Ktoś powiedział, że większość felietonistów Action Maga nie pisze na początku swojego tekstu, o czym właściwie on będzie, nad czym zresztą ubolewał. Ja staram się pozałamywać ten zwyczaj i uprzedzam, że ten tekst traktuje o sprawie przyziemnej, ale poważnej i ważnej. Tekst ten jest propozycją, która, jeśli zostanie zaakceptowana, będzie miała wpływ na wszystkich autorów i czytelników AM. Z tego powodu proszę o przeczytanie go do końca i o chłodne rozważenie zawartych w nim propozycji.
Jeśli ktoś pyta mnie o moje poglądy, a ostatnio zdarza się to coraz częściej, odpowiadam, że jestem konserwatywnym liberałem. Co prawda nienawidzę tego terminu (jak wszystkie oksymorony w rodzaju "kultury masowej"), ale jest on zgodny z prawdą i wygodny. Rozwijając myśl, moje poglądy są liberalne w sferze ekonomii, ale umiarkowanie konserwatywne w dziedzinie obyczajów. Potrafię więc docenić tradycje, ale jeśli widzę, że coś mogłoby funkcjonować lepiej, i poprawiając to nie niczego nie popsuję, nie widzę przeszkód do zmian.
Dokładnie tak jest w przypadku nazwy tego zina, Action Maga. Uważam, że zmiana tej nazwy byłaby bardzo pozytywną decyzją.
Argumentację tego śmiałego, nawet bardzo śmiałego, twierdzenia, zacznę od przypomnienia genezy nazwy, bo przypuszczam, że są tacy, którzy jej nie znają. Action Mag był początkowo roboczą nazwą dla bazy tekstów, która była pomysłem oczywiście Qnika. Miały się w niej znaleźć wszystkie archiwalne teksty z CDA. Miały się znaleźć i znalazły się, aczkolwiek nie tylko one i to nie one były przyczyną popularności zina. Jak powszechnie wiadomo, rzeczy tymczasowe utrzymują się najdłużej i w końcu na cover CD dołączonym do CDA znalazł się zin o nazwie Action Mag. Potem wszystko potoczyło się samo. Zgrabnie opisuje to sam Qnik:
W zamierzchłych czasach miał być [Action Mag] właściwie tylko przedłużeniem owej rubryki [Action Redaction], jak i sceny czy suflera: miało się w nim również znaleźć miejsce na teksty autorstwa czytelników - jednak po kilku miesiącach zaczął żyć własnym życiem, coraz bardziej odchodząc od CDA i tematyki okołogrowej, orbitując zaś w stronę gigantycznego forum dyskusyjnego1.
Najlepsze, że te słowa zostały napisane cztery i pół roku temu, a od tamtej pory proces odchodzenia od pierwotnej tematyki zina nie zwolnił. Wręcz przeciwnie: po upowszechnieniu się Internetu, z którego można za darmo ściągnąć każdy numer, związek AM z CDA jest symboliczny. Oba periodyki łączą: osoba naczelnego (Qnik) i nazwa. Niewiele. Natomiast AM z Action Redaction, od którego ma swoją nazwę, nie łączy nic. A co ma wspólnego słowo akcja z mottem zina: Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce? Dla mnie nie jest więc zasadne pozostawienie obecnej nazwy.
Na pewno ktoś powie, że przecież bez CDA nie byłoby AM i nazwę należy zachować z wdzięczności dla niego. To prawda, ale rozważmy, co jest priorytetem: sentymenty i nostalgia czy nazwa, która będzie mówiła nowemu czytelnikowi prawdę o tym, co można znaleźć w sygnowanym przez nią piśmie?
Wspomniałem o nowym czytelniku i w ten sposób płynnie przechodzę do następnego argumenty. Nawet jeżeli potencjalny nowy czytelnik nigdy nie słyszał ani o CDA, ani o AR, nazwa Action Mag i tak będzie myląca. Sugeruje bowiem, że można znaleźć w nim szeroko pojętą akcję. I można, w Na Luzie, ale ten dział nie jest trzonem zina. Jest nim dział z tekstami, który jest, jak powszechnie wiadomo, przeznaczony dla duszy. W ten sposób czytelnik nazwa wabi niewłaściwą tzw. grupę docelową, to jest skutecznie odstrasza ludzi, którzy mogliby być dla AM wartościowi, zanim ci dotrą do wstępniaka.
AM jest zinem tworzonym jak najbardziej profesjonalnie, ale nazwa na to nie wskazuje. Mówiąc mniej dyplomatycznie, jest tandetna i kiczowata. Mnie irytowała od zawsze. Zawsze też miałem opory przed szybką odpowiedzią na pytanie: "To jak nazywa się ten zin, do który czytasz / do którego piszesz?". Bo jakie jest dla dziewięćdziesięciu pięciu procent przeciętnych ludzi skojarzenie z nazwą Action Mag? To przemilczę, bo napisałbym coś wybitnie niedyplomatycznego
A teraz przyjmijcie, że jesteście całkiem zieloni w dziedzinie zinów. Macie przed sobą nazwy dwóch z nich: Action Mag i Esensja. Który, kierując się tylko nazwą, wolelibyście poczytać? Dla mnie to pytanie retoryczne.
Domyślam się, że sama krytyka nie wystarczyłaby, bym osiągnął swój cel. Dlatego, a także po to, by pokazać kontrast pomiędzy dwoma nazwami, wysuwam pierwszą propozycję nowej nazwy dla AM. Brzmi ona Samizdat.
Czym jest samizdat i dlaczego według mnie pasuje do tego zina? Jak podaje "Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych" Władysława Kopalińskiego jest to:
Popularna nazwa prywatnych druków (zazwyczaj o charakterze ideologicznie dysydenckim) w byłym ZSRR w okresie państwowego monopolu wydawniczego. Etymologia rosyjskie popularne żartobliwe na wzór nazwy Gosizdat, skrót od Gosudarstwiennoje izdatielstwo "wydawnictwo państwowe"; samizdat "sam (prywatny wydawca)"; izdat(ielstwo) "wydawnictwo".
Tyle słownik. Nazwa, jak nazwa, powiecie. Wysłuchajcie jednak definicji tego słowa napisanej przez jednego z najsłynniejszych radzieckich dysydentów, Władimira Bukowskiego, w jego autobiografii "I powraca wiatr...":
Następnie wystawiłbym pomnik maszynie do pisania. Zrodziła całkiem nową formę wydawnictwa - samizdat: sam piszę, sam cenzuruję, sam wydaję, sam kolportuję i sam za to odsiaduję. Samizdat zaczynał się od publikowania twórczości zakazanych, zapomnianych i prześladowanych poetów - wszystko to, co ze względów cenzuralnych nie mogło zostać wydrukowane oficjalnie, trafiało do samizdatu. Dziś ma wśród swych autorów dwóch laureatów Nagrody Nobla.2
I jeszcze o tym, jak wiele dla Bukowskiego znaczył w tamtych czasach samizdat:
Jednakowoż w owych czasach kultura nasza była dopiero w powijakach. Nikt nie zamierzał przyznawać jej Nagród Nobla nic oprócz więzienia mnie nie czekało. Ja zaś, przypadkowo, po omacku się na nią natknąwszy upatrywałem w niej jedyną możliwość życia, jedyną alternatywę.3
Obie definicje podają, a przynajmniej sugerują, że samizdat wynaleziono w ZSRR. Nazwa jest, i owszem, radziecka, ale ideę samizdatu wynaleźli tak jest, Polacy. I to kolejny argument ku temu, że taka nazwa pasuje do polskiego zina. Już za cara na polskich ziemiach nielegalnie drukowano. Natomiast w późnych latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych polski samizdat był największy i najbardziej profesjonalny w całym bloku państw wschodnich. Z niewielką przesadą można powiedzieć, że od trzeciego rozbioru Polski do 1989 roku nieustannie funkcjonował cały czas udoskonalany samizdat (nawet przez dwudziestolecie międzywojenne!).
Chyba już niektórzy wiedzą, dlaczego nazwa Samizdat wpisuje mi się w AM. Pisząc tekst, jestem zdany tylko na siebie. Sam znajduję pomysł, sam zbieram materiały, sam przelewam je na papier, sam sobie jestem korektą i cenzorem, a nawet specem od oprawy graficznej. Ponadto każdy ma do tego zina wstęp, bez względu na poglądy, a sam zin nie jest w żaden sposób kontrolowany przez władze. Sam, sam, sam Samizdat! Krótkie, eleganckie, łatwe do zapamiętania i odpowiada temu, co można tu przeczytać i zobaczyć. Idealne!
Zbliża się setny numer. Okazja jak się patrzy na tak odważną zmianę. "Musimy być gotowi na zmiany" to chyba najczęściej przewijające się hasło w kampaniach wyborczych na całym świecie. Wolę być oryginalny, ale teraz mogę to hasło tylko powtórzyć.
Moim marzeniem jest, by zaraz po przeczytaniu tego tekstu każdy otworzył okienko swojego klienta e-mail lub Notatnika i zaczął pisać. Każdy może pisać cokolwiek: krytyka, komentarze, głosy poparcia lub sprzeciwu, propozycje innych nazw. Tak, czy inaczej, pamiętajcie, że nie mam na nazwisko Kaczyński i nie obrażam się, gdy jestem krytykowany. Byłoby naprawdę więcej niż fantastycznie, gdyby rozpętała się wielka debata.