Chcesz być Bogiem?


Obudziłem się nagle, w środku nocy czując pod powiekami jeszcze blednące marzenia senne. To były bardzo przyjemne sny, niezwykle realistyczne, takie które pozostają w głowie przez cały dzień błądząc po zakątkach świadomości i podświadomości. Czułem się wszechmocny, byłem wszedzie. Widziałem wszystko i wszystkich, nie było dla mnie rzeczy niemożliwej, byłem bogiem. Bogiem wszystkiego. Na lekkie skinienie mej ręki oceany rozstępowały się, tysiące ludzkich istnień było powoływanych do istnienia, lub usuwanych z tego świata. Chciałem śnić dalej. Śnić o mej potędze. Chciałem być bogiem.


-Czy naprawdę tego pragniesz?
-Oczywiście, czyż nie otym marzy każdy człowiek? O potędze, o tym by być kimś wielkim, znanym, aby jego zdanie było decydujące, aby liczono się z nim i jego wolą. Przecież kazdy tego pragnie, prawda?
-Zatem uważasz, że bycie Bogiem jest tak wspaniałe? Że to, iż możesz wszystko, iż jesteś wszechmocny zapewni Ci szczęście?
-A dlaczego nie? Przecież to jest wspaniałe. Żadnych trosk, zmartwień. Wieczność i widok swych dzieci władających nad stworzonym przeze mnie światem... Tak, myślę, że mógłbym być wtedy szczęśliwy. Chciałbym być bogiem.
-A dlaczego uważasz, że Bóg nie ma żadnych trosk, ni zmartwień?
-A jakież bóg może mieć zmartwienia?
-Jeśli masz odwagę możesz się przekonać. Czy chcesz tego?
-...Tak

I wtedy poczułem, jak me ciało rozpływa się w nieskończoności z której powstało. Czułem wieczność, tak namacalną, tak nieskończoną. Była wszędzie wokół mnie. Wieczność otaczała mnie z każdej strony i było to wspaniałe uczucie. Czułem tysiące ludzkich istnień. Każde z nich było we mnie, a ja byłem w nim zespoleni na wieczność która mnie otaczała i nawoływała mnie. I widziałem... nie, czułem cały świat, który był moim dziełem i był nierozerwalnie związany ze mną, a ja z nim. Czułem powiew wiatru poruszającego koronami starożytnych drzew, czułem ich oddech. Czułem przejmujące zimno panujące na skutych lodem biegunach i nieznośny upał wypalający swe pietno na wszystkich pustyniach. Byłem wszędzie i byłem wszystkim. Moja percepcja nie znała granic. Czułem się wspaniale, to było nie do opisania. Lecz nie trwało to długo... Po kilku minutach lub też tysiącleciach podczas których czułem się tak doskonale czysty i nieskalany poczułem ból. Ból nie do opisania, rozdzierający całą mą jaźń. Ból pulsujący wewnątrz czaszek roztrzaskiwanych przez kule wroga. Ból ofiar ginących w wypadkach drogowych. Ból nowo narodzonych dzieci porzuconych na śmietniku gdzie dogorywały wśród brudu i smrodu, kiedy nie dane im było nawet zobaczyć otaczającego ich świata. Ból katowanych w ciemnych uliczkach osób, które wiedziały, że nie doczekają już kolejnego poranka. Ból dzieci poniżanych i bitych do nieprzytomności przez zwyrodniałych rodziców w ich własnych domach. Ten ból który wbijał się w każdą cząstkę mego nieskończonego ciała był niewyobrażalny, wprost nie do zniesienia przez nikogo. Wieczność uśmiechała się do mnie. A potem poczułem żołnierza pociągającego za spust i spoglądającego z satysfakcją i usmiechem na pękającą jak arbuz czaszkę swego wroga którego widział po raz pierwszy w życiu. Poczułem odużonego alkoholem młodzieńca, który po raz pierwszy dostał od rodziców samochód, poczułem matkę która wurzucała cząstkę siebie do śmietnika, w worku na śmieci, bez cienia wstydu czy żalu. Poczułem oprycha zadającego raz za razem ciosy nożem i słuchającego z lubością odgłosów rozrywanych tkanek i lubującego się w widoku krwi, która pokrywała płyty chodnika. Poczułem pijanego ojca który z nienawiścią okładał swego pierworodnego pięściami, a z jego ust wysypywały się potoki wyzwisk i przekleństw. Poczułem chłopca który wyrywał motylowi skrzydła i obserwował jak dogorywa na parapecie. I w akcie desperacji pragnąłem przerwać wszystko. Ukrócić to wszystko, sprawić, aby na świecie zpanował pokój i szczęście, ale nie mogłem tego uczynić. Szczęście jednego człowieka przynosiło nieszczęście innym. Pokój sprawiał, że ludzie stawali się pazerni i chciwi. Wiedząc, że nic im nie grozi nadal dążyli do władzy, ukrywając swe matactwa i przekręty przed innymi. Ból trwał nadal, narastał i rozrywał mnie od środka. Czułem go w sobie, wokół siebie. Byłem nieskalany i nieczysty jednocześnie, wszechmocny i niedołężny, boski, lecz tak bardzo ludzki. I kiedy zdawało mi się, że mój ból osiągnął apogeum, on nadal wzrastał i wzrastał. Wieczność uśmiechała się do mnie...


Mystery_Stranger