ANTYTEKST
Hellouuuuuuuuuuuu!!!!!!!!!!
Tę radość wyklikałem z powrotem na mojej wiekowej klawie. Jakieś naście
dni temu walnąłem w tę nową, kupioną do
napisania magisterki, i przestały działać trzy przyciski. No to podłączyłem
starą, o której myślałem, że już nigdy nic nie
napisze bo została zalana, a tu miła niespodzianka. Następnie sprawdziłem
jak wygląda klawiatura rozwalona o mebel. Trzy
razy walnięta rozsypała się w drobny mak, a przyciski zasłały mi dywan.
Jakieś części będę jeszcze przez pewien czas
znajdował.
A tak w ogóle to kurde, bardzo spokojny jestem. Mam tak ostatnio na włóczęgach,
że parę dni się cieszę z faktu bycia
poza domem, a potem wszystko zaczyna mnie nudzić i wkurwiać. Jakby mi się
przejadły. Wtedy skupiam się tylko na myśli
o powrocie do domu, "wrócę" - myślę - "i wszystko zacznę od
początku". Jak trzeba przeglajbować jeszcze parę dni w trasie,
to raczej nie wracam wcześniej, tylko się zawieszam na tej myśli i czekam.
Taka zwiecha złapała mnie na tegorocznym
Woodstocku. Gdy wczoraj zeń wróciłem, poczułem się odprężony. Nie chce mi
się przykładowo gonić po klawiszach jak
szalony, co ostatnio zawsze staram się robić, gdy piszę. Kutwa, to wkurw
sprawia, że moje teksty dają się czytać. To wkurw
i inne takie sprawiają, że chce mi się je pisać. Wtedy piszą się same.
Teraz cedzę jakieś niewydarzone refleksje jak
z durszlaka i czuję, że to, co naprawdę chcę powiedzieć, siedzi gdzieś głębiej
i nie ma akuratnie ujścia. Zwykły krater, przez
który zwyczajowo uchodzi, dziś nie jest nawet wentylem bezpieczeństwa, bo mi
takiego nie potrzeba. Nic nie drażni, nic nie
przeszkadza, nie wkurwia, wskutek czego poza artystowieszcza od wzburzonych artów
o niczym odpada. Pokręcone
i zaimprowizowane zdania, wyrażające zwykle jakąś aktualną ósmą pochodną
tego co czuję (albo i nie wyrażające), wyłażą ze
łba, ale nie chcą mnie samemu dać się strawić. Chce mi się poprawiać,
stylizować, czytać drugi raz po napisaniu
w poszukiwaniu błędów... kto by o tym wszystkim myślał, gdyby mi się dziś
- cholera jasna - nie przytrafił dzień, w którym
wszystko jest w jak najlepszym porządku!!!
Mówi mi coś, że powinienem napisać więc stylem spokojnym, bardzo poważnym,
który w połączeniu z brakiem dobrego
pomysłu będzie równał się dłużyźnie i nudzie. Tak napisał mi kiedyś
Eddie. Dopiąłeś swego Mistrzu, zafundowałem AeMowi
transfuzję i wycofałem się na bezpieczne posady gejtkiperów, a jak już pisałem,
to inaczej. W tej jednak chwili znowu chce mi
się pisać o tym, jak to coś sobie na przykład po młodzieńczemu uroiłem i
że chce mi się wydawać, iż to jest ważne
niezmiernie. Jakąś autoanalizę popełnić, albo i dołożyć po prostu kolejną
cegiełkę do mojej AMagowej spuścizny i poprawić
się na stolcu Wielkiej Legendy AM, takiego naszego własnego Kazika z bożej łachy.
Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Jak
nie jakaś jazda albo emocje, to moje teksty można czytać szachistom na sen.
Czasami lubię jakiemuś nudnemu kierowcy stopa popieprzyć o niczym. Wtedy to
nie jest uczciwa gadka - szmatka, która
bawi i sprawia, że czas przyjemniej płynie, tylko sakramencko nudne oczywistości.
Gościowi się akurat chce gadać, ale nie
ma o czym, a ja pieprzę na przykład o zakapiorach bieszczadzkich albo o
partiach politycznych w Europie, rzeczy, które
wiedzą już dzieciaki z gimnazjum albo z późnej podstawówki. Zupełnie
jakbym deklamował Redutę Ordona po raz dwusetny.
Po co? Dla wygody i ucieczki. Tak i teraz pieprzę wam. I jeszcze dlatego, bo w
sumie bałem się trochę niepotrzebnie. Fajnie
popieprzyć można nawet o pieprzeniu niefajnym. Ot, wróciłem z wakacji i
gadam sobie. Tak jak rok temu, kiedy mi się zdarzyło
w rezultacie tego ględzenia napisać coś fajnego. Teraz jest mniej fajnie, ale
znalazłem sobie na chwilę definicję, hurra!!! Już mi
się nie chce poprawiać i stylizować, wszystko w normie, jestem na powrót
nadgryziony. Ciekawe kiedy ja naprawdę odpocznę.
Jak już przywiozę dobry nastrój, to gram z nim w kotka i myszkę, zwieszam się
na parę godzin i sprawdzam, czy on jeszcze
potem będzie. Na ogół wytrzymuje do dwóch dni.
Tu jest koniec, bo mi się dalej nie chce.
Donald
31-07-2006
A tak chciałbym napisać coś pełnowartościowego kiedyś, bez błaznowania,
bez jaj, tak siąść, postarać się i napisać!
Wyobrażam sobie jakie to by piękne musiało być. Cudownie czyste i
romantyczne i wzniosłe i wszystko od tego momentu by
było lepsze i mądre. Albo żeby za mnie taki tekst Union pisał, a mnie się
wydawało, że to ja.
Ten tekst, (mimo że głównie przy okazji), jest moją cegiełką w odwiecznym
sporze ludzi, co są zupełnie zieloni albo szarzy
i piszą bzdety, a myślą, że mają coś pod kopułą, podczas gdy to jest w
rzeczywistości instrukcja obsługi, i takich, co mają
otwarte horyzonty, nawet jakby im się rysowały w najbardziej dziwacznym świetle,
który to spór ostatnio zarysował się na
forum AM i w puli głównej. Sam jestem cholera w pierwszej grupie, ale kibicuję
drugiej z całego serca.