STRUMIEŃ NIEŚWIADOMOŚCI

Poważnie?
(Antoni Libera)
PIP!
(Terry Pratchett)
A hyc! A Hoc!
(Witold Gomrowicz)
Co?
(Samuel Beckett)
Zgoda, szanowna pani.
(Honore De Balzac)
Ty byś tak... tego...
(Iwan Turgieniew)

W życiu nie czytałem Joyce'a.

Tak, to prawda, fakt objawiony, fakt, pardon moi, autentyczny. W całym tym moim osiemnastoletnim życiu jeszczem się z Jamesem Irlandczykiem na herbatce literackiej nigdy nie spotkał. Owszem, kojarzę gościa, nie powiem nie. W końcu literaturę się pochłania, coś nie coś się słyszało o tym i o owym, nawet po otworzeniu dowolnego numeru 'Filmu" czy "Teatru" spotkam się z mnóstwem odniesień do "Joyce' owskiej metody twórczej"(już mi się wymiotować chce od nieustannego odkrywania na nowo tych cech np. w "Osiem I Pół" Felliniego). W sumie, jakby na rzecz nie popatrzeć, wiem o tym wszystkim już całkiem sporo - do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze lektury jego dzieł, ale to przecież tylko formalność(niektórym krytykom np. wystarczy, że wiedzą co to była teoria Czystej Formy, nie muszą czytać Witkacego). O czym ja to... ach, Joyce. Oprócz tego, że konstruował sobie do spółki(choć oddzielnie) z Proustem nową literaturę psychologiczną, że cierpiał na bezsenność, a jego "Ulisses" tak poruszył krajanów, że kazali publicznie spalić rzecz na stosie, wiem również że ten pan miał podobnież ciekawy całkiem styl. Styl ten, czytelnicy moi, był rzecza prostą. Polegał na zastosowaniu narracji za pomocą strumienia świadomości. A cóż to takiego, to wie z pewnością każdy i przypuszczam, że niewielki ich odsetek przebrnął przez twórczość autora, o którym tak dużo tu mówię. Ot, siadamy i piszemy dosłownie co nam ślina na język przyniesie, skaczemy sobie po tematach, robimy dygresje, zupełnie jak w pamiętniku - tyle, że opowiadamy O CZYMŚ. Przynajmniej w teorii. No i ważna sprawa - kompozycja powstaje w naszej głowie w trakcie pisania utworu. Ot, rzec można - taki bluesowy jam.

Dlaczego tyle o tym Joyce'ie nieszczęsnym wypisuję? Cóż, tyle mi wyszło, przykro mi. Czy chciałem coś udowodnić, czy zmierzałem do czegokolwiek? Hmm, właściwie to nie wiem... ale moment, poprzestańmy na tym, czytelnicy, że pozostawię to pytanie bez odpowiedzi, wstawię gdzie trzeba odpowiedni wielokropek, skonstruuję figurę retoryczną i załatwię to tak, byście to wy głowili się nad sensem i przekazem(sam będe odcinał się od interpretacji). Rach ciach ciach, kompozycja otwarta, tajemniczość romantyczna.

Strasznie tu cicho. Włączyć by coś trzeba... Hmm, skoro już się pochwaliłem, że literaturę czytam(oprócz Joyce'a oczywiście) to i gustem muzycznym się pochwalę. Słucham Astora Piazolli w duecie z Roberto Goyą - "Vuelvo Al Sur". Czemu o tym mówię? Sam nie wiem, może dlatego, że potrzebuję utwierdzić się w przekonaniu, że jest choć jedna osoba na świecie, u której dźwięk owego nazwiska nie powoduje jedynie wytrzeszczu oczu połączonego z erupcją porów na korze mózgowej. Sam nie wiem czemu ludzie nie znają / nie kojarzą Piazolli. Długie życie miał chłop, a zawsze pod górkę. To jest temat na refleksję - czy każdy artysta, który osadza się lekko w danej konwencji, czy gatunku, ale nie trzyma się ściśle ich kanonów, musi być od razu wykpiwany przez purystów? Piazolla tworzył tango, ale nie było to takie tango, jakiego słuchać by chcieli Znawcy Tej Jakże Nieprzewidywalnej Muzyki. Powiadali, że profanacja, że rytm nie zawsze parzysty, że tańczyć się nie da, że tango to tamto, sramto i owamto. Ktoś im do główek nakładł formułek(że są królikami w tym miasteczku) że tangusio musi być za każdym razem, pyc w myc takie samo. Astor miał ich gdzieś, tak czy siak stał się gwiazdą, nie potrzebował do tego dobrych rad - bo tylko ten, kto zamiast słuchać rad, słucha głosu wewnętrznego i swojego talentu, ma szansę coś osiągnąć. Chociaż... no, nie chciałem demonizować, ale są tacy artyści i ja niektórych nawet znam, którzy marnują swoje zdolności na własne życzenie, a nad drzwiami mają wyrytą senstencję "Pasywność Jest Cnotą". Najlepiej coś takiego brzmi po łacinie, choć ostatnio jest już coraz mniej trendy i preferuje się egzotykę - ostatnio w dobrym tonie jest hebrajski, trzeba tylko sprowadzić jakiegoś dobrego kryptografa, ażeby w naszej tabliczce zamieszkał jakiś tajemny Kod.

Ironiczny jestem, ale co mi tam. Nie naśmiewam się tu z nikogo, ja tylko piszę - jakby nie było - po Joyce'owsku, przypomnijmy(dla tych z państwa którzy włąśnie włączyli telewizory), ja owego Joyce'a nie czytałem. Reklamacji więc nie przyjmuję, nie możecie wyskoczyć do mnie z szabelką i krzyknąć: to nieprawda, to nie James!

Trzeba było wreszcie przełamać autocenurę i autoselekcję moich tekstów do AM, być może właśnie piszę coś, co nadaje się do druku, coś, czego sam po dwóch tygodniach nie odrzucę. Mam na to sposób - wyślę to czym prędzej, nie zdążę się zniechęcić. Fakt, mało aktywny teraz jestem, ale jeśli mnie ktoś na zjeździe nazwie "nowym", to się chyba obrażę. Nie wspominając o tym, że czytam mag od ósmego numeru regularnie, opublikowałem weń sporo spuścizny(inna sprawa, że to głównie kąciki). To piszę, by sprawa jasną była. Wracając do AM... na długie, letnie wieczory najlepsze są numery ok. 40-50. Bywały perełki.

A pisanie jest ciekawym procesem, aktualnie doskonalę raczej warsztat niż piszę na poważnie, ale cóż, człowiek uczy się całe życie. Tak czy siak(bo wrócimy jednak do tematu sztuki) musiałem zwalczyć w sobie mimowolne skłonności do podpinania się pod styl cudzy, ale również nieustannie pilnować, by nie wymyślić przypadkiem nowej formy wyrazu - bo znam to z doświadczenia, ja wymyślam "nową formę", za chwilę łapię książkę danego autora i widzę że on na tej całej formie zęby pozjadał jeszcze wtedy, kiedy moje nie zdążyły się na dobre rozwinąć. Pamiętam ten szok po przeczytaniu "Trans-Atlantyku", myslałem że uduszę Gombrowicza gołymi rękami za wykorzystanie większości rozwiązań styilistycznych, które miałem zamiar wprowadzać do mojej twórczości. Aktualnie za to uważam się(żeby było jeszcze bardziej bufoniasto) za kogoś, kto rozumie tego autora lepiej niż on sam, w chwilach samouwielbienia ogłaszam się jego inkarnacją(awatarem?). Ale fakt, że od tej maniery uciekać było ciężko. Kiedy myslałem już, że batalia wygrana, że wróg oddaje skład z węglem za kromkę chleba, wpadł mi w ręce(całkiem niedawno) Pratchett. Przez chwilę myślałem, że wyjdę z siebie - moje te ulubione dowcipy, mój ulubiony ten docinkowy styl! Nawet szyk zdań podobny... Ale nic to, trzeba pisać po swojemu, nie po ichniemu. Trzeba być sobą, tak mówi nawet pani w reklamie szamponu do włosów. Jeśli mówią o tym nawet w reklamach, coś musi w tym być.

Taak, bo najlepiej pisać o tym, jak to bardzo ułomny jest nasz styl i jak to bardzo próbujemy go zmienić. No tragedia dekadencia po prostu. Ja propaguję ostatnio mowę potoczną, jeśli o mnie chodzi. Wydaje się jakaś taka szczersza. To jest niejako sprawdzian - jeśli to, co napisałem jest pod względem stylu, doboru słownictwa, czy też choćby samego toku rozumowania do twórczości Joyce'a podobne, to się zdrowo wkurzę, zacznę napadać na wioski, kraść kobiety i gwałcić kury. Dlatego to ostrzeżenie, dlatego ta otoczka - jakby coś, jesteście pierwsi. Ekskluziw, tylko na łamach AM.

Szlag by to trafił, króca fuks. Człowiek wpada wreszcie na pomysł, o czym ten art mógłby być, a tu miejsce mu się kończy. I ani myślę kasować tego, co napisałem wyżej. Choćby dlatego, że to czysta pure 100% prawda i zgadzam się sam ze sobą. Phnom pisał kiedyś o człowieku, który zna siebie dobrze i mimo to sobą nie gardzi - uwierzcie mi, da się to zrobić. Czym takie postępowanie owocuje, to już inna sprawa. W moim przypadku, jak widać, jest nienajlepiej. Where's the nearest hospital? Nie, w takich warunkach nie da się pisać, trzeba uruchomić odtwarzacz. O, "czterdziestka" Mozarta nadaje się w sam raz, nie ma to jak posłuchać trochę ulotnych, leciutkich jak piórko dźwięków i chwalić się przed całym światem, że słucha się muzyki, pardon, powaznej. Jeśli Mozart był poważny, to ja w takim razie jestem wcieleniem tego całego Joyce'a. Widzicie, znów się o nim rozpisuję. Bawię się, czy to tak trudno pojąć, czy tak trudno zrozumieć, że czasem autorowi chodzi po prostu o dobrą zabawę? Autor plącze słowa, skacze palcami po klawiaturze, w rytm "Marsza Tureckiego", czyli adante presto vivace amigo molto bene, kołysze się w błogim śnie, pisze to jedną, to drugą ręką i naprawdę go nie obchodzi, czy kotokolwiek będzie go czytał.

Nie wszystko na tym świecie musi być przemyślanym pastiszem, lub też czarnym sarkazmem, nie każde odniesienie do polityki jest głosem zabranym w debacie "komuchy czy kapitaliści", nie każde wspomnienie o Żydach jest zajęciem stanowiska w sprawie holocaustu. Osadzenie akcji książki w Hiszpanii podaczas II wojny nie zawsze kierowane jest chęcią sportretowania społeczeństwa na przełomie lat 1943-44(zwłaszcza, że akcja dzieje się w jaskini pośród sierras, u prawdziwych górali). Czy przywoływanie w utworach postaci historycznych musi wiązać się z pedantyczną dbałością o zgodność z realiami, czy musi to być zawsze "rozprawa z dawnymi czasami"? Czy fakt, że autor jest amerykaninem, automatycznie musi implikować rozważania na temat "obrazu Stanów Zjednoczonych oczami..." , zwłaszcza że to czysty surrealizm? Gdzie się podział ponadczasowy odbiór sztuki? Gdzie się podziała ponadczasowa sztuka?

Autor nie odpowie. Autor się bawi. I tak ma wszystko gdzieś.

© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)