Odbrązawianie pomników to ciekawe zajęcie. Trudne, niebezpieczne, ale i fascynujące. Im większy pomnik, tym większy prestiż.

Pomnik, który mam zamiar odbrązowić, jest duży. Wygrał w plebiscycie na najmądrzejszego polityka wśród czytelników "Faktu". Pozytywnie ocenia go 62 procent dziennikarzy. Polityk roku 2005. Poparcie wśród społeczeństwa 68 procent, najwyższe w kraju. Wielu nazywa go pierwszym premierem, któremu może zaufać. Były premier Kazimierz Marcinkiewicz, obecnie komisarz Warszawy.

Kazimierz Marcinkiewicz nie był złym premierem. Był premierem nijakim, czyli na dłuższą metę dla państwa złym. Na jego nijakość składa się kilka czynników, które omówię w tym tekście.

Połasiłem się na ptasie mleczko. Ja je po prostu uwielbiam, nie mogę się opanować!

Kazimierz Marcinkiewicz, "Super Express", 27 lutego 2006 r.

Kazimierz Marcinkiewicz, od chwili, gdy został zaprezentowany dziennikarzom przez Jarosława Kaczyńskiego po dzień dymisji utwierdzał nas w przekonaniu, że premierostwo traktuje jedynie jako kolejny szczebel w drabinie jego kariery. Tego nie trzeba udowadniać, bo sam Marcinkiewicz temu nie zaprzeczał. Nietrudno odnieść wrażenie, że od zawsze marzył o sprawowaniu wielkiej roli w państwie, że po nocach skrycie czytał dzieła Churchilla, Adenauera, Thatcher lub Reagana, jednocześnie wyobrażając siebie w panteonie tych sław. On tym po prostu emanował - przykłady podam w dalszej części tekstu.

Jakie były, a być może nadal są, ambicje Marcinkiewicza? Rzecz oczywista: prezydentura Polski.

Prezydentura to przede wszystkim funkcja reprezentacyjna, symboliczne przewodzenie narodowi. Prestiż w kraju i daleko poza nim. Możliwość brylowania przy okazji świąt narodowych, wygłaszania orędzi, nieskończenie wielu przemówień, ryczenia "czołem, żołnierze!" jako naczelny dowódca sił zbrojnych, bycie panem ludzkiego losu uniewinniając skazańców.

Dlaczego Marcinkiewicz wpisuje mi się w ten typ polityka? Wysłuchajcie moich przykładów.

Naprawdę ciężko pracuję, po 14-16 godzin dziennie, i to nie nad PR, ale nad rządzeniem państwem.

Kazimierz Marcinkiewicz, "Dziennik", 15 maja 2006 r.

Najpierw była pamiętna niby-konferencja prasowa zorganizowana w warszawskich Łazienkach, przy pomniku Chopina. Taką delikatną ekstrawagancję można było przeboleć. Można nawet powiedzieć, że to sympatyczne. Jednak w chwilę po rozpoczęciu konferencji, zamiast robić to, co robi się na konferencjach prasowych, Marcinkiewicz wyjął swój telefon komórkowy i z kamienną twarzą odegrał monofoniczny dzwonek z utworem Chopina, jednocześnie zapewniając, że "nie ustawił go dzisiaj".

Dziennikarze słusznie nie zachowali się, jak tego oczekiwał przyszły premier. Nikt się nawet nie uśmiechnął (oprócz rzecznika prasowego premiera), wszyscy byli zniesmaczeni, dając temu upust w głównych wydaniach dzienników telewizyjnych i jutrzejszych wydaniach gazet. Bo co to właściwie miało znaczyć? Chyba tylko to, że nowy premier jest człowiekiem kulturalnym i słucha muzyki klasycznej. Dla dziennikarzy to była zwyczajna strata czasu, bo premier nie powiedział nic interesującego. Jest pewne, że konferencja miała służyć wypromowaniu osoby Marcinkiewicza, a nie wyjaśnieniu spraw związanych z życiem politycznym lub określenia, jakie działania ma zamiar podjąć Marcinkiewicz po objęciu nowej funkcji.

Moja teoria jest taka, że Kazimierz Marcinkiewicz postanowił wziąć przykład z byłego ministra finansów Grzegorza Kołodki, który przychodził na spotkania z dziennikarzami z różnorakimi rekwizytami: wielkim bochenkiem chleba lub nożyczkami. Marcinkiewicz zapomniał jednak, że Kołodko przynosił te klamoty w określonym celu, na przykład po to, by posługując się wspomnianym bochenkiem pokazać, jaki procent finansów pójdzie na określony cel. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Kołodko był ministrem z przerostem formy nad treścią – jego „reforma” finansów publicznych przyprawiła ekonomistów o nagły skok ciśnienia.

Jakiś czas później był szczyt państw Unii Europejskiej. Pamiętacie te chwile? Decydowano wtedy o losach dopłat unijnych dla Polski: dostaniemy dziesięć procent mniej, czy nie? Ostatecznie dostaliśmy pięć procent mniej, co premier uznał za swój osobisty sukces. I to ośmielę się podważyć, ale najpierw przypomnę kilka wypowiedzi Marcinkiewicza.

"Tony, nie markuj kroku". Tak premier Kazimierz Marcinkiewicz doradzał premierowi Tony'emu Blairowi jak prowadzić negocjacje.

By zrozumieć nonsens tej wypowiedzi, musimy przewertować biografie obu panów.

Tony Blair to absolwent prywatnej szkole Fettes, określanej mianem "szkockiego Eton" i absolwent prawa na Uniwersytecie Oxford. Do Partii Pracy wstąpił w 1975 roku, w wieku 22 lat. Do Izby Gmin po raz pierwszy został wybrany w 1983 roku. Szybko awansował w partyjnej hierarchii: był rzecznikiem partii do spraw finansów, energetyki i pracy. W 1994 roku został przywódcą Partii Pracy. Pod jego rządami partia w 1997 roku, po raz pierwszy od osiemnastu lat, pokonała konserwatystów zdobywając w Izbie Gmin absolutną większość. W tym samym roku Blair został premierem. Jest faktycznym przywódcą światowego mocarstwa, jakim jest Wielka Brytania, od dziewięciu lat. Na to stanowisko był wybierany przez naród trzykrotnie. Od 1999 roku jest wiceprzewodniczącym Międzynarodówki Socjalistycznej. Jest powszechnie uważany za wzór polityka.

Kazimierz Marcinkiewicz jest po Wydziale Matematyczno-Fizyczno-Chemicznym Uniwersytetu Wrocławskiego. W latach osiemdziesiątych redagował niezależne pisma oświatowe. Był między innymi nauczycielem fizyki w liceum i wuefistą w podstawówce. W 1989 roku współtworzył Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, partię, z której jakiś czas później wystąpił, by założyć Przymierze Prawicy, które ostatecznie połączyło się z PiS-em. Był szefem doradców premiera Buzka, kuratorem oświaty i wiceministrem edukacji – wszystkie funkcje sprawował sezonowo. Przed objęciem stanowiska premiera był szefem regionalnych struktur PiS-u. W chwili szczytu państw unijnych był premierem od kilku miesięcy.

Który biogram przedstawia się efektowniej? Dokładnie. Kto jest bardziej doświadczonym politykiem? Dokładnie. Kto jest bardziej kompetentny? Dokładnie.

Marcinkiewicz zadaje temu kłam. Jemu wydawało się w porządku, że może dawać nauki politykowi o wiele bardziej doświadczonemu, kompetentnemu i lepiej wykształconemu. Marcinkiewicz nie jest nawet starszy od Blaira (sześć lat różnicy)! To tak, jakby dowódca kompanii radził marszałkowi, jak rozkazywać wojsku.

Pal sześć gdyby to była mądra rada. Nie, ona była taka, jak wszystkie wypowiedzi premiera Marcinkiewicza – nonsensowna. Co to ma znaczyć "nie markuj kroku"? Pokaż wszystkie swoje karty i walnij pięścią w stół jak ja? Ostrożność to w dyplomacji najwyższa cnota!

Nie zrozumcie mnie źle - ja nie zabraniam Marcinkiewiczowi krytykowania zachodnich polityków. Wiem, że Wincenty Witos też nie miał politycznego wykształcenia (ani żadnego innego), a był mężem stanu, jakich mało. Jednak nawet Witos potrafił okazać pokorę, gdy było to konieczne. Obecnie Marcinkiewicz i inni polscy oficjele za granicą słono płacą za ułańską fantazję i sarmacką pewność siebie szefa. O tym jednak później.

I znów moja teoria: "Tony, nie markuj kroku" nie miało służyć polskiej sprawie na negocjacjach na szczycie Unii, ale, ponownie, promocji osoby Kazimierza Marcinkiewicza. My kochamy takich romantycznych buntowników bez powodu, którzy stawiają czoło całemu światu, prawda? Media długo nie mogły skończyć „ochów” i „achów” nad „mężną” postawą premiera. Nikt jednak wtedy nie wiedział, albo nikt nie chciał wiedzieć, jaki haracz będziemy dzisiaj za to płacili...

O zjawisku "yes, yes, yes!" nie będę pisał, bo ten artykuł ma aspiracje na bycie poważną krytyką.

Kwestię "cieniasów" też spotkałby podobny los, gdyby nie przemówienie Marcinkiewicza na kongresie PiS-u. Po raz pierwszy to sformułowanie zostało użyte w kontekście gabinetu cieni PO, który, w mniemaniu premiera, był słaby, nieudolny, bez znaczenia. (O, ile ładnych zamienników dla słowa „cieniasy”! Ktoś podeśle Marcinkiewiczowi słownik synonimów?) Natomiast na kongresie Marcinkiewicz podtrzymał tamtą wypowiedź. Tyle, że na kongresie premier mówił o PO, jako o partii, która ma zakusy na niszczenie porządku w Polsce i może to zrobić, o ile PiS jej nie powstrzyma.

Przepraszam bardzo, ale tu jest sprzeczność. Jeżeli PO jest "cienkie", to znaczy, że nie ma czego się obawiać. Jeżeli natomiast istnieje szansa na destabilizację sceny politycznej przez tę partię, to znaczy, że jest ona poważnym wrogiem, którego należy docenić.

Czuję się skrępowany, że szukam sensu w wypowiedziach Kazimierza Marcinkiewicza, choć wiem, że go nie ma. Ta sprzeczność po raz kolejny demaskuje Marcinkiewicza jako ładną wydmuszkę. Nie podałem jeszcze jednak dowodu koronnego.

O tym, że premier Marcinkiewicz jest wszędzie, można się przekonać oglądając jakikolwiek dziennik telewizyjny lub przeglądając jakąkolwiek gazetę. Premier dokonuje inspekcji noktowizorów w Iraku. Premier gra w koszykówkę (i to dwa razy), w siatkówkę oraz w halówkę (z prośbą kogoś ze świty premiera "proszę uważać na premierowskie stopy"). Premier tańczy na studniówce z panną ubraną jak prostytutka. Premier pokazuje, jak powinno się lepić pierożki w "Dzień dobry TVN". Premier paraduje w skautowskim kapeluszu i czapce kapitana statku. Premier robi moralizatorskie wykłady na niezliczonych uczelniach wyższych i niższych. Premier otwiera Szkołę Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem. Premier z zaciętą miną lepi bałwana. Premier robi konferencję prasową na wsi by ogłosić kolejny beznadziejnie nieistotny pomysł. Premier fotografuje się z dziewczyną w bikini i prosi by "przesłać mu to zdjęcie". Codziennie. Konsekwentnie. Bez końca.

Kazimierz Marcinkiewicz wszystko, co się powiedzie, ale nie jest ważne, ogłasza osobiście, na wielkiej konferencji prasowej. Dla kamer, aparatów fotograficznych, mikrofonów i dyktafonów zawsze znajdzie czas. Dla dziennikarzy zadających trudne pytania – zdecydowanie nie. Założę się, że te sześćdziesiąt dwa procent dziennikarzy, którzy dobrze oceniali premiera, nigdy nie przeprowadziło z nim wywiadu. Podczas wywiadów premier mówi, co chce, na co jest przygotowany, a nie to, o co pytają go dziennikarze. Przykład: premier zapytany, czy nie obawia się odstawienia w kąt przez własną partię i koalicjantów, odpowiada z głupawym uśmiechem "powodzenia". Inne odpowiedzi są nie mniej „od czapy”. Na przykład, gdy swojego czasu pewien dziennikarz dostał odpowiedź na zupełnie inny temat, niż na jaki było pytanie, powtórzył je, gdyż myślał, że premier go nie zrozumiał. Wtedy zdziwiony Marcinkiewicz odparł: "przecież już powiedziałem". Pal sześć, jeśli chodzi o pytania dziennikarzy, co jednak mogłoby się stać, gdy Marcinkiewiczowi trudne pytanie zadałby zagraniczny polityk? Umiejętność jasnego wypowiadania się to cecha, którą powinien mieć każdy, kto para się polityką.

Chcecie dowodu z innej beczki? Proszę bardzo: jak nazywa się rzecznik prasowy rządu Marcinkiewicza? Nie wiecie, tak? A wiecie przynajmniej, jak wygląda? Coś świta, ale niemrawo, zgadza się? Otóż rzecznikiem prasowym rządu był Konrad Ciesiołkiewicz, to młody blondyn w gustownym garniturze i z modnymi oprawkami okularów.

Nie chcę się popisywać szczególną znajomością polskiej sceny politycznej, bo i ja nie znałbym nazwiska Ciesiołkiewicza, gdyby nie to, że wypowiada się od wielkiego dzwonu (w przeciwieństwie do swojego szefa, choć powinno być odwrotnie). Dokładniej - w sprawach trudnych. Przykład: wicepremier Lepper, ponieważ był karany, w świetle polskiego prawa będzie musiał wychodzić z sali posiedzeń rządu, gdy tylko będą omawiane sprawy ściśle tajne. Kwestia trudna, bardzo trudna, plama na honorze PiS-u i premiera. Gdzie jest więc Kazimierz Marcinkiewicz z oświadczeniem, w którym poda kontrargumenty, uspokoi opinię publiczną i obieca szybkie załatwienie sprawy? Do tego nas przyzwyczaił! Nie ma go, pracuje, ale jest rzecznik Ciesiołkiewicz, który mówi, że "sytuacja jest faktycznie trudna". Premierowi przez gardło by to nie przeszło. Że nie wspomnę o tekstach członka zarządu TVP, nominowanego przez LPR, w neonazistowskim pisemku albo o odmowie izraelskich władz współpracy z Romanem Giertychem z oczywistych powodów – obie sprawy musiał komentować Ciesiołkiewicz, choć premier był tuż obok.

Czy pamiętacie tydzień, w którym premier nie pojawiał się w mediach w dziwacznych sytuacjach lub na dla nikogo nieistotnej konferencji prasowej przez dwa, trzy dni z rzędu? To mogłoby znaczyć, że premier siedzi w zaciszu swojego gabinetu i wraz z doradcami myśli, planuje, decyduje, realizuje... Krótko mówiąc, pracuje. Tymczasem były premier był, jak to określili Mazurek i Zalewski z "Wprost”, "rzecznikiem własnego rządu".

Premier i jego świta ripostowali, że w ten sposób prezes rady ministrów unika odrealnienia od życia zwykłych ludzi, tak jak odrealnili się politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Bzdura. Odrealnić się jest bardzo trudno i jest to proces powolny. Na pewno nie udało się to politykom SLD. Prawdę powiedziawszy, tej sztuki w historii polityki dokonali jedynie członkowie radzieckiego politbiura. A premier na pewno nie odrealniłby się po dwóch tygodniach sprawowania swojego urzędu.

Zwolennicy Marcinkiewicza powiadają, że to nic wielkiego, tylko miłe gest wobec społeczeństwa. "Miłe gesty" nie są jednak priorytetem dla rządzącego (przynajmniej formalnie) trzydziestoośmiomilionowym państwem. George W. Bush często pokazuje się w sytuacjach nieformalnych, urządził sobie długie wakacje na swoim ranczo, na których pokazywał narodowi, jak w Teksasie poluje się na zwierzynę. Czy to poprawiło wskaźniki jego popularności? Nie, wręcz przeciwnie, bo Amerykanie są społeczeństwem bardziej obywatelskim od nas, innymi słowy, nie są naiwni i pokazywanie się głowy państwa w sytuacji dla niego nietypowej nie jest w stanie wynagrodzić im braku widocznych postępów rządu.

Inny przykład. Fragment z książki "Jak to się robi w Ameryce" Tomasza Lisa: "Dan Quayle, [republikański kandydat na wiceprezydenta USA w kampanii z 1988 roku] podobnie jak George Bush, bardzo się starał by wymazać z publicznej świadomości swój wizerunek rozpieszczonego chłopczyka z bogatej rodziny. W tym celu pozwolił się, na przykład, sfotografować w momencie, gdy wynosił z domu śmieci. Jedna z gazet zamieściła to zdjęcie, opatrując je optymistycznym podpisem: Dan Quayle jest gotów do objęcia funkcji wiceprezydenta". Ponadto Lis przypomina, że "Dan Quayle to jeden z najbardziej nielubianych, a już na pewno najbardziej wykpiony, amerykański polityk w historii".

Jeszcze jeden przykład. My, Polacy, i Japończycy, nie mamy wielu cech wspólnych. Zbliżają nas jedynie doskonali informatycy, zasmakowanie w ogórkach kiszonych oraz premierzy. Premier Japonii Junichiro Koizumi, podobnie jak premier Marcinkiewicz, ma tendencję do bardzo niestandardowych zachowań. Podczas zeszłorocznego szczytu G8 Koizumi zaśpiewał Georgowi W. Bushowi jeden z jego ulubionych przebojów Elvisa Presley’a (idola Koizumiego): "I Want You, I Need You, I Love You". 29 czerwca prezydent Bush zaprosił premiera Koizumiego do muzeum Presley'a w Graceland, gdzie premier Japonii paradował przed dziennikarzami w pozłacanych okularach Króla. Swojego czasu, Koizumi urządził nawet w swojej siedzibie w Tokio pokaz mody, co miało zapoczątkować utworzenie ze stolicy Japonii miasta mody, jak Mediolan lub Paryż. Wcale nie przysparza mu to zwolenników. Pewna japońska dziennikarka na stałe mieszkająca w Polsce przyznała na łamach "Newsweeka Polska", że Japończycy często muszą się wstydzić przed całym światem za swojego premiera i porównała Koizumiego do Marcinkiewicza.

Nie dajmy się nabrać. Kazimierz Marcinkiewicz mamił nas swoimi pozerskimi frazesami i dziwacznymi zagrywkami, bo nie był w stanie zwojować niczego wielkiego na salonach politycznych oraz dlatego, że miał ambicje na Pałac Namiestnikowski i chciał je realizować natychmiast, a nie podczas kampanii wyborczej.

Czy premier, który sprawując swój urząd cały czas myśli o niebieskich migdałach, więcej: wykorzystuje swoje stanowisko do swoich prywatnych celów politycznych, to dobry premier? Potępialiśmy Aleksandra Kwaśniewskiego i Marka Belkę, którzy pod koniec kadencji pod przykrywką oficjalnej wizyty w Stanach szukali pracy, ale nie potępiamy Marcinkiewicza, który na dłuższą metę robił to samo.

Zwycięstwo smakuje jak francuski szampan.

Kazimierz Marcinkiewicz, szczyt państw UE w Brukseli, 4 kwietnia 2006 r.

Premier pracuje po kilkanaście godzin dziennie? I to nie nad PR-em? Świetnie, ale ja znam ludzi którzy harują jak trutnie, a pożytku z nich żadnego. Dlatego mam przykry zwyczaj oceniania ludzi po owocach ich pracy. Dla Marcinkiewicza nie zrobię wyjątku.

Rozpatrzę kilka rzekomych sukcesów premiera. Na pierwszy ogień pójdą te europejskie.

Szczyt państw Unii Europejskiej w Brukseli. Kraje Europy Zachodniej chciały zabrać nam dziesięć procent z kilkudziesięciu miliardów euro dotacji unijnych dla Polski. Zabrali pięć. Mogło być dużo gorzej, mogło być o niebo lepiej. Czy za obniżkę z dziesięciu do pięciu procent w ogóle odpowiada premier Marcinkiewicz? To wątpliwe.

Przykład. Przy otwarciu mostów, autostrad, wodowaniu wielkich statków, czy też przy zakończaniu jakichkolwiek wielkich inwestycji, zawsze jakiś oficjel wygłasza przemówienie. Co mówi? To wielki sukces, nasz wielki sukces, mój wielki sukces. Czy aby na pewno jego? Formalnie tak, ale praktycznie nie miał właściwie żadnego wkładu w wykonanie inwestycji. Pieniądze wyłożyli businessmani. Zaprojektowali architekci. Roboty koordynowali inżynierowie. Wybudowali robotnicy. Rola oficjela ogranicza się do zaakceptowania inwestycji, czyli do podpisu pod dokumentem. No i oczywiście do przemówienia.

Identycznie jest z Kazimierzem Marcinkiewiczem. On nie mógł mieć wielkiej (albo nawet jakiejkolwiek) roli na szczycie w Brukseli. Wystarczy, że był obecny i dawał na wszystko przyzwolenie (najpewniej milczące). Lwią część roboty lub wszystko wykonali za niego dyplomaci. Twierdzę tak z kilku prostych powodów.

Po pierwsze, nie ma w księgarniach książek "Sztuka dyplomacji w weekend". Z tego prostego powodu, że nie da jej się nauczyć w pełni tego słowa znaczeniu. Wiedzę o niej zdobywa się latami, poprzez metodę prób i błędów. Na pewno nie w kilkadziesiąt dni po zaprzysiężeniu na premiera – ten czas nie starczyłby nawet na zaprzyjaźnienie się z głowami obcych państw. Marcinkiewicz przez kilkanaście lat swojego, ekhm, politycznego doświadczenia nawet nie zbliżył się do stanowiska, w którym można zdobyć doświadczenie w sztuce negocjacji. Jestem pewien, że w pokoju rozmów premier siedział struchlały (każdy z nas to ma, gdy czuje, że znalazł się w niewłaściwym miejscu).

Natomiast prawdziwymi autorami wytargania od Unii tych pięciu miliardów euro było kilku ludzi, dobrych fachowców. Był nim na przykład Paweł Świeboda, jeden z kluczowych strategów w negocjacjach akcesyjnych do UE, były dyrektor departamentu UE w MSZ. Został zdegradowany przez Marcinkiewicza do poziomu kierownika podrzędnej placówki dyplomatycznej na Bałkanach z powodu poglądów sprzecznych ze stanowiskiem partii. Marcinkiewicz mówił zresztą w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, że w MSZ nie będzie nielojalnych wobec niego i rządu urzędników "bo ich pozmieniamy". Już wiemy, o co chodzi w słowie "nielojalni".

Po drugie, Marcinkiewicz nie zna żadnego języka obcego. To szalenie istotne, gdyż te najważniejsze rozmowy toczą się w bocznych korytarzach, bez tłumaczy. A i w miejscu przeznaczonym do rozmów przez tłumaczy VIP traci punkty. Podam przykład.

Jest noc z 23 na 24 listopada 2004 roku, druga noc pomarańczowej rewolucji. W kijowskim Pałacu Maryjskim, oficjalnej rezydencji ówczesnego prezydenta Leonidy Kuczmy trwają rozmowy o losy Ukrainy. Waży się, czy spełni się wola "wyższych sfer" i naturalną kontynuacją Kuczmy będzie Wiktor Janukowycz, czy też lód ustąpi i prezydentem zostanie Wiktor Juszczenko. Ściągnięty do Ukrainy przez Kuczmę Aleksander Kwaśniewski wezwał na pomoc Javiera Solanę i szefa holenderskiej dyplomacji Bernarda Bota. Obaj są wybitnymi specjalistami w dziedzinie dyplomacji. Spotyka ich jednak bardzo niemiła niespodzianka. Zobaczmy, jak podaje to artykuł "Tajemnice pomarańczowej rewolucji" opublikowany w "Rzeczpospolitej": "W kiepskiej sytuacji byli Javier Solana i Bernard Bot. Rozmowy toczyły się po rosyjsku, którego nie znają, a o tłumaczu nikt nie pomyślał. Rotfeld [szef polskiej dyplomacji] co pewien czas podbiegał do Solany i streszczał mu w czym rzecz". W ten sposób to polska ekipa wiodła prym.

Zgoda, Marcinkiewicz miał tłumaczy, ale wiele to nie zmienia. Nie mógł prowadzić rozmowy po swojemu, nadać jej własne tempo, wieść dyskusję w wybrany przez siebie, a nie przez tłumacza kierunek (rozbieżności pomiędzy kwestiami pierwotnymi, a przetłumaczonymi potrafią być olbrzymie). Nie mógł, i nie musiał, bo robił to za niego ktoś inny.

Zresztą, co premier powiedział po polsku? "Tony, nie markuj kroku". Swoją drogą, dlaczego nie powiedział tego do Blaira w czasie rozmów twarzą w twarz? Nie ośmielił się, czy nie mógł? Jeżeli nie mógł dać takiej głupiej rady, to jak mógł wyszarpać kilka miliardów euro?

My, Polacy jesteśmy mistrzami olimpijskimi w niewykorzystywaniu własnych sukcesów, jak w 1605 roku, po wygranej bitwie ze Szwedami pod Kircholmem, gdy po szeregu błyskotliwych zwycięstw podpisaliśmy upokarzający pokój. Przyjmijmy na chwilę, że polski premier faktycznie odniósł spektakularny sukces. Co rząd zrobił, by go wykorzystać?

Nic. Głównym argumentem naszych oponentów w kwietniu 2006 roku, było to, że do tej pory wykorzystaliśmy mniej niż dwa procent z przyznanych nam pieniędzy. Słusznie odpowiadaliśmy, że gdy Irlandia miała podobne kłopoty z wykorzystaniem dotacji, nikt nie próbował ich im zabrać. Teraz mamy te pieniądze i co zrobiliśmy, na wzór Irlandczyków, by wykorzystać nie dwa, ale sto procent? Nadal tylko wysoko wykwalifikowani prawnicy mogą zarobić na Unii, nie uproszczono żadnych procedur, nie zrobiono kampanii reklamowej, nie przeprowadzono szkoleń. Samorządy są pozostawione na pastwę losu, bez opieki prawnej, ale i tak radzą sobie lepiej od struktur na szczeblu państwowym. To tak, jakby zdobyć nasiona drzew owocowych, ale nie mieć czym ich zakopać w ziemi.

Tak więc korzyści finansowych z tego "sukcesu" nie było. Co z tego, skoro dzielny premier ze swoim "Tony, nie markuj kroku" utarł nosa five-o’clockom przebrzydłym. Polak pokazał, że nie da sobie w kaszę dmuchać! Lance do boju, szable w dłoń, Brytola goń, goń, goń!

Teraz poważnie. Przez wygłupy Kazimierza Marcinkiewicza wraca upokarzający podział Winstona Churchilla na "olbrzymów" i "pigmejów". My jesteśmy tymi drugimi. Tymi, którzy swoimi zaściankowymi wojenkami przeszkadzają wielkim wspólnotom. Nie chodzi o naród, ale o rząd. Rząd, który za granicą jest traktowany z pogardą. Oczywiście nikt nie powie tego wprost, ale cudem do prasy wyciekł e-mail ambasadora Jej Królewskiej Mości w Warszawie, Charlesa Crawforda. Dzięki niemu wiemy, co naprawdę o się myśli. Popatrzmy...

Od: Charles Crawford

Wysłane: 8 grudnia 2005, 05:36

Do: Kim Darroch, Nicola Brewer

Temat: Wyluzujmy w tych rozmowach o budżecie UE – skończmy z tą tandetą

Kim/Nicola

Sprawa z tym budżetem ciągnie się już za długo. Posyłam Wam szkic przemówienia dla szefa Foregin Office [brytyjskie MSZ] albo premiera na przyszły tydzień, żeby szybko doprowadzić do szczęśliwego finału.

"OK, koledzy, to moja ostatnia propozycja budżetowa. (Stawia na stole duży dziecinny budzik.)

Wszyscy wiemy, że w tym procesie przekroczono granice hipokryzji i absurdu.

Prosi się mnie, bym dał więcej pieniędzy brytyjskich podatników jakiejś Unii Europejskiej, która od lat nie umie przedstawić porządnie sprawdzonych rachunków. (...)

Nowe kraje członkowskie lubimy tak bardzo, że proponujemy Wam w tym budżecie nowy, kolosalny transfer finansowy na skalę, która da Waszym narodom najsilniejszy bodziec do rozwoju od tysiąca lat. My, inaczej niż większość innych krajów członkowskich starej UE, otworzyliśmy nasz rynek pracy. W zeszłym roku rząd Jej Królewskiej Mości stworzył w Polsce więcej miejsc pracy niż rząd Polski. Ale Wlk. Brytania nie usłyszała ani słowa wdzięczności i uznania żadnego z Was ani żadnej z Waszych gazet. To tyle w sprawie solidarności.

Wstydźcie się wszyscy. Dosyć tego.

Za chwilę nacisnę guzik na tym tanim chińskim budziku. Zadzwoni głośno dokładnie za godzinę. Wtedy zapytam wszystkich przy tym stole, czy zgadzają się na naszą propozycję. Tak albo nie.

Jak ktokolwiek powie "nie", kończymy to spotkanie. UE pogrąży się w kompletnym chaosie budżetów układanych co roku. Nam to w zasadzie odpowiada - zapłacimy mniej, a rabat brytyjski pozostanie nietknięty na poziomie 100 procent. Moje notowania wzrosną.

Ale mimo wyrażonej tutaj nieuprzejmości i niewdzięczności nowych państw członkowskich, my w Londynie chcemy im pomóc. Jeśli więc kwestia budżetu nie zostanie rozstrzygnięta za godzinę, będziemy działać sami.

Mam tu projekt komunikatu dla mediów:

>>Po fiasku dzisiejszych rokowań nt. budżetu UE wskutek odmowy większości państw zaakceptowania hojnej i nowatorskiej oferty budżetowej rządu Jej Królewskiej Mości, rząd brytyjski oświadcza, że przeznaczymy dużą część kwoty, którą w ramach obecnej propozycji gotów był wydzielić z brytyjskiego rabatu – 5 mld funtów – aby stworzyć nowy Strategiczny Europejski Fundusz Rozwoju. Będzie to Matka Wszystkich Funduszy Know How, ale na sterydach.

Fundusz przeznaczymy dla krajów Grupy Wyszehradzkiej i krajów bałtyckich, które przyłączą się do programu. Jeśli wszyscy poczują się zbyt upokorzeni naszym brakiem solidarności, by w to wejść, to dobrze - zatrzymamy pieniądze dla siebie. Jeśli wejdzie tylko część - też dobrze, inni dostaną więcej.

(...)

Ten fundusz oznacz, że pieniądze Zjednoczonego Królestwa dotrą znacznie dalej, szybciej i skuteczniej do zainteresowanych regionów niż w ramach jakiegokolwiek programu UE.

5 mld funtów wydanych w ten sposób równa się sumie o wiele większej niż 10 mld wydanych za pośrednictwem UE, bo ma wbudowane bo ma wbudowane bodźce zachęcające do otwartości, wolnej przedsiębiorczości, kreatywności i uczciwości.

(...)

I będzie niewiarygodnie popularny w zainteresowanych krajach, bo zmusi ich rządy, by stały się znacznie uczciwsze i bardziej odpowiedzialne.

Wyborcy w całej UE pokochają ten fundusz, bo dobrze wyda ich pieniądze i uwypukli marnotrawstwo dzisiejszej Unii i kompletnie wyłączy rozgadany Parlament Europejski.<<

(...)

Koniec komunikatu prasowego.

Niemniej chętnie poświęcimy to wszystko w interesie skompromitowanej, socjalistycznej >>solidarności<< UE – jeśli tego naprawdę chcecie – aby podpisać tę ofertę budżetową, która leży na stole.

Teraz na was kolej, mes cher amis!

(Naciska guzik budzika. Cisza. Słychać tylko głośne tykanie.)"

Mam odpowiedni budzik, jeśli to w czymś pomoże.

Charles


Absolutnie nie identyfikuję się z poglądami Crawforda, choć pewnie ma sporo racji. Najważniejsze dla nas jest to, że ten e-mail pokazuje, jak bardzo brytyjskie władze były zirytowane niezdecydowaniem władz nowych państw Unii, z Polską na czele, na negocjacjach. Ponadto uważają rządzących nami za niezbyt odpowiedzialnych i uczciwych.

Polityka gabinetu Marcinkiewicza prowadziła Polskę w izolację, Kaczyński będzie kontynuował to dzieło. Robimy sobie samych wrogów, jednocześnie nie zawierając żadnych sojuszy, a to potrafi każdy idiota. Przeciętnego Polaka to niewiele obchodzi, ale w końcu doprowadzi to do kryzysu. Gospodarczego, militarnego, albo społecznego. To przez takich ludzi jak Kazimierz Marcinkiewicz inteligentna część europejskich posłów z Polski nie jest traktowana poważnie. A my z takim premierem mamy ambicje na bycie "regionalnym mocarstwem"...?

Dziwi was cytat z Marcinkiewicza, który wybrałem na śródtytuł? Otóż najprawdziwszy francuski szampan z Szampanii smakuje tylko koneserom, gdyż każdy inny człowiek uważa go za obrzydliwość, ponieważ ma smak wody z ogórków kiszonych. Gdyby Marcinkiewicz pił szampan, a nie wino musujące Dorato za osiem złotych, prześmiewczo nazywane szampanem, wiedziałby o tym. Ot, takie to zwycięstwo Marcinkiewicza - woda po ogórkach.

Chcieliśmy iść dalej, ale bardzo cieszymy się z tego, że mogliśmy się cofnąć po to, by zawrzeć kompromis. Na tym polega współpraca w UE.
Kazimierz Marcinkiewicz, Szczyt państw UE w Brukseli, 4 kwietnia 2006 r.

Rząd Hiszpanii zdecydował się otwarcie swoich rynków pracy dla Polaków. Premier Marcinkiewicz, stojąc przed tłumem dziennikarzy dziękuje za to: "Gracias, gracias, gracias", Później wpisuje do swojego portfolio, że to jego sukces: otwarcie rynków pracy w Hiszpanii.

Demografowie biją na alarm. Mamy po raz pierwszy w historii ujemny przyrost naturalny. Wielki niż demograficzny. Dorastające pokolenie może nie być wystarczająco liczne, by wyżywić obecne, które wkrótce odejdzie na emeryturę. Społeczeństwo szybko się starzeje, grozi nam załamanie się gospodarki.

I tak tragiczną sytuację pogarsza szybki odpływ Polaków za granicę. Dwa miliony naszych rodaków wyjechało z kraju w poszukiwaniu chleba. Irlandia systematycznie staje się pierwszą kolonią Rzeczpospolitej - mieszka tam, wedle różnych szacunków od dziewięćdziesięciu do stu dwudziestu tysięcy Polaków, a język polski jest już drugim językiem na wyspie. W Londynie są całe polskie dzielnice. Tymczasem w Polsce brakuje kierowców autobusów, pielęgniarek, informatyków, inżynierów, lekarzy i innych fachowców. Na budowach jest konieczność zatrudniania Ukraińców, a w firmach komputerowych szefowie muszą zatrudniać Pakistańczyków, bo polscy „informatycy”, którzy zostali w ojczyźnie, na przykład nie bardzo orientują się co to jest baza danych.

Rzeczpospolita włożyła ciężkie pieniądze w edukację nowego pokolenia. Teraz to pokolenie ucieka ze zdobytą wiedzą za granicę i pracuje na rozwój zachodnich gospodarek. Nowa Wielka Emigracja, i tak olbrzymia, powiększa się poprzez otworzenie hiszpańskiego rynku pracy. Co na to premier? Jego gabinet nie stara się, tak jak włodarze Wrocławia, sprowadzić ziomków z powrotem do kraju. Nie stara się wskazać na zalety pozostania w ojczyźnie. Pracodawcom daje jałmużnę i każde nazywać ją "ulgami", jednocześnie gmatwając przepisy i wymyślając nowe podatki. Premier dziękuje swoim oprawcom. Trzykrotnie.Gdybym wiedział, że to nie głupota Marcinkiewicza, mógłbym uznać, że jest on podłym sabotażystą i zdrajcą Rzeczpospolitej, albo że ma syndrom sztokholmski.

Gdy mówię moim znajomym o greckiej tragedii, jaką jest dla polskiej gospodarki "Europa bez granic", patrzą na mnie, jak na enerdowskiego pogranicznika strzelającego do ludzi starających się pokonać mur berliński. To nie jest tak - dla jednostkowego Polaka, który jedzie zarabiać do Wielkiej Brytanii, mamy teraz raj na ziemi. Dla jeszcze nieuświadomionego narodu, którego interes jest wartością pierwszorzędną, przeżywamy właśnie niekończące się tsunami, które pustoszy kraj.

Jeżeli nic się nie zmieni, pewnego dnia obudzimy się w Polsce, w której nie będzie ludzi młodych, na starych zarabiać będą Ukraińcy i Wietnamczycy, a w encyklopedii pod hasłem "Marcinkiewicz, Kazimierz", znajdziemy definicję: "Premier RP, za którego kadencji polska gospodarka przeżyła kryzys spowodowany wielką emigracją Polaków, i który nic w tej sprawie nie zrobił".

To sprawa Hiszpanów, że zdecydowali się otworzyć rynki pracy, Marcinkiewicz nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Ale żeby dziękować za katowanie gospodarki i nic nie robić, by temu zapobiec...? Przyznaję, że w kształtowania wizerunku „gracias” pomogło. Komu jednak Marcinkiewicz podziękuje za trzy lata? Chyba wszechpolakom, za to, że tylko oni zostali w Polsce. A i to nie jest niestety takie pewne. Pewne jest, że Marcinkiewicz nie zastanowił się ani sekundy nad swoją wypowiedzią. Jak zawsze.

Wracając do cytatu ze śródtytułu – premier przez przypadek powiedział prawdę, choć w innym czasie i przy innych okolicznościach: chcieliśmy iść naprzód, ale jego gabinet nas cofnął i cieszy się z tego. Nie na tym jednak polega współpraca w UE.

Jasne, Miller miał wpływ, Belka miał wpływ, a Marcinkiewicz nie ma wpływu na to, co dzieje się w gospodarce, tak? Nieprawda!

Kazimierz Marcinkiewicz, "Dziennik", 16 maja 2006 r.

Za granicą premier nie zwojował nic dobrego, wręcz przeciwnie. Może w Polsce szło mu lepiej? Niestety, nie.

Jedno magiczne słowo: gospodarka. To z nią, oraz z bezpieczeństwem, wiążą się prawie wszystkie bolączki Polski i Polaków. Były premier twierdzi, że osiągnął w tej sprawie wielkie sukcesy. Podaje nawet dokładne liczby: inflacja najniższa w Europie, bezrobocie zmalało o dwa procent (co prawda, głównie z powodu emigracji, ale co tam), przewidywalny duży wzrost PKB, druga na świecie liczba powstających firm…

Imponujące i godne poklasku. Ale nie panu, panie Marcinkiewicz. W drugiej kolejności podziękowania należą się gabinetowi SLD. W pierwszej – Polakom.

SLD za politykę zaciskania pasa. Nie ożywiło to co prawda gospodarki, ale przynajmniej jej nie zahamowało i pozwoliło przetrwać recesję (to słowo na szczęście wyszło z mody). Według raportu „Diagnoza społeczna 2005. Warunki i jakość życia Polaków” autorstwa profesorów Czapińskiego i Panka to w latach 2003-2005 znacząco poprawiła się sytuacja Polaków, a gospodarka pozbyła się większości obciążeń. Obecna sytuacja to tylko ciąg dalszy. Gospodarka przyśpiesza, a my skutki rządów możemy dostrzec dopiero po kilku latach. Za obecny stan gospodarki stokrotne podziękowania należą się także rządom z lat dziewięćdziesiątych.

Sobie możemy pogratulować coraz większej i coraz powszechniejszej przedsiębiorczości, kreatywności i zaradności. Gratulujmy tego sobie i tylko sobie.

Poza tym, nie było żadnych większych prób reformy gospodarki w gabinecie Marcinkiewicza. Tylko lifting. Duża reforma gospodarki jest planowana na rok 2009, pod koniec kadencji. Czemu aż tak późno, skoro im wcześniej, tym lepiej? Rząd twierdzi, że potrzebuje aż trzech lat. Ja wiem jednak swoje.

Trzy lata to szmat czasu. Mało prawdopodobne, by SLD aż tak namieszało w finansach. Rząd z dobrym, konkretnym i szczegółowym programem oraz dobrymi kadrami powinien to zrobić w nieporównywalnie krótszym czasie. PiS miał całe lata na zastanowienie się, jak przyśpieszyć polską gospodarkę! Moja (i nie tylko) teoria jest taka, że wyznaczając na 2009 wielką reformę gospodarki koalicja stara się uniknąć odpowiedzialności za ewentualną porażkę i/lub społeczne niezadowolenie. Bowiem przyśpieszenie polskiej gospodarki oznacza cięcia, cięcia i jeszcze raz cięcia. Na przykład cięcia na nierentownych kopalniach. Jeżeli nie zostanie to społeczeństwu dobrze wytłumaczone, będzie bunt. A scenariusz z rokiem 2009 był dla rządu Marcinkiewicza bardzo wygodny. Jeżeli wygrają wybory, to i tak mają kadencję z głowy. I wtedy będą się martwić, co dalej. Jeżeli przegrają – tym lepiej, oberwie się konkurencji. Dla gospodarki nie jest to niestety wygodne.

Zresztą, jedynym postulatem PiS-u związanym z gospodarką był program "Taniego państwa". "Rzeczpospolita" obaliła ten mit czarno na białym udowadniając, że rząd nie poczynił na tym polu postępów, a wszelkie próby wdrożenia tego programu i tak są bezcelowe, bo raz, że to niewykonalne, dwa, że to i tak nie pomoże gospodarce. (Bo można kupić jedno pudełko ciastek na posiedzenie rady ministrów zamiast dwóch, ale czy to będzie miało jakiś wpływ na budżet państ...?) Przyznali się do tego nawet zwolennicy PiS-u.

Gospodarce mogło bardzo zaszkodzić rozdawnictwo, w języku działaczy PiS "solidarne państwo". Na szczęście, Zyta Gilowska (ale w żadnym wypadku nie Marcinkiewicz!) skutecznie studziła te zapędy, chroniąc tym samym napięty do granic możliwości budżet. Nie wiadomo jednak, co będzie potem.

Premier ma za zadanie dowodzić ekipą ministrów. Jest ich bezpośrednim przełożonym. Ma kontrolować i koordynować ich postępy. Jednocześnie odpowiada za ich pracę. Jeżeli dany minister popełni błędną decyzję, to premier jest winnym, gdyż to on nie dopełnił swojego obowiązku. Niesprawiedliwość? Nie, w końcu tak samo jest z pracą korektora w gazecie lub wydawnictwie: jeżeli autor tekstu popełni błąd ortograficzny, korektor go przeoczy i niepoprawiony tekst pójdzie do druku, to kto jest winny? Cóż, autorowi się zdarzyło walnąć byka, błądzić jest rzeczą ludzką... Ale od czego jest korekta? Dlatego by ocenić wysiłki Marcinkiewicza w kraju, przyjrzymy się sylwetkom jego ministrów.

Zarzutów wobec Marcinkiewicza w tej kwestii jest całe mrowie. Dlaczego pozwolił na absurdalne rozmnożenie resortów? Dlaczego pozwolił na nominację Rafała Wiecheckiego na ministra do spraw gospodarki morskiej, prawnika, który z morzem ma tyle wspólnego, że mieszkał w Szczecinie i napisał pracę magisterską na ten temat i który nie potrafi nawet odróżnić statku od okrętu? (Okręt może być tylko wojenny.) Dlaczego tak biernie starał się zatrzymać doskonałego na swoim stanowisku Stefana Mellera i pozwolił na nominację na jego miejsce niedostatecznie doświadczonej Anny Fotygi, która jest całkowicie zależna od prezydenta Kaczyńskiego? Dlaczego nie sprzeciwiał się nominacjom Leppera-skazańca i Giertycha-ekstremisty, choć w przypadku tego drugiego nawet prezydent interweniował? Dlaczego nie ukarał, ani nawet nie przeprosił za jawnie skandaliczne wypowiedzi swoich ministrów: Dorna (kamasze), Religi (karanie strajkujących lekarzy), Leppera (groźby wobec Morozowskiego i wiele innych), Sikorskiego (porównanie do paktu Ribbentrop-Mołotow) i kilku innych, o których zapomniałem?

Dlaczego Marcinkiewicz nie miał żadnego wpływu na nominacje i nigdy się temu nie sprzeciwił? Dlaczego nie miał żadnego wpływu na powołanie paktu stabilizacyjnego? Dlaczego tak żałował odejścia Zyty Gilowskiej z rządu, skoro to on był współautorem jej egzekucji? I dlaczego zaproponował jej potem stanowisko wiceministra gospodarki, skoro wręczył jej dymisję, gdyż ciążyło na niej podejrzenie popełnienia kłamstwa lustracyjnego?

Z tych pytań wyłania się obraz Marcinkiewicza nie tylko jako polityka nieudolnego i niesamodzielnego, ale także polityka, który nie widział w tym nic złego, że w sprawach kluczowych dla państwa musiał kierować się dyscypliną partyjną.

Zapewne podniosą się głosy sprzeciwu, że przecież Marcinkiewicz zrezygnował z funkcji premiera, gdyż nie podobało mu się, że pełni rolę halabardnika. Jak się domyślacie, nie pozwolę mu odejść w glorii męczennika.

Po pierwsze, nie on zrezygnował, ale zadecydowali o tym Kaczyński, Lepper i Giertych w czwartek 6 lipca około godziny 19. Gdyby nie podjęli tej decyzji, farsa dalej trwałaby do dziś, gdyż jeszcze w piątek 7 lipca około godziny 14 Marcinkiewicz mówił na konferencji prasowej, że nie widzi powodów, dla których miałby się podać do dymisji. Około godziny 21 do mediów dotarła wiadomość o podaniu się Marcinkiewicza do dymisji.

O tym, że Marcinkiewicza czeka degradacja, było wiadomo od wieczora, w którym został przedstawiony mediom przez Jarosława Kaczyńskiego jako desygnowany na premiera. Bracia Kaczyńscy wiedzieli, że dużemu procentowi Polaków podobałby się Jarosław na stołku premiera. W równym stopniu podobałby im się Lech na stanowisku prezydenta. Ale obaj naraz…? Sondaże OBOP-u były bezlitosne - Polacy po prostu nie chcieli (i nie chcą) swojego kraju w roli rodzinnego przedsiębiorstwa "Kaczyńscy i spółka". Jeszcze na krótko przed publikacją rzeczonych badań Jarosław Kaczyński przyznawał, że będzie premierem. Marcinkiewicz został prezesem rady ministrów tylko po to, by dać Lechowi Kaczyńskiemu szansę na wygranie wyborów prezydenckich, co też głośno mówili przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości.

Jednak gdy Lech Kaczyński świętował zwycięstwo, Marcinkiewicz pozostał na stanowisku. Czemu? To, proste. Po pierwsze, dymisja Marcinkiewicza oznaczałaby przyznanie racji krytykom PiS-u, z członkami PO na czele. Po drugie, PiS nie miał większości w Sejmie, co uniemożliwiało zrealizowanie sztandarowych obietnic wyborczych, gdyż nie zgadzała się na nie Platforma. Trzeba było bardzo szybko zawiązać koalicję, by PiS nie czekał los SLD, partii, której społeczeństwo dało duży kredyt zaufania, a następnie go odebrało z powodu braku widocznych sukcesów. Jarosław Kaczyński wolał zająć się rozmowami negocjacyjnymi z Lepperem i Giertychem, natomiast odpowiedzialność za społeczne rozczarowanie spowodowane niezrealizowaniem programu zrzucił na Marcinkiewicza. Gdy koalicję zawiązano, Kaczyńskiemu zaczęła doskwierać niewygoda w zdalnym sterowaniem premierem i to, że cały splendor spływał na Marcinkiewicza. Mógł więc dokonać zmiany, tyle, że postąpił głupio nie podając właściwie żadnej wymówki.

I tyle. Żadnych bohaterskich czynów Marcinkiewicza. Zresztą, gdyby faktycznie sprzeciwiłby się temu, że jest zależny od Kaczyńskiego, teraz mówiłby o tym bardzo głośno, domagając się sprawiedliwości i współczucia społeczeństwa. Ale nie. Marcinkiewicz wystąpił wraz z Kaczyńskim na konferencji prasowej - były uśmiechy, uściski dłoni, życzenie powodzenia, zgadzanie się z decyzją partii...

Lojalny aż do końca. Niestety, Marcinkiewicz żadnymi innymi sukcesami nie może się nam pochwalić.

remiq | noxerus at tlen.pl