EGO-CENTRYZM
Wszelka sztuka jest całkowicie bezużyteczna.
(Wilde)
A więc nie zaczyna się artów od a więc.
Potrzeba, zwykła potrzeba, paląca potrzeba, by budzić się, chodzić spać, galopować po łąkach aksamitem wyściełanych, chwytać wiatr za nogi i dawać się ponieść karmazynowej fali, a potem, po cichutku, dać się strawić płomieniom, wyciągającym w naszą stronę swoje chciwe języki. Nie zrozum ich źle, bo one nie chcą źle dla ciebie. Chcą pożywienia, chcą codziennej strawy, nie roznieca się ich bez potrzeby - jeśli hodujesz w domu tyrysa bengalskiego, musisz zdawać sobie sprawę z tego, że będzie trzeba go karmić i poić. I ten ogień, tak samo bengalski, choć mniej już sztuczny, skamle, skwierczy w rozżarzonych drwach, pragnie dostać swoje, pragnie dostać to, na co zasłużył, taka jego dola, taka misja tego dżinna destrukcji. Nie łudź się, że topielcy giną przez przypadek - wzburzone fale potrzebują ich, same wyciągają swoje mokre łapska, łapczywie chwytając, co się nawinie. Ofiarą z kilku ciał nasycić się jednak nie sposób, wtedy wody niewezbrane pakt zawierają z innymi żywiołami, by pochłonąć to, co im się należy, tworząc krwiożercze tsunami. Ten sam gest, co u krupiera, zgraniającego wszystkie żetony ze stołu w czeluść czarnego worka, symboliczna wymowa, ale jednak wymowa. I nie są temu dłużne wichry, choć zdają sobie sprawę, że w pojedynkę niewiele zdziałają. One chcą tylko rozyrywki, na tyle chyba możesz im pozwolić? Nie jest im łatwo zabijać, zadowalają się przenoszeniem z miejsca na miejsce, ich natura jest w istocie zbyt łagodna by skazać na śmierć stado much. Ich potrzeby są podobne do potrzeb innych żywiołów, ale jako jedyne zmuszone są do paktowania, współpracy, kooperacji. Wyobrażam sobie ich uczucie poniżenia, ich bezradność - ich niemożność zatrzymania się w jednym miejscu na dłużej niż kilka minut. Słabość, słabość nieporónywalna do siły wzgórz, wulkanów, płyt tektonicznych czy lawin, które sycą się zawsze bezpośrednio, pochłaniając pożywienie strawione przez ogień, czy wodę. Wiecznie niecierpliwe, wiecznie nienasycone, nie dość im, że wszystko tak czy siak trafi do ich ogromnych żołądków. No, kto z was chciałby żywić się pomyjami? Odpadkami? Resztkami przeżutymi już dawno przez czcigodnych państwa, którzy godzinę temu stołowali się w salonie? Albo jeszcze lepiej, szukać jedzenia po śmietnikach, wyskrobywać co się da z sedesów i nocników? A przecież cel jest tak prosty i prozaiczny: najeść się do syta, do syta, do syta...
Teraz wstaję. Jestem głodny. Czuję się dobrze. I nie muszę opisywać tego jak Proust. Kiedy zejdę na dół, zrobię sobie kanapkę. Albo nie - dwie kanapki, jedna to zwykle za mało, ale po dwóch czuję się pełny. Zbyt pełny, zwykle nie dojadam drugiej kanapki. Może pójść na kompromis i zrobić półtora? Albo jedną, za to ogromną, taką, której objętość jest mniejsza niż suma dwóch kanapek. Nieważne. Teraz schodzę na dół. Nie, stop, nieprawda, to ważne. Przecież śniadanie to ważna część dnia, a ja muszę być najedzony. Najedzony, nie przejedzony. Ale to wszystko nie ma znaczenia, stoję w kuchni. Wybieram nóż, przez chwilę bawię się nim, potem przekrawam bułkę. Mam w sobie coś z szermierza. A może nożownika-zabójcy? Dziwne rzeczy są we mnie i na zewnątrz mnie, a jednak świat nadal jest prosty. Zamyśliłem się, herbata już gotowa. Nic, tylko zalać. Zresztą, co ja będę się rozpisywać, jem śniadanie. Nie, zaraz, będę sie rozpisywać. Bo chcę. Przecież to moje śniadanie, mogę je opisać tak, jak mi się podoba. Przecież nieważne co się opisuje, dobry pisarz powinien umieć opisać nawet jedzenie śniadania, jeżeli zrobi to w tak sugestywny sposób, że czytelnik poczuje się głodny. To cytat, oczywiście, sam bym tego nie wymyślił. Ja nie jestem pisarzem. Nigdy nie chciałem nim być. Ale piszę o tym śniadaniu i prawdopodobnie napiszę o całym dniu. To mój dzień. Trzeba to w końcu zjeść. Rozpościeram(jakie ładne słowo, rozpościeram) gazetę na stole. Zawsze muszę coś czytać. Przy jedzeniu to rytuał. Nudziłbym się bez tego, bardzo. Jeśli nie ma w pobliżu nic do czytania, biorę cokolwiek, co ma litery. Ulotkę ze sklepu, wkładkę do płyty CD, cokolwiek. Chociaż od dawna nie kupiłem żadnej oryginalnej płyty CD, to na marginesie. Co prawda mam do siebie o to żal. Nie dlatego, że źle robię, ale że daję zły przykład innym. Uczę historii w szkole podstawowej, nieważne. A właściwie ważne, to ja decyduję, co tu jest ważne. Mówię dzieciom o starożytnych światach, wpajam im zasady moralne. Ostatnio mieliśmy lekcję o sprawiedliwości według Arystotelesa. Bardzo im się spodobało. Arystoteles mówi, że moralne jest to, co zgodne z prawem. I ja w to wierzę. Wiem, że pirackie płyty nie są zgodne z prawem. Moja pensja jest za mała, żeby kupować wszystko w sklepach. Oszczędzam, ile się da. Nie mam dzieci z tego samego powodu. Nie mam nawet żony, ale moje życie nie jest przez to uboższe. Mówiłem więc, że mało zarabiam. prawda, ale nie chcę się żalić, chociaż właściwie - dlaczego nie? Prawdopodobnie będę musiał sprzedać kolekcję symfonii Haydna, może z tych pieniędzy odłożę coś na konto? Mam winylowe płyty, bardzo lubię winylowe płyty. Nie wiem, dlaczego o tym piszę, ale nawet mi się to podoba. Nie byłem nigdy filozofem, nie wiem, czy to pomaga duszy w oczyszczeniu, czy przełamuje jakieś bariery... Niepotrzebnie postawiłem trzykropek. Nie lubię manierycznego stylu, ale chyba czasem nie można pisać ianczej. Ja nie mam żadnego stylu. Moment, telefon dzwoni. Już. Śmieszne, pewnie ktoś, kto to czyta, nie czuje nawet tej różnicy czasu. Ale jak opisywać długość trwania wydarzeń? Wydłużać akapit? Skracać opisy? Dla czytelnika mija chwila od rozpoczęcia się wojny trojańskiej do pojedynku Parysa z Hektorem. W końcu to tylko mniej lub więcej kartek, które można pokonać w dłuższym lub krótszym czasie. Zabawne. Można stwierdzić, że wojna trwała nie siedemnaście lat, a cztery dni, tyle bowiem zajmuje mi zwykle lektura tego tomu. Kiedy byłem mały, bawiło mnie to, że dialogi między postaciami u Sienkiewicza były tak długie, że odczuwało się je niczym w czasie rzeczywistym, podczas gdy opis płonącego Rzymu zajmował na papierze porównywalną ilość miejsca. To właśnie był przykład długiego zdania. Nudzi mnie już to pisanie. Następnym razem napiszę może coś o swoim przeszłym życiu. Teraz mogę najwyżej przytoczyć może moją rozmowę przez telefon. Dzwonił do mnie kolega historyk.
Spytał: Cześć, słuchaj, jest taka sprawa... Jadę dzisiaj na wycieczkę z trzecią be, tak mi nagle wypadło, w ogóle nie planowałem...
Spytałem: I co?
Powiedział: Słuchaj... mógłbyś wziąć za mnie czwartą a i be na ósmą?
Odpowiedziałem: Dobrze, czemu nie.
Powiedział: Dzięki, naprawdę, życie im ratujesz... dostaliby pewnie wuef, albo geografię... no, to dzięki ci stokrotne, musze lecieć... pa!
Odpowiedziałem: Pa.
Nie, żebym nie lubił zastępstw. Z czwartoklasistami łatwo się dogadać, o wiele łatwiej niż z tym bydłem z gimnazjów. Powiedział, że ich ratuję. A więc cel jest szlachetny. Przydadzą mi się nadgodziny, zresztą już od dawna myślę o drugim etacie. Albo chociaż o jakimś kółku. Napisałbym coś jeszcze, ale za dziesięć minut mam autobus. Nie wiem, jak to zakończyć.
Znów do Ciebie piszę, kochanie. Wenecja jest piękna, zatrzymałem się tylko na jeden dzień, ale mam nadzieję, że uda mi się ją zwiedzić.Póki co udało mi się jedynie nakłonić gondoliera na ponadprogramową wycieczkę po kanałach(i znów posunąłem się do szachrajstw, już sobie wyobrażam co Ty o mnie musisz myśleć). Było cudownie, Wenecja nocą jest jakby żywcem wyjęta z Moneta, tyle, że trochę ciemniejsza. Wszędzie dookoła lampiony i kolorowe girlandy... martwi mnie, że karnawał za pasem, a ja muszę stąd wyjechać już jutro. Najchętniej zostałbym tu cały rok! Okno mojego pokoju nie wychodzi na ulicę, dzięki czemu mam odrobinę spokoju od zgiełku. Siedzę właśnie na szerokim, marmurowym parapecie i piszę, patrząc na przepiękny księżyc. Jest naprawdę piękny, unosi się ponad dachami tych domów, wspina się na nie jak kot... Pamiętasz te koty, z którymi bawiliśmy się w Paryżu, na Saint-Germain des-Pres? Zawsze mi się przypominają, kiedy widzę księżyc, jak ten. Tęsknię już za Rzymem, ale zdążyłem zrobić mnóstwo zdjęć. Pokażę Ci, jak przyjadę, oczyiście że Ci pokażę. Ty też pewnie za mną tęsknisz, ale sama rozumiesz, taką mam pracę. Zrobisz mi masaż po powrocie? Wiesz jaki, taki, jaki robiłaś mi wtedy w...(już się uśmiecham moim szyderczym uśmiechem). Sama zresztą wiesz... To ciekawe uczucie: odpoczywasz w Rzymie po przylocie z Frankfurtu, odpoczywasz w Wenecji po tygodniu w Rzymie tylko po to, żeby znów jechać do Sewilli. Wiesz, czasem czuję się jak pies gończy, albo jak taki angielski włóczęga... jak oni na nich mówią? Tramp! o właśnie, tramp. Przybija mnie to wszystko, nie można nawet na chwilę zatrzymać się w miejscu, cały czas trzeba być w ruchu, aktywnym. No i oczywiście uśmiechać się do tych żywych figur woskowych w garniturach. Wybacz sarkazm, naprawdę lubię swoją pracę, ale kiedy ludzie zaczynają się zachowywać tak nieodpowiedzialnie, to aż mam ochotę im przywalić. Ale nie to mnie interesuje. Chodzi mi o to, kochanie, że byłem wczoraj na wernisażu - naprawdę uroczym! Podobnież trwał do rana, ale oczy same mi się już kleiły, rozumiesz. Obrazów bez liku, ale wiesz, że słabo znam się na malarstwie. Po prostu stałem sobie w kąciku i nic się nie odzywałem. Nie chciałem wyjśc na ignoranta(ale zwierzę Ci się, że miewam dosyć tych towarzystw). Poczęstunek był nienaganny, obowiązkowo szampan, puścili suitę Berlioza "Karnawał W Wenecji" i wtedy okazało się, że czeka nas niespodzianka! Jakiś młody poeta wydał ostatnio tomik, podobno bardzo dobry, a że był obecny na sali, zorganizowano mały odczyt! Prawdopowobnie wszystko było uknute, jedynie chłopak wydawał się zdezorientowany - żebyś widziała jego minę! Wyciągnęli go na podeścik i ubłagali, żeby wyrecytował, albo chociaż przeczytał kilka swoich wierszy. Niestety nie znam włoskiego na tyle, by je osądzić, a szkoda, bo wszyscy bili brawo dosłownie co każdą zwrotkę. Ale w międzyczasie zagadywał publiczność po angielsku, zupełnie jakby chciał zrobić ukłon w stronę cudzoziemców. Mówił całkiem mądrze i do rzeczy, nie pamiętam dokładnie wszystkiego, ale ten człowiek miał taki dar swobodnego mówienia, zdawało się, że mógłby mówić o głupotach, a i tak każdy słuchałby zauroczony. Był naprawdę uroczy, opowiedział kilka anegdot, opowiadał, jak to kelner w restauracji nie wiedział co to lazania, a potem nagle zniemił ton. Zaczął mówić o poezji, słuchaj, jak on mówił... najpierw coś o "roli słowa w sztuce" i coś o tym, że słowo nie jest żadnym wyznacznikiem jeśli chodzi o prawdę, że słowo imituje prawdę, ale robi to nieudolnie... Tak przynajmniej go zrozumiałem. A potem mówił że na tym polega jego piękno, bo można wszystko wykrzywiać, wiesz, deformować i można przestawiać, ucinać, bawić się nim, że literatura jest lepsza od malarstwa(wyobraź sobie oburzenie sali!), bo w przeciwieństwie do niego, jest "a truthful lie, which doesn't try to fill our minds with imitations of reality and to tell us that they are real", nie umiem tego dobrze przetłumaczyć, ale zapamiętałem każde słowo, wiesz, że dobrze zapamiętuję ze słuchu. Wywinął się zgrabnym żartem, mówiąc, że to samo można powiedzieć o muzyce, która... itd itd. Pamiętam jeszcze, że mówił, że każdy twórca sztuki("creator of art, that you call artist") jest największym egoistą ze wszystkich ludzi. Bo wydając swoje dzieło na świat myśli, że ma coś naprawdę ważnego do powiedzenia innym ludziom - jakoś tak - i w dodatku bezczelnie zabiera ich ceny czas. Mówił, że trzeba uważać się za Boga, czy półboga, żeby mysleć że to, co się ma do powiedzenia jest interesujące dla ogółu, dla ludzi ogólnie. Słowa zaczęły mi brzmieć znajomo, jakby kogoś cytował, w każdym razie wykpił się i powiedział jeszcze, że egocentryzm to największa siła napędowa sztuki i oby tak dalej, bo według niego to bardzo zdrowa ludzka cecha. "Stosowanie w nadmiarze grozi kalectwem" - skończył i wszyscy znów bili brawo. Ale wiesz co, kochanie, przypatrywałem mu się przez cały ten czas i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest bardzo podobny do Twojego kuzyna, tego z Niemiec. Gdyby nie jego akcent, przyrzekłbym, że to on! Takie same uczesanie, taki lekko haczykowaty nos, naprawdę był podobny! Ale tyle szczęścia naraz nikt chyba nie ma. Musisz mnie z nim poznać. Ja muszę już kończyć, bo mróz wpada do pokoju. Jakieś zimne te wloskie noce. Pióro ledwie trzymam w ręce, słowa już nie są posłuszne. Aha, byłbym zapomniał, ucałuj małą i powiedz, że niedługo będę pewnie przejeżdżał przez miasto, niech wyjdzie mi pomachać. Muszę kończyć. Kocham Cię Bardzo, tęsknię Bardzo, całuję Mocno, pa!
Spodziewałem się kogoś takiego jak ty... a ty? CZEGO się spodziewałeś?
© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)