|
06.00 - dyżurny kompani drąc się wniebogłosy krzyczy
"POOOBUDKA, POOOBUDKA, WSTAWAĆ!". Oznajmia tym samym początek
kolejnego cudownego, wojskowego dnia. Mam aż pięć minut na oprzytomnienie,
ubranie się w niebieski strój sportowy i wybiegnięcie przed
budynek. 06.05 - kompania 1. zaczyna poranny rozruch, czyli bieg na
odcinek skromnych trzech kilometrów. Niektórzy wysiadają po dwóch,
niektórzy po jednym, a niektórzy w ogóle nie wysiadają z budynku, skrycie
czekając pod łóżkami, w bakistach (szafki) lub w kibelkach na powrót
kolegów, co grozi wykryciem przez bosmana lub chorążego, a wtedy lepiej
udawać rozchorowanego lub jeszcze lepiej - martwego. Ale jak się uda, ma
się pół godziny dla siebie, które przeznaczyć można na ogolenie,
przebranie w moro lub pościelenie łóżka. Albo i przespanie. 06.45 -
pierwszy posiłek, śniadanko. Kompania stoi przed stołówką i kolejno
rządkami udaje się po swoje racje żywnościowe. Najbliżej wejścia krzyczy:
"PIERWSZY SZEREG BACZNOŚĆ! KROK NA WPROST MARSZ, W LEWO ZWROT!
(czyli w stronę wejścia) ZA MNĄ MARSZ!" - tak to wygląda. Jeśli
komuś się ta komenda pogmatwa, wtedy calutki rząd uczciwie cofany jest na
koniec kolejki. A wtedy ten, co się pomylił, dowiaduje się o sobie takich
rzeczy od kolegów, jakich nawet sam o sobie nie wiedział. 06.35 -
przyglądam się temu zielonemu odcieniowi, który tak podkreśla kosmate
okrycie. Wiecie, co obserwuję? Chleb! Chleb, serio! Zielony! Z włoskami!
SIIIC! Dziwota, że się nie rusza. Nie ma to jak zgniły chlebek o poranku.
W międzyczasie zastanawiam się, jakim sposobem mam się najeść dwoma
bułkami, kostką masła 1x1cm, trzema plasterkami hiper-tłustej szynki i
kubkiem herbaty. 07.20 - korzystam z chwili wolnego czasu, który
zarobiłem w godzinach 06.05 - 06.35 ukrywając się w kiblu. 07.55 -
idziemy na zajęcia. Jako hydroakustyk kieruję się na lekcje, gdzie mówi
się o dźwiękach. Nasz instruktor, bosman o cywilnej mentalności (czyli
skarb), produkuje się głównie po to, by nas uśpić. W żadnym wypadku
nauczyć. Z umysłowego zamulenia budzi mnie tylko dzwonek na
przerwy. 14.20 - wracamy na kompanię po niezbędnik (komplet sztućców) i
udajemy się na obiad. Pierwsze danie to woda z pyrami, co po wojskowemu
znaczy zupa. Potem ziemniaki, dwa rodzaje surówek (co za rozrzutność!),
kawałek soczyście krwistego mięska i kompocik. Na konsumpcję masz aż 10 do
15 minut, więc spokojnie, bez pośpiechu, jeżeli nie zdążysz zjeść
wszystkiego - jutro też jest obiad! 16.00 - tak zwane samokształcenie.
Idziemy hurtem do sali zajęć, siadamy w ławkach. Następnie otwieramy
zapisane zeszyciki i kładąc głowę na ławce czytamy je. Z zamkniętymi
oczami. Można też, jak niektórzy, chrapać. Dzwonek oznacza koniec tej
sesji. Czy tam sjesty, jak kto woli. 17.45 - od tej godziny zaczyna się
ulubiona część bycia żołnierzem. Teoria głosi, iż mamy czas wolny i
jednocześnie do dyspozycji dowódcy. W tym czasie robimy rejony, czyli
sprzątamy, a sprzątanie jest tutaj traktowanie jak nabożeństwo, czyli dość
idiotycznie, bo skrupulatnie. Często też dzwoni dyżurny kuchni i ubolewa
nad niedyspozycją wybrańców z sąsiedniej kompani, którzy mieli zaszczyt
obierać ziemniaczki, tj. bagatela dziesięć woreczków. I ktoś ich musi
zastąpić. Pan podoficer naszej kompani bierze długopis i kartkę i wyrusza
na nagonkę, cel: upolować dwudziestu "ochotników". Pierwszy ochotnik
zgłosił się dość nieświadomie - podczas snu. Spał, a podoficer kopnął w
jego łóżko i oznajmił, że za pięć minut ma stać przed budynkiem i czekać
na resztę. Drugi ochotnik podbiegł do podoficera z głupim pytaniem i
przypłacił to obierakiem. Kolejny miał niewypastowane glany, inny szczura
na pysku, co jest very karygodne. Ustrzelana dwudziestka wyrusza na swoje
zadanie bojowe, a reszta puszcza wstrzymany dziesięć minut wcześniej
oddech. Życie toczy się dalej. Gdy chłopakom z pokoju zagląda w oczy widmo
nudy, szukają zajęcia. To niedobrze. Upatrują sobie np. bakistę pechowca,
który właśnie polazł na obierak, i stawiają ją do góry nogami, serwując mu
fantastyczną niespodziankę powrotną. Układanie całej zawartości zajmuje
cenne 15 min fritajmu, a samodzielne ustawienie bakisty jest jak rozkład
dnia Toma Cruise. Mision Impossible. 18.00 - na świetlicy zaopatrzonej
w tv i - uwaga! - odtwarzacz DVD ma się odbyć seans filmowy. Brawura,
szybkie tempo akcji itp. Wchodzę i oglądam. Wszyscy oglądają w skupieniu,
od czasu do czasu ktoś rzuci podręcznym komentarzem, wywołując rubaszny
rechot. Co chwila ktoś wstaje i wychodzi, a zapytany, gdzie idzie,
odpowiada, że do kibla. I nie wraca. Tytuł filmu? "Cyckomania 2000.
Mocarne kutasy". Wspaniały film, akcja się posuwa! Do przodu i nawet od
tyłu. Po filmie dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy potrzebują chwili
intymności. 19.00 - kolacja. To samo, co na śniadaniu, tyle że w
mniejszej dawce. Osobiście coraz rzadziej na nią chodzę, bo dojście tam i
powrót zajmuje więcej czasu niż jedzenie, a i tak za dużo jego nie ma.
Wolę w sklepiku zaopatrzyć się w kilka snickersów i jakieś piciu.
20.00 - na kompanię wpada chorąży z bosmanem. Ich wzrok, oddech i
chwiejący tryb chodu oznacza jedno: pijani jak kombajny. Wtedy lepiej
wykazać się czystym rozsądkiem i omijać ich możliwie największym
łukiem. 20.10 - nuda sieje spustoszenie, a jej ofiary nielegalnie śpią
sobie na łóżkach (za dnia wylegiwanie na łóżku jest zabronione). Błąkam
się po kompani w poszukiwaniu zajęcia, choć to trudne. Samowolnie biegnę
po loda do sklepu, zagaduję parę osób na tematy niespecjalnie
wyrafinowane, bo inaczej tutaj nie da rady rozmawiać. Oglądam trochę
niemieckiego MTV, mimo kompletnego braku integracji z wytapetowaną
prezenterką (no szprechen po dojczland), później dobieram się do
pamiętnika w zeszycie i piszę trochę o aktualnym stanie rzeczy. Albo
czytam gazety. A że tutaj gazeta o najmniejszym stężeniu erotycznym to CKM
i Playboy, to jego czytam najczęściej. Jak taką gazetkę zdobyć? Wchodzisz
do pokoju z pozornie pokojowym zamiarem, chwytasz pismo i nie bacząc na
ryk złości jego właściciela wybiegasz tempem strusia emu. W ramach
samodoskonalenia fizycznego można także udać się na siłownię, by tam z
powodzeniem rzeźbić swoje bicepsy, tricepsy i mięśnie czoła. Jeśli chcesz
do kościoła - droga wolna, ale jest pewne ale. Haczyk polega na ubraniu:
musisz tam iść w mundurze wyjściowym, czyli w czarnym, grubym, odpowiednio
zszytym kocu. Dodać do tego 30 stopni w cieniu równa się samobójstwo
tudzież samozapłon. Niby możesz iść do kina, choć jeszcze nie znam nikogo,
kto to kino widział na oczy. Bibliotekę to widział jeden żołnierz. Niby
możesz iść na przepustkę do rana, ale dowódca nie bardzo się kwapi
wypisywać coś takiego. Oczywiście od czego ma się tzw. wspomagacze w
postaci Castsa i wolną kabinę w toalecie? Znaleziono niedawno trzy
"zużyte" pornosy. Pozostali marynarze są najwyraźniej bardziej oszczędni.
W ch... cięcie też zajęcie, nie? Dowódca mówi, że wyruchalibyśmy wszystko,
co ma dziurę i na drzewo nie ucieka. 21.00 - porządki rejonów (hol,
kibel, palarnia, świetlica), co równa się obijaniu. Mycie i pastowanie
podłóg, polerowanie pisuarów, klozetów i pryszniców. Pastowanie butów i w
końcu higiena osobista. Tu jednak również tkwi haczyk. Kiedyś z kranu u
Kiepskich płynęło piwo zamiast wody. Nie, w usteckiej marynarce nie płynie
piwo, ale za to ciecz kolorystycznie identyczna. Żółto-złocista woda, za
pomocą której mam w jakiś sposób zrobić sobie porządek między nogami,
która ma mi pomóc w umyciu mego ponętnego ciałka, i którą mam wypłukać
pastę do zębów z mojego pyszczka. Powaga, żółta woda. Kiedyś widziałem jak
podczas opróżniania szamba uroniło się kilka litrów. Woda (i jej gratisowe
składniki) wyglądały na czystsze. 21.30 - rozliczenie bojowe. Zbiórka
całości przed budynkiem w celu sprawdzenia obecności, stanu kompani,
ogłoszenia przydzielonych służb i tak do zanudzenia na amen. 21.45 -
poprawianie czystości toalety, układanie pół na biało (czyli ścielenie),
transfuzja ubioru (z dresu w pidżamkę) i czekanie na capsztyk. 22.00 -
kompania idzie (prawie) spać ("a prawie robi..."). Zmęczeni dniem
zasypiają pięć minut po dziesiątej, reszta sobie leży, gawędzi, słucha
radia, kręci się od pokoju do pokoju z nadzieją, że w jednym z nich
zastanie samotną, napaloną blondynkę, lub też potajemnie wymyka się na
palarnię, by spalić ostatniego szluga. Ja czasami włączę sobie z kumplem
Baronem Z (hejah!) głupawkę i naśmiewamy się ze wszystkiego. Niekiedy
filozofujemy. Często biorę telefon w rękę i korzystając z pakietu smsów
piszę jak maniak do wszystkich znajomych (hejah dla Smolucha!). 23.30 -
najtwardsi leją wodę dalej. Dowódca po raz ostatni robi obchód po
pokojach, kroi telefony, ucisza co głośniejszych anty-śpiochów i stara się
jak może, żeby nikt nie wyczuł z jego oddechu paru promili. 00.30 -
zzzzzzzzzzzzzzzz... 06.00 - "POOOBUDKA, POOOBUDKA,
WSTAWAĆ!". Jeszcze tylko siedem
miesięcy... |