Recenzje

 

Ten film to dowód na to jak dobry scenariusz może zmienić oblicze aktora. Z beznadziejnej kreacji przeistacza się w dobrą lub rewelacyjną. Takimi kameleonami w "Zabójczym numerze" są głównie Josh Hartnett i Bruce Willis. Tego pierwszego wielu zapewne kojarzy z romantycznego "Apartamentu" gdzie wcielił się w rolę mało przekonującego chłopca owładniętego nieszczęśliwą miłością. Ten drugi, jest bardzo nierówny. O ile w recenzowanym filmie zagrał z klasą i doświadczeniem, to w filmie mającym niedawno swoją premierę w Polsce - "16 przecznicach", położył swoją kreację kompletnie.

Reżysera Paula McGuigana i aktora roli głównej Josha Hartnetta wiąże właśnie wspomniany już "Apartament", który przecież podobnie jak obecny film jest zwykłą historią opowiedzianą w dziwny sposób. Trochę od końca, trochę wyrwanych scen z fabuły, trochę z innego ujęcia. Cel jest jednak ten sam. Widz ma zostać zaskoczony. A to w "Zabójczym numerze" osiągnięto.

Slevin Kelevra (Josh Hertnett) przyjeżdża do swojego przyjaciela Nicka Fishera. Nie zastaje go w domu, ale dzięki otwartym drzwiom wchodzi do środka i spędza noc. Nad ranem odwiedzają go gangsterzy, którzy prowadzą do Szefa (Morgan Freeman), a ten z kolei bierze Slevina za Nicka Fishera i żąda od niego spłaty 96 tys. dolarów długu. Po tym wydarzeniu, Kelevrę odwiedzają inni gangsterzy, którzy prowadzą go do Rabina (Ben Kingsley), który również sądzi, że ma do czynienia z Fisherem i żąda spłaty 33 tys. dolarów długu. Slevin przystępuje do działania, które ma na celu załagodzenie sprawy.

Po obejrzeniu tego filmu nasuwa mi się szybkie skojarzenie. Ten film to zgrabne połączenie dwóch styli reżyserskich: Guya Ritchiego i Quentina Tarantino. Historia głównego bohatera jest tak skonstruowana, że przypomina "Porachunki" Ritchiego i dobrze znanych kinomanom czterech kumpli, którzy wpadają w ogromny dług. Styl prowadzenia dialogów, wprowadzane uwagi, spostrzeżenia, to już domena Tarantino. Mimo, że nie ma tu rozmów o niczym, to prezentują one w "Zabójczym numerze" podobną stylistykę, są zatem pseudointeligentne wywody i porównania, które przecież dla widza są nie lada smaczkami.

Aby podołać takim wymaganiom trzeba było zatrudnić w rolach głównych odpowiednich aktorów. Nigdy bym nie przypuszczał, że Morgan Freeman jest w stanie zagrać taki typ gangstera. A jednak, udało mu się. Wykorzystał świetny scenariusz i pokazał klasę. Podobnie wygląda gra Bena Kingsleya. Obaj panowie w rolach wrogich sobie bossów wypadają rewelacyjnie. Niczego nie jestem im w stanie zarzucić.

Miałem wielkie obawy co do Hartnetta, uważałem, że nie podoła roli, ale on ją kreuje. Zdaje się, że nie odtwarza ściśle nadanej przez reżysera roli. Jest nieco gapowaty, ale nie można odmówić mu odwagi. W końcu w rozmowach z gangsterami jest całkiem spokojny. Na końcu Bruce Willis, czyli Pan Godkat. Wykreował rolę płatnego zabójcy, nieuchwytnego policji. Zachowującego się jak cień, będącego wszędzie i nigdzie, pojawiającego się nagle i wydającego wyrok bez ostrzeżenia. Willis się spisał i chyba to pierwsza jego lepsza rola po występie w "Sin City".

Główną siłą filmu jest poprowadzenie fabuły. Poznajemy ją początkowo tylko z jednego punktu widzenia. Widzimy to co chce nam pokazać Slevin Kelevra, dopiero później podczas rozwoju wypadków odkrywamy prawdę o niektórych postaciach. Cały efekt wypełniają początkowe sceny. Ktoś kogoś zabija, ktoś wchodzi do gabinetu i zadaje ciosy trzem mężczyznom. Jest nawet krótka przeraźliwa historia i niepowtarzalna scena w poczekalni. Pod koniec filmu okazuje się, że wszystkie początkowe sceny mają sens i o dziwo są zachowane w kolejności chronologicznej.

Film przedstawiany jest jako komedia kryminalna. Nie podoba mi się to określenie. To nie jest rasowa komedia. Nikt nie będzie się na niej specjalnie śmiał. Jest ledwie kilka humorystycznych scen i nic więcej. To jeszcze nie czyni z filmu komedii. To bardziej kryminał z elementami dramatu, ale być może został tak zakwalifikowany ze względu na lepszą promocję. Z cała pewnością to jeden z lepszych filmów tego lata, jakie można było obejrzeć w polskich kinach.

 

»Ocena: 8/10

 

»Autor: Robert Zientarski