Tak zwany międzyczas



Dobrze jest trwać w zawieszeniu. Letnie dni wloką się niemiłosiernie, bez większych objawów przechodzą z jednego w drugi. Gdzieś pośrodku tych dni ja - dopiero co wykreowany Król Świata. Szkopuł sytuacji jest jeden, ale za to dość poważny - świat jeszcze o tym nie wie.



W którym momencie się zawiesiłem? Dokładnie nie wiem, ale prawdopodobnie gdzieś między końcem mojej szkoły a maturami. Potem miałem jeszcze wprawdzie egzaminy zawodowe, ale kto by przywiązywał wagę do czegoś, czego i tak nie ma szansy zdać. Zresztą co mi po jakimś tam tytule Technika Ekonomisty, skoro mam lepszy, ładniej brzmiący: abiturient. Niby zwykłe słówko, a jaką dumą napawa, jak ładnie brzmi, jak pozwala delektować się ustom.



Na wsi jest fajnie. Fakt, teoretycznie istnieje coś takiego jak żniwa, ale to w końcu kilka dni, czasem tydzień - i po krzyku. A tego krzyku jest całkiem sporo - jeszcze nie udało mi się zrobić wszystkiego dobrze, czy chociażby poprawnie. Zwykle dostaję dwóję z dwoma minusami, a przed egzaminem poprawkowym ratuje mnie jedynie to, że w szkole życia prowadzonej przez mojego ojca nie ma innych uczniów.



Kiedyś się dziwiłem, że ludzie tak ciągną na wieś. Do tej całej zieloności niby, że mało spalin i w ogóle niebo błękitniejsze a ptaki zdrowsze. No niech im tam będzie, przysłowie mówi że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. A że przysłowia są mądrością narodów, to trzeba ich słuchać. Słuchać i mieć nadzieję, że podobne powiedzenie funkcjonuje również w nieco mądrzejszych społeczeństwach... W każdym razie złotego środka nikt jeszcze nie znalazł i nie znajdzie - przynajmniej do momentu wybudowania pierwszego miastowsia. Tak właśnie - miastowsia, żeby było i zielono, i sklepy żeby były. By było czym oddychać i by podróż do najbliższej szkoły nie zajmowała dwóch godzin. Że czegoś takiego nikt nie wynajdzie? To trudno, ale może spróbujesz, Czytelniku? Nobel w dziedzinie "udogodnienia" murowany.



Wiecie, te ptaki jednak nie są takie złe. Niby skrzeczą od rana do wieczora, niby dzisiaj o szóstej rano obudził mnie kogut, ale lepszy chyba taki budzik niż TIR zapieprzający grubo powyżej dozwolonych pięćdziesięciu na godzinę? Wprawdzie i TIRy zaczynają być nieodłącznym elementem tutejszego krajobrazu, ale podejrzewam, że nie wszyscy mają wątpliwą przyjemność mieszkania w dość bliskim sąsiedztwie firmy przewozowej.



I jakoś tak zielono dookoła. Gdzie nie spojrzysz - zieleń, we wszystkich chyba odmianach. Za mną - sztuczny bukiecik w sklejkowym koszyku. Z lewej słownik ortograficzny w ciemnoseledynowej okładce, z prawej i przede mną mnóstwo zieleni na plakatach przedstawiających najnowsze dokonania ogrodnictwa w kwestii muraw piłkarskich. No dobra - za oknem kupa drzew, trawy i jakieś zboża. Te z kolei zielone są tylko na wiosnę, zakładając, że nie ma akurat suszy stulecia.



Tylko czasem zadaję sobie pytanie, czy chcę tu zostać. Bo ja już mam gotową odpowiedź i jeśli niekiedy łudzę się jeszcze, że może jednak dalsza egzystencja tutaj będzie miała pewne uroki i da się wytrzymać ze świadomością, że wszędzie dobrze...



Słońce wpadające o poranku prosto na moje łóżko, złota łuna kilkanaście godzin później, już na zachodzie. A w tak zwanym międzyczasie chmury ostro zaiwaniające po nieboskłonie i zmuszające do postawienia sobie pytania o celowość ich podróży - czy ja też jestem taką cumulusem, gnanym tam, gdzie akurat powieje? Oby nie.



Tuxedo

Dygresja

Jeśli człowiek ma za dużo wolnego czasu, to albo robi rzeczy, na które wcześniej go brakowało, albo zaczyna się bawić w szukanie, łapanie i otwieranie wspomnień. Ja wybrałem opcję numer dwa (opcja numer jeden odpadała z prostego powodu: jeśli nie miałem na coś czasu, to go po prostu... znajdowałem :)). Wspomnienia, które dopadłem i dusiłem dopóty, dopóki nie wyciągnąłem z nich przynajmniej częściowych "zeznań", były związane z AM. Powoli mija trzeci rok mojej aktywności w tymże i chociaż tekst nie jest okołomagowy ani rozrzewnieniowy, to kilka słów chcę napisać. Nie będę mówił, że było lepiej, że to se ne vrati. Za to mogę napomknąć, iż czasem wystarczy kilka spojrzeń w tył, kilka wdechów, podelektowania się atmosferą - i palce same nabierają rozpędu na klawiaturze. Trzy arty Krilla, dwa Donalda na dokładkę - i już wiem, że AM nie zginie nawet wtedy, gdy w nieokreślonej przyszłości przestanie istnieć. Dlatego wkurzają mnie głosy pomstujące na obecny poziom maga, przewidujące jego rychły koniec czy postulujące wręcz zamknięcie tegoż. W moich myślach zawsze będzie dla niego miejsce, zawsze ciepło pomyślę o ludziach, którzy go tworzyli i tworzą. Trzymajcie się, koledzy i koleżanki, pamiętając o tym, że tylko od nas zależy, co ten "wybryk CD-Actiona" będzie sobą reprezentował.



Inspiracje:

"Jest fajnie" - Krillin; i inni

"Margaret", "Papierowe skrzydła", "Z rozmyślań przy śniadaniu" i wiele innych - Myslovitz