» Łączny dochód ze sprzedaży pierwszej części filmu wyniósł 1,2 mld dolarów;
Najbardziej wyczekiwany hit tego lata już w kinach. Lepszy, gorszy? Bardziej śmieszny, czy tragiczny? Na jednoznaczną odpowiedź trzeba było czekać 3 lata, bo właśnie tyle czasu minęło od premiery "Klątwy Czarnej Perły", która począwszy od faktu, że nie miano na nią pomysłu okazała się strzałem w dziesiątkę, powróceniem do korzeni przygodowych filmów pirackich. Czas wejść na pokład i poczuć na twarzy morską bryzę, bo warto, naprawdę warto. "Skrzynia umarlaka" zaczyna się tam gdzie kończyła "Klątwa Czarnej Perły". W Royal Port ma dojść do ślubu Elizabeth Swann i Willa Turnera. Niestety na ślubnym kobiercu Will pojawia się zakuty w kajdany przez lorda Cutlera Becketta, który jego i Elizabeth oskarża o pomoc w ucieczce piratowi, co jest karane śmiercią. Jednak Beckett daje szansę Will'owi. Chce aby ten wyruszył na poszukiwania Sparrowa i odebrał mu owy tajemniczy popsuty kompas znany z pierwszej części. Will nie widząc innego wyjścia i chcąc ocalić Elizbeth przed stryczkiem wyrusza w podróż. Jednocześnie Sparrow wpada w kłopoty, bowiem poszukuje go Davy Jones, kapitan Latającego Holendra. Chce aby Sparrow spłacił wreszcie zaciągnięty u niego dług. Wkrótce okazuje się, że rozwiązaniem wszystkich problemów jest tytułowa skrzynia umarlaka, której wszyscy zaczynają szukać. Z nielichą obawą czytałem doniesienia prasowe, że druga część "Piratów..." ma być jeszcze bardziej śmieszna, jeszcze szybsza, z jeszcze większą ilością pojedynków. Efektów specjalnych jest ponad dwa razy więcej niż w pierwszej części. Z zapowiedzi miał to być film przede wszystkim widowiskowy. Pojawiła się obawa, czy aby twórcy nie przesadzą i nie zrobi się z tego filmu wybuchająca papka. Faktycznie to wszystko prawda, jest mocniej, szybciej i efektowniej, ale jednocześnie film nie traci klimatu specyficznego dla pierwszej części. Jest po prostu jego bardziej rozbudowaną wersją. Około 800 scen w których wykorzystano efekty specjalne naprawdę robi wrażenie. Większość wykorzystano na załogę Latającego Holendra, która składa się z pół-ludzi, pół-ryb. Bardzo fajne wrażenie robią sceny zatapiających się statków. Jest wręcz przezabawna scena, gdy statek stojący na morzu ot tak, ni z tego ni z owego robi chlup pod wodę. Z pewnością efekty wykorzystano również na potwora Krakena, będącego na usługach Davy'ego Jonesa. Morski potwór to po prostu przerośnięta do granic możliwości ośmiornica z gigantycznymi mackami wynurzającymi się z wody.
Drugą siłą filmu jest z pewnością klimat i scenografia. Wszystkie sceny czy to na statkach, na wyspie ludożerców, czy u wiedźmy robią kolosalne wrażenie. Widz ma niemal pewność, że jest tam z bohaterami. Niebywała dokładność o detale naprawdę bardzo się chwali. Animacja komputerowa zrobiła swoje przede wszystkim w przypadku załogi Latającego Holendra. Człowiek z czaszką jak rekin młot, lub jako ogromny krab, to wspaniałe danie dla oczu widza. Najlepiej za to został przedstawiony sam Davy Jones. Jego broda wydająca się przypominać kilkadziesiąt spętanych ze sobą węży lub macek żyje własnym życiem. Tył głowy to coś na wzór oddychającego żabiego brzucha. Podobnie wygląda (choć najbardziej ludzko) ojciec Willa - Bill Turner, na którego twarzy w scenie rozmowy z Davy'm Jonesem zdaje się otwiera jakiś por na pliczku i zamyka, zupełnie nie zależnie od woli bohatera. Ostatni as z rękawa to zabójcza dawka śmiechu. Numerem jeden pozostaje naturalnie Jack Sparrow, z tym swoim "pijackim" sposobem poruszania się. Wręcz o parodię zahacza wątek z wyspą ludożerców, na której Sparrow zostaje wodzem tubylców, choć według obyczajów lokalnych wódz zostaje uwolniony ze swojego ciała. Co to znaczy, chyba nie muszę tłumaczyć, po prostu piecze się go jak świniaka. Sposób uwolnienia się załogi Czarnej Perły z tubylczych wiszących klatek to już wręcz istna kpina, ubrana celowo w żart, toteż widz skory jest się roześmiać, niż mruczeć pod nosem, że to niedorzeczne. W porównaniu do pierwszej części, to co się rzuca od razu w oczy to ilość pojedynków. Jest ich zatrważająco dużo. Jeżeli nie z załogą Davy'ego Jonesa, to z Krakenem, jeżeli nie z Krakenem to ze sobą nawzajem i to w dodatku co jakiś czas. Ignorancja Sparrowa sprawia, że nie podzielił on losu wielu wcześniejszych samolubów, którzy w sequelach byli łagodni jak baranki i poświęcali swoje życie, gdy wcześniej czmychnęliby tylnym wyjściem. Zatem znowu kowal Turner i kapitan Sparrow będą mieli okazję skrzyżować szpady.
Aktorsko nie jest to już film Deppa. Faktycznie zapowiedzi, że jeżeli Sprrow się sprzedał, to nie oznacza, że trzeba go umieszczać w każdej scenie, potwierdziły się. Choć to ciągle on jest głównym bohaterem, to wokół niego kręci się ta historia. Sporą rolę dla siebie wygospodarował nowy czarny charakter, czyli Davy Jones. Tempo biegu zwiększyła też Keira Kinghtley i nieco mniej Orlando Bloom. Jeżeli dołożyć do tego fakt, że role poboczne bohaterów z załogi Czarnej Perły się nie zmniejszyły, to faktycznie znane już zagrywki Deppa schodzą nieco w cień. Lub po prostu nie stanowią istoty całego filmu. Końcówka drugiej części "Piratów..." nie daje złudzeń i otwiera część trzecią, która w kinach już za rok. Niepokój o ostatnią część nie jest taki duży, bowiem ten film ma podstawy do tego by stać się serialem i mieć premierę kolejnych części aż do znudzenia. Jedyne co mnie martwi to może fakt, że przebiegły i powiedzmy sobie szczerze nieuczciwy kapitan Jack Sparrow nie zacznie mieć miękkiego serca... . Choć znając Deppa nie powinien na to pozwolić. Pozostaje mi tylko czekając na kolejną część obejrzeć po raz kolejny "Skrzynię umarlaka" i Wam polecić to samo.
»Ocena: 9/10
»Autor: Dishman
tytuł oryginalny: Pirates of the Caribbean: Dead Man's Chest