Bez tytułu
Często czuję potrzebę pisania. Taką prawdziwą potrzebę,
przejawiającą się świadomością, że kiedy już usiądę z długopisem i zacznę
przelewać swoje myśli na papier, to efektem będzie tekst szczery,
autentyczny i wypływający prosto ze mnie. Jednak zamiast po prostu
pozwolić wydostać się na zewnątrz temu, co czuję, zapominam o całej
szczerości i całym autentyzmie, patrzę w tę pustą kartkę i zastanawiam się
nad formą artykułu, nad jego wartością literacką, kompozycją, składnią
zdania czy celną puentą. Kiedy w końcu zaczynam, to moje zdania może i są
poprawne gramatycznie, ale nie ma w nich życia. Nie ma w nich mnie.
Czytacie zniekształconą wersję tego, co mam w głowie, tak bardzo odległą
od moich intencji, jakbym grał sam ze sobą w głuchy telefon i sam dyktował
sobie po wielokroć to, co mam tu umieścić. Tak długo, aż nic nie zostanie
z pierwotnego zamysłu. Te słowa są oderwane ode mnie, nie określają mnie.
Czemu tak jest? Czyżbym bał się, że w AM forma jest dużo ważniejsza od
treści i że ktoś może nie zamieścić tego, co naprawdę chcę przekazać, ze
względu na to, że kompozycja byłaby bezładna, zdania niepełne, a sam temat
zbyt osobisty? Nie można pisać o sobie, o uczuciach. Bo grafomania, bo
banał, bo kogo to obchodzi. A ja mam taki odchył, że kiedy mój tekst
zostanie przyjęty do AM, albo - co gorsza - wyróżniony, zaczynam mylnie
sądzić, że kogoś obchodzi to, co piszę. A kiedy przyjmą mi następny, robię
jeszcze większy błąd, dopuszczając do siebie możliwość, że kogoś obchodzę
JA. Trzeci artykuł piszę więc szczerzej i bardziej osobiście. Wtedy
odpada. Bo tekst ma być DOBRY. Grafomanii mówimy nie. Nie można CZUĆ,
trzeba to logicznie i ładnie wyłożyć. Kogo interesuję ja? Nie
potrzebujecie
takiego tekstu. Ale ja go potrzebuję. Dlatego odpadnie. To nie autor ma
potrzebować tekstu, a czytelnicy. Następny artykuł będzie więc uładzony,
grzeczny, niezły od strony warsztatowo - literackiej i kompletnie pusty
uczuciowo. W końcu AM to nie jest grupa dobrych kolegów (a jeśli nawet
jest, to nie zauważyłem sygnałów, że komuś w tej grupie brakowało mnie
przez dwa lata mojej nieobecności), którym mogę napisać o sobie i się
wyżalić. To Ambitne Czasopismo Literackie, pozbawione miejsca na
grafomanię. Czemu więc to wysyłam? Najszczerszą odpowiedzią będzie: nie
wiem. Wiem, że - jak wspomniałem - potrzebuję tego. Marny powód, prawda?
Z tym, że - niestety - zależy mi na przyjęciu tekstu. Jeśli się
ukaże, czuję, że warto, że można, że ktoś to akceptuje. Jeśli nie -
odechciewa mi się pisać na całe tygodnie i mam dołek. Jak ktoś mnie
zjedzie na forum, jest mi przykro. Nie będę udawał, że nie. Bądź sobą,
pisałem w AM 78, bądź sobą, nie idź na kompromis, pisz po swojemu. Ale to,
co po swojemu, nie przechodzi, bo się nie podoba. Kiedy dwa, trzy lata
temu byłem sam i nie mogłem nikomu powiedzieć o sobie, to gdzie szukałem
zrozumienia? W AM. Pisałem bez wprawy, a za to szczerze. O nieśmiałości,
samotności, nieprzystosowaniu. Faktycznie, niektórzy rozumieli. A ilu
powiedziało, że nic ich to nie obchodzi, że AM to nie miejsce na takie
wynurzenia, żebym przestał się użalać? Ale ja się nie użalałem.
Najzwyczajniej w świecie chciałem pisać o sobie. Tak, jak w AM 78, z
ufnością: rany, przecież to Action Mag, tu są świetni ludzie, jeśli komuś
się nie spodoba, to będzie polemizował, inteligentnie krytykował albo
zignoruje - nic złego mnie tu w każdym razie nie może spotkać. I co? I
wyszło tak, jak w "Kingsajzie" Machulskiego - to niebieskie, co zawsze
brałem za niebo, to nie było niebo. To było wiadro. Bo ludziom nie
wystarczy krytyka. Żeby daleko nie szukać - komuś nie przypadł do gustu
mój artykuł z AM 78. I co? Konstruktywnie wytkął mi błędy czy olał te
wypociny? Nic z tych rzeczy. Najpierw mój tekst w niewyszukany sposób
wyśmiał, a kiedy skomentowałem jego próby w dwóch zdaniach, gratisowo mnie
obraził i zaczął robić przytyki do moich spraw prywatnych. Nie w mailu do
mnie, choć adres zna, a na forum, żeby poniżyć mnie przy innych. Ja tu
piszę leciutki i bezpretensjonalny artykulik, a ktoś traktuje go tak,
jakby to było jakieś "Mein Kampf". Bo ośmieliłem się powiedzieć coś o
sobie. A ludzie są zamknięci. Nie można się "użalać", jeśli nie zawiera
się to w dobrym - cokolwiek by to znaczyło - tekście. Forma, ludzie,
forma.
Kogo obchodzi jednostka? W katastrofie lotniczej ginie 314
ludzi, a w TV mówią, że "około 300". Co z tymi 14-ma? Nie ma i nie było?
Nie mieli niepowodzeń, pierwszych pocałunków, ulubionych piosenek? Ale
ludzi nie obchodzi nikt poza ich bliskimi, a nawet kiedy przejmują się -
powiedzmy - głodującymi w Afryce, to nie jako pojedynczymi osobami a
zbiorowością (przy okazji nie zauważając głodnego sąsiada). A tu wpieprza
się jeszcze ze swoimi problemami jakiś durszlak, irytujący jak brzęcząca
mucha - co kogo obchodzą nieistotne problemy jednej sześciomiliardowej
ludzkości? Durszlaka lub kogokolwiek? Więc tekst pójdzie w cholerę, bo nic
nie wnosi. O czym to jest? O mnie? Źle mi czy dobrze, kogo poza mną to
obchodzi? Forma, ludzie, forma.
Bo przecież powyższe wypociny nie
prezentują wartości literackich i w związku z tym nie zostaną
opublikowane. Nie mają racji bytu. Masz problem, to sam sobie z nim radź,
póki nie powiesz o nim w sposób, jaki można zaakceptować. Cierp
kulturalnie i estetycznie, nie brudź dookoła i nie obarczaj innych swoją
małością. Cierp ładnie i widowiskowo, a ludzie się tobą zainteresują.
Napisz na przykład wiersz. Nie krzycz i nie płacz, nie wyj i nie smarkaj w
rękaw. Zaśpiewaj śliczną piosenkę o cierpieniu. To im się spodoba. Tylko
nie wyrażaj bólu zbyt głośno, bo nazwą cię histerykiem lub chamem. Nie
bądź łzawy, bo wezmą cię za dzieciaka i uznają, że się użalasz nad sobą.
Opanuj się. Przecież na pewno przesadzasz, bo to tylko okres dojrzewania
albo zwykła jesienna depresja. Weź się w garść, a może cię wysłuchają.
Może przyjmą cię do grona miłośników formy, do grona ludzi, którzy myślą,
że kiedy gówno nazwie się ekskrementami, to będzie mniej śmierdziało. Do
swojego klubu wzajemnej adoracji.
Przyjmą twój tekst i dowiesz
się, że inni czują, myślą i cierpią tak, jak ty. Dowiesz się też, że oni
również mają cię gdzieś. Nie pomogą ci - opowiedzą ci za to o swoim
nieszczęściu i sprawisz im radość z gatunku "jak dobrze, że nie tylko ja
tak mam". Na więcej nie licz. Ale dobre i to. Zakładając, że cię nie
wyśmieją.
Kiedy człowiekowi jest źle i nie ma się do kogo zwrócić,
nie myśli o formie. Nie myśli o tym, że kiedy podniesie głos, powiedzą mu,
żeby nie krzyczał, zamiast słuchać, CO mówi. Że po rozpaczliwym "błagam,
kurwa, pomóżcie" każą mu przestać przeklinać, zamiast go ratować. Wiecie,
jak to fajnie, kiedy jest się samotnym i pisze się szczery, może niedobry
kompozycyjnie czy literacko, ale pełen uczucia - prawdziwego uczucia -
tekst, kiedy się nad nim płacze, a po wysłaniu do AM otrzymuje się
odpowiedź: "artykuł odrzucony, bez urazy, ale przynudzasz" (albo nie
otrzymuje się odpowiedzi wcale, bo czasami szanownej selekcji nie chce się
nawet odpisać. Uprzedzając pytanie: tak, ja na Waszym miejscu wolałbym
wysłać 300 maili z odmową, niż sprawić, żeby ktoś poczuł się olany)? Parę
lat temu to wypróbowałem. Bo takie tematy są nudne i niesmaczne. Każdy
cierpi, ale po co o tym mówić?
Narzucam się? Domagam się uwagi?
Tak. Teraz, trzy lata później, kiedy mam już komu się - jak Wy to
nazywacie - wyżalić, bo jestem z tym kimś tak blisko, jak większość z Was
nigdy nie będzie, bo nie interesujecie się człowiekiem, a szeroko pojętą
formą, teraz chcę uwagi. Teraz chcę, żebyście czytali artykuł bez korekty,
bez ładu i składu, pisany bez myślenia o dobrym początku, celnej puencie i
umiejętnym doborze słów. Żeby raz, kurwa, do AM weszło coś słabego. Żeby
choć na chwilę przestał on być ambitnym periodykiem literackim.
A
tekst miał być o czymś zupełnie innym. O strachu. Chciałem napisać coś
osobistego i przestraszyłem się, że wszyscy będą to mieli głęboko gdzieś.
Bo przypuśćmy, że chciałbym opowiedzieć o sytuacji rodzinnej. Że
mamy w "domu" 500 złotych na dwie osoby na miesiąc, a ja ciągle się boję,
że przez to nie starczy mi na rekrutację na studia i będę musiał iść do
wojska. Że jeśli zdarzy się coś nieprzewidzianego, to wszystko weźmie w
łeb. Że przy rejestracji na uczelnię trzeba podać telefon, a ja nie mam
telefonu. Że z powodu braku kasy musiałem chodzić do liceum 6 km pieszo
zamiast jeździć autobusem, a po ośmiu godzinach wracać tą samą drogą,
wiedząc, że gdy przyjdę, do zjedzenia będę miał tylko pół chleba i cebulę.
Że życzliwe nauczycielki przez 3 lata rzucały mi aluzje, że moja mama nie
pracuje, bo jej się nie chce, choć tak naprawdę w tej okolicy pracy NIE MA
i już. Że jeśli szkoła pomagała mi finansowo, to potem wypominano mi to
dopóty, dopóki nie poczułem się jak zero. Że co tydzień jeżdżę do
ukochanej, która mieszka 90 km ode mnie, a bilet w obie strony to 22 zł. I
oszczędzam na wszystkim, od jedzenia po ubrania, bo chcę mieć na te
bilety. Bo bez trzech posiłków dziennie mogę żyć, a bez widywania Jej nie
mogę. A jeśli to Ona przyjeżdża, to przecież i tak za nasze pieniądze. Że
boję się szukać pracy, żeby zarobić, bo jestem nieśmiały do bólu. Kto mi
zresztą da pracę, kiedy spojrzy na moje podarte buty - bo na nowe mnie nie
stać? Że we własnym "domu" czuję się jak niechciany gość (stąd cudzysłów)
i ciągle kłócę się z mamą. Ojca nie widziałem od roku. Że coś od kilku
miesięcy boli mnie z lewej strony ciała i boję się groźnych chorób, a
jednocześnie boję się iść do lekarza. Że dołuje mnie poziom tego, co
słyszę w radiu i co widzę w TV. Że mam beznadziejnych sąsiadów i rodzinę.
Że nie umiem grać na gitarze basowej. Że wszyscy umrzemy. Że Polska
odpadła z Mistrzostw Świata. Że niedługo z racji wieku mogę stracić prawo
do materialnej pomocy od miasta i kasy będzie jeszcze mniej. Że panicznie
boję się załatwiania spraw urzędowych i że jestem, jak to się mówi,
niezaradny życiowo, więc wszędzie trzeba prowadzić mnie za rączkę. Że
według ocen i zasług powinienem mieć na koniec szkoły 6 z angielskiego, a
złośliwa nauczycielka postawiła mi tróję bez powodu. Że skończyłem liceum
i części swoich kolegów nie zobaczę już nigdy, tak, jak tych z gimnazjum.
Że mamy rząd rasistów, homofobów, przestępców i idiotów, a ludzie tego nie
widzą. Że ciężko mi wytrzymać daleko od Niej. Że cały czas boję się, że
stanie się coś złego. Że ktoś odrzuci ten tekst. Że jeśli to jednak się
ukaże, będę miał okazję się przekonać, czy ludzie naprawdę przestają lubić
tych, którzy mówią o sobie takie rzeczy i czy nie byłoby lepiej, gdybyście
nadal nic o mnie nie wiedzieli.
Że nikogo to nie obchodzi.
A przypuśćmy, że chciałbym z kolei napisać, że mimo tego, że cały
czas się boję, jednocześnie WIEM, że nic złego nie może się stać. Że
jestem niesamowicie szczęśliwy. Że niby kasy jest tak mało, a jednak
zawsze starczy nam na spotkania, na koncerty, płyty czy dojazd na
Przystanek Woodstock. Że wszystko się nam udaje, nawet gdy na początku nic
na to nie wskazuje. Że pójdę na studia. Że potrafiliśmy znaleźć na ulicy
70 złotych akurat wtedy, kiedy były potrzebne. Że nie chodzę głodny. Że są
wakacje. Że kocham i jestem kochany. Że Woodstock już za miesiąc. Że
jesteśmy na tyle utalentowani, żeby zrobić karierę artystyczną i na tyle
inteligentni, żeby znaleźć dobrą pracę i bez tego. Że nareszcie wyprowadzę
się z Żyrardowa. Że w ciągu najbliższego roku - dwóch weźmiemy ślub, a
nasz dom za jakiś czas będzie już wykończony. Że spotkałem dziewczynę,
która nie tylko spełniła moje marzenia czy "wymagania", ale je wszystkie
nieskończenie przewyższyła. Że właściwie mam wszystko, czego potrzebuję. I
że chciałbym o tym napisać.
Ale kto mi to zamieści w takim
ambitnym piśmie?
Już nawet nie zastanawiam się, kto się z tym
tekstem zgodzi. Zastanawiam się, kto go w ogóle ZROZUMIE. Jeśli ktoś na
przykład sądzi, że to krytyka AM, to znaczy, że NIC nie zrozumiał. Ten
artykuł nie jest o AM. On nawet nie jest o mnie. Nie chodzi o to, że
biedny, niechciany durszlak żali się, że nikogo nie obchodzi, bo przecież
obchodzi :). I to zarówno w AM, jak i poza nim. Chociaż jest mi smutno, że
ten magazyn, który kiedyś był dla ludzi, teraz jest dla Dobrych Autorów, a
zamiast - jak kiedyś - pielęgnować szczerość i indywidualność, patrzy się
tu bardziej na warsztat i dobre pomysły. Wy oczywiście powiecie, że to
dobrze, że poziom wzrasta... I to też będzie znaczyło, że nic nie
zrozumieliście. Bo poziom wzrósł, ale gdyby ci autorzy, których tak
uwielbiano w początkach AM, jak np. Archie czy Miś Eryk, chcieli
debiutować dziś, to nawet nie przyjętoby ich tekstów, bo byłyby "za
słabe". Ale mój artykuł nie jest o AM. Bo Action Mag to jedna z
najważniejszych rzeczy, jakie mnie spotkały w życiu. Miał na mnie ogromny
wpływ. I trochę mi go szkoda.
Czy ten tekst coś zmieni?
Nie zmieni. Ludzie, on nawet nie zostanie przyjęty.
Chyba,
że ktoś połapie się, że to w pewnym stopniu prowokacja
:).
Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl>
albo: doorshlaq.eblog.pl
PS. A jeśli gość, który zjechał mnie na forum, myśli, że ten
artykuł zainspirował, to się grubo myli. Ale i tak nie liczę, że zrozumie.
Bo nie wie, że tekst można zrozumieć nawet wtedy, kiedy ma się inne
zdanie od autora. Co do powyższego - chciałem to napisać już dawno. Ze dwa
lata temu. No to macie.
PS2. Poziom tego artykułu jest taki, jaki
miał być od samego początku. Ja naprawdę umiem lepiej :).
PS3.
Chciałem jeszcze zacytować tekst najlepszego zespołu grunge'owego, czyli
Alice In Chains, ale to badziewie i tak jest już za długie.
PS4. W
skrócie: wolę przeczytać SZCZERY tekst 14-letniego Jasia o tym, że wstydzi
się podejść do dziewczyny, niż jakieś wydumane pseudopoetyckie,
pseudofilozoficzne, pseudointelektualne albo pseudozabawne "dzieło" o tym,
czy cebula jest pryskana. |