Chciałem dobrze, tyle powiedzieć mogę. Mogę powiedzieć także, że nie chciałem, aby ten tekst wyglądał jak wynurzenia jakiegoś przygniecionego życiem popaprańca. Albo jeszcze gorzej - kilkunastoletniego, przygniecionego życiem popaprańca. Przybrałby ów twór na żałosności i ogólny klimat zmęczenia i toporności. Jeśli tak się stało to cóż... chciałem dobrze.

Motyw przewodni 

          " Mało o sobie wiem, mimo, że ciągle o sobie myślę "

                                                                                                                                                      Jacek Kaczmarski

     Trochę żałosne to zdarzenie: koń zdechł na zawał (nie jest to żadna aluzja). Po latach pracy na roli, w jakiś parny dzień - wydawać się może - woli zejść na zawał niż męczyć się z wozem. Widząc zwłoki konika w rowie naszła mnie taka myśl: czy życie takiego Łyska nie jest alegorią życia człowieka. Czy człowiek nie widząc sensu swojego działania, cięgnie egzystencję, aby niewiadomo kiedy udać się na piwo do Abrahama? 

     W jaki sposób żyć, aby przed przejściem na drugą stronę smugi cienia czuć chociaż lekką, podskórną satysfakcję ze swojego życia? Mieć sensowniejsze życie od tego choćby konia!                                                                                         Mógłbym poszukać nadziei i celu życia w religii, która daje szanse "życia po życiu". Cel i nadzieja to oczywiście Niebo, Zycie Wieczne czy inne Pola Elizejskie, Valhalla lub Nirwana, Reinkarnacja, itp. I życie z taką nadzieją, w którą bezgranicznie bym wierzył i do której dążył, byłoby łatwiejsze! Ale nie umiem uwierzyć w takiego Boga, który potrzebuje zastępu urzędników 
i pośredników na ziemi, by wskazywali jego palcem. Jednak światełkiem nadziei tlącym się w mrokach jest szansa że Bóg istnieje, ale nie interesuje go kompletnie to co dzieje się na ziemi. Taki deizm. Taki agnostycyzm. Takie odurzenie. Taka ucieczka.

     Cyprian Faun jest bohaterem książki Zegadłowicza pt. "Motory". Jest on przekonany, że przyrodnicze spojrzenie na życie jest najlepsze. I może ma rację, że jest najlepsze, ale na pewno nie jest zbyt optymistyczne dla jednostki. Po owym spojrzeniu nie będziemy zachwyceni. Człowiek dojrzewa kilkanaście lat, by w kluczowym momencie poruszać tyłkiem albo \ i  użyczyć brzuch na dziewięć miesięcy. A później, w czasie starości marzyć by znowu mieć to kilkanaście lat... .                                    

     Jeśli za filozofię życiową nie może służyć spojrzenie z punktu biologii lub religii to może poszukiwanie spełnienia jakichś uczuć nada treść życiu. Pierwsza na myśl przychodzi miłość. Tak pięknie przedstawił ją Luc Besson w "Piątym Elemencie". Jako siłę ogromną, jeden z żywiołów, potrafiąca pokonać całe zło nie tylko świata, ale i wszechświata. Z drugiej strony miłość to stan kiedy w mózgu tworzą się opiaty, narkotyki podobne w działaniu do opium. Chociaż to też piękne... na swój sposób.

     Załóżmy hipotetycznie, że któreś z opisanych zachowań uczynimy naszą filozofią życia. Obawiam się, życie wyglądałoby niczym życie wspomnianego Łyska, albo... jaszcze gorzej, jak egzystencja (wegetacja?) ministra edukacji. Nie tylko ciężkie dzieciństwo, pasmo nieszczęść w dorastaniu i w życiu dorosłym, ale także atrofia mózgu. Dowód - spójrzcie na jego twarz (jeśli można to tak nazwać), jaka zmęczona :-)                                                                                                           Dlaczego nie mogę stwierdzić jednoznacznie o istocie istnienia, że jest cudowne lub jest beznadziejne. Bo jest i takie i takie.  Często jednocześnie. 

     Rzekłbym, że z człowiekiem jest jak z tymi chińskimi pierwiastkami zła i dobra (jang i jin). W każdym źle jest trochę dobra, a w każdym dobru trochę zła. Symbol przedstawia biel i czerń, ale odszedłbym od dualizmu. Skierowałbym uwagę na wieloodcieniową szarość. Człowiek to nagromadzenie rozmaitych uczuć, emocji, zachowań czy innych postaw. I nie da się wybrać jednego składnika, a inne ignorować. To jak z przysłowiowym garbem - nie da się usunąć, więc trzeba polubić. 

     I tak chyba już jest że życie jak to pudełko czekoladek (nigdy nie wiadomo co się trafi) czasem poezja istnienia, a czasem proza życia, czasem poważne, czasem naiwne, czasem szlachetne i wzniosłe, czasem zwierzęce i instynktowne. Często i takie i takie jednocześnie. Więc trzeba chyba poszukać złotych proporcji. Prawda jest zawsze po środku. Cokolwiek to znaczy.

A tak w ogóle to...

          "Trzeba całego życia, by nauczyć się żyć."                                                                                                   

                                                                                                                                                                           Seneka

          "[...] bowiem zmarli powoli przytomnieli po życiu i okazało się, że stracili dany im czas."

                                                                                                                      Olga Tokarczuk "Prawiek i inne czasy" 

 Absurd