Recenzje

 

Jest trzech „Magów kina”. Pierwszy z nich – Martin Scorsese – ma ostatnio „syty” okres, najpierw „Gangi Nowego Jorku”, potem „Awiator”. Filmy docenione i nagrodzone. Drugi – Coppola – cóż, ostatnio raczej słyszeliśmy bardziej o jego córce niż o twórcy „Ojca Chrzestnego”. A trzeci? Jakby nie spojrzeć u Steven’a Spielberg’a hitu ostatnio ni widu, ni słychu. Reżyser postanowił to jednak zmienić, nakręcając film o fabule zdecydowanie poważniejszej niż tej z np. „Wojny Światów”. Owym dziełem jest „Monachium”

Jak wskazywałby tytuł, akcja toczyć się powinna w niemieckim mieście, które ponoć najpiękniejsze jest w październiku. A jednak, produkcja bardziej skupia się na konsekwencjach wydarzenia jakie miało miejsce w tytułowym Monachium, czyli porwaniu i - w konsekwencji – śmierci izraelskiej ekipy olimpijskiej. Jeśli choć trochę śledzisz poczynania na Bliskim Wschodzie, domyślasz się, drogi Czytelniku, iż Izrael nie ma zamiaru tak tego pozostawić. Zatrudnia więc grupę ludzi, których od teraz zadaniem będzie znaleźć i zlikwidować osoby stojące za zamachem. W ten sposób, podążając za grupą odwetową ,widz odwiedza wiele miast tego świata takich jak Rzym, czy Nowy Jork.

Tym, czym może się pochwalić „Monachium” jest naprawdę dobry scenariusz. Ciekawy, skomplikowany (musiałem kilka razy obejrzeć film, by mniej – więcej połapać się w tych wszystkich organizacjach palestyńskich i izraelskich, choć to może wina mojego nie zawsze poprawnie działającego mózgu :)). Ale w końcu napisało go same życie. Na dodatek pan Spielberg znakomicie wykorzystał możliwości scenariusza, ukazując w filmie moralne rozterki członków grupy odwetowej, zwłaszcza jej szefa – Avnera. Zresztą w filmie świetnie pokazana jest walka dwóch państw i informatorów, którzy bezlitośnie wykorzystują to dla zarobienia drobnych pieniędzy (czyli ok. 250 000 „zielonych” za nazwisko”).

Drobne zastrzeżenia można mieć natomiast do aktorów, którzy zagrali przeciętnie. Tylko Geoffrey Rush jest świetny – ten jego wybuch gniewu, gdy Avner nie chciał mu wydać swojego informatora, nie mówiąc już o tym końcowym „nie”. Mocne wrażenie wywarła też na mnie palestyńska grupa terrorystyczna. Strach, wątpliwości widoczne przed wtargnięciem do pokoi, lekkie przerażenie – co dalej?!. Naprawdę spisali się znakomicie. Zawiódł mnie Hektor z „Troi” (Bana) - każdy tekst wypowiadany tym samym tonem, do tego często niechlujnie (momentami było widać, że pluł jak mówił!). Nasz nowy Bond (Craig) też nie powala na kolana, a chciałoby się żeby w takim filmie wszystko było idealne. Na szczęście nie grają oni na poziomie brazylijsko – wenezuelsko – argentyńsko – kolumbijskich telenowel. 

W tworzeniu filmu pomagało reżyserowi grono stałych pomocników. Mówię tu o Januszu Kaminskim i John’ie Williams’ie. Chylę głowy przed umiejętnościami tych panów. Zdjęcie i muzyka są po prostu świetne! Dzieła Williams’a genialnie pasują do filmu, podkreślając przeżycia bohaterów, napięcie ból. Szczególnie podoba mi się scena podawania danych izraelskiej drużyny. Miodzio . Jeśli można by się do czegoś przyczepić to do tego, że film jest odrobinę za długi. Ale nie jest to zbyt irytująca wada. Już wspominałem o reżyserze, jednak muszę go pochwalić jeszcze za coś, za to w jaki sposób przedstawił zamach w Monachium. Nie pokazał od razu na początku całego, tylko rozłożył go na cały film. Szczególne wrażenie robi moment wtargnięcia do pokoi atletów oraz ich śmierć na lotnisku.

Ostatnią rzeczą, o której należy powiedzieć jest dźwięk. Jest on naprawdę dobrej jakości, a jeszcze sposób jego operowania… ach, powinien być Oscar.

„Monachium” nie jest filmem łatwym, opowiada o rzeczach trudnych, których czasem zwykły śmiertelnik nie może pojąć. Pada w nim nawet smutne stwierdzenie, które – patrząc na to co się dzieje – jest prawdą. Mówi ono, że wojna na Bliskim Wschodzie nigdy się nie skończy. Niestety trudno się z nim nie zgodzić („najlepsze” jest jednak to, że czytając w Necie opinie o filmie natknąłem się na taką, która twierdzi, że ”Monachium” to zły film, gdyż ukazuje poczynania Żydów jako terroryzm. Po przeczytaniu tego zacząłem się zastanawiać jak inaczej nazwać podróżowanie po świecie w celu zabijania poszczególnych ludzi - rzecz jasna nie mówię tu tylko o stronie izraelskiej). Jeśli chodzi o poprzednie filmy Spielberga, to wielki reżyser (przynajmniej moim zdaniem) wiedział, że nie będą one hitami i sądzę, że nawet nie po to były robione, tak jednak w przypadku „Monachium” miał on nadzieję, że znów stworzył hit. Miał to być powrót w wielkim stylu. Wielki styl jest, powrotu jednak nie ma, a szkoda, bo ta produkcja na pewno na to zasługuje. 

 

»Zalety
+ reżyseria
+ scenariusz
+ zdjęcia
+ muzyka
+ przedstawienie zamachu w Monachium
+ kreacja Geoffrey’a Rush’a

»Wady
- przeciętna gra pozostałych aktorów
- ciut za długie
- trudno się połapać w tych wszystkich szpiegowskich organizacjach

 

»Ocena: 8/10

 

»Autor: xmartin