Pewnego popołudnia byłem zajęty codziennymi sprawami, między innymi prasówką, czyli przeglądem prasy. Przebiegało to rutynowo dopóki nie dotarłem do lokalnego tygodnika "7 dni Piotrków". Połowę pierwszej strony zajmowało zdjęcie młodej dziewczyny z niemowlakiem oraz tytuł wydrukowany dużą, czerwoną czcionką: "Potworności miłości". Twarz tej dziewczyny wydała mi się jakby znajoma. Podpis pod zdjęciem rozwiał wszystkie moje wątpliwości.
17-letnia Anna K. z czternastomiesięcznym synkiem Sebastianem przed szpitalem przy ulicy Rakowskiej w Piotrkowie. W minioną niedzielę w nocy trafiła do niego z poderżniętym gardłem, zaatakowana przez 19-letniego ojca Sebastiana.
Skrót nazwiska pochodzi ode mnie - nie chciałem zdzierać z tej dziewczyny z resztek jej godności pogrążając ją przed całą Polską. Wiek, miejsce zamieszkania, no i oczywiście imię i nazwisko zgadzały się. To moja była znajoma z klasy w gimnazjum. Czym prędzej otworzyłem pismo na właściwej stronie i zagłębiłem się w lekturze.
"Temat tygodnia". Olbrzymi artykuł na półtorej strony. Piotrek, bo tak ma na imię tatuś-nożownik, również był uczniem naszego wspólnego gimnazjum. Autorzy artykułu piszą, że "Ania (...) znała go od dawna. (...) Ale bliżej poznali się dyskotece." Cóż za eufemizm! I dalej w podobnym stylu. "To nie był stabilny związek". Trzeba być wyjątkowym hurra-optymistą by nazywać to coś "związkiem" i dopuszczać możliwość jego "stabilności".
Dalsze cytaty i ich komentowanie nie ma sensu. Podam całą historię w telegraficznym skrócie. Ania zerwała z Piotrem i zaczęła chodzić z kimś innym, bo "jej zdaniem Piotrek i tak nie nadaje się na ojca". Chłopak nie chciał słuchać nawet, gdy dowiedział się, że jego miejsce zajął ktoś inny, nachodził Anię, ale nie chciał widzieć swojego syna. "Interesowała go tylko ona". Ostatecznie dostał szansę na ostatnią, dwuminutową rozmowę. Przygotował się do niej biorąc z domu nóż kuchenny.
Podjechał rowerem, gdy siedziała na ławce przed swoim blokiem razem z koleżanką. Czteromiesięczny Sebastian spał w wózku. Odeszli na bok. Rozmowa trwała faktycznie tylko kilka minut i Ania wróciła do koleżanki. Ale Piotrek nie odjeżdżał.
- Stanął z boku z rowerem i tak się nam dziwnie przyglądał - mówi Ania. - Spytałam, czy jedzie? Powiedział, że tak, a za chwilę zaatakował mnie od tyłu, zaczął dusić, złapał za gardło, wyciągnął nóż i chciał mi go wbić w serce. (...) Nie udało mu się, bo zaczęłam kopać nogami i bronić się rękoma. Nawet nie wiedziałam, że mam coś rozcięte. Zorientowałam się dopiero, gdy zaczęłam na niego krzyczeć. Wtedy otworzyła się rana, krtań miałam na wierzchu, zobaczyłam krew. Powiedział na koniec: "Jak nie ze mną, to z nikim". Szybko pobiegłam do domu, a on uciekł na rowerze.
Ania miała na gardle głęboką i rozległą na 15-20 centymetrów ranę, która była na dodatek poszarpana i dochodziła do jamy ustnej, ale cudem omijała duże naczynia, szkielet krtani i tchawicę. Wystarczyłoby, aby Piotrek użył minimalnie większej siły, a Ania nie pożyłaby wystarczająco długo, by dojechać do szpitala.
Piotrek uciekł i w chwili, gdy piszę ten tekst, nie mam informacji, czy został ujęty. Prokurator jest jednak bardzo pewny swego: "Daleko nie uciekł, wcześniej czy później znajdą go, w takich wypadkach zawsze znajdują. Albo za parę dni sam się zgłosi". Tuż po zdarzeniu policja oczywiście szybko pojawiła się w domu Piotra. Na ironię zakrywa fakt, że zastali tam tylko jego brata bliźniaka. Braci można rozróżnić jedynie po tatuażu na prawej łydce Piotrka. "Według policji, tatuaż na łydce to znaki w rodzaju egipskich (sic!) przechodzące w kształt kwiatu. Zdaniem byłej dziewczyny Piotra, to raczej smok."
Kolejny paradoks, który mnie jednak nie zdziwił, to opinie na temat Piotrka. Oddaję głos babci Ani: "Piotrek to był spokojny chłopak, w życiu bym nie przypuszczała , że jest zdolny do czegoś takiego". Ania we własnej osobie: "Był spokojny, nigdy mnie nie uderzył". I komentarz autorów tekstu: "Wcześniej Piotr co prawda popadał już w konflikt z prawem, policja notowała go w sprawach o kradzieże, ale raczej nie przejawiał agresji". Znam te zdziwione miny z dzienników telewizyjnych. Ludzie nie mogli uwierzyć, że w kawale podłego jełopa obudziły się mordercze instynkty bo, na przykład, codziennie mówił im "dzień dobry". Jakby przywitanie się było gwarantem przyzwoitości. Ja sam witam się z tylko tymi, których znam i szanuję, co oznacza, że wielu moich sąsiadów zwyczajnie ignoruję. Mają do mnie o to pretensje, ale ja noża kuchennego używam wyłącznie do smarowania dżemem kromki chleba.
Co prawda był jeszcze komentarz prokuratora, który przypominał inne zbrodnie w regionie popełnione na tle zawiedzionej miłości oraz krótki wywiad z socjologiem-psychoterapeutą, ale pominę je. Dlaczego? Bo to jedynie udawanie, że sprawa jest mniej prozaiczna niż w rzeczywistości.
W tym miejscu moja dusza artysty każe mi napisać ckliwy akapit o tym, że Ania była moją dobrą przyjaciółką, znaliśmy się jak łyse konie i w ogóle to ta informacja była dla mnie szokiem. To mogłoby podnieść walory artystyczne tekstu i może dzięki temu miałbym szansę na okładkę, ale w porę wygrywa we mnie silniejsza dusza dziennikarza i napiszę prawdę. Kiepsko znałem Anię. Spotkaliśmy się w najgorszym gimnazjum w mieście, do którego poszedłem dlatego, iż: po pierwsze byłem głupi i nieświadomy, po drugie że było tylko trzy minuty drogi od mojego domu i po trzecie dlatego, że szli do niego prawie wszyscy z klasy z podstawówki. Ania, razem z trzema innymi koleżankami, przyszła z innej szkoły. Wiedziałem o niej tyle, że jest mrukliwa, opryskliwa, nie ma sensu z nią rozmawiać i że uczy się gorzej niż żałośnie. Więcej wiedzieć nie musiałem i nie chciałem. Po dwóch latach uciekłem z bagna zwanego szkołą do innego gimnazjum, o niebo lepszego, i tyle się wiedzieliśmy. Koniec. Ciąg dalszy nie nastąpi.
Ten artykuł prasowy nie zaszokował mnie. Więcej - przyjąłem go z przerażającą obojętnością przechodzącą w "wiedziałem, że tak będzie". To chyba dlatego, że jestem oswojony z tego typu doniesieniami - doniesieniami, które dotyczą rzeczy ważnych, nietypowych i zdarzających się w mojej okolicy. Zaledwie pięćdziesiąt metrów dalej od miejsca, w którym piszę ten tekst mieszkał pedofil-wuefista, który zwabił dwóch swoich wychowanków, torturował wypalając im oczy metalowym prętem i zabił. Notabene, niedługo wychodzi na wolność.
Wiedziałem z obserwacji, które nigdy mnie nie zawiodły, że los Ani, o ile nie otrzymałaby pokaźnego spadku od zmarłego wujka z USA, nie może potoczyć się dobrze. Dzięki temu wiadomość, że moja siedemnastoletnia znajoma jest matką dziecka przyjąłem ze stoickim spokojem, natomiast wieść o próbie zamachu na życie na chwilę zdezorientowała mnie, ale szybko oswoiłem się z nią. Jeśli mam być do bólu szczery, to muszę powiedzieć, że w artykule "Potworności miłości" zdziwił mnie i zirytował absolutny bezkrytycyzm autorów wobec Ani, wobec tego, że została matką bez szans na zapewnienie sobie i dziecku przyszłości. No i ta naiwność i nieznajomość (nie wnikam, czy udawana, czy umyślna) realiów, w jakich żyje współczesna młodzież, której przykłady obficie cytowałem wcześniej.
Nie mam chęci pisać, że Ania przegrała życie. Kiedy ja zdobyłem certyfikat FCE i zapewniłem sobie miejsce w najlepszym liceum w mieście, ona opiekowała się dwumiesięcznym dzieckiem, ale nie czerpię z tego żadnej satysfakcji lub infantylnego tryumfalizmu w stylu "a nie mówiłem", bo nie jestem pewien, czy Ania zdaje sobie sprawę z tego, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazła, a nawet jeżeli tak, to czy się tym przejmuje. I tak nie obchodzi jej to, że nie ma żadnych szans na studia i, co za tym idzie, na godną pracę, bo ona chyba nigdy nie myślała o studiach nawet na najpodlejszej uczelni, ani też o przyszłości w ogóle.
Liczę na jedno: że skoro cudem wywinęła się śmierci, to czegoś się nauczyła.
Pacjentka nie jest zbyt zdyscyplinowana. Czuje się na tyle dobrze, że zdążyła się już wymknąć z sali, by na świeżym powietrzu porozmawiać z przyjaciółmi.
Albo i nie.