- PO DRUGIEJ STRONIE JEZIORA -


     Nie będę się rozwodził nad przyczynami. 
Są, a raczej były - czysto osobiste. 
To był impuls, zwykły tik. 
Nazbierało się we mnie. 
Tak bardzo, że pojawił się ten ból - w okolicy klatki piersiowej, 
chyba w sercu
 - nie doskwierający mocno, 
jedynie lekko odczuwalny.


Piątkowa sierpniowa noc, około godziny 23:30

[:Wstęp:]


Leżę i patrzę beznamiętnie przed siebie. W ręku na kartce zapisana dawka śmiertelna - 25 mg / kg ciała i nazwa leku. Niewielka informacja, znaleziona przed chwilą w jakiejś encyklopedii. Chwytam niebieskie pudełko. 30 tabletek. Łykam po pięć. Dopijając swoje dotychczasowe życie wodą mineralną. 

Chcę umrzeć we śnie, zasnąć i się nie obudzić. Nie pamiętać. 
Mijają minuty, wolniej niż zazwyczaj. W ciemności powoli wszystko zaczyna się wyostrzać. Czuję że sen nie nadchodzi, nie zasnę. Przeklinam.

Nadeszła chwila, w której moja krew się zagotowała.

Ogromny szum, wszystko coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Nie dostrzegam kształtów, obraz się zakrzywia i leci w dół. 
Głupie uczucie się pojawia: zawartość żołądka to najgorsze obrzydliwstwo. Wszystko wraca. Czuć w gardle. 

Chce się wstać i pójść szybko do łazienki. Ale ten dziki szum tak bardzo przybiera na sile, rzeczywistość jest tak bardzo odległa. 

Zbieram resztki siły, wstaję. Na obu nogach trudno utrzymać równowagę, lecę w dół. Rzucą mną - mój błędnik zwariował. Robię jakieś ruchy w kierunku drzwi, otwieram je. Uderzam głową o ścianę, mimo iż wiem, że bardzo mocno, nie skupiam się na bólu. Jest on teraz tak bardzo odległy. Łazienka. Chwytam muszli i zaczynam zwracać. Coraz więcej i więcej. Robi się coraz gorzej i gorzej. Dostaję całkowitej epilepsji, miota mną. Uderzam głową o kafelki, widzę krew. 

Światło się zapala, słyszę jakiś głos. Rodzice. To wszystko tak odległe. Niesamowity szum i te wymioty...

Pamiętam jak pytali co się stało, ja - ledwo mówiąc, starałem się odpowiedzieć. Pytają czy wezwać karetkę. Ledwo potrafię cokolwiek z siebie wykrzesać, trzymając w ręku deskę klozetową, która rusza się tak bardzo i rzuca jak nic innego na świecie. Nie, to mną rzuca. Na wszystkie strony. Nie wiem ile razy uderzyłem głową w ścianę, pamiętam że rodzice w pewnym momencie mnie złapali. Odpływam z głową w sedesie, rzygając, mimo iż wiem że karetka już jedzie.
- Chcę żyć - mówię bardzo niewyraźnie... powtarzam kilka razy, za każdym razem coraz bardziej płaczliwie.

Ciśnienie tak szybko spada, robi się tak chłodno. Mimo iż rzuca. Poddaję się temu uczuciu zimna.


Pamiętam jak...

Siedzę na wózku... Ledwo mnie na nim umieścili. Jeden czerwony mnie trzyma, drugi pcha wózek do karetki. Przenoszą mnie na nosze, chyba jeszcze wymiotuję na trawę. 

Karetka rusza co powoduje że czuję jakby całe moje ciało stało się świadkiem ogromnego trzęsienia ziemi. Pierwszy raz zabolało, i to tak mocno, że zacisnąłem zęby. 


Fragmenty.

Widok kolejnych wyłaniających się latarń w szybie. Cichy warkot silnika. Zakręty i skrzyżowania, które powodowały że wszystko we mnie fruwało chaotycznie. Rozkojarzenie - wszystkie siły skupiały się na utrzymaniu świadomości, na tym by się nie poddawać. Przez to pojawiło się rozkojarzenie - na jakiej ulicy już jest karetka? jak długo czasu jazdy minęło? jak długo czasu pozostało? 

Pojęcie czasu przestało istnieć. Była walka - aby jak najdłużej utrzymać się przy świadomości. Nie poddawać się. 

Kolejny wózek, drzwi jakiegoś szpitala. Rzuca mną, nic nie poznaję. Wózek na którym się trzęsę i korytarz. Jasny. Zamykam oczy. Tak łatwiej. Rzuca dalej mną, ale nie rzuca obrazem. 

Nosze. Kładą mnie. 


Gasnę...

.
.
.
.
.
.

Najpierw czuję ukłucie. Oczy zamknięte. Nie pamiętam nic. Nie wiem gdzie jestem - w czasie i przestrzeni. Słyszę jakieś głosy - powoli coraz bardziej docierają. 

Otwieram oczy. Wszystko błyska. Ale obraz utrwala się w pamięci, ta od razu analizuje - jakieś ciemne pomieszczenie, jedno łóżko, na nim ja.
Ktoś daje mi coś do picia.
"- Pij" - mówi.
Piję.
Kolejny kubek brązowej mazi.
Piję.
Jeszcze jeden kubek brązowego ścierwa.
Rzygam.
"-Pij!"
Piję.
I jeszcze jeden tego cholerstwa.
Rzygam. Rzygam. Tak bardzo rzygam. Wszystkim. Prosto do miski. Rzygam czarną mazią, wszystkim. W końcu nie mam czym, odruchy dalej ściskają żołądek - wymiotuję krwią. Uspokaja się. Nie mam czym wymiotować. Leżę. Odruchy dalej są, dalej czuję to falujące ściskanie. Ale szum wszystko zagłusza. 
Znów gasnę.

Leżenie na intensywnej terapii - fragmenty utrwalone:

- "On się wykończy", mówi jeden do drugiego.

"Bardzo niskie ciśnienie",

Dźwięk urządzenia wskazującego pomiary życia robi niejednostajne dźwięki: pi, pi, pi,pi.

W pewnym momencie dłuższe piiiiiiii...

Robię ruch, łapię oddech, wszystko wraca do normy.
Jakiejś cholerstwo podłączone do mojej klatki piersiowej krępuje ostatnie ruchy tej epilepsji. Zamykam oczy i chcę zasnąć, ale nie mogę. Odruchy wymiotne powracają wraz z okropnym dreszczem i uczuciem że wciąż powinienem zwymiotować jakieś tabletki.




3 dni w szpitalu, dwóch psychiatrów i kilkoro psychologów. 


Refleksja?


[:Tekst właściwy:]


"Dzień dobry. Nazywam się XXX, i wiem co to znaczy "Dzień dobry". 
Wiem jak to jest umierać, dlatego chcę żyć,
Wiem że świadomość śmierci pobudza do życia."



KaJeTan