WISH YOU WERE HERE

IV OGÓLNOPOLSKI
ZLOT
ACTION MAGA

 

Mówi się, że istnieją gdzieniegdzie jakieś tajne stowarzyszenia, które spotykają się raz lub kilka razy w roku, mniej lub bardziej oficjalnie i odprawiają takie harce, że głowa mała, spożywając alkohol na dekalitry, mordując niewinne zwierzątka, odprawiając czarne msze i wiele innych.

Oni wszyscy nigdy nie przebiją żadnej, choćby najsłabszej Action Magowej imprezy. Niczym wychodzące po burzy słońce, deszcz po suszy, tworząca się pod wpływem strumienia piwa piana, tak i zjazd AM odbył się w miesiącu lipcu, w dniach jego 21-26. Działo się, oj działo!

Nim jednak zaczęło się dziać, rzec jeszcze trzeba w skrócie telegraficznym o organizacji. Ponieważ ekipa wrocławska (a tym bardziej przedwieczny Sly) nie paliła się w tym roku do roli Wielkiego Koordynatora Zjazdu Wielkiego Magazynu, został on przygarnięty przez UnionJacka i Donalda. Walcząc dzielnie, rozsyłając mejle i dzwoniąc, krzycząc, błagając, udało się wyżej wymienionym skompletować listę chętnych na zjazd: pojawiły się na nim 22 osoby. [A właśnie że nie, bo 23 :) – McArena]. Choć nie wszystkie naraz, zjazd bowiem odbywał się systemem rotacyjnym: jedni przyjeżdżali, drudzy odjeżdżali, a jeszcze inni, jak się wydawało, przyjeżdżali tylko po to, aby móc wyjechać. ;)))

 

I nastał sądny dzień, 21.07.2006 – Piątek.

Narrator tej opowieści w osobie ZoltaRa, jako że zawsze jest spóźniony, przybycie większości AMagowców najzwyczajniej przegapił, jednak pretensje w tej sprawie należy kierować do PKP (Popędź Ktoś Prowadzącego) a nie do jego (nie)skromnej osoby. Po wielu perypetiach, które nadają się tylko na osobnego arta (z racji tego, że są potwornie nudne) udało mu się znaleźć samemu na zatłoczonym peronie. Przytłoczony obcością miejsca oczekiwał na przybycie wybawców, których teksty czytał od równego roku. Osobami tymi okazały się dwie bardzo charakterystyczne persony, o których Indianie wyraziliby się zapewne słowami Niebiańska Twarz [Z Trądzikiem – McArena] i Burza Włosów. Z racji tego, że tak poetycko poza samym Niebiańskim nikt z naszych wyrażać się nie umiał i nie potrafiłby zrozumieć tak ciekawych pseudonimów, znani są szerszej publiczności jako UnionJack i Obywatel. Po wymianie przyjacielskich uścisków ruszyli w jakże piękne i urokliwe miasto, które miało gościć AMagowców przez najbliższych kilka dni.

Drogi czytelniku, ty tego jeszcze nie wiesz, ale wbrew wielu zapowiedziom, przysięgom i salutom tegoroczny Zjazd nie odbył się we Wrocławiu, tylko niemal w centrum Polski, mieście Mikołaja Kopernika i pierników, czyli Toruniu!

Nie oznacza to, że w jakikolwiek sposób zjazd ten był gorszy czy też z góry skazany na porażkę. Amagowcy są na tyle elastycznym gatunkiem, podatnym na zmiany i ewoluującym niezwykle szybko, że potrafią się bawić w każdym miejscu naszego pięknego kraju, doprowadzając postronnych do rozpaczy. W każdym razie, po podróży, trójka nieco spóźnionych zaproszonych, w tym sam Wielki Organizator UnionJack, zjawiła się w miejscu zwanym Harley Cafe, gdzie przebywali pozostali. [Mały Organizator, czyli ja, wyruszył do Torunia stopem z Lublina, gdyż zawsze chciał na jakiś zjazd dojechać w ten sposób. W tym roku mu się udało, wespół z asztaką – Donald]. [Dojazd na spęd AMowców stopem był jak najbardziej w klimacie i na dobrą sprawę (dzięki temu) zjazd zaczął się dla mnie z chwilą przyjazdu Donalda do Lublina, czyli już w czwartek :) -  asztaka]. [No, a ja z Zorką, również stopem, dojechaliśmy ze Szczecinka do Torunia, co prawda krótszą trasą, ale spotkaliśmy się na rynku niemal w tej samej minucie – Caleb]. Miejsce to idealnie nadawało się na zapoznawcze spotkanie tak pierwszoroczniaków, jak i weteranów naszego ukochanego zinu. Pewnych problemów nastręczyły dwa fakty: kupa bagaży z przewagą tej pierwszej oraz potworne gorąco nieklimatyzowanego pomieszczenia znajdującego się kilka metrów pod ziemią. Powietrze naprawdę było ciężkie, dodatkowo zaś podsycane zapachem co niektórych bardziej zmęczonych uczestników [To był wynik podróżowania w kurzu, pocie i łzach. Tylko najsilniejsi dotrwali, reszta gryzie ziemię – Asztaka] rzucało się na mózg, prowadząc do zwyczajnej sklerozy. Pierwszoroczni co chwila dopytywali się ksywek różnych osób, aby zapomnieć je już po kilku sekundach i powtarzać zabieg.

Co bardziej spragnieni udali się po browary, weterani zachowywali się, jak gdyby doszło do spotkania długo rozdzielonego rodzeństwa, zaś wciąż próbujący połapać się who-is-who świeżacy odzywali się tylko sporadycznie, tworząc małe, dwu (lub mniej ;) osobowe grupki, dyskutujące we własnym, wąskim gronie.

Po dokonaniu integracji nadeszła pora na zadekowanie się w nowym lokum, które gościć miało przez najbliższe dni najbardziej rozrywkową grupę, jaką świat widział. Miejscem tym, oddalonym od centrum miasta jak tylko się dało, okazał się stary, pruski fort z numerem IV, ulokowany na ulicy Chrobrego. Na jego widok wszyscy Amagowcy wprost zaniemówili. (Co było prawdopodobnie spowodowane próbą powstrzymania się od zbiorowego wymiotowania ;). Union dopiero wewnątrz wpadł na to, że jak coś się nazywa „fort”, to raczej nie będzie przy centrum. Toruń ma piętnaście fortów i wszystkie są dziwnym trafem dookoła miasta. [1,5 godziny nocą z centrum, piechotką... tak przynajmniej twierdził pan stróż ze śródmieścia ;P – pszczóła]. Niezrażeni pozorną wrogością miejsca, wszyscy władowali się do wnętrza zamczyska rodem z horrorów lat trzydziestych. Odnalezienie pokoju o złowieszczym numerze „2” nie trwało długo, toteż rozochocona grupa otworzyła lekko tylko skrzypiące drzwi i przekroczyła próg swojego nowego domu. Jeżeli ktoś jeszcze do tej pory miał złudzenia, że nasze schronienie będzie miało warunki pozwalające na szczęśliwą egzystencję, mylił się bardzo. Krótkie oględziny pozwoliły co bystrzejszym i dowcipniejszym stwierdzić, że miejsce nadaje się tylko na wojskowe baraki. [albo na szkolenia pracowników Biedronki, jak Caleb powiedział – Donald].

Ale w końcu nie miejsce jest najważniejsze. [Mężczyźni! Kto to widział tak narzekać?!;) Fort był świetnym miejscem dla naszych harców, przytułkiem dla duchów wieku XVIII i rezydencją krnąbrnych piwoszy. Był genialny ze swoim zapachem dawności, historią zaklętą w załomach ścian i podziemiach, które przerzuciłam do góry nogami z ZoltaRem i Kokletem:) - Zorka] [Poza groźbą grzybicy, zagryzienia przez psy albo śmiercią głodową (wszystko pozory) nic nam nie groziło – asztaka]. [Śmierć głodowa nie groziła nikomu. Zawsze można było zjeść kozy z kopytami – McArena]. [Mnie również fort przypadł do gustu. Syf, brud, łoża polowe oraz grasująca morderca to coś, co lubię wielce – Cal]. [Kto chce wiedzieć, jak mieszkaliśmy, niech obejrzy film "Bunkier SS”. Klimat w Forcie, a w szczególności jego lochach ;) przypominał mi go bardzo :) – Koklet]. [Mnie się również niezmiernie podobał. Chętnie dałbym złotówkę, by go po prostu zwiedzić. I wziął dwadzieścia, by w nim spać. – Qn`ik] Większość AeMowców z ulgą powitała możliwość zrzucenia ze swoich pleców/barków ciężaru w postaci wypchanych plecaków/toreb podróżnych. [I umycia się. :] – asztaka]. Oględziny nowych miejsc noclegowych pokazały, że ich jakość jest równie wątpliwa jak reszty wyposażenia. (Aby podnieść jakość lokalu, do spisu dołączono później PMG :). [Organizator zaś, który Fort wynalazł w sieci, stwierdził naocznie i nainnozmysłowo rzecz następującą: Fort ma świetnych grafików. Ci dowiedli, że przy pomocy Corela z szopy są w stanie zrobić Ritza, a z trabanta samolot :) – UJ] Pretensje można składać na adres mailowy Ojca Organizatora. [UnionJack@wp.pl – Donald]. [86 1234 5678 0000 0000 0000 0666 :))) - UJ]. [pszczóła: prosimy jeszcze o druki wpłaty, Ojcze Organizatorze ;)].

Aemowcy, zaledwie się rozłożyli, poczuli nagłe chroniczne łaknienie. Niektórzy sięgnęli po swe zapasy, inni z lubością klepali się po sytych brzuchach, profilaktycznie wypełnionych w pubie, zaś pozostali zmuszeni byli udać się na łowy. Grupa ta, w składzie Caleb, Publo, ZoltaR i Splatch, wyruszyła w nieznane, żegnana współczującymi spojrzeniami. [Tak tak, na IV zjeździe zagościł dobry znajomy ze zjazdu pierwszego, czyli Splatch, którego wydarłem z popiołów, aby chociaż po części zapełnił miejsce opuszczone przez Wielkich Nieobecnych. Zmienił się tylko odrobinę – Donald]. Jak się okazało, głód i chęć przyswojenia skondensowanych procentów są naprawdę mobilizującymi uczuciami, gdyż wiedzeni swym niezawodnym instynktem Amagowcy, niczym erpegowa drużyna, udali się poprzez złowrogie, klimatem i wyglądem przypominające opustoszałe miasteczka z horrorów toruńskie Ohio w kierunku dużego sklepu. Jak to zwykle bywa, trafili po długiej podróży w trudzie, brudzie i znoju, kończąc film niespodzianym Happy Endem. Spenetrowanie wnętrza Geanta zaowocowało solidnymi zakupami, podczas których cwany Narrator zdołał przywłaszczyć sobie wspólnie zdobyty litrowy kufel Warki, którym to popisywał się po powrocie reszcie, budząc zawiść, zazdrość i podziw zebranych. (Ma się ten wrodzony spryt ;).

Mniej więcej w tym miejscu zjawił się Vigmyn. Jedyną wskazówką co do tożsamości kogoś ze zjazdu była czerwona koszulka Uniona z napisem „Wino”. Taki też okrzyk wzniósł w jego kierunku. [Po moim przybyciu miała miejsce warta odnotowania sytuacja, gdy Union próbował się zorientować w położeniu restauracji. Jego poszukiwania skończyły się z chwilą, w której Pewna Pani nieco tłumionym głosem zapewniła go, że chwilowo restauracja jest nieczynna. Po czym przeprosiła, że mówi z pełnymi ustami. ;) Bardzo kulturalna osóbka. :P – Vigmyn]. [Rzec tu trzeba, iż Pani Która Pożarła Restaurację, nie była jedyną kulturalną osóbką, jaka składała się na załogę Fortu IV. Towarzyszyło jej dwóch cieciów: pierwszy, przybyły do Fortu na krótko przed Zjazdem, zgubił kuchnię i przez pół godziny obiecywał, że jej nie ma; drugi zaś zgubił psy obronne, które potem odnalazłem wraz z asztaką. Była jeszcze Wielka Pani Prześcieradło i Mniejsza Pani Recepcja, ale summa summarum najfajniejsze z całej obsługi były chyba kozy :) – UJ] [Już nie wspomnę, że Starszy Papa-Cieć rezydował tam prawdopodobnie od czasów, w których fort zbudowano. – Obywatel]. [pszczóła: Pragnę tu pochwalić Starszego-Papa-Ciecia, który pewnego wieczora podzielił się ze mną zachomikowanymi zapałkami. :D Można było nastawić wodę na herbatkę :)].

Spora grupa Aemowców, wiedziona potrzebą dalszej integracji, postanowiła się rozerwać i odchamić jednocześnie, toteż udała się do świetlicy, a grono pragmatyków wiedzionych silniejszą potrzebą, zeszło do lochów (gdzie mieści się przejście do Hogwartu i zapomniana przez wszystkich kuchnia), aby zeżreć Donaldowi jego zupki. [Głód zagłuszał nawet strach przed maniakalnym mordercą czającym się za plecami Caleba – asztaka]. Instrumentem integracyjnym okazała się gitara [taa... gitara... – McArena], cudowne urządzenie, na widok którego Publowi roziskrzyło się spojrzenie [taa... na widok gitary... – McArena]. [Makumba, makumba, makumba <łyk piwa> ska, joł :P]. Grajkiem okazał się całkiem niezłym, toteż z czasem pośród członków grupy (która szczuplała i rosła wciąż, za sprawą wybywających w tajemniczych okolicznościach person wracających z chlupoczącym produktem), zaczęły krążyć kartki z tekstami piosenek. Wspólne śpiewy wątpliwej i jeszcze bardziej wątpliwej jakości (poza niezawodną pod tym względem nZorką i eterycznym głosem Pszczóły) [...i Obywatela... może nie tak eterycznym, ale na pewno ekspresyjnym :P] trwały do około drugiej nad ranem, po czym większość AMagowców poszła zwyczajnie spać, na polu chwały zostawiając niespodziewanie praktycznie samych reprezentantów New Wave, nowego pokolenia twórców (poza Cudownym Dzieckiem Awangardy i Surrealizmu, Ceeebulą oraz Pięknym Elfem UnionJackiem, wyjadaczami co się zowie). Tymczasem pragmatycy spoczywali już w objęciach Piaskowego Dziadzia [Ja już stary jestem, muszę dużo spać. Ogólnie to przespałem z pół zjazdu... ale Caleb z półtora. – Donald]. [Zresztą, kto ich tam wie, przez moje brzdąkanie nic nie było słychać, a oni tam mogli odprawiać dzikie harce :D – ZoltaR]. Z ciekawszych, godnych wspomnienia wydarzeń wyszczególnić należy króla poranka Ceeebulę, który to najpierw zatańczył do ujmującej i chwytającej za serce muzyki z lecącego akurat w telewizji kanału erotycznego, po czym zaś niezwykle głośno akompaniując sobie na gitarze zaczął fristajlować na maksa. [Pragnę w tym miejscu zauważyć, że w czasie naszych śpiewów i innych harców Julian stworzył kilka dzieł godnych uwagi <"Uwaga! Miast rąk mam szarfy!">, a następnie przylgnął do ściany świetlicy i niczym glonojad prężył się na rurkach. Łejt e minet, czy tylko ja to zauważyłam???!!! :P – Zorka]. [A wcześniej, jak kąpałem się pod obskurnym męskim prysznicem, Ceeebula wkroczył do pomieszczenia z gitarą i zaczął śpiewać mi fristajlową piosenkę... – Donald]. W tak zwanym międzyczasie miejscowy odźwierny zwany także PapaCieciem zdążył nas opieprzyć za budzenie innych, mniej nocnych gatunków człowieka. [Ciekawe kogo, skoro byliśmy w Forcie sami. No chyba, żeby doliczyć przybysza zza Oceanu sztuk jeden i kozy - asztaka]. Siedzieliśmy bowiem do czwartej nad ranem, co uraczyliśmy odpowiednią piosenką, o tym zresztą tytule – piękne wykonanie Pszczóły). [pszczóła: Ja tam nie pamiętam ;P] [Siedzieliśmy do 3:30, a piosenka się wyśpiewała koło pierwszej, ale kto by się tym przejmował ;) – Vigmyn]. Cóż, nie od dziś wiadomo, że Action Maga tworzą ludzie należący do grupy zwanej homo genialissimus. W każdym razie także i tych wytrwałych zmógł w końcu sen. [A może to my zmogliśmy sen? :) – UJ]. [Tak, ty na pewno – Donald].

 

I nastała noc, i nastał poranek – dzień drugi, 22.07.2006, Sobota.

Grupa wyjątkowo opornych na sen osób siedziałaby zapewne do białego rana, gdyby nie dopingujący do wyspania fakt: następnego dnia na zlocie, pomimo jego zmienionej lokalizacji zjawić się miały prawdziwe sławy, czyli Qn`ik i Vene z paroma innymi, nie aż tak znanymi osobami. [Gregorius i jego żyły na czołach nieznane? Wypraszam sobie ;) – Zorka]. [Moje żyły również – Gregorius]. Po przespanej nocy i skromnym śniadaniu tych, którym ostało się coś jeszcze z zapasów, grupa wyruszyła autobusem na starówkę, chcąc umilić sobie czas pozostający do przybycia wyżej wymienionych spacerem i – a jakże – zdobyciem pożywienia. W międzyczasie, a raczej nad ranem, lecz niektórzy zdali sobie o tym sprawę dość późno, szeregi zjazdowiczów opuścił Splatch, zabiegany jak koń pociągowy. [Nie pożegnał się ze mną! Cham! ;) – Vigmyn]. Miejmy nadzieję, że chociaż przez te kilka godzin ubawił się setnie. [Fenomenalnie. Pół nocy dyskutował z PMG o informatyce. – Donald]. [I gadał o tym, że wykorzystujemy tylko 10% mózgu. Próbowałam z nim dyskusji, ale w porę przypomniałam sobie łacińskie przysłowie "kto spiera się z pijanym, jakby się kłócił z nieobecnym." :) – asztaka]. W czasie wcinania przepysznych naleśników z truskawkami dołączył do nas Dziadek Mróz, wystrojony jak na maturę, budząc graniczące z niebiańską rozkoszą uwielbienie Zorki.

Tymczasem reprezentanci New Wave, którzy do tej pory nie widzieli go na oczy, rozmyślali jak wygląda Qn`ik i jaki się okaże. O odpowiedniej godzinie, raźnym krokiem, popędzani słownym batem Donalda, Amagowcy ruszyli dziarsko na dworzec, chcąc odebrać kolejnych zjazdowiczów. Jednakże ze względu na wysoką niekompatybilność nowo przybyłych ekipa Amaga strzeliła zbiorowego focha i zupełnie zignorowała tajemniczą czwórkę, która wysiadła na peron. [A że my nie byliśmy gorsi, to po pewnym czasie i tak niepyszni zmuszeni byli podejść, bo pokrzyżowaliśmy im plany – Gregorius]. [Muachachacha, że się tak opętańczo zaśmieję – Q]. Ta lekcja pokory niczego ich nie nauczyła, gdyż pomimo wyalienowania nie rzucili się na nas jak na zbawców, gdy w akcie łaski w końcu po nich przybyliśmy. Qn`ik, Vene, Gregorius oraz Sato zostali gorąco i wylewnie przywitani przez resztę, za pomocą dobrych na wszystko pocałunków Breżniewa [Mnie tam nikt nie całował – Sato] i uścisków niedźwiedzia. Po zjednoczeniu całej wielkiej (i patologicznej ;) rodziny Action Maga wszyscy udali się z powrotem na starówkę, gdzie – zgadliście - spożyli posiłek i wypili kilka piw w świeżo odkrytym pubie „Pod Aniołem". [Nieprawda, ja go znałem wcześniej. Organizator od ludzi i od miejsc wie coś o tych ludziach i miejscach, nie tak jak organizator od zakwaterowania... – Donald]. [Nieprawda. Znałem adres, numer autobusu, a Pani w Recepcji miała na imię Emilka :) – UJ]. [Genialny klub. Wchodzisz o dowolnej porze dnia i nocy – a tam nikogo nie ma. Cała knajpa nasza. Po wsze czasy. :)]. [Widać pod aniołem nie jest do końca bezpiecznie. Słyszałem pewne historie o tym, skąd się bierze deszcz. – Q]. Przedtem jednak, w czasie spaceru po bulwarach nad Wisłą kilkuosobowa grupa Amagowców wykonała pod pomnikiem łabędzia muzułmańską falę meksykańską, którą ktoś złośliwy nazwał modlitwą. [Myśmy to nazwali modlitwą, szczegół, że rzucaliśmy się bardziej w stronę Berlina niż Mekki.] [A tak poważnie, to łabędź był w tle, zaś na pierwszym planie stałem ja. Nie chcą się przyznać do chwili słabości – Gregorius].

Pub „Pod Aniołem” okazał się świetną bazą wypadową dla pijackich wybryków zjazdowiczów. Ekipa zestawiła kilka stolików i zaczęła prawdziwą zabawę. W szczycie 19 osób! Qn’ik, Vene, Donald, Caleb, nZorka, UnionJack, Dziadek Mróz, Pszczółka, Kasia, [i Marcel – UJ] [Tak, tak, nasciturus pro iam nato habetur, quotiens nie ma ojca i musi być za niego – D.] asztaka, Sato, Obywatel, PMG, Gregorius, Ceeebula, Koklet, ZoltaR, Publo i Vigmyn. Kolejność przypadkowa. Wszyscy (prawie) pili, zajadali się piernikami i walnęli gromadnego Bruderschafta. Na wzmiankę zasługuje także odtańczenie przez Donalda i Gregoriusa... odtańczenie... no, coś tam tańczyli. [Fachowo można to określić: "stykali się dupkami" – Q]. Strasznie gejowski to taniec, ale chyba się liczy. Gdzieś w środku popijawki Dziadek Mróz nas opuścił, bardzo wcześnie. Może następnym razem zamiast czterech godzin zostanie przynajmniej cztery dni. Pożegnał się jednak wśród hołdów składanych przez mężczyzn i popłakiwania niewiast. W chwilę później skromna grupa udała się po towarzyszkę życia Uniona – Laurę, więc nie cierpieliśmy długo z powodu ubytku zjazdowiczów.

A po wyjściu z podziemi ratusza przypomnieliśmy sobie, że tradycją dotychczasowych zjazdów było między innymi zwiedzanie jakiejś redakcji. Tego punktu w programie trzeba było dochować i w stolicy Kujaw - Pomorza. Zwłaszcza że Ojciec Założyciel Qn`ik przywiózł pod czaszką wielki pomysł: przeniesienie zjazdów w inny – duchowy – wymiar. Gdy zdradził go co niektórym, spotkał się z reakcją niedowierzania i wręcz malkontenctwa. Teraz jednak tchnięci nagłym przypływem siły AMagowcy, [I po paru piwach – asztaka] [Które jednakowoż nie miały najmniejszego wpływu na chęć pielgrzamowania. Nie podoba mi się ta insynuacja. Podobał mi się za to ton ludzi pytających: "czy ty naprawdę chcesz tam iść? Serio?!" – Q] postanowili udać się do jedynego wolnego radia w Polsce – Radia Maryja. Calebowi, który dotychczas (i potem) zajmował się głównie spaniem i dokarmianiem ptaszyn, musiał się ów pomysł straszliwie spodobać, co wyraził komentarzem: Wreszcie jakaś porządna redakcja, a nie wciąż CDA i CDA. Jaki skok jakościowy. Długi marsz, podczas którego notorycznie pojawiały się wahania odnośnie wyboru drogi i mapa asztaki w ręku przewodnika. (Publo i jego zmysł orientacji, a raczej jego brak ;) [Doszliśmy tam gdzie mieliśmy dojść? Doszliśmy, więc o co chodzi? ;P – Publo] [Zjazd wielkopolski też się odbył? Odbył się w końcu. Więc o co mi chodzi? :P - D.] Po drodze zahaczyliśmy o pomnik dwóch wybitnych polskich aktorów w ich życiowych rolach, czyli Kargula i Pawlaka. Chętnych do zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia, choćby nawet w bardzo głupiej pozie nie brakowało.

W końcu stanęliśmy pod naprawdę ładną bramą, prowadzącą do naprawdę ładnego przybytku. Sprawne negocjacje poprzez domofon poprowadzone przez Qn`ia zaowocowały pozwoleniem na wejście. [!!!!! Nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś nas tam wpuści. Musiałem sobie koszulkę z Leninem założyć Wodzem do wewnątrz, żeby nie zmienili zdania... – D.] [Moim zdaniem – pomimo starań Donalda – i tak wyglądaliśmy podejrzanie... Ja bym nas nie wpuściła ;P – pszczóła] [Najlepsze było zdziwenie pani sekreketarki, której powiedzielismy, że przyjechaliśmy z całej Polski, żeby odwiedzić właśnie siedzibę radia :) – Koklet]. W środku ekipa oprowadzona przez lokalnego PapaCiecia zwiedziła raczej zewnętrze, a także obejrzała Matkę Boską Satelitarną. W środku zaś czekała fantastyczna niespodzianka – sam Ojciec Imperator! Przybył tam przypadkiem, a raczej Losu Zrządzeniem, żebyśmy to właśnie my mogli Go ujrzeć. Jego Święte Ręce spoczęły na kilku wybrańcach, zaś wszystkim dane było pomodlić się wraz z nim. [W tym na mnie... to tak, jakbym poczuł Dotyk Boga, sam Ojciec zwrócił na moją czuprynę szczególną uwagę... było w tym piękno (żeby nie powiedzieć „tragizm” :P), czułem się niebiańsko – Obywatel]. [A ja mam wielki powód do dumy, bo Ojciec Imperator spojrzał na mnie i to dwa razy! – Koklet]. Nic dziwnego, że armia starszych pań tak go lubi. ["Pomodlić". I nie był miły tylko robił dobrą minę do złej gry, bo wyglądaliśmy raczej jak potencjalni wrogowie niż fani. Ale "święty" obrazek od niego zachowam. Zawsze może przydać się nr konta RM... – asztaka]. Co prawda pośrednio w wyniku dotknięcia przez Ojca Rozgłośni Qn`ik zaczął uskarżać się na pojawienie się stygmatów na swych rękach [...i tak Maciek stał się Prorokiem], zauważalnych dla wszystkich, ale Komisja Kontroli Takich Rzeczy nie wykazała związku. Zapewne ktoś im zapłacił. [Fakt, po krótkiej wymianie wzroku z Ojcem poczułem się Dotknięty. To może mieć wpływ na całe moje życie. – Q].

Później, po wolnym radiu, gdzie złożyliśmy zjazdowy podpis w księdze gości, przyszła pora na wolną uczelnię, czyli Rydzykową Wyższą Szkołę. Ci, którzy sceptycznie podchodzili do pierwszego punktu wycieczki, zadowoleni udali się na dalszą część. To zapewne dowód na moc ojca Tadeusza. U celu jednak potraktowani zostaliśmy bardziej obcesowo, gdyż kazano nam opuścić zajmowany teren. Gdy wydawało się, że szmat drogi został zmarnowany, pojawił się po raz kolejny ON – Ojciec Imperator. I znów powitał nas z radością. W każdym razie, nawet on nie mógł nic zmienić. Pomimo ogromnej ochoty na zrobienie sobie z nami zdjęcia, popędzany przez jakiegoś ministra oddalił się szybko, na do widzenia machając nieco smutnym AeMowcom. [A tyle przymilnego fałszu włożyłem w nakłonienie go do zapozowania. Może dlatego nie chciał, że nie zdążyłem sobie odwrócić Lenina, gdy się ponownie objawił – D.]. W ten sposób zakończyliśmy zwiedzanie Imperium Rydzyka. Planowana demonstracja domniemanej żydomasonerii w składzie UnionJack + ZoltaR + wszyscy chętni pomimo ubolewania tego drugiego nie odbyła się.

Wieczorem szykowała się kolejna atrakcja. Zawczasu [Czyli fuksem, po przejściu przez jedną trzecią miasta, na piętnaście minut przed zamknięciem sklepu – Gregorius] postaraliśmy się o niezbędne środki do zorganizowania ogniska. Niezbyt zadowoleni z przygotowanej przez PapaCiecia góry chrustu AeMowcy przystąpili do jej destrukcji. Zaczynając od zera zmontowano własny, mniejszy stos, zachowując kilka szczap na później. Po tym pietyzmie widać było, że szykuje się naprawdę długa impreza. [Dziękuję :P Stos układały kobiety. Panowie w tym czasie z bananami na twarzach biegali po placu, rzucali się piłką i piszczeli z uciechy. :P] A ram cam cam został wykonany z należną czcią, tradycyjnie na trzy tempa. [Prawdziwie sekciarsko – asztaka] Doczekałem się też w końcu rzeczy, której dopominałem się przez cały dzień i która miała się odbyć już dużo wcześniej i w bardziej publicznym miejscu. [Szczerze mówiąc, toruński rynek – choć bajecznie wręcz malowniczy, mniej się nadaje do tego typu akcji. Nie wiem, co jest tego przyczyną, ale wrocławski jest po prostu bardziej otwarty na wariatów... – Q]. Główne ognisko zainteresowania tworzyło... ognisko, zaś drugą atrakcją był importowany z USA gość, niejaki Michael Kline, zabawiany dzielnie przez ZoltaRa, Kokleta i PMG. Ich wysokie umiejętności w języku angielskim są już owiane legendą. [Facet prawie zmarł od obrażeń akustycznych:) – UJ]. [Aj em liwing from past komunizm to demokrejszyn :))) – ze słownika PMGowo – angielskiego]. [Naprawdę wysokie były, inaczej Michael by po mnie nie przyszedł rano, żeby porozmawiać - podobnie rzecz się ma z rzekomym strachem wywoływanym naszą nachalnością :P – ZoltaR]. Reszta zajmowała się standardowymi zabawami – piciem, śpiewem i wykonywaniem bzdurnych rzeczy, jak gra małą piłką do rugby. Z czasem i ta impreza rozleniwiła się kompletnie, do czego przyczyniło się nagłe wyłączenie światła. Mroczny klimat spojrzenia sprzyjał dwuosobowym dyskusjom, [Oraz podkręcał morderczą paranoję Caleba :P – Vigmyn], jakie toczyły się głównie wokół powoli dogasającego ogniska [Miaow.;)]. Swego rodzaju atrakcją był też pijany Sato. [Sato był pijany??? – D.] No i każdy chciał zamienić słówko z Qn`ikiem, który okazał się oczywiście wspaniałym człowiekiem. [Czyżbym coś przegapiła chcąc tego i zamieniając słowa z Vene? ;) – asztaka]  Z czasem kolejni zjazdowicze odpadali, lecz po ponownym uruchomieniu światła [i unieruchomieniu wody – UJ]  (i o świcie) impreza – gwałtownie i spontanicznie odżyła, zamieniając się w jedną wielką satyrę. I chwała jej i jej uczestnikom za to!!! [Mnie sen po imprezie na długo zapadnie w pamięć – nie ma jak bez możliwości wzięcia prysznica położyć się w (dość) czystej pościeli, będąc brudnym po podróży, całodziennej marszrucie i ognisku. – Q].


I nastało południe dnia trzeciego, 23.07.2006, Niedziela.

Pierwsza część dnia po pobudce zmęczonych i niewyspanych zjazdowiczów kręciła się wokół kwestii odjazdu paru linczowanych z tego powodu członków naszej radosnej bandy (oprócz Qn`ika, w końcu deadline potrafimy jednak zrozumieć i wybaczyć) [Zwłaszcza Qn`ika – ucieczki ze Świętego Zjazdu AM po – ZGROZA – jednym dniu obecności!!! Nie! rozumiem!! i nie!!! wybaczę!!!! NIGDY!!!!!!!!!! – D.]. [Donald, nie narzekaj. Byłem tylko jeden dzień i nie tylko zostałem Dotknięty, ale nawet okazałem się Oczywiście Wspaniałym Człowiekiem (©ZoltaR). Uciekłem, by nie psuć wrażenia]. [Tak tak, Kaczorku, tu masz śliniaczek, tu czopki na uspokojenie. Nie, czekaj! Tego się nie połyka! - McArena]. Jak niżej podpisany stwierdził, a co reszta potwierdziła z powodu licznych odjazdów i osób, które przybyły tylko na krótko, tegoroczny zjazd przypominał raczej dni otwarte w salonach Peugeota. (Za to przeżywaliśmy wszystko dwa razy szybciej i w mocniejszych dawkach). O godzinie szesnastej z minutami  ekipa wrocławska i Publo [Sato: przez nikogo nie pocałowani] [Nieuważnie patrzyłeś ;) - Q] opuścili szacowne grono po wyściskaniu przez całą resztę. [W międzyczasie Koklet i ja zdążyliśmy napluć sobie w brodę, kiedy to podczas wspólnych poszukiwań czegoś do zjedzenia wraz z Qn`ikiem i Vene odkryliśmy masę miejsc, w których można było zjeść taniej/lepiej/szybciej niż w wybranym przez nas pierwotnie lokalu. Żal za straconymi pieniędzmi towarzyszy mi do teraz ;) – ZoltaR]. Jeszcze przed ich odjazdem, ale pogrążeni już w myślach okołopożegnalnych, AMagowcy udali się do muzeum – „fabryki” toruńskich pierników, gdzie przez pół godziny być może czegoś się nauczyli, a także otrzymali dyplomy, jako dowody tychże umiejętności. [Te dyplomy to sprawiły sporo kłopotów Wielkiej Wiedźmie Piernikowej przy ich wypisywaniu. Poza ksywką Obywatela, każdą trzeba było przeliterować. Unionowa ksywka była dodatkowo pisana dużymi literami. Kompleksy jakieś czy co? :P – Vigmyn] [Respektowała mój autorytet :) - UJ]. Upieczonymi piernikami podzielili się z resztą. [Wbrew zapewnieniom Starszego Terminującego – były jadalne. :)]. [A Laura upiekła aniołka z piernika, jakiego świat nie widział – UJ]. Później Qn`ik wycwanił się niezmiernie [Rozmowa Qnia z ulotkarką: „To pan ma ponad metr dziewięćdziesiąt?” „A co, nie widać?!” :D – Vigmyn] i dzięki darmowemu wstępowi w racji wzrostu wykonał szybką przelotkę po wystawie dziwnych nazw miejscowości. Rodząca się perspektywa wycieczki po domu Kopernika umarła zaś śmiercią naturalną z powodu drogiej opłaty za wstęp. [Te dwa zdarzenia miały właściwie miejsce przed szkoleniem na pierniki, ale ten fakt pozostawiam tylko osobom, dla których chronologia ma jakieś znaczenie. – Vigmyn] [Właściwie to to muzeum powinno się nazywać: Dom (rodziców na pewno, a może i miejsce które było przez jakąś chwilę miejscem obecności Mikołaja) Kopernika – Donald]. [Dlatego też barykadowaliśmy wejście do muzeum, co w powyższym kontekście można uznać za akcję charytatywną – UJ].

W końcu nastąpiło pożegnanie z wymienionymi już osobami. Część z nich pocieszała się perspektywą rychłego spotkania chociażby przy okazji festiwalu Woodstock, inni musieli wybiegać w przyszłość do następnego zjazdu. W każdym razie odjazd Ważnych Person został odnotowany i zaakceptowany. [Mnie smutnego z faktu, że już jadą, pocieszała krowa łaciata i uśmiechnięta, co ją mi dziewczyny dały i Dawidą przezwały, bo narzekałem że nikt nie nosi tego imienia – D.]. Co mieli robić pozostali? To, co robią AeMowcy – bawić się świetnie. Po zaliczonych odwiedzinach Izby Skarbowej w Bydgoszczy mającej siedzibę w Toruniu [O Jezuuu!! Gdzieśmy doszliii!! Zgubilismy drogęęę!! – D.] zjazdowicze znaleźli sobie ciekawe zajęcie po drugiej stronie ulicy. Grupka usadowiła się na schodach wiodących do lokalnego oddziału jakiegośtam banku, po czym postanowiła zarobić na swą dalszą działalność. Przygotowania do publicznego występu nie trwały zbyt długo, co innego przerwy pomiędzy poszczególnymi utworami, a to z racji nie do końca ustalonego repertuaru. Wykonane piosenki nie przysporzyły zbyt wielkiej sławy, choć niektórzy przechodnie uśmiechali się. Część z radości, słysząc piosenki chociażby Jacka Kaczmarskiego, inni – z politowania. [Ja byłem w tej drugiej grupie. Tak kalać Muzykę!!! – D.] [Masz rację. Trzeba było spróbować pantomimy albo urządzić wyścigi na czworaka. Od początku mówiłam ;) – asztaka]. [Cicho, dzięki temu zjazdowi  „Epitafium” wychodziło coraz lepiej z każdym wykonaniem... :)]. Niektórzy zdążyli też udzielić wsparcia finansowego, otrzymując w zamian oklaski. Coś za coś. Zarobione w ten sposób pieniądze, a nie było ich wcale tak wiele (w tym część sami tam wrzuciliśmy, co by innych zachęcić ;) przeznaczono na odpowiednie cele.

Po koncercie poezji śpiewanej zgrana dotychczas grupa uległa znaczącemu rozłamowi. Co bardziej niedobici udali się do dobrze już znanego pubu, zaś ZoltaR, nZorka, Caleb i Koklet z powrotem do fortu. Troje ostatnich wysiadło, aby dokonać zakupów w Geancie. Pozostała jedna istota udała się samotnie do fortu pustym autobusem, w którym towarzyszył klimat niczym z filmu grozy. [Czyż nie piękne zdanie? Pozostała jedna istota. :) chodząca z pięty, bo jej odciski na palcach popękały]. W każdym razie Narrator zdążył ułożyć słowa do piosenki zainspirowanej cytatem z Ciastqa (który to zasługuje na miano wielkiego nieobecnego, leń jeden): „Panie, smagaj mą czarną skórę”. [Nie zasługuje, bo miał i mógł przyjechać, a wymówił się tylko lenistwem. Ciastek to mały nieobecny, a wielkie coś innego. Na to miano zasługuje natomiast Ghallerian, który to, a nie Ciasteq, wymyślił owe słowa, a który w czasie zjazdu robił fastfoody w Irlandii. Swoją drogą to jego zdrowie!! – D.]. Niezwykle zadowolony z siebie wykonywał ją kilkanaście razy na mnóstwo sposobów i melodii, pokazując przy tym jak nie powinno się grać na gitarze (Choć nieoceniona Pszczółka po kolejnych dniach treningu stwierdziła, że umiem już jako tako zagrać te kilka chwytów i tym się pocieszam :) BTW: kupiłem gitarę). Wykonał tę piosenkę zarówno dwójce, która wróciła z pobytu w hipermarkecie, jak i tym, którzy wrócili później (W międzyczasie zostałem też nowym idolem nZorki, ale skoro Ceeebuli nie było, to brała jak leci :P) [Nikogo ani nic nie brałam. I dobrze o tym wiesz Panie Chodzący Z Pięty. Wszyscy zazdrośnie płakali przez Ceeebulę.;)]

Zanim jeszcze zdążyli postawić swe stopy z powrotem na gościnnej, fortowej ziemi, trójka niestrudzonych podróżników w składzie: nZorka, ZoltaR i Koklet spędziła na zwiedzaniu mrocznych podziemi przybytku. Przy wzajemnie podsycanym strachu, krótkich napadach odwagi i jeszcze krótszych wahaniach nZorki („Nie idę dalej. I tyle. Albo chodźmy.”) (księżniczka-harcerz w końcu jestem, nie?;)) [Sierpień 1939 też jesteś :))] spędzili dużo czasu, obmyślając scenariusz horroru. Śpiący w pokoju Caleb, jako że został sam, według wszelkich prawideł tego gatunku filmowego zginąć miał z rąk tajemniczego mordercy jako pierwszy (a wedle jego słów i panicznych reakcji podczas poprzednich dni, takowy na terenie fortu przebywał) dalej paść miał gorszy z pozostałej trójki. Wypchnięty do tej roli Koklet nie wyglądał na zadowolonego, ale pierwszy reżyser i jego zastępca (w tej roli odtwórcy głównych ról i scenarzyści jednocześnie, czyli nZorka i ZoltaR) szybko wyperswadowali mu wszelkie próby wprowadzenia demokracji na planie. Dalej dziać się miały sceny dla widzów powyżej osiemnastu lat, (Do niczego nie doszło, buuuu ;), [I tak nie mógłbyś oglądać :> – McArena] a następnie całość miała się zakończyć happy endem, który mącić miało jedynie tajemnicze zniknięcie ciała maniakalnego mordercy, szukającego dla siebie szansy zaistnienia w sequelu.

Z kolei dla reszty ludzisków dość długie przebywanie pod Aniołkiem zaowocowało sporą ilością wypitego trunku, a to z kolei kompletnym olewactwem wszystkiego. Awansem przywitano nową falę Action Magowców nie tyle dołączających do nas co przychodzących niebawem na świat. To na pewno będzie źródłem wielu inspiracji. :) Po tym nastąpiło wyjście z pubu na otwartą noc i wycieczka w stronę przystanku, podczas której każdy robił reszcie za przewodnika. [Po drodze odśpiewano sławetne „Always Look On The Bright Side Of Life” najpierw pod ścianą z rozłożonymi ręcami, a później na niewielkich betonowych słupkach dali się ukrzyżować Donald wraz z... cholerne piwo ucięło mi ciut wspomnień... – Vigmyn]. [Z Unionem? A wcześniej graliśmy w rugby plecakiem Julii – D.]. [A to tylko dlatego, ze narzekała na brak odjazdów na tym zlocie. Postarałem się jej udowodnić, że odjazdy, owszem, SĄ. :P]. [I robiliśmy koziołki w mieście pierników, acz już bez plecaka – UJ]. Dalej miał miejsce bieg dookoła fontanny, w której to skończyła asztaka. Wspominała potem, że zrobiła to specjalnie, a że reszta nie poszła za jej przykładem, to znaczy, że nie umie się bawić. [Taaa, jaaaasne. :P – Vigmyn] [Jasne i proste, ha. Spodziewałam się czegoś więcej po Was :P – asztaka]. [A pamiętacie co robiliśmy Marszałkowi? – D.] Z ciekawszych scen po powrocie do fortu na pewno uwiecznić należy długi, półgodzinny diss w dobrym, hiphopowym stylu w wykonaniu Donalda, [zejdź z głowy Caleba! ;)], który zdążył zjechać śpiącego, wiecznie zmęczonego Caleba [Ja nie spałem tak często, a zresztą byłem na wakacjach i miałem takie prawo - Cal] i już bardziej przytomnego UnionJacka. Falom śmiechu nie było końca. Dość stwierdzić, że zdolności Donalda do plastycznego operowania językiem sprawdzają się świetnie nie tylko w suchym słowie pisanym, ale także w postaci spontanicznych rymów.

Grupa była nadal niepełna, gdyż na pieszą wycieczkę wybrali się wcześniej Ceeebula i Pszczółka. Odłączenie się od grupy czasami nie bywa aż tak opłacalne. W każdym razie wrócili taksówką. Szczególnie rada z faktu była nZorka, która jak to typowa zmienna kobieta ponownie padła w ramiona Ceeebuli, ciesząc się jak małpka z otrzymanego banana. [Oraz ja, bo pszczóła to bądź co bądź moja kuzynka. Po namyśle zrezygnowałem z pomysłu przykucia jej do pryczy – UJ :))] [pszczóła: Dziękuję Ci, kuzynku ;) ja również zrezygnowałam z samoprzykucia się ;P]. [Ponownie? Kotek, o przedponownym nie wspomniałeś. ;) Typowa i zmienna? Ja jestem Księżniczką. :P Ale się ucieszyłam, przecież logiczne.:)].

Z czasem wioska AMu udała się na spoczynek. [Acz nie do końca. Mnie osobiście spać się nie chciało. Czekałem na Asię i Ceeebulę, a i Julkę nękała bezsenność, więc ucięliśmy sobie w świetlicy rozmowę, głównie o psach i kotach. Psy zresztą były obecne pod postacią krwiożerczej bestii zagubionej przez stróża parenaście akapitów temu: ot, przyszło toto [Wbiegło z morderczym błyskiem w oku. Pewnie usłyszało jak marudzę na psy – asztaka] do świetlicy, acz na szczęście niegłodne. W każdym razie bydlę przestraszyło nas jak Monika Olejnik Waldemara Pawlaka.:)  – UJ]

I nastała późna noc, nastał poranek – dzień czwarty, 24.07.2006, Poniedziałek.

Pobudka o standardowej, późnej porze nie była zaskoczeniem, choć odbywała się i tak za wcześnie w wyniku nadmiernej porannej aktywności tych, co to poprzedniego dnia imprezowali za mało. Był to kolejny dzień pożegnań, przy czym na tym etapie zjazdu nie zawitał do nas już nikt, aby podreperować nieco marny stan osobowy. Jako pierwsza w zupełnie tajemniczych okolicznościach zmyła się nieoficjalna maskotka zjazdu, ulubieniec wszystkich, czyli Ceeebula. Spotkało się to z wielką rozpaczą nZorki, którą to ogłaszała kilkadziesiąt razy w ciągu dnia. [Ech, Zorka, te wasze SMS-owe pogadanki... Ceeebula mnie rozbrajał co pięć minut podczas tego zjazdu i też mi było żal, że wyjeżdża. Udzielił mi nawet wyjaśnień – co mu się nie podobało w mojej twórczości. I to była najlepsza krytyka, jaką w życiu słyszałem. Zwłaszcza te wiadomości z WP. :) No i „Nie ma tu tragizmu!”]. Nie wszystkim się to podobało, a najmniej Calebowi, który czuł się psychicznie zdradzany. Przynajmniej tak można było wywnioskować z niektórych jego zachowań, gdyż przez większą część czasu spędzanego w forcie Caleba można było zastać w pozycji horyzontalnej, kontemplującego ogarniający go hałas. [Typowy bejdak.] [Nie typowy, a ARCHETYP bejdaka! Caleba definiuje się przez samego siebie: Caleb jest to Caleb. - UJ]

Kolejny punkt wycieczki nieco uszczuplonej ekipy obejmował oczywiście starówkę, która co poniektórym zaczynała już po woli brzydnąć. [Gdzie tam! Po toruńskiej starówce mógłbym się włóczyć dniami całymi. To poza starówką Toruń nie ma nic fajnego, mizeria zupełna – D.]. [Teraz to nawet muszę przyznać Donaldowi rację – to chyba najlepsza starówka, jaką widziałem. A Toruń pozastarówkowy ma tylko jedną zaletę – znikoma ilość blokowisk.]. Wyspani AeMowcy mieli też nieprzyjemność pożegnać się z milutką asztaką. [W tym miejscu dziękuję raz jeszcze za odprowadzenie mnie na pociąg. Przykro było wyjeżdżać :) – asztaka]. Pozostali, chcąc nie chcąc udali się za Donaldem i ZoltaRem na poszukiwania boiska do koszykówki. Znaleźli coś, co jak na standardy polskiej infrastruktury sportowej i tak było wysokiej klasy, lecz na wygórowane oczekiwania chodzących talentów w tej dziedzinie sportu nie było wystarczające. Ale jednak zamiast marudzić Donald i ZoltaR przystąpili do gry na przyczepionej do słupa tablicy z obręczą. Całość znajdowała się niebezpiecznie blisko jezdni, ale komu to przeszkadzało. Narzekając na palące słońce Vigmyn, Obywatel i Koklet wykpili się z gry, lecz pozostali dwaj z ochotą rozpoczęli mecz. [Kto był z kim? :) – UJ]. I jak to zwykle bywa, sequel przegrał z pierwowzorem nieznaczną różnicą dwóch koszy. Wziął rewanż chwilę potem pokonując w doskonałym stylu Donalda w grę zwaną „66” [W przyszłym roku zwyciężę także jeden na jednego :P – ZoltaR] [Ale tym razem w 69. Również jeden na jednego. Z Donaldem. – McArena]. Rozegranie meczu z większą ilością graczy uniemożliwiły warunki atmosferyczne, jak i samo boisko. Cóż, życie. Zmęczeni i pogodzeni z losem Amagowcy udali się na peron, gdzie oczekiwali na powrót pozostałych. Pożegnań nadszedł czas, w których to wszyscy okazali się wyjątkowo wprawieni, w końcu wykonywali to już kilkukrotnie. Kasia [I Marcel] reprezentująca na zjeździe kolejnego z Wielkich Nieobecnych, czyli Rainmana oraz towarzyszka życia Pięknego Elfa, Laura, opuściły Toruń żegnane przez tych, którzy mieli jeszcze dwa dni na zabawę. Dzień był raczej leniwy i nie zdarzyło się nic fantastycznego. (Każdy dzień w towarzystwie ludzi z AM jest fan-ta-sty-czny :P) Poza tym Caleb w dzień ów odkrył swoją nieprzejednaną gołebią pasję. Wychował sobie batem i głodem połowę stada gołębi na starówce i tym samym stał się Wielkim Ptakiem Naziemnym. Si. :) [pszczóła: Niczym bejdak - „raczej kumplował się z ptakami” :)]. Po ponooownym skierowaniu się do znanego już lokalu największą atrakcją okazały się opowiadane dowcipy. Prawdziwą furorę robiły te opowiadane przez Donalda, gdyż znane sobie kawały przerabiał odpowiednio na Amagowców i ich realia. Prawdziwa maestria.

Wcześniej jeszcze Action Mag dołączył do Piernikowej alei Sław na ulicy Szerokiej. Co prawda nie stać nas było na odpowiednie materiały, ale wycięte z bloku katarzynki idealnie się do tego celu nadały. [No i przydały się w końcu fundusze zebrane z gry na gitarze :P – Vigmyn]. Zjazdowicze nagrali w tym miejscu film dokumentalny, nie zapominając o uwiecznieniu na nim swoich twarzy. Potem znów rozbiegli się po Toruniu w kilku grupach, aby ostatecznie spotkać się w forcie i spędzić noc jak zwykle na zjeździe.

[A tej właśnie nocy pełnej śpiewów mnie naszła dziwna ochota na zdjęcia. Zostawiwszy zmęczoną ekipę późnym wieczorem (lub wczesnym rankiem, zależy jak na to spojrzeć) samych w pokoju, by udać się do łazienki, zastałem ich po powrocie w głębokim śnie. Zaprawdę powiadam wam – wyglądali jak aniołki! Nie mogłem się powstrzymać i kilka co ciekawszych pozycji w jakich spali uwieczniłem na aparacie w mojej komórce. Szkoda tylko, że nie wpadłem na to wcześniej, a „Śpiąca Galeria” byłaby pełniejsza. – Vigmyn] [Po ujrzeniu swojego zdjęcia z rozdziawioną gębą po raz kolejny podczas tego zjazdu pomyślałem, że ja to jednak jestem brzydki ;) – ZoltaR]

I nastał poranek dnia następnego – dzień piąty, 25.07.2006, Wtorek.

W tym dniu nikt nas już nie opuścił. [Gdyż gdyby tak się stało, zjazd zacząłby nabierać maniery wielkopolskiej – D.]. [Kolejny dzień i wszystko byłoby ok, gdyby nie moja pobudka... ZoltaR wpadł bowiem na genialny pomysł, by obudzić mnie piosenką "Panie, smagaj mą czarną skórę" w dodatku przy akompaniamencie gitary... A że ZoltaR nie umie ani grać, ani śpiewać, sami domyślcie się, jaką miałem pobudkę :) – Koklet]. Po rytualnym już wjeździe autobusem w okolice starówki  grupa uległa ponownemu rozbiciu na części składowe, co nastąpiło po zakończonej wyprawie do Empiku. Jedni udali się do ruin zamku, drudzy próbowali po pewnym czasie o nich dołączyć. Z powodu braku umiejętności przewodniczych Vigmyna, którego pod tym względem zainspirować musiał Publo, grupa błądziła i błądziła. [Ja tam jestem zdania, że to nie ja się zgubiłem tylko reszta. Gubią się tacy, a potem szukać ich trzeba. ;) – Vigmyn] [Nie wiem jak można nie trafić na jedyne w Toruniu ruiny zamku. :P]. [W  Toruniu są ze trzy zamki, z czego dwa w ruinie – D.] W końcu zrezygnowani poszli na piwo, gdzie po pewnym czasie dołączyła do nich reszta, wynagradzając rozłąkę wspólnie wypitymi kuflami. [A ci, co byli pod zamkiem, to się brzydko ze mną bawili. I niefajnie – D.]. [Fajnie. A Obywatel udawał tyłem Geremka :) – UJ]. [pszczóła: Faaajnie!! ;P :)]. [Niefajnie!!].

Następnie ekipa pieszo udała się do fortu, co jest faktem godnym odnotowania po uprzednim rozbijaniu się po mieście autobusami. Wytłumaczyć to można było brakiem chęci odczytywaniem po raz setny propagandowych haseł komunikacji miejskiej wyświetlanej na specjalnej tablicy. Innym powodem była chęć ZoltaRa na zdobycie wina, któryś to już raz zresztą podczas całego zlotu. Jako, że poprzednim razem wypito mu prawie całą butelkę przed dotarciem do fortu [Przecież sam ją otworzył pod sklepem... – D.], tym razem usiłował się wycwanić i nie częstował nikogo, lecz przemożna chęć zachomikowania napitku na później przegrała z jego alkoholizmem.. Na szczęście pozostała jeszcze biała odmiana tego trunku, profilaktycznie zakupiona przez UnionJacka. Ostatnia noc zlotu przebiegała ponownie pod hasłem „graj, muzyko”. Rozochoceni i zakonserwowani piwem i winem zjazdowicze śpiewali i grali na zmianę na gitarze, umilając sobie czas. [Prawda. To było chyba najlepsze wykonanie "Epitafium dla W. Wysockiego" w historii zjazdów, jakie dane mi było słyszeć, rano zaś pszczóła zagrała, w obecności Obywatela i mojej skromnej osoby, mały recital wszystkiego, co śpiewa lepiej od oryginału :) – UJ]. . [Czyli na przykład „Blues o 4 nad ranem” i „Pieśń V” do słów Gałczyńskiego, której to linia wokalna ciągle mnie w zakłopotanie wprawia. W ogóle to jakoś tak poprzedniego dnia miała miejsce Vigmyna kłótnia z moją skromną osobą na temat antymaterii (tak, ciężkie tematy chodzą po zjazdach), a następnie odkrycie we mnie Rainmana.]. Oprócz tego wybuchali niejednokrotnie salwami śmiechu przy okazji udanych żartów i śmiesznych wpadek (Moim zdaniem słowa Vigmyna skierowane do mnie: „Jak chcesz sobie [BEEP!] wypić coś o smaku truskawek, to kup sobie oranżadę” są tekstem numer jeden tegorocznego zjazdu) [Nie „coś”, a „wodę”. I chyba opuściłeś tam jedno {BEEP!}. Ale pamięć mnie zawodzi i mogę się mylić :P – Vigmyn]. W przypadku co niektórych impreza trwała naprawdę długo, do wpół do siódmej dnia następnego. Cóż, to była w końcu ostatnia okazja na wspólne spędzenie tak długiego czasu w tym roku! [A Caleb spał – D.]

 

I wybiła godzina dziewiąta trzydzieści, dzień szósty i ostatni, 26.07.2006, Środa.

O tej barbarzyńskiej porze do pobudki zmuszeni zostali wszyscy, poza jak zwykle długo śpiącym Kokletem. Wynikało to z konieczności wykwaterowania się z lokalu, w którym dotychczas przebywali. To był pierwszy ze zwiastunów końca. Następnym było powolne dogasanie całej imprezy. Posiłki, piwka i krótka wycieczka do znajomych ruin nie mogły nikomu wynagrodzić faktu, że zjazd już się kończy. Mimo tego, że ostatni dzień przeżyty został dość intensywnie i przy ogólnej radości, to smutek rozstania przyćmił na długo wesołe chwile. Pozostaje powiedzieć, że około godziny czternastej ostatni zjazdowicze pożegnali się wylewnie i oddalili w sobie tylko znanych kierunkach i celach, oficjalnie kończąc czwarty ogólnopolski zjazd Action Maga w Toruniu. [Oficjalnie zjazd skończyliśmy ja i Pszczóła – pozostając w Toruniu najdłużej, zdążyliśmy jeszcze zarobić kilka złotych, odgrywając na rynku istne Epitafium Dla Zjazdu, za którym już się stęskniliśmy. Udało mi się nawet namówić Asię na występ solo. Oszczędziłem już przechodniom wykonania mojego ulubionego tekstu na temat miastowych [Donald: wrzucę go na forum, jak tylko znów dorwę net]. Obywatel].

Pamiętajcie, zawsze jest jeszcze następny rok! W którym to znów jako pierwszy zapraszam na Zjazd Amaga, który tym razem odbędzie się może nad morzem, może znów w starym Wrocławiu, a może zupełnie gdzie indziej. Bo udowodnione zostało, że wyjdzie wszędzie. Niechaj więc będzie pochwalony Action Mag i jego zjazd, zawsze dziewiczo świeży!!!

I na koniec:

Donaldowi się zmarło i trafił, rzecz jasna, do piekła. W bramie przywitał go sługus Lucyfera:
- Ooo, pan Donald, Amagowiec, kurde... Mamy już tu paru pańskich znajomych, mamy... Nabroiło się na zjazdach, co?
Donald myśli, przynajmniej sam nie będę. Diabeł wytłumaczył mu, ze zostanie umieszczony w smole na głębokość proporcjonalną do jego wyczynów na ziemi.
Umieścili go w smole po pas. Siedzi w tej smole i rozgląda się na wszystkie strony, widzi Ciastka umieszczonego po pachy w smole, Phnoma po szyję... nagle patrzy, a tu Pewien Gość jest ledwie po kostki! I radośnie się szczerzy. Wkurzony woła dyżurnego na sali i pyta:
- Jak to, on po kostki? Przecież to wredniak jakich mało był, czepiał się na forum, co on w ogóle nie robił. Diabeł tak patrzy i...
- PEWIEN GOOŚĆ!! W tej chwili mi z głowy Caleba zejść!!!!

 

PRYWATA:

ZoltaR: Chociaż relację pisałem ja, a także dużo dopisków od siebie dodałem już do samego tekstu po jego skończeniu czuję, że muszę powiedzieć coś od siebie także na koniec. Teraz  już mogę sobie całkowicie pofolgować:) Przede wszystkim gorąco pozdrawiam i dziękuję wszystkim, którzy razem ze mną spędzili te sześć (lub mniej) dni w Toruniu. Dziękuję swojemu fanboyowi, za to, że takowy w ogóle istnieje ;) Swojemu pierwowzorowi, za to, że dzięki niemu powstałem ja ;) Asi, za lekcje gry na gitarze i motywowanie mnie do dalszej nauki. UnionJackowi, za to, że jest pięknym Elfem, Vigmynowi, za chwile radości i najlepszy tekst zjazdu. nZorce, za to, że przez chwilę byłem jej idolem ;) Calebowi za wspólne picie wina. Qn`ikowi, za to że pojawił się na zjeździe pomimo zmiany jego lokalizacji (nie miał wyjścia) i wspólne rozmowy. Publowi za ponowne zwerbowanie mnie w szeregi @-Sportu ;) A także wszystkim pozostałym, których nie wymieniłem z braku pomysłu na komentarz. Wszyscy jesteście wspaniałymi ludźmi, z którymi z radością chadzałem po Toruniu te kilka dni. Obyśmy wszyscy spotkali się ponownie za rok, w jeszcze bardziej poszerzonym składzie! Zagram wam na swojej świeżo kupionej gitarze, ostro ćwiczę :D. Do zobaczenia za rok!

Vigmyn: Jest sobota 29 VII, godzina 0:35, gdy piszę te słowa. Jestem trochę zmęczony i senny, a właśnie skończyłem dopisywać się do relacji. Powinienem coś napisać ogólnie o Zjeździe, ale jest mi strasznie ciężko. Głównie dlatego, że gdybym chciał to zrobić w pełni zacząłbym pisać drugą relację. ;) Niech najlepszym podsumowaniem zjazdu na jakie mnie stać będzie fakt, że kiedy w środę po 10-godzinnej podróży w końcu się wykąpałem, zjadłem najbardziej obfity posiłek w ciągu tygodnia, położyłem się w wygodnym łóżku w swoim pokoju i zmęczony szykowałem się do snu, miałem cichutką nadzieję obudzić się na pryczy w Forcie IV w Toruniu. Zaprawdę powiadam wam, takiej zgrai indywiduów jaką możecie spotkać na zjeździe nie spotkacie nigdzie. Jestem szczęśliwy, że mogłem być tego częścią i mam nadzieję, że dane mi będzie pojawić się w następnym roku. Tylko szkoda, że nie spotkaliśmy ekipy podszywającej się pod Zjazd AM. :P

Donald – Toruń to moje miasto numer 2 po Wrocławiu i wiedziałem, że zjazd tam wyjdzie tak samo jak nad Odrą. Mógłbym się teraz czepiać malkontentów, „ludzi dla których nie istnieje zjazd poza Wrockiem”, ale im odpuszczę – to że zjazd się uda tam, gdzie będą Amagowcy, (a w Poznaniu to nawet bez nich) jest tak oczywiste, że nawet się tego nie mówi!!! Szkoda braku nieobecnych – Phnoma, co w Tel – Awiwie, Rainmana, Ghalla [Obaj w UK] i Dziada Zbierającego na Tacę... Fajnie z drugiej strony, że pojawił się ktoś nowy, kto ma szanse dołączyć na stałe do dinozaurów – i to nie jedna osoba. Tego mi brakowało na spędzie rok temu, który miał charakter bardziej masowy niż rodzinny. W Toruniu znowu czułem się jak członek Wielkiej Rodziny. A ściślej to jej ojciec chrzestny :P.

Gregorius: po raz kolejny podobało mi się. Poznałem kilka nowych osób, zobaczyłem się ze starymi znajomymi. W pewnym momencie całonocnej imprezy jakoś tak nostalgicznie się zrobiło. Pewnie to przez piwo, ale spróbowałem ogarnąć, ile AM zmienił w moim życiu. Wyszło, że dużo. Bardzo dużo. Za to wszystko z czystym sumieniem można zapłacić tymi kilkoma dniami wyjętymi z normalnego życia. Oby więcej takich rachunków! Dzięki!

Sato: Było bosko. Przyjemne rozmowy do samego rana, tańce i swawola. ZoltaR uraczył mnie zgniłym jajkiem. Koklet obstawił dwa nie swoje browary. Donald wspomógł mnie poduszką, Maciek załatwił wizytę u samego boga. A najlepsza była wizyta w piekarni piernika. Union: „Tak sie bawi, tak się bawi AM:)”. Potem dostaliśmy certyfikat podpisany krwią Naczelnego. Wszyscy się podpisywali jako postacie funkcjonujący w AM ja zostałem łamistrajkiem. Za rok też się wybieram na ten zjazd (tym razem postaram się zabrać kogoś z LC).

UnionJack: Trzy słowa od Ojca Prowadzącego. :) O ile Toruń jako miasto nie zdobył mojego serca, o tyle sam Zjazd zdobył i serce, i umysł, i wątrobę. Dobrze było widzieć osoby, które znało się od dawna, dobrze było spotkać i te, które znało się średnio dawno i widziało raz któryś. Szczególnie jednak cieszą nowe twarze: sympatyczny Vigmyn, smagający ZoltaR, sopranokrzykliwy Koklet i – last but surely not least – pełen artyzmu Obywatel. Ojciec Tadeusz na czas zjazdu także wydawał się sympatycznym pączkiem. To przykład magii zjazdu; mam więc nadzieję, że w jeszcze liczniejszym składzie zobaczymy się za rok lub (oby) szybciej; już wyrywam kartki z kalendarza :).

asztaka: Cóż rzec. Zjazd bardzo mi się podobał, przyjemnie poznawać nowych interesujących, abstrakcyjnych czy też kreatywnych, miłych ludzi. Dobrze też zobaczyć tych znajomych, od których oddzielają różne okoliczności w ciągu roku. Toruń jak dla mnie się sprawdził, zresztą miejsce zdecydowanie nie jest tutaj kluczową sprawą. Pielgrzymka do jądra ciemności (RM) była bardzo pouczająca. Wspólne śpiewy, tańce i modły. Wspólne posiłki i toasty. Tak, tego brakuje na codzień. Tak, trochę sobie żartuję. :) Ale szczerze: dziękuję wszystkim, którym chciało się przyjechać. Zwłaszcza Donaldowi za wspólną podróż i w ogóle, Uli za rozmowę, Asi za niepoprawny optymizm, Kasi za to, że została z nami, Michałowi za obronę przed bestią, Obywatelowi za improwizowanie na gitarze, Ceeebuli za jego teksty, PMG za zniewalający urok osobisty, ZoltaRowi za podkreślanie jak pisać jego ksywkę, Naczelnemu za negocjacje w RM, Publowi za śpiewanie w świetlicy, Magdzie za udawanie gołębia i Zombie. I reszcie ogólnie. Trzeba to powtórzyć. :)

Publo: Tym, którzy na zjeździe AMu jeszcze nie byli, polecam z całego serca przyjazd za rok. Ci, którzy mieli okazję bawić się na poprzednich zlotach, doskonale wiedzą, ile stracili :). Wprawdzie tegoroczny zjazd okupiłem "pewną karą" (nie taką małą nawet), to jednak nie odbiło się to negatywnie na całą zabawę związaną z trzydniowym (w moim przypadku) pobytem w Toruniu. Organizatorom wielkie dzięki, Ojcu Dyrektorowi również – nikt tego nie mówi głośno, ale to nasz taki TW mały ;-).

nZorka: Nigdy nie będzie takiego lata. Nigdy nie będzie takiego zjazdu. :) Było naprawdę miło i zaszczytnie poznać tych wszystkich ludków szalonych, co po ścianach skakały, ustawiały się dzielnie w kolejach po piwo i wodę fortową, marudziły na rynku i ryczały piosenki Kaczmara. Niektórych z nich znałam już dobrze, innych w pełni zapatrzenia i zasłuchania dopiero odkryłam w sposób cudowny i sympatyczny. Podbito moje serce*, wynajęto fragment ziemi na przedpolach wspomnień i odciśnięto święte znamię dobrej zabawy na wieki, wieków, amen. Sercem obejmuję każdego i każdą z Was.;) Niech się święci.
* – Pszczółka:)

Caleb: To już mój czwarty zjazd, a bawiłem się tak dobrze, jakbym był na podobnym spędzie po raz pierwszy. Dzięki wszystkim za umilanie mi czasu na tym wakacyjnym wypadzie. Wyspałem się, wypocząłem, popiłem i pośmiałem się setnie. Do zobaczenia za rok, na kolejnym zjeździe.

pszczóła: Kochani! To był mój pierwszy Ogólnopolski Zlot Action Maga i mam nadzieję, że nie ostatni :). Jak już mówiłam – cieszę się, że miałam okazję spotkać się z tak zacnymi SZUMOWINAMI (Strasznie Zakręconymi Unikalnie Mistycznymi Odjechanymi Wyjątkowo Inteligentnymi Nieprzewidywalnymi ActionMagowymi Indywidualnościami) ;P :). Dziękuję Wam wszystkim za wspólne zjazdowanie! Dziękuję organizatorom: Michałowi – tylko dzięki Tobie znalazłam się w Toruniu :)) – oraz Donaldowi – zwłaszcza za ocalenie mnie od śmierci głodowej w pierwszym dniu oraz „niefajne” ;); dziękuję Kasi i Marcelkowi – za wszystko :)*, Zorce – Księżniczko, po prostu :*, Obywatelowi – za wspólne zamykanie Torunia po zjeździe powinniśmy dostać klucze do tego miasta ;D, Zoltarowi – za „Panie, smagaj mą czarną skórę” i wspólne rozmowy wieczorowo-nocne :), Grzesiowi – za rozmowę telefoniczną ;), Julce – za wspólne wspinanie się nocą na piętrowe łóżka :D, Laurze – za to, że jednak przyjechała :D, Gregoriusowi – za udział w psikusie ;), Calebowi – za wspólne gitarzenie :), PMG – za toasty piwem z sokiem :), Ceeebuli – za spacerek :), Kokletowi – za transportowanie gitary :), Publowi – za niezwykłe wykonanie „Makumba ska” :), Qn’ikowi- za urobienie straży RM :), Vene – za uśmiech :), Sato - za wytrwałość przy ognisku :). Jeśli kogoś pominęłam – ślę specjalne podziękowanie ;) Do następnego!:*

Koklet: A ja z racji tego, iż neta w domu nie mam, będę musiał sie streszczać. Tak więc: chcialem z całego serca podziękować wszystkim zjazdowiczom za wspólnie spędzone chwile! Dziękuję za to, że muszę za Wami tęsknić i czekać cały, długaśny rok, aby znów Was zobaczyć... Mnogość wrażeń sprawiła, że nigdy nie zapomnę tego zjazdu. Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie
i do zobaczenia za rok!!!

Obywatel: A co ja
jeszcze mogę? Co jeszcze mogę? Czy fakt, że przez około tydzień chodziłem jak naćpany, wspominając nieustannie atmosferę zlotu, doprowadzając moich znajomych do obłędu, wystarczy? Czy fakt, że na domowym sprzęcie puszczałem tylko te utwory, które udało nam się wspólnie zaśpiewać, wystarczy? Że myślami ciągle byłem w Toruniu, że poznałem najwspanialszych ludzi pod słońcem, że oglądałem w TV koncerty z Woodstocku, bo miałem nadzieję w tym szarym tłumie ujrzec gdzies Uniona, Donalda czy asztakę? Ludzie, tu nie ma co mówić, nie ma co pitolić, czy narzekać na Nieobecnych (Zdrowie Ghalla, Ciastqa i innych :)). Ten zlot to same „momenty”, same magiczne chwile. Nieważne to, że marazm się udzielał, że było chwilami wręcz Beckettowsko... ważne, że działo się, co miało się dziać – że znalazło się miejsce na hedonistyczne wybryki i dekadenckie odjazdy, a nawet na dysputy o charakterze poważniejszym (Ziemianin na prezydenta. :P). Obywatel pozdrawia wszystkich i wszystko bez wyjątku, śpiącego Kokleta; „paparazzi” Vigmyna; „Zawadzką” nZorkę; smagającego czarną skórę ZoltaRa; fałszującego, ale świetnie akompaniującego Publa; „Postkomunistyczny Maraton Gastronomiczny”, alias PMG na wyposażeniu sali; „wpadłszych na sekundę” Qń`ia, Vene, Splatcha, Sato, Dziadka Mroza, Gregoriusa; asz-taką pijaną asztakę; „chodźmy odpocząć” Caleba; po prostu Donalda; „mów mi Leśmian” Uniona; śpiewającą Pszczółę; tańczącego Ceeebulę; poza tym Kasię i Marcelego oraz Laurę. A jeśli o kimś zapomniałem, to niech mi wybaczy, ale dopisuje się tutaj w warunkach polowych. :) Czytelniku – wish you were here.

Vencia: Fajnie było (biorąc pod uwagę dualizm światopoglądowy dzielący się na "fajnie" i "niefajnie" można wywnioskować, że było dobrze :P). Poznałam kilku nowych amagowców, spotkałam starych znajomych, zatęskniłam za nieobecnymi. Hm, zjazd bez Wrocławia, opowieści MacAbry i Smugglera, tańczenia RamCamCam na rynku... wyszedł, ale – ale pozostało "ale" :) Za to było ognisko, był kotek pod pomnikiem pieska, była Ćma Mutant i budzik w postaci kozy za oknem też był. Przez brak czasu nie pogawędziłam sobie ze wszystkimi, jak to w przypadku poprzednich zjazdów bywało, jeno z Julią udało się uciąć dłuższą i sympatyczną rozmowę. Cóż, co się odwlecze... I, do cholery, bez Trzech Tenorów śpiewających Baranka, Celinę i Mariannę? Eeej, uznajmy, że zjazd się jeszcze nie skończył, Trzej Tenorzy się spotkają przy piwie, zaśpiewają i tym samym zjazd zakończą, ok? ;)

Ceeebula: z tego, co pamiętam, i co mam wybite na bilecie powrotnym, wyjechałem w poniedziałek (poprawiłem – moderator). Z drugiej strony w poprzedniej relacji też się co do mnie chronologicznie źle doczepiono, więc bla bla bla (Gigi D'Agostino). Ostrzegam tylko. Jak ktoś chce ze mną konie kraść, musi się liczyć z karą więzienia. Do reszty poza mną Zjazdowiczów odniosę się z daleko idącą ostrożnością. Jak wiemy, wakacje, a wyjazd do Torunia zwłaszcza, to czas efektu aureoli. Ludzie wydają się inteligentni, piękni, dobrzy, wyjątkowi. Potem wracamy do domów z rozbajerowanymi wspomnieniami, magią w serduszku, poczuciem spełnienia ogólnego.

„Looking beyond the embers of bridges glowing behind us
To a glimpse of how green it was on the other side
Steps taken forwards but sleepwalking back again
Dragged by the force of some sleeping tide” (High Hopes, Pink Floyd)

Czy to źle, no nie wiem sama. Sam. Samemu. Ze złych rzeczy – wykonanie „Obławy” Kaczmarskiego. Wtedy brak Phnoma Penha dał się odczuć somatycznie. Z drugiej strony nie ma co wymagać od młodzieży szacunku dla właściwie przegranej sprawy. Nie każdy ma zdrowie na picie wódki, palenie tytoniu, i umieranie na raka krtani (hi, Donald). Właściwie, to z Donaldem wypiliśmy podczas „tego koncertu”, ale w „Pod Aniołami”, po pięćdziesiątce Smirnoffa. Miałem radochę. Patrząc jednak z czasu perspektywy, było to nieodpowiedzialne. Czy warto wypić kieliszek lodowatej wódki, i pluć potem zielonymi glutami, bo na pewno nie jest to lek na anginę? Cholera wi. Tak, miałem anginę podczas Zjazdu, a właściwie zatoki zawalone. Pomimo tego, że wyrosłem z papierosów, patrzyłem na Donalda z podziwem niemałym. Choć z innej stronki filozofia niszczenia siebie fajkami śmiszna była, i czekałem na głębsze wyjaśnienia-uzasadnienie. Na szczęście przyszła Kasia, i nie musiałem pouczać starszego. <Kopnięcie> płodu w wewnętrzną stronę dłoni in plus. Po raz pierwszy mnie takie <kopnięcie>, wstyd przyznać, spotkało. Tyle o złych rzeczach, nieodpowiedzialności starszych i młodzieży. Ile i in plus <kopnięcie>.

Poza tym: efekt aureoli.
Pozdrowienia dla właścicieli ksywek, co na IV Zjeździe byli, płci obu dla pzdr. Resztę opowiem wnukom, ew. niech krążą sobie ploty.


McArena: wiecie, że kto pisze ostatni, ten piękny i gładki? Tak czy inaczej: miło było Was w końcu zobaczyć na żywo korniszony jedne. A zjazd? Zjazd był niczym przeciętny krasnoludek dla królewny Snieżki – zbyt krótki, żeby sprawić należytą przyjemność, ale musiał wystarczyć. Do zobaczyska! Co złego to nie ja!

Qn`ik: (nie śmiałbym polemizować co do piękna i gładkości z McAreną, mam nadzieję, że inni również się z nim zgadzają). Cóż rzec: po raz kolejny dziękuję, dziękuję, po stokroć dziękuję. Głównie za to, że znów mogłem doznać tego metafizycznego odczucia, że to, co kiedyś zrobiłem jako nastolatek, pozwoliło mi poznać tyle wspaniałych osób. Bardzo żałuję, że moja obecność na zjeździe była tak krótka. Dużo bym dał, by nie mieć dzień później najważniejszego dnia w miesiącu w tworzeniu pisma, który zmusił mnie do przedwczesnego uściskania wszystkich zjazdowiczów. Bardzo bym chciał z każdym z Was porozmawiać dłużej, spędzić czas w pięknym Toruniu wyczyniając różne – mniej lub bardziej zwariowane – harce... Cóż, tym razem nie mogłem. Zawsze jednak zapraszam do Wrocławia – choćby na dwuosobowy zjazd! Miejsce i czas na duży kufel zawsze się znajdą. Trzymajcie się i do zobaczenia!

Ekipa w najsilniejszym składzie. Od lewej, stoją: Ula (vene), Obywatel, Kasia i Marcel, UnionJack, pszczóła, Koklet, Donald, Ceeebula, Publo, Caleb, Zorka, Dziadek Mróz. Siedzą: asztaka, ZoltaR, Vigmyn, Sato, Gregorius. Leży: PMG. Z drugiej strony (obróć się, by go zobaczyć) Qn`ik. Kliknij, aby powiększyć zdjęcie (to i każde następne).

Księżniczka. Po prostu.

Kolejny czakram odkryty!

Bar upamiętniający kultową komedię Stanisława Barei: "Miś".

Ceeebula z bratnią duszą. I zazdrosnym Kimś w drzwiach.

My też nie wiemy, jaki to szampon.

Główna rozrywka Caleba podczas zjazdu. No, może po przesypianiu wszystkiego.

Polska "Kamasutra".

Laura (z lewej) oraz, w tle...

Matka Boska Satelitarna!

Ten bilbord znaleźliśmy nieopodal siedziby Radia. Spisek masoński?

Na Zjeździe nie zabrakło również gier sieciowych. Capture the Flag na mapie "Siedziba Radia Maryja" to niezapomniane przeżycie.

Zogniskowana ekipa z Amerykaninem (uśmiech, na oko, numer 17).

"Łowca Skalpów 4".

Ręczne wyrabianie pierników. Tak się bawi, tak się bawi... Action Mag!

Od lewej: pszczoła i pszczóła.

Pies profesora Filutka wraz z zaprzyjaźnionym kociakiem.

Jeszcze jedno ujęcie skromnej siedziby samego boga.

Nader częsty widok na każdym zjeździe. Ciągnie nas do trawy – i nie ma w tym nic zdrożnego.

Kolejny stały element zjazdu. Marka nieważna, choć za tę reklamę (spójrzcie na te szczegóły – doskonałe zdjęcie!) kolejny zjazd powinien zostać zasponsorowany przez pewien browar... To jak?

Wnętrze sypialni. Na szczęście nie miała wielu gwiazdek – sufit nie był dziurawy...

Jedyne zdjęcie, na którym widać Calebowego zabójcę.

Wbrew pozorom, nie skakaliśmy przez ogień. Nie tańczyliśmy również nago. Chlip.

Tańce (acz bez hulanek i swawol) się jednak odbywały. Wariacja na temat ramcamcama.

Zdjęcie jednej ze ścian w muzeum "Beznazwy". Za darmo mogli wejść ludzie powyżej 190 cm wzrostu i "brzydale z orzeczeniem lekarskim o stopniu nieatrakcyjności". McArena zapomniał zabrać swojego.

Charytatywna blokada Domu rodziców Kopernika.

Ręce, które wyrabiają.

A oto jeden z efektów. Spierniczone logo AM!

Ceeebula. Wielowarstwowa osobowość.

Donald i Splatch – dwaj zjazdowi weterani. No, powiedzmy.

Jedna z przyjemnych toruńskich knajpek. Miejsce w sam raz, by Union mógł chwalić się przed asztaką rozmiarem. Nie pytajcie, czego.

Jeszcze się uśmiechają... Ale nie wiedzą, że wkrótce staną się przeciwnikami w Wyborach Mistera Zjazdu!

Wypis rzeczy, które winne znajdować się w "pokoju".

Jak to szło? Kumbaja maj lord?

W tym roku nie robimy konkursu na najśmieszniejszą minę zjazdu. Mało emocjonujący by był.

Mina Caleba mówi wszystko. Rumieńce Publa też.

Publo & Sato pod aniołem. Fajny klimat i brak jakichkolwiek klientów poza Amagowcami.

Patent Ciastqa na zabawę z papierosem i pomnikiem tym razem w wykonaniu Donalda.

Raz jeszcze Radio Maryja. Tym razem z obiektywniejszej, dalszej perspektywy.

Siedziba TV Trwam i wyższej szkoły o. Dyrektora. Nie mówcie, że nie jest majestatyczna.

Dla tego, kto pierwszy policzy, ile kiełbasek znajduje się na zdjęciu, nie przewidzieliśmy żadnej nagrody!

Ognisko było niezapomniane. Szkoda, że takie zjazdy są tylko raz w roku...


A teraz mały bonusik, czyli...

Wybory Mistera Zjazdu!

UnionJack, poeta. Znasz kogoś, kto by go nie chciał przygarnąć?

Caleb, niezwykle wszechstronny artysta. Nie umie pisać wierszy, śpiewać, grać na gitarze... I zapewne o wiele, wiele więcej!

ZoltaR. Cherubinek po przejściach.

Donald. Fiona bez make-upu.

Obywatel. Po obróceniu prezentuje się jeszcze okazalej.

McArena. Pan Ciem, zwany też panem Synem Sowy i Nietoperza. Puszyste futerko.

Gregorius. Samokoronowany.

Publo. Skrzyżowanie AeMowego Ricky'ego Martina z Supermanem.