Listopad 2006      


|:  VARIA  :|

De gustibus...
cara

Protestuję. Protestuję głośno i dobitnie przeciwko odgórnemu decydowaniu, co z kanonu lektur jest ciekawe, a co nie.

O gustach się nie dyskutuje. Pewnie każdy z Was zna to powiedzenie. Tymczasem felietony w Varii zaczynają powoli przypominać osobistą listę TOP 10. Przypominam, że Iselor rozpoczął plebiscyt na najlepszego autora i tam jest miejsce na tego typu dysputy.

Możemy narzekać na nieżyciowość niektórych pozycji ze spisu lektur, możemy narzekać na ich ilość (choć nie powinniśmy). Mówię to z pozycji osoby, która przez wszystkie lata edukacji przeczytała wszystkie zadane na j. polskim książki.

Wyrażanie natomiast opinii, pt.: "Mickiewicz to grafoman" albo: "Wywalić Żeromskiego!!!", jest co najmniej dziecinne i świadczy o braku zrozumienia dla gustów innych. Mogę nie cierpieć Mickiewicza, ale na pewno nie krzyknę wespół z niewyżytymi czytelnikami, że to grafoman, zwłaszcza, gdy widzę, że do niektórych naszych rówieśników doskonale przemawiają jego dzieła. To samo odnosi się do jakiegokolwiek autora, z którym mamy okazję się spotkać. Dlatego cieszmy się, gdy ktoś ma podobne sympatie i antypatie do naszych, ale nie rozwijajmy akapitów "o wyższości Słowackiego nad Mickiewiczem", w których stwierdzamy, że wszyscy naszą opinię przyjąć po prostu muszą.

Każdy uczeń ma dostęp do szkolnej biblioteki, w której poza lekturami znajdzie wiele pozycji zgodnych z jego zainteresowaniami. Wszystkie te książki rozwijają wrażliwość na słowo pisane, o czym zapalonym czytelnikom mówić nie trzeba. Jedne zachwycą nas formą, inne treścią, jeszcze inne- językiem. Nie można oczekiwać, by KAŻDEMU podobała się KAŻDA książka z kanonu lektur- to już zależy od naszych upodobań. Ważne jest, by wyrobić w uczniu zdolność oceniania, opiniowania, dostrzegania pewnych zjawisk zachodzących w treści i formie. (Jak to zrobić, gdy omija się lektury? Nie wiem.) Można znienawidzić "Lalkę" za historię w niej opowiedzianą, ale trzeba przyznać, że podwójna narracja zastosowana przez Prusa, była czymś nowatorskim. A i w życiu nie zawsze możemy zająć się czymś, co lubimy- trzeba radzić sobie z rzeczami znienawidzonymi, a, co gorsza, podchodzić do nich obiektywnie.



Faktem jest, iż Polacy niechętnie do książek sięgają. Faktem i to, że w części przypadków szkoła (a właściwie stosunek nauczyciela do jego pracy!) staje się współodpowiedzialna za taki "rozwój" czytelnictwa. (Chcę tu zaznaczyć, iż kanon szkolnych lektur nie postał przypadkowo. Jak mówią: 'w tym szaleństwie jest metoda'. Każda pozycja ma wnieść coś do światopoglądu ucznia- czy podstawówki, czy liceum.) Ale nie popadajmy w skrajności! Miło jest znaleźć jednego winnego i wylać na niego wiadro pomyj, prawda? Z tym drobnym faktem, że to nie będzie prawda. Przynajmniej nie całkowita. Dobrze byłoby na przykład zwrócić uwagę na tradycję czytelniczą w domu. Jeśli rodzic chce zrzucić cały ciężar wychowania jego dziecka na szkołę, ogólnie i w detalach, a sam poświęcić się pracy zawodowej, czy coś dobrego z tego wyjdzie? Znamy opowieści o bestialskich gimnazjalistach-mordercach, licealistach- recydywistach. To wszystko wynikiem braku właściwej (rodzicielskiej, zaznaczam!) opieki nad dziećmi- o tym też powszechnie wiadomo. Czyż wobec tego nie będzie hipokryzją sądzić, że szkoła jako instytucja zaszczepi w dzieciaczkach miłość do literatury? Gdyby tak wszyscy rodzice zechcieli uczestniczyć w akcji: "cała Polska czyta dzieciom", włożyli trochę wysiłku w nauczenie pociech radości z poznania literek i dobranie im odpowiednich lektur, sytuacja czytelnicza nie przedstawiałaby się tak tragicznie. Utopią jest myśl o zaznajomieniu każdego dziecka z przynajmniej jedną książeczką, zanim pójdzie do zerówki. Czy posiadając rodziców namiętnie czytających, z własną biblioteczką w domu, dzieci uciekałyby od książek jak od zła najgorszego? Śmiem wątpić.

Tak więc protestuję przeciwko nadużywaniu w tekstach zwrotów typu: "wyrzucić Iksa z kanonu lektur, bo JA tak uważam (po czym następuje litania "argumentów": bo za długie, za nudne, zbyt banalne, nieładna okładka, autor ma brzydkie nazwisko itd.)". Lepiej czasem przyznać, że się do książki niekoniecznie dorosło, że nie odpowiada nam konkretny styl- nie umniejszając tym, których to zachwyca. Nie chcę, i podejrzewam, że wiele osób się ze mną zgodzi, żeby po lekturze kolejnej Varii w AMK, otwierał mi się nóż w kieszeni przez przedmiotowe potraktowanie moich najulubieńszych pozycji, włącznie ze zmieszaniem z błotem autora. A gdy zacznę szukać rzeczowych argumentów, okaże się, że autor ma do zaproponowania jedynie: "jak się nie zgadzasz, idź do diabła".

(c) Copyright by Ksi+/-żki (R) Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!