Vivat, crescat, floreat!

 

   Jak już kiedyś pisałem, uwielbiam wędrować. Bez konkretnego celu wałęsać się wzdłuż starych szos, po okolicznych wsiach, bądź lasach. Ot, taka droga dla drogi, zapieprzanie przed siebie jak głupi żeby dojść gdziekolwiek, a potem wrócić. Pójść na jakąś łąkę bądź inne pole i tam odpoczywać. I ostatnio na takie tereny się, drogi czytelniku, zapuściłem.

   Szedłem sobie powoli samym środkiem pola, po lewej mając (daleko...) gospodarstwo, zaś po prawej (też daleko) rozciągała się ulica, pełna malutkich samochodów. Mimo to czułem się całkiem sam, na tym ogromnym oblanym słońcem polu. Śpiewając "Nasze nogi są jak z gumy" Pidżamy, kroczyłem sobie powoli (ziemia była bardzo nierówna) w stronę horyzontu. Słońce grzało mnie przyjemnie w twarz, a wiatr owiewał mi włosy. Czułem się naprawdę wolny i niezależny, tak jakby to, co miałem po obu stronach wcale nie istniało, było tylko złudzeniem, majakami wariata. Liczyła się tylko droga, wędrówka bez określonego celu, ale jednak tak przyjemna mojej duszy. Było mi naprawdę dobrze, mimo, że było bardzo gorąco, szło się trudno, a pragnienie coraz bardziej dawało mi się we znaki, byłem szczęśliwy. Patrzyłem sobie na spokojnie jeżdzące auta i ludzi chodzących po chodnikach i czułem do nich sympatie. Jakąś dziwną radość życia, zmuszającą człowieka do uśmiechania się na widok przechodniów, mao raz wykrzykiwania przesyconego optymizmem "Dzień dobry!" do sąsiadki, której się przecież nigdy nie lubiło. Puściłem się biegiem przez polę. Czułem, że ziemia wchodzi mi do butów, a koszulka przykleja się do spoconego ciała, ja jednak biegłem bez wytchnienia delektując się każdym uderzeniem mojej stopy o grunt i każdym zaczerpnięciem powietrza. I wcale nie chciałem przestać.

   A oto niespodzianka, drogi czytelniku. mnie spotkała, wprost z kukurydzianego pola wbiegłem na łąkę pełną dzikiej, trawy. Biegłem dalej przez to morze zieleni, śpiewając wyżej wymieniony utwór Pidżamy. W końcu jednak zziajany, zatrzymałem się dość blisko drzew, rosnących koło szosy. Przystanąłem i położyłem się na ziemii w cieniu starych drzew. Niebo było idealnie błękitnie, pływało po nim kilka białych chmurek. Zamknąłem oczy i wsłuchiwałem się w dźwięki muzyki. Byłem odgrodzony od całego zła tego świata, od korupcji, polityki, hipokryzji i kłamstwa. Moje ciało odpoczywało po szaleńczym biegu, zaś ziemia, którą miałem między palcami była dla mnie dziwnie przyjemna. Podniosłem głowę i spojrzałem na pobocze, którym szło kilka osób. Było kilku ludzi którzy patrzyli na mnie ze zgrozą i obrzydzeniem w oczach. Zapewne nie mogli zrozumieć, jak ktoś może robić coś tak odległego od normy i dziwnego. Jednak na twarzach kilku osób widziałem uśmiech, gdy patrzyli w moją stronę. Pomachałem do nich. Ot zwykły, spontaniczny gest, mający na celu pozdrowienie innej osoby. Odmachali mi. Szli dokąś, zapewne z jakąś bardzo ważną sprawą, jednak przystaneli i odmachali komuś leżącemu bez koszulki na łące. Jednak ten świat nie zszedł jeszcze na psy i nawet całkiem nieznajomi ludzie potrafią okazać sobie odrobinkę życzliwości. Ta sytuacja tak mnie ucieszyła, że zacząłem się śmiać na głos. I śmiałem się i śmiałem, będąc naprawdę szczęśliwym.

    I tak leżalem w tej długiej trawie, myśląc o wszystkim i o niczym. Czułem się częścią tego wszystkiego, nieba nade mną, traw, które szumiały mi koło uszu, oraz suchej ziemii, która gniotła mnie niemiłosiernie w plecy. Byłem zupełnie odcięty od ulicy, warkotu samochodów itp. chociaż szosa była raptem parenaście metrów ode mnie. Człowiek czasami w cywilizacyjnym pędzie zapomina o tym skąd się wziął i gdzie są jego korzenie. Siedzimy godziny przy komputerach, czy telewizorach i odcinamy się od świata. Dlatego kiedy idziecie koło jakiejś łąki, lub parku zatrzymacie się na chwile i pomyślcie o tym. I odmachajcie świrowi któy leży wśród natury. Obojgu wam będzie raźniej.  

Solar

solar53@wp.pl