Odczucia

Mały spacer. Dobry przeciw hemoroidom. Kucamy, maszerujemy, stajemy, nie siadamy! No tak, trzeba spisać. Po lewej jebany ciągnik zakłóca przekaz serduszka, za budynkami gospodarczymi pani "rzuca kurwami". Schorowana. No dobra, schorowana, ale ile można słuchać "k... k k...!" matki. Potem że dzieci mizerne i syn nie zostanie komandosem (jak sobie wymarzył).

Stajemy nad kopcem mrówek. Nieee... Drugi ciągnik. Wiecie już, jak wygląda spacer po terenach wiejskich. Zero kontemplacji, przekaz z serduszka mocno zagłuszony. Co za gówno mentalne. Wieś.

Najlepiej pójść do domu. Nie. Dom = siedzenie = hemoroidy. Niszczenie kręgosłupa.

Więc tupię mocno prawą nogą. Wytrzeszczam oczy. Udaję świra kręcąc bez ładu głową. Patrzę na niebo. Może tam jest Bóg? Eee, byłem oszukiwany przez księży i matkę. Bo trudno uwierzyć. Kukurydza. Marna, w końcu susza była, czyli brak deszczu. Przyjemne wilgotne powietrze. Barwy otoczenia nasycone. Nie ma tego szkodnika słońca, co barwy knoci, więc jupi, happy birthday. Sąsiad wraca do domu (samochodem), ja stoję z podkładką, papierem, ołówkiem. Jak poeta?

Tak, tu nic nie ma. Chyba, że ktoś łączy się z naturą poprzez podziwianie górki obornika. A może?

Co może? Natura jest fajna. A jak wrócę do domu, znowu będzie niefajna. A może fajna.

Wracam do domu. Obornik, ciągniki, "rzucanie k...", mentalne gówno.

Ceeebula

P.S. Odczucia ze spacerku po wiosce. Spacer krótki, to i tekst krótki. Pewno wolelibyście opis tego, jakie świrnięte rzeczy ludzie tu robią. Niestety, mieszkam tu, jeszcze kto przeczyta i wyjdzie na to, że to nie ja jestem świrnięty.

P.S.2 Ciekawe, czy Mietek wyjdzie jeszcze na kupkę gnoju z lornetką w rękach.