| ||||||||||||||||||||||||||||
Strona - 09 - Pink Floyd...
Architektoniczne studia muzyczne, czyli... wycieczka nie tylko na „Ciemną Stronę Księżyca” z grupą Pink FloydNick Mason podczas spotkania z dziennikarzami i grupą wiernych fanów w „Klubie Pod Jaszczurami”, gdy miał udzielić wskazówek dla początkujących muzyków, które pomogłyby im odnieść sukces, powiedział dowcipnie i cynicznie zarazem: „niech zaczną studiować architekturę”.
Zastanawiam się, na ile członkowie Pink Floyd są pazernymi materialistami? Bo z jednej strony, gdy po pierwszym od wielu lat koncercie, jaki zespół zagrał w oryginalnym składzie (Gilmour – Waters – Mason – Wright) w ramach akcji Live 8, prasa gorączkowo spekulowała na temat trwałej reaktywacji grupy (mimo iż wszyscy muzycy, może z wyjątkiem Nicka Masona, od początku temu zaprzeczali) i gdy pojawiła się wielomilionowa oferta trasy koncertowej po USA, została ona odrzucona. Ogromne pieniądze ich nie skusiły. Z drugiej zaś zaskoczyły mnie obawy Gilmoura, że występ na Live 8 (w lipcu 2005), przełoży się na gorszą sprzedaż jego solowej płyty (sic!), nad którą wtedy pracował, a która ukazała się zgodnie z planem – w marcu 2006. A tak na marginesie dodam, że album „On an Island” jest przepiękny i w pewnym stopniu polski (dzięki partiom orkiestrowym Zbigniewa Preisnera i grze Leszka Możdżera na fortepianie).
Kolejnym elementem tego tematycznego kalejdoskopu, oscylującego wokół Pink Floyd, niech będzie Live 8, o którym to z premedytacją kilka zdań wcześniej wspomniałem. Ich występ w klasycznym składzie był bez wątpienia najważniejszym punktem kulminacyjnym tej szlachetnej akcji. Podobnie, jak wiele innych osób, czułem wtedy muzyczną magię, która ponoć towarzyszyła koncertom zespołu w przysłowiowych „starych, dobrych czasach”. A o tym, że nie było łatwo namówić skłóconych od lat Gilmoura i Watersa do wspólnego występu, pisze szczegółowo Nick Masson w swojej subiektywnej, ale i wartościowej książce „Pink Floyd – Moje Wspomnienia”. On chyba jako jedyny członek zespołu wierzył (być może nadal wierzy), że Pink Floyd reaktywuje się na więcej niż ten jeden koncert. Był on nawet skłonny, co prawda po cichu, mówić o powrocie bez Gilmoura, ale za to z Watersem w składzie. Byłoby to jednak o tyle dziwne, że to właśnie Waters ponad 20 lat temu odszedł z zespołu, a Gilmour zaczął wtedy sam dźwigać (zapewne słodki) ciężar bycia liderem zespołu–legendy.
|
Nigdy nie podzielałem obaw tych, którzy przy tej okazji wątpili w zapasy artystycznego potencjału muzyków Pink Floyd i nie wierzyli, że mogą oni stworzyć płytę, która byłaby porównywalna z ich najlepszymi wydawnictwami z lat 70-tych. Zupełnie tego nie rozumiem, bo przecież wydana po długiej przerwie, w 1994 roku płyta „Division Bell”, wbrew równie ponurym proroctwom, które wtedy też tu i ówdzie się pojawiały, okazała się być wspaniałym albumem. Koncertowa trasa Watersa „In the flash” sprzed kilku lat (która objęła również Polskę), była niezapomniana. Również ukończona przed kilkoma miesiącami „Ca Ira” (co tłumaczy się, jako „Jest Nadzieja”), choć jest rock-operą, a zatem trudno ją porównać z wcześniejszymi dokonaniami Watersa, okazała się materiałem tyleż wyjątkowym, co pięknym. Warto nadmienić, że porusza bardzo ciekawą tematykę – historię Rewolucji Francuskiej. A o cudownie delikatnym, rozmarzonym, snującym się nastroju piosenek z jeszcze ciepłej solowej płyty Davida Gilmoura już pisałem. Zatem pytam, gdzie tu miejsce na obawy o artystyczną formę? Bo niepokoje o kondycję fizyczną muzyków mogą być uzasadnione. Przecież nie każdy ma przeczący prawom czasu i zdrowego trybu życia organizm – taki, jak członkowie The Rolling Stones.
Pink Floyd to zespół, który już zawsze będzie nosił brzemię najważniejszej płyty w historii muzyki rozrywkowej - „Dark Side of the Moon”. Dlatego malkontenci zawsze będą mieli argument, że żadna kolejna nie dorównuje „Ciemnej Stronie Księżyca”. Ale cóż - porównania z absolutem zwykle przynoszą gorzkie refleksje. Zaś sami muzycy nie zapominają o tym swoim absolucie z 1973 roku. Nie tak dawno ukazała się bowiem na rynku zremasterowana reedycja „Dark Side of the Moon”. I choć w rzeczach idealnych kombinować się nie powinno, to ta ingerencja ma swoje uzasadnienie. A to dlatego, że nowa wersja została przygotowana w systemie dźwięku 5.1, który znacząco rozszerza przestrzeń brzmieniową i tak nowatorskiego, jak na lata 70-te, pierwotnego stereo. Choć, co prawda, wielkich zmian nie ma. Mimo zarzutów, że charakterystyczne zegary z „Time”, czy równie wyjątkowa przejmująca wokaliza Clare Torry z „The Great Gig in the Sky”, choć aż proszą się o taki zabieg, nie zostały bardziej dynamicznie rozłożone po kolejnych głośniach, to i tak słuchając wersji 5.1 okrywałem płytę jakby na nowo. Aczkolwiek z racji tego, że już od wielu lat nie ma takiego miesiąca, w którym nie przesłuchałbym jej przynajmniej dwa razy, wydawać by się to mogło wręcz niemożliwe.
Na koniec wypada mi jeszcze nawiązać do tytułu, który poza tym, że wspomina o kierunku studiów muzyków Pink Floyd, to także dobrze oddaje to, jak odbieram ich twórczość. Bo oni przecież niczym wybitni architekci, precyzyjnie i z rozwagą zagospodarowują muzyczną przestrzeń – funkcjonalnie i estetycznie zarazem. Ale robią to jak na studentów przystało – z właściwym dla siebie polotem, fantazją, indywidualnością i permanentną świeżością.
Autor:Nawrotus | |||||||||||||||||||||||||||
|
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej
formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone! Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl) | ||||||||||||||||||||||||||||