem okazuje się, iż są one nie tylko zaskakujące, ale i
bardzo dobrze rozegrane. Wynika z tego schematu coś pięknego: koniec każdego
rozdziału to ciekawy, wsysający uwagę prolog następnego. Yeah!
|
|
|
|
|
The Digital Stronghold |
|
|
sensacja |
|
|
|
|
|
 |
|
|
|
Brown uznawany jest za jednego z debeściarkich autorów sensacyjnej prozy i temu
się nie dziwię. Ten facet to Frankenstein, mieszaniec kilku stylów i znaków
rozpoznawczych innych, równie znanych jego kolegów po fachu. Mnie z tego kombosu
najbardziej łechtał akcent a la Harlan Coben, czyli ten gloryfikowany w
powyższym akapicie.
Nic nie stoi na przeszkodzie do wystawienia "Cyfrowej Twierdzy" najbardziej
prestiżowej oceny w tym, jak najbardziej prestiżowym, magazynie książkowym.
Potknięć tutaj nie zauważyłem, przynajmniej nie tych, co powodują torsje. Jednak
dycha to zbyt dużo, zważywszy, że powieść poza naprawdę dynamiczną akcją i
kilkoma ciekawymi faktami nie daje nic więcej. Za mało. A ja lubię bonusy.
|