Literki. Wariacja.
Co się dzieje z literkami kiedy naciskamy backspaca'a? Giną w ciemnej wirtualnej
czeluści, czy ktoś je wkłada do worka, a potem wyjmuje znowu? Czy wyczyniając
akrobatyczne sztuczki, zginając się i łamiąc zmieniają formę i z wielkiego „B" robi się małe
„z"? Może, kto wie, mordujemy litery a nieskończenie biały papier nawet się nie zarumieni,
bo jest cierpliwy. W takim razie, komputer „word", notatnik etc. spełniły wreszcie sny
wszystkich komiksowych czarnych charakterów o zbrodni doskonałej, perfekcyjnej broni,
idealnym narzędziu zagłady, destruktorze totalnym. I jeszcze samo zaciera ślady! I jeszcze
jest nie do wykrycia! Czapki z głów, maine damen und herren.
Bo kiedy zamażesz słowo na zwykłej kartce, ono ciągle jest. Widać, że pod warstwą
niewinnie białego korektora, mrocznego długopisu czy nawet jedwabistego atramentu (choć
ten ostatni nie tylko zakrywa, ale jeszcze ostatecznie masakruje sens, zlewając się z
poprzednim słowem) coś było. Miejsce przestępstwa, jak na dłoni. Grafolog zaraz wskaże
winnego, który zresztą zwykle nieroztropnie składa swój podpis na dole, górze arkusza, czy
na początku, końcu zeszytu. Na dobitkę, zwykle wracał na miejsce zbrodni po to by zabijać
dalej – on to nazywał poprawianiem tekstu, psychopata ewidentny. Tak, tak nie umknie
karzącej ręce sprawiedliwości nikt, kto poważył się podnieść na bezbronne wyrazy
pióro/długopis/ołówek, czy nawet najstraszliwsze z narzędzi – korektor!
Ale klawiatura...o, to już inna para kaloszy. Na komputerowym papierze nie pozostaje
żaden, najmniejszy nawet ślad nieszczęsnej, małej literki. Niektóre z nich – ci pozbawieni
uczuć zbrodniarze mówią o nich „literówki"- giną, ledwie co przyszły na ten wirtualny świat.
Słodkie i niewinne, czyste i naiwne – powiedzcie, czy zasługują na to by nazywać je błędami?
I odpowiedzcie z całą mocą – nie, nie, nie! Ale któż powie o morderstwie, kiedy brak ciała? I
tak oto literkowi przestępcy chodzą bezkarnie, ba! W glorii i chwale nawet, jako ci, co żadnej
„pomyłki" – stosując ich potworną nomenklaturę – nie zrobią, z ortografią, interpunkcją są za
pan brat, myśli idealne składniowo same się w ich głowie lęgną a powtórzenia wyczuwają z
odległości kilkunastu akapitów po czym poprawią niezwłocznie, z szybkością karabinu
wyrzucając synonimy, omówienia i zaimki.
I cóż, czyż nie należy się nieszczęsnym literom jakiś tren króciutki, epitafium choćby
najmarniejsze? Bo cóż z tego, że w oficjalnych rejestrach nikt nie zanotował ich narodzin czy
zgonu, krótkiej chwili oślepiającej bielą a potem znowu ciemności? Pamiętamy, my
społeczność wariatów, mgławic, liter i wiatru. Nawet wirtualny papier pamięta, chociaż
cierpliwy. I jego los zresztą niewiele lepszy. Jedno kliknięcie myszki, jedno pacnięcie w
klawisz i już znika a na jego miejsce powstaje nowa kartka, niby ta sama a przecież tak różna.
Nic dziwnego, że jest biała – to ze strachu.
Powiecie, że ten papier, te litery nie istnieją naprawdę? Że są wirtualne? Dlaczego
więc nazywacie realnym horyzont, odległe drzewa i niebo? Przywiązać się można nawet do
kamyka, znaku „d", liczby „11" czy symbolu „?". Aj, czy nie jesteśmy odpowiedzialni, za
rzeczy które oswoiliśmy?
Aż chciałoby się napisać, iż ani jedna literka nie została skrzywdzona podczas
tworzenia tego tekstu. Ale, niestety, zabiłam ich tyle, że przestałam liczyć.
Dodo