„Czym jestem wobec Ciebie, ja, com z rajskich włości...”

 

My w magii liczb skąpani, ale teraz chce się odwrócić

(skrzyp)

i poszukać Słowa. Piórko, co Ty na to mówisz?

Ja Grechutę mam w uszach.

A jednak, drogi mój, wersem niech słowa.

Wersem, mówisz?... więc dobrze, słowo po słowie

Poprzez popiół mnich.

Okolice Gałczyńskiego? – zapytuje Piórko.

Tak. Okolice jego. Ildefonsa wyobraźnia jest nam bliska.

Jest?

Jest.

 

Niech będzie to parę uwag profana do stwórcy.

 

Nigdy nie uczyłem się miłosnych pieśni na flecie; aranżacja, wirtuozeria – nieobce mi to słowa, gdzieś czarne klawisze forte pianina wybrzmiewają. Niebanalność słów. Snuć się cieniem na własnym tle, bo wśród muzyki się gubimy, jest jakieś zawirowanie w głowie, trupizm w podrygach.

 

Kto  m n i e  stworzył, że dopiero teraz nóż mój staje się narzędziem?

Kto, że sztandar niosąc – nie słyszę już świstu, krzyków, nie brzydzę własnych podeszew w kałużach krwi?

Kto, skoro w dniu ostatnim, na szczycie najwyższej z godzin będę czołgał się aż do Jego stóp, na grzbiecie i ramionach wygiętych w pałąk?

Kto, że wiara zaczęła się od bluźnierczych bóstw strachu i krwi?

Jaka to siła, co zradza w przeraźliwym bólu dziecko? I nie wiem, kim miałby być ten nasz Bóg, co nie ma w sobie żadnego zrozumienia, co żadnej formie nie był w stanie wybaczyć. A jak cierpimy – tak cierpcie po wsze czasy, żniwo i tak zostanie zebrane, bo nie ma dla Was odkupienie, nie ma, nie ma, bijmy się wszyscy po trzykroć w pierś krzycząc „moja wina!”... a żadnej w słowach tych prawdy, bo czy nie okazaliśmy się ludźmi, których stworzyłeś, Boże? Nie takich nas chciałeś? Nie takich z gliny?

Nie takich?

Carem byłeś, a natura Twoja nie zna ni życia naszego; zapominasz, że my wciąż mali tacy. Nie, ty nie znasz i zapomnienia; na Twój obraz i podobieństwo?... jaki więc jesteś, skoro my tacy?...

 

A z jakich miejsc jestem wygnewany? Jaki raj mój, gdzie ziemia święta? Spójrz – ale Ty nie widzisz, nie widzisz – że i to ziemia w moich dłoniach, ta sama jest sypkość, po kostki te samo błoto. Czy naprawdę chciałeś, bym bawił się pióropuszami masek i uśmiechów Pierrota? Ale ziemi świętej – nie zaznał? Twojej ziemi, prastarej, jak łono mojej matki, jak jej krew, którą piłem, która dawała mi żyć i życie? Wykarmiła mnie wilczyca i rozumiała lepiej, niż Ty kogokolwiek.

Gdzie święta krew stygmatów?

Gdzie drzazgi z drewna, na którym konieczność wypełniła pierś niewinnemu człowiekowi, ukrzyżowawszy go na rzymską modłę? Czy to cierpienie nauczyło Ciebie, Boże, czegokolwiek?

Czy właśnie to cierpienie, wpisane może w podwójną helikse, ma wpajać mi wiarę w cokolwiek, Boże?... Żadna śmierć nie jest straszna, jeżeli nie musisz patrzeć w mętne oczy umarłych...

 

Nie stworzyłeś mnie Innym; i śmiejąc się – ale nie, Ty nie znasz śmiechu, zbyt wiele od zawsze w Tobie – mówisz – ale Ty MÓWISZ, absolutem władasz mowy, absurdzie niestworzony – kakofonią wszelkich głosów, trąb anielskich i dźwięków żałobnych, że mamy stwarzać się sami... A może Ty jednak boisz się, bo nigdy nie potrafiłeś nam pomóc?...

Żadnych znanych mar na tafli lśniących kart, do wypicia gorycz cykuty. Upada z brzdękiem cynowe naczynie.

Nurzam już ramiona w wodach Styksu.

 

I jakim stworzył mnie świat?

Jakim Absurd?

 

Boże, jakim absurdem?...

 

 

 

 

 

Kot z Cheshire

vithren(at)gmail.com

 

 

 

zainspirowane obrazami Kasprowicza