Spieprzaj dziadu!

(czyli jak nierówno można mieć pod sufitem na przykładzie niżej podpisanego)



Z autopsji, z bezeceństwa zwykłego.

Ja naprawdę nie lubię tekstów autobiograficznych…

Skierniewice, dworzec PKP, dnia tego i tego, nie pamiętam dokładnie

Stałem sam, nie licząc matki z dzieckiem uważnie studiującej rozkład jazdy autobusu. Stałem sam i czytałem czasopismo o bardzo buńczucznej nazwie. Stanie samemu ma swoje niewątpliwe zalety. Po chwili nie stałem już sam. Kiedy stałem sam, było lepiej. Kiedy przestałem być sam, musiałem zamknąć czasopismo i skupić uwagę na nowoprzybyłym. Nowoprzybyły miał na sobie stary, powyciągany sweter i spodnie tkaninowe, w podobnej kolorystyce i rozmemłaniu. Nowoprzybyły miał zniszczoną twarz i brodę, baki oraz wąsy. No, włosy też miał. Właściwie trudno było wskazać miejsce, w którym nowoprzybyły owłosienia nie posiadał.

Pierwsze słowa nowoprzybyłego zaskoczyły mnie. Usłyszałem mniej-więcej „Ja podziwiam takich ludzi jak pan”. Pomyślałem sobie kurwa, co to ma być? Mamy Cię w wersji dla szarych_ludzi czy może świadek Jechowy? Ale ten jakoś nie mówił o końcu świata, więc musiałem główkować dalej. Tymczasem nowoprzybyły kontynuował: „Ja podziwiam takich, jak pan. Młodzież, przyszłość tego kraju. A popatrzy pan na mnie - brudny, nieogolony… Pan popatrzy, mam tu banana i kawałek kiełbasy (faktycznie, miał) i je zjem, i nie będę głodny, i przeżyję do jutra. To ludzie mi dali, wiesz, Mistrzu? (szybkie przejście na „Mistrzu” sugerowało… a, nieważne, co sugerowało, sami się przekonacie). I teraz ja mam tego banana, ten kawałek kiełbasy i je zjem. A ty, mistrzu?” Co ja? - pomyślałem. No co ja?! Ja sobie stoję, czytam gazetę, kultury troszkę łapę, świeżego powietrza, więc może niech pan nowoprzybyły delikatnie zbierze swoją postać, swój sweter, swoje spodnie, banana i kiełbasę chyba też swoją i, najłagodniej w świecie, poproszony przeze mnie najuniżeniej, niech z tego przystanku wypierdala, tak?

Zwykle nie mówię tego, co naprawdę chcę powiedzieć. Tym razem było podobnie. Rozmowa (monolog właściwie) trwała jeszcze dobrych kilka minut. W tym czasie matka z dzieckiem zakończyła studiowanie rozkładu jazdy i przeniosła się kilka metrów dalej, widocznie nie chciała mieć bliższej styczności z nowoprzybyłym. W międzyczasie ten rzucił jeszcze kilka „Mistrzów” i przeszedł do ofensywy. Zaproponował, żebym podzielił się z nim pieniędzmi. Bo ja mam przed sobą przyszłość, a on tylko chce przeżyć następny dzień. Nowoprzybyły żarliwie zapewnił, że będzie się za mnie modlił. Jestem ateistą - odparłem. Nowoprzybyłemu to nie przeszkadzało, widocznie był z tych tolerancyjnych żebraków. W pamięci szybko przeliczyłem, ile mam jeszcze do odjazdu busa i czy będę w stanie przez ten czas zbywać nowoprzybyłego celnymi ripostami. Okazało się, że czasu jest beznadziejnie dużo. Otworzyłem portfel - 5zl, 2zl i 2x1zl. Plus sporo dziesięciogroszówek. Tu pojawił się dylemat: ile środków finansowych przeznaczyć na szczytny cel? Dam za mało - obrazi się i jeszcze mi wpierdoli. Dam za dużo - kurwa, przecież to są moje ostatnie pieniądze! Kurwa, kurwa, kurwa, przecież jutro będę musiał znowu jechać do miasta, co powiem w autobusie, ze bezdomny mnie napadł i wymusił całą gotówkę? Po chwili namysłu zdecydowałem się na bezpieczne (tak mi się przynajmniej wydawało) 2zl. Bezpieczne dlatego, że dajmy na to dwie monety sugerowałyby ich mnogość w moim portfelu, a piątaka dać nie mogłem, z moją facjatą stopa łapałbym chyba ze dwa dni. 2zl okazało się kwotą nieznaczną, kropelką w morzu potrzeb żebraka. Dał temu wyraz kopiąc mnie w twarz. (Dobra, teraz to żartowałem :)) A wiec dał temu wyraz w słowotoku nieprzeciętnym. Być może wyglądałem na więcej niż 2zl, a być może tanie wina nie są aż tak tanie. Tu się jednak naciął: wyjechałem mu z gadką o wysokich kosztach nauki i braku pracy dla młodych, perspektywicznych. Na moment go zamurowało, ale szybko odzyskał rezon i podziękował, nazywając mnie Mistrzem jeszcze z osiem razy i cztery razy podając mi swoją prawicę. Oddalił się wreszcie w kierunku budki z piwem/jedzeniem/napojami/itp. Wtedy nadjechał bus, w myślach zacząłem przeklinać nieczasowego kierowcę.

Uwaga, zakończę z emfazą!

Żyjemy w niezwykłym kraju. Ludzie są życzliwi, uprzejmi, nie unikają odpowiedzialności. Każdy potrafi pocieszyć bliźniego, podnieść go na duchu. Na pomoc niematerialną możemy liczyć zawsze. Gorzej, jeśli oczekujemy czegoś więcej. Czy ja na pewno chcę żyć tam, gdzie „Mistrzem” jestem dla zwykłego żebraka, a „lamusem” dla byle gimnazjalisty spotkanego na ulicy? Naprawdę takie powinny być proporcje?

Tuxedo