|
Od samego początku było wiadomo czego się po tym filmie należy spodziewać. Biorąc pod uwagę, że to już trzecia odsłona "Szybkich i wściekłych" wiadomo, że będziemy mieli do czynienia z super tuningowanymi samochodami zarówno optycznie, jak i technicznie, co pozwala im na osiąganie gigantycznych prędkości. Dlaczego zatem pozostaje niedosyt, niezadowolenie? Przecież zamiar został osiągnięty. Miał być kicz, jest, miała być pożywka dla wielbicieli bajeranckiego sprzętu - jest. Może po prostu ktoś nie złapał się za głowę i nie stwierdził, że to co robimy jest zbyt tandetne?
Nie ulega jednak wątpliwości, że jeżeli będzie kręcona kolejna część, a końcówka pozostawia miejsce na inwencję twórczą, to powinna być kręcona w Polsce. Nie sztuka ścigać się samochodem który ma pod maską ponad 500 KM na nawierzchni gładkiej jak stół, albo tafla lodowa. Niech by ci wściekli i szybcy przyjechali do kraju nad Wisłą i pokazali jak umieją walczyć z rodzimymi dziurawymi drogami, rowerzystami, robiąc to wszystko w tunigowanym Fiacie 126 p. albo chociaż w popularnych do tego VW Golfach. Zapewne ktoś teraz powie, żebym nie robił obciachu i nie przeciwstawiał zwykłych maszyn przeciw tym "bolidom" jakie mam okazję zobaczyć w "Tokio Drift".
Shaun Boswel to 17-letni Amerykanin, ma kłopoty z prawem, bo jeździ, jak się można domyślać za szybko i za wściekle. Matka wysyła go do ojca mieszkającego w Japonii. Ten daje mu surowe zasady i albo będzie się ich trzymał, albo odeśle go z powrotem do domu. Jak jednak można walczyć z pasją młodego człowieka? Już pierwszego dnia, Shaun nie wraca do domu o tej godzinie o której powinien. Powód jest prosty poznaje ludzi, którzy mają zamiłowanie do driftingu, czyli do wprowadzania samochodu w efektowne poślizgi ścigając się na krętych górskich drogach, czy na wielopoziomowych parkingach. Shaun wkrótce poznaje zarówno przyjaciół jak i wrogów, oraz zachwyca go piękno dziewczyny z którą nie powinien się zadawać.
 |
W tym filmie jest wszystko co dotyczy buntowników. Bohater spełnia wszystkie wymagania zbuntowanego nastolatka, oraz czupurnego kolesia, któremu nie wolno nadepnąć na odcisk. Jest zatem konflikt z rodziną, zarówno z matką, jak i później z ojcem. Jest fascynacja dziewczyną, która należy do przywódcy czegoś w rodzaju mafii, jest starcie z samym przywódcą i poznanie ludzi na których może polegać: Twinkiego i Hana. Jest nawet standardowa pierwsza walka w której bohater przegrywa, aby podszkolić swoje umiejętności i zmierzyć się z tym samym mocnym przeciwnikiem pod koniec filmu. Naturalnie finisz do przewidzenia i to już podczas czytania tej recenzji.
Najbardziej zaszokowała mnie w filmie scena, gdy ktoś chce mi wmówić, że facet grający głównego bohatera ma 17 lat. No cóż, chłopak wygląda na co najmniej 10 lat starszego. Niestety takie numery w wmawianiu widzowi, że aktor jest połowę młodszy wychodzą świetnie chyba tylko DiCaprio. Lucas Black jednak amerykańską gwiazdą nie jest i nie ma predyspozycji, aby tak jak 40 letni Leo grać nastolatka.
Druga sprawa jest już znacznie poważniejsza. Nikogo nie zdziwi jeśli powiem, że wyścigi w tym filmie to kwintesencja i cel całej produkcji. Mają być efektowne, nieprawdopodobne i dobrze wykonane. niestety ma się ciągle wrażenie, że sceny w Japonii robione były w niebieskim studiu, a sceneria dopracowywana komputerowo. A to sprawia, że film staje się katastrofalny, sztuczny i do bólu tandetny. Nie o to chodzi w wyścigach. To nie ma być popis zdolności grafików komputerowych, ale ludzi, którzy o efektownej jeździe mają jakiekolwiek pojęcie. W takim razie ja już wolę oglądać reportaże z Rajdowych Mistrzostw Świata, bo tam można zobaczyć naprawdę o wiele lepsze ujęcia.
Kiczowatych rzeczy w filmie jest jeszcze więcej. Choćby sceny z dziewczynami. Wiadomo tam gdzie są super fury, są i super laski. Zgrabne, seksownie ubrane i gotowe "zakochać się" w tym kto przyjedzie pierwszy na metę. Już pierwsza scena wyścigu jeszcze w USA rozgrywa się o dziewczynę jednego z rajdowców. Żeby było śmieszniej, sama dziewczyna to zaproponowała, chciała być nagrodą, zdobyczą o którą walczą dwa samce.
Niczym nie różnią się jednak Japonki. Też wybierają tych którzy mają największe sprzęty, najbardziej bajeranckie i najszybsze wozy. Ten film zatem dla kobiet nie jest, bo zostały w "Tokio Drift" sprowadzone do roli przystawki dla rozochoconych facetów, a wręcz chłopaków.
 |
Aktorsko film nie wybija się jakoś zdecydowanie. Wszystkie postacie są aż za bardzo schematyczne. Shaun Boswell to typ chłopaka, który chce się ścigać z każdym, ma coś światu do udowodnienia. Będzie zatem to robił za wszelką cenę i wszystkimi metodami. Tym samym wydaje się typem ciemniaka, dla którego nic więcej się nie liczy. Już zdecydowanie lepsze wrażenie sprawia filmowy Han. Japończyk z mnóstwem pieniędzy, ale poszukujący zaufania i przyjaźni. Dla niego jedynego liczy się chyba coś więcej niż wyścigi i kobiety, choć przecież ani od jednego ani od drugiego nie stroni. Jest i DK, typowy czarny charakter. Grający go Brian Tee będzie zapewne konkurować o Złotą Malinę, bo tak beznadziejnie zagranego czarnego charakteru jeszcze nie widziałem. Jego złość przejawia się w bujanym chodzie (coś jak typowy polski dres) i groźnym spoglądaniu w oczy na odległość nosa. Czasami widz ma wrażenie, że DK nie chce grozić przeciwnikowi, a go... pocałować i to w dodatku z języczkiem.
Film ma swoją grupę odbiorców, dla których będzie on całkiem niezłym kinem. Dla reszty będzie albo niestrawnym daniem, albo dobrą komedią. Dla mnie jest paradoksem i momentami kwintesencją kiczu.
»Ocena:
3/10
»Autor:
|