T E O R I A  Ś W I E Ż O Ś C I

Badania opinii publicznej opierają się na fałszywym przekonaniu, że publiczność ma jakąś opinię.


1. Mylny trop

Wielokrotnie w życiu podejmujemy decyzje, które potem zmieniamy. Coś nam jednak mówi, że to pierwsze rozwiązanie byłoby lepsze. Nauczyliśmy się myśleć demokratycznie, kolektywnie, że pierwsza myśl zawsze jest właściwa. Chciałem napisać „najwłaściwsza”, ale to byłaby nieprawda, bo nie jesteśmy bogami, którzy w ułamku sekundy z nieskończonej liczby możliwości potrafią wybrać tę jedyną. Prosty rachunek pokazuje, że zmiana decyzji zwiększa szansę na wygraną, bo wtedy kolejny raz odrzucamy masę złych, w naszym mniemaniu, rozwiązań.

 

Dlaczego w takim razie postępujemy inaczej? Czy kieruje nami chęć dostosowania się do ogółu? Owszem; ale jest to chęć podświadoma. Nadrzędnym celem jest uzyskanie lub podtrzymanie przychylności grupy, co na dłuższą metę jest cenniejsze niż korzyść z doraźnej decyzji. Czyż to nie nazywa się „instynkt”, który tak jak inne zwierzęta prowadzi nas mylnym tropem?

 

            2. Teoria pierwszej świeżości

 

Przeprowadzony w poprzednim punkcie dowód na „zwierzęcość” człowieka jest o tyle dobry, że nie determinuje w sposób jednoznaczny drogi postępowania. Sami musimy wybrać, czy respektować zasady tłumu czy iść własną drogą.

 

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Wchodzimy do jakiejś grupy. Nie wiemy o niej absolutnie nic: jakie panują w niej zwyczaje, jakie obowiązują normy, co jest tolerowane, a co nie, jakim językiem mówią jej członkowie. Zaczynamy to wszystko stopniowo poznawać, ale na początku zdarzają się wpadki. To właśnie od ich ilości i natężenia zależy stosunek grupy do nas, kandydatów. Jeśli natomiast od razu robimy wszystko jak należy, stajemy się dla tej grupy podejrzani.

 

Na tym jednak świat się nie kończy. Pójdźmy własną drogą, a wtedy ludzie, którzy zechcą do nas dołączyć, będą musieli przystosować się do naszego świata.

 

            3. Na podbój siebie

 

Którejkolwiek drogi by nie wybrać, czy inni będą zależeć od nas czy też my od nich, zaczniemy poznawać samych siebie. Bez drugiego człowieka proces ten jest niepełny, ponieważ w naszym „wewnętrznym lustrze” odbijają się nie tylko nasze myśli i emocje, ale też i to, jakie o nas wyobrażenie mają inni ludzie.

 

Prawda zwykle leży pośrodku. Stańmy więc w połowie drogi między sobą a obserwatorem. I czekajmy, aż połączą się w jeden organizm. I staną się prawdą samą w sobie. I staniemy się prawdą...

 

            4. Teoria drugiej świeżości

 

Nadchodzi okres dojrzewania. Istotne są tutaj dwa aspekty: bunt przeciw wszystkiemu i wszystkim, w tym przeciw sobie i zainteresowanie płcią przeciwną. Dla niektórych ten okres nigdy się nie kończy, dla tych, którzy myślą, że już dawno mają „to” za sobą. Zainteresowanie płcią przeciwną słabnie, bunt nigdy nie przemija. Podobno się ustatecznia. Ale o tym później.

 

Do rzeczy! Na naszej drodze w końcu staje ta druga osoba. My, gotowi poświęcić dla niej wszystko, sprzedajemy nasze pierwsze, dlatego niezbyt jeszcze solidne, ideały. Tak rodzi się pierwszy świadomy bunt. Potem jesteśmy już zdolni do wszystkiego, byle znaleźć się w pobliżu ukochanej. To już nie jest bunt dla buntu. Bunt dla zysku. Bunt dla zasady.

 

            5. Zupełnie inna robota

 

W imię tego buntu staramy się wyrazić siebie, każdy to robi. Marzeniem buntownika przelać swoje myśli na papier, aby „nasza prawda” dotarła do jak największej liczby osób. Po cichu jednak liczy na to, że tę oryginalność zauważy „jedna na milion” osoba. To pisanie trwa z reguły od kilku miesięcy do kilku lat i jest dość monotematyczne, tylko nielicznym udaje się ciągnąć to dalej. Bo to jest już wtedy zupełnie inna robota, bardzo ciężka robota.

 

Trzeba przemeblować całe swoje życie. „Jedna na milion” traci na wartości. Życie uczuciowe zostaje zredukowane do minimum. Praca i studia mają tylko taki sens, żeby przeczekać. Tak, przydaje się jeszcze cierpliwość, dużo cierpliwości. I odporność na docinki. Nie każdego stać na tyle wyrzeczeń.

 

            6. Teoria trzeciej świeżości

 

Przekonawszy się o swojej wartości, pragniemy mieć z tego coś dla siebie. Paradoksalnie nie chodzi wcale o pieniądze, bo po tak ustawionym życiu powinniśmy mieć ich dość. Są rzeczy ważniejsze, pojawia się honor.

 

Dopiero teraz człowiek oddycha pełną piersią. Wie, że już nic mu nie zrobią. Co mogą mu zabrać? Pieniądze, które nie dają szczęścia? Przecież niczego więcej nie ma. Prócz siebie?

 

Mogą mu jeszcze zabrać życie, którego nie przeżył właściwie. Cóż znaczą tony zapisanego papieru? Chyba tylko tyle, że znajdzie się na kartach historii. Przez małe „h”.

 

Czyżby nasza teoria miała upaść?

 

            7. Towarzysze i koledzy

 

Znam kogoś, kto może pomóc. Oto nadchodzą ci, którzy znają nas tak jak nikt. Nie, nie pomyliłem się, nasi współmieszkańcy, sąsiedzi wiedzą o nas więcej, niż się nam wydaje. Znają nasze zwyczaje, wiedzą, co lubimy, a czego nie. Instynktownie unikają sytuacji dla nas niewygodnych, ale jeśli chcą, potrafią zrobić nam na złość. Bo nas znają.

 

Szkolni koledzy. Towarzysze zabaw. Ale także szczerzy do bólu, obiektywni i bezlitośni sędziowie. Czasami swoim prowokującym zachowaniem chcieli sprowadzić nas na dobrą drogę, wybraną przez siebie oczywiście. Dawaliśmy się nabierać, to jasne, ale nie zawsze. Były to najbardziej ekscytujące momenty naszej współpracy. Nie szliśmy już gęsiego, ale ramię w ramię. Ramię w ramię. Ramię w ramię. Ramię w ramię. Ramię w ramię. Ramię w ramię.

 

Teoretycznie…

 


 Mark Kewlar (wiecmsb@wp.pl)