Niedawno na Forum Actionum, czyli oficjalnym forum dyskusyjnym "CD-Action", pojawił się wątek nowej, jesiennej ramówki TVN. Tematem numer jeden okazało się podkupienie przez tę stację Kuby Wojewódzkiego z Polsatu. To oznaczało, że dwóch najsłynniejszych polskich showmanów, czyli Wojewódzki i Szymon Majewski, będą mieli swoje konkurencyjne programy w jednej stacji.
To z kolei ponowiło dyskusje na temat, który z satyryków jest lepszy. Forum podzieliło się na dwa niewielkie obozy. Pierwszy zrzeszał zwolenników Wojewódzkiego, którzy ofensywnie wobec oponentów zarzucali Majewskiemu żerowanie na najniższych gustach i ogólnie żenujący poziom poczucia humoru. Drugi obóz siłą rzeczy popierał Majewskiego i znajdując się w defensywie odpierał zarzuty.
Miałem się dołączyć pisząc post, ale ostatecznie temat okazał się dobrym materiałem na większy tekst i oto możecie przeczytać moje zdanie na temat Majewskiego i Wojewódzkiego.
Już na wstępie zapewnię, że stanę po stronie Majewskiego. Jego program oglądałem regularnie, więcej - wyczekiwałem go z niecierpliwością, a po jego premierze nie mogłem przepuścić powtórki. Następnie co ciekawsze kawałki wyławiałem z Internetu. Krótko mówiąc - podobał mi się. Natomiast show Wojewódzkiego oglądałem raz na kilka tygodni i to tylko dlatego, że przypadkiem napatoczył mi się. Krótko mówiąc - nie podobał mi się.
Nie mogę zgodzić się z twierdzeniem, że humor Majewskiego żeruje na najniższych gustach, ponieważ uważam, że ja nie mam najniższego gustu, a mimo to oba jego programy telewizyjne (bo było jeszcze "Mamy cię") i audycje w Radiu Zet podobały mi się. Mówię to bez wstydu.
Nie jest to tak głupi argument, jak mogłoby się wydawać. Bo powiedzcie: jaki naród ma najlepsze poczucie humoru? Oczywiście Brytyjczycy. A tak się składa, że oglądałem: wszystkie filmy i skecze trupy Monty Pythona, seriale "Allo, Allo", "Hotel Zacisze", "The Office" i kilka innych, program "Top Gear", a ostatnio kupiłem książkę "Świat według Clarksona". Wszystkie te pozycje prezentują wysoki poziom, a niektóre to wręcz ikony. Ponadto, z nie-brytyjskich, niezły był "Świat według Bundych", natomiast z polskich jestem wiernym fanem "Szkła kontaktowego" i "Teraz my" oraz programu satyrycznego na CNN (być może widzieliście w Internecie kawałek, w którym naigrywał się ze stanu cywilnego premiera Kaczyńskiego).
Jednak umiarkowanie śmieszył mnie "Jaś Fasola" i "Świat według Kiepskich", natomiast w ogóle nie: "Benny Hill", "Ciao Darwin", "Niania" (choć amerykański oryginał był zjadliwy), "Miodowe lata", "Daleko od noszy" czy ostatnio "Hela w kłopotach" lub coś w ten deseń. Nie zrywałem też boków podczas oglądania perypetii uczestników "Potyczek Jerry'ego Springera", "Big Brothera", "Baru" czy innych "Dwóch światów".
To prawda, że w "Szymon Majewski Show" zdarzały się żarty nieśmieszne. Jednak jak na dwie serie tego programu było ich całkiem niewiele, a gdy spojrzeć na show z daleka, to w ogóle się ich nie dostrzega i nie pamięta. Długo w pamięci mogą jednak zostać świetne gagi, szczególnie piosenki: "Trampy mam" (o Lepperze, który zwiedzając Wielki Mur Chiński założył do garnituru adidasy, co sfotografowali dziennikarze dużej gazety "China Daily"), "Gimnastyk" (perfekcyjnie wyśmiewająca ówczesnego premiera Marcinkiewicza) i absolutny numer jeden - "To ja, Bronek" (Bronisław Wildstein śpiewa pod muzykę Pet Shop Boys, w towarzystwie flag z napisem "TKM"). Moim zdaniem, te piosenki są niewiele gorsze od na przykład "Every sperm is sacerd" z "Sensu życia według Monty Pythona".
Poza piosenkami jest jeszcze "Końca nie widać" i "Rozmowy w tłoku". Te pierwsze nie były już takie rewelacyjne, ale zdarzały się szalone smaczki. Natomiast ta druga część programu jest chyba najbardziej kontrowersyjna. Jest jak oliwki - albo się je lubi, albo nienawidzi, nie można za to o nich powiedzieć "nie przepadam, ale mogę zjeść". Dla mnie "Rozmowy" były w większości smaczne. Sporo w nich zależy od aktorów - osoby odgrywające Marcinkiewicza i Leppera (bo to jedna osoba) lub ojca Rydzyka, Zytę Gilowską czy Renatę Beger zasługują na Oscara.
Zgodzę się, że wybory Miss Wszechświata nie były zbyt ambitne, jednak i tu można było dostrzec błyski geniuszu, zwłaszcza jeśli chodzi o Miss Anglii i Białorusi (parodia Aleksandra Łukaszenki).
Jedynym wspólnym mianownikiem obu programów ("SMS" i "KW") było to, że zapraszano do nich gości. Chciałbym zwrócić uwagę, że goście Majewskiego, od Dody do Bogusława Kaczyńskiego, czuli się dobrze: swobodnie żartowali, śmiali się, rozmawiali i brali udział w gagach. Inaczej było u Wojewódzkiego, u niego goście siedzieli jak na szpilkach i non-stop byli przez prowadzącego atakowani. Przez to zachowywali się nienaturalnie. To było przyczyną ucieczki Wojewódzkiego z Polsatu - oglądalność była wprost proporcjonalna do liczby gości, którzy byliby chętni do wzięcia udziału w show. Nikła. Czemu się dziwić: kto chciałby tracić czas na odpieranie chamskich docinek i potem oglądać to w telewizji?
Skoro fani Wojewódzkiego twierdzili, że u Majewskiego humor jest niskich lotów, to logicznie rozumując u tego pierwszego powinno być odwrotnie. Tak nie jest. Wojewódzki ma podobne poczucie humoru do dziennikarzy z "Nie" lub do Wojciecha Cejrowskiego, czyli najpodlejszy podgatunek sarkazmu (nic więc dziwnego, że Jerzy Urban dobrze się czuł w tym programie). Dobrym przykładem jest rozmowa Wojewódzkiego z pewnym bokserem. Prowadzący zapytał swojego gościa, co by było gdyby bokser przed walką dostał sraczki (tak się wyraził). Ponieważ bokser był człowiekiem zaskakująco kulturalnym (serio!), odpowiedział spokojnie, choć nieco zaskoczony i zniesmaczony, że wystarczyłoby powiedzieć o tym sędziemu by ten odłożył lub odwołał walkę. Wojewódzki w ramach odpowiedzi wykonał pantomimę: udał, że uderza się pięścią w brzuch i wydał dźwięk, który ja zwykłem nazywać "brązową nutą". Na miejscu pięściarza odpowiedziałbym jak królowa brytyjska Elżbieta II: "I am not amused" (w wolnym tłumaczeniu: nie śmieszy mnie to). Choć o programie Wojewódzkiego należałoby przypomnieć brytyjskie powiedzenie "simple things amuse simple minds" (proste rzeczy bawią proste umysły).
Innym razem Wojewódzki zaprosił jakiegoś rapera. Akurat tak się złożyło, że w tym samym odcinku wystąpił jakiś popowy zespół. Po ich występie wywiązał się taki dialog:
- Podoba ci się taka muzyka?
- Nie.
- Ooo, proszę państwa, chyba będziemy mieli jakąś bójkę pomiędzy gośćmi!
- Nie, kiedy powiedziałem, że taka muzyka mi się nie podoba, to miałem na myśli, że jej po prostu nie rozumiem, ale wiem, że może się podobać innym. Tyle.
Komentarz wydaje się zbyteczny. Dodam jednak, że ten raper bardzo miło mnie rozczarował.
A takich rozmów było więcej, żeby tylko przypomnieć wywiady z Moniką Richardson (której nerwy ostatecznie puściły i nazwała Wojewódzkiego "zapyziałym kawalerem"), Tomaszem Lisem czy naturalnie z Kazimierą Szczuką. Dobrze to kontrastuje z autentycznie zabawnym, niewymuszonym i ciekawym sposobem autopromocji Majewskiego. Mam tu na myśli kupoienie małego fiata dla Stanisława Łyżwińskiego, wysyłanie kartek z pozdrowieniami polskim politykom czy, ostatnio, oskarżenie Romana Giertycha o straty morlane z wynajęciem Roberta Smoktunowicza i Ryszarda Kalisza jako pełnomocników prwanych.
Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że oglądałem losowo wybrane programy Wojewódzkiego, a nie całą ich masę by wybrać pojedyncze fragmenty pasujące do mojego twierdzenia. Wszystkie żarty tego showmana naprawdę prezentują podobny poziom.
Nie chciałem w tym tekście przekonać kogoś, że Majewski to istny John Cleese, a Wojewódzki ma poczucie humoru niczym obywatel Vaterlandu. Chcę tylko łamać stereotypy.