Recenzje

 

Powstało dość sporo horrorów, których akcja rozgrywa się na bezmiarze mórz i oceanów. Większość z nich opowiada o statkach widmo, morskich potworach czy innych strachach. Niestety, niektóre są tylko i wyłącznie pokazem mnóstwa efektów specjalnych, ale zdarzają się też wyjątki, które możemy nazwać czymś w rodzaju lekkiego horroru. 

„Argonautica” to największy, najdroższy i w ogóle najlepszy statek, jaki kiedykolwiek zbudowano. Podczas rejsu po Morzu Chińskim statek zostaje opanowany przez tajemnicze potwory. Pech chciał, że „Argonautica” to dodatkowo cel bandy niemilców (nie wiem, jak ich określić. Zbóje? Bandyci? Terroryści?).

To całkiem przyjemny film, mający swoje wady i zalety. Jednak jeśli się bardziej skupić, to można dojść do wniosku, że „Śmiertelny Rejs” to lekki horror o niewielkim zabarwieniu komediowym. Właśnie te nieliczne elementy komediowe, głównie prowokowane przez (niestety) Famke Janssen i Treata Williamsa sprawiają, że widz nie bardzo może zanurzyć się w morzu strachu (odsyłam do plakatu – te słowa są jak najbardziej widoczne). Mimo wszystko, film nie jest horrorem, po którym należy się spodziewać, że będziemy wrzeszczeć z przerażenia i z bijącym sercem obserwować akcję. Podczas oglądania „Śmiertelnego Rejsu” będziemy podziwiać całkiem sporych rozmiarów statek (w scenach ukazujących go z dużej odległości), a dokładniej to jego wnętrze w stylu obskurnych warsztatów (albo kotłowni czy elektrowni) i wyczyny ostatniej żyjącej pasażerski i załogi. Zatem bohaterami są: złodziejka, kapitan statku, właściciel statku, kapitan łodzi, mechanik i grupa kozaków w stylu „strzelaj, pytaj, znowu strzelaj”. 

To, że można się domyślić, w jakiej kolejności dane im będzie umrzeć nie obniża frajdy z oglądania. Częściowo odpowiedzialny za to jest fakt, że aktorzy dobrze zagrali swoje role. Grupa zabijaków najchętniej by rozniosła wszystkich w drobny mak i zabrała ich majątek, ciesząc się jak dzieci (i tu polecam scenę, podczas której strzelają po raz pierwszy na pokładzie statku. Dokładnie, jak dzieci...). Takim najpoważniejszym macho jest dowódca czarnych charakterów, Hanover (Wes Studi) – śmiertelnie poważny, dbający o interesy przede wszystkim. Ale i on, pod koniec swego występu na ekranie ukazuje nieco humorystycznego zachowania, które jednak niszczy jego autorytet. Jego zupełnym przeciwieństwem jest główny bohater, Finnigan (Treat Williams). To wyluzowany kapitan starej łodzi, zarabiający kursując po morzu (taki odpowiednik taksówkarza). Postać dość nieźle zagrana, w sam raz na przywódcę. Charyzmatyczny, energiczny, odważny, mający posłuch o swojej załogi. A jego załogę stanowią jakaś Azjatka i mechanik Pantucci (Kevin J. O’Connor), znany z „Mumii”. Pomijając Azjatkę (dziewczyna mechanika, nic więcej o niej nie da się powiedzieć), mechanik jest wierny swoim przyjaciołom i na swój sposób bardzo zabawny – sprawia, że film zyskuje coś na warstwie humorystycznej, ale traci coś odpowiedzialnego za strach. Teoretycznie wszyscy aktorzy zagrali dobrze, mniej lub bardziej się wyróżniając. Z jednym, niewielki wyjątkiem, który mnie bardzo raził...

I tu właśnie osobny akapit poświęcę Trillian (Famke Janssen). Aktorka gra piękną złodziejkę, która chce okraść skarbiec statku. Ale jak to gra, to już przesada. Według mnie zrobiła z siebie coś w stylu słodkiej idiotki, która zupełnie nie pasuje do złodziejki poszukiwanej w kilku państwach. Co by o niej nie powiedzieć, zagrała po prostu najgorzej. Powinna być kimś w stylu twardej perfekcjonistki w każdym calu (przychodzi mi do głowy Kate z „Lost”). Owszem, fakt przebywania z potwornymi istotami z głębin morza może zmienić człowieka. Ale filmowa Trillian to totalna pomyłka, choć prezentuje się całkiem nieźle w czerwonej sukni.

Strona techniczna – nienajgorsza, choć mogłaby być lepsza. Jak wspomniałem, statek wygląda może i na olbrzymi, ale tylko w ujęciach z dużej odległości. W rzeczywistości bowiem większość akcji odbywa się pod pokładem, w terenach typu warsztat – elektrownia– kotłownia. Razi to w oczy, bo statek podczas pobytu Finnigana i spółki wygląda nie jak luksusowy liniowiec, tylko jakiś zwykły transportowiec opanowany przez maszkarony. A te z kolei to z jednej strony błyskawicznie poruszające się żądne świeżej krwi istoty („Alien” się kłania?) a z drugiej – no cóż, jakieś zmutowane ośmiornice. Są w całości animowane komputerowo, więc poruszają się bardzo zwinnie, atakują niemalże natychmiastowo, ale czegoś im brak. Wyglądają bardzo nierealistycznie i jakoś ciężko mi wyobrazić sobie, że takie oślizgłe coś może wymordować całą załogę oprócz kilku ludzi. W niektórych scenach widać, że potwory mogą przebijać się przez ściany, a pozostali przy życiu ludzie są cali i zdrowi (chociaż może ściany ich kryjówki były grubsze... w każdym razie Trillian była w zwykłym magazynie i przeżyła). 

Film nie zasługuje na zaszczytne miano horroru. Owszem, ma kilka momentów, ale to za mało, by z takiego obrazu zrobić horror. „Śmiertelny Rejs” to mimo wszystko kawał niezłego kina, wart obejrzenie nie tylko z braku czegokolwiek innego. Wszyscy, co lubią (lub też nie) klimaty morze – potwory – rozbitkowie nie będą żałować decyzji o obejrzeniu tego filmu. Pod warunkiem, że podejdą do niego nie jak do horroru, ale jak do zwykłego filmu.

 

»Ocena: 7+/10

 

»Autor: Raven